Na kanale Nowy Ład opublikowano nagranie audio tekstu Jana Fiedorczuka „Amok ’22. Z dziejów głupoty w Polsce”, czytanego przez Michała Nowaka. Autor stawia tezę, że to nie Wołodymyr Zełenski dokonał zwrotu w relacjach z Polską, lecz polskie elity — z PiS i Koalicji Obywatelskiej — uległy „ukrainofilskiej gorączce” i zapomniały o racji stanu, ignorując transakcyjną politykę Kijowa widoczną już od pierwszych tygodni wojny.
Teza tekstu: konsekwencja, nie zdrada
Fiedorczuk zapowiada na wstępie dwa cele tekstu: po pierwsze, przypomnieć, że Ukraina od samego początku inwazji prowadziła wobec Polski wykalkulowaną politykę transakcyjną, więc nie można mówić o „zdradzie Zełenskiego” czy antypolskim zwrocie — jedynie o konsekwencji, nie zmianie. Po drugie, wskazać, jak polskie elity uległy emocjonalnemu amokowi i zapomniały o interesie narodowym, stawiając potrzeby Ukrainy ponad racjami Polski. Zastrzega przy tym wyraźnie, że tytułowy „amok” nie dotyczy pomocy zaoferowanej przez polskie państwo w lutym i marcu 2022 roku, gdy europejskie stolice zwlekały — celem tekstu nie jest wyrzucanie Ukrainie pomocy, lecz wskazanie błędów popełnionych po tych pierwszych, dramatycznych tygodniach.
Autor kieruje oskarżenia wprost pod adresem konkretnych nazwisk: Andrzeja Dudy i Donalda Tuska, Mateusza Morawieckiego i Pawła Kowala, Pawła Jabłońskiego i Andrzeja Szeptyckiego, a także dziesiątków publicystów, dziennikarzy, ekspertów i geopolityków, którzy — jego zdaniem — bałamucili opinię publiczną.
Zełenski odrzuca Kaczyńskiego: „to wciąż nasz kraj, a ja jestem prezydentem”
Fiedorczuk przywołuje epizod z marca 2022 roku — Zełenski odrzucił propozycję Jarosława Kaczyńskiego dotyczącą wejścia wojsk NATO na Ukrainę w ramach pokojowej misji, mówiąc, że Ukraina nie potrzebuje zamrożonego konfliktu na swoim terytorium i że to on, jako prezydent, decyduje, czy na jego terenie będą stacjonować inne siły. Autor podkreśla, że był to sam początek wojny — Zełenski miał „nóż na gardle”, europejska pomoc dopiero startowała, a losy Kijowa w dużej mierze zależały od Polski i lotniska w Jasionce — a mimo to nie zawahał się publicznie skrytykować najbliższego sojusznika. Ocenia to jako niepozorną scenę, którą polskie elity powinny były zapamiętać, bo wyznaczyła ścieżkę, którą Zełenski konsekwentnie podążał w kolejnych latach.
200 tysięcy zezwoleń i groźba pozwu już wiosną 2022
Autor wskazuje kolejny, zapomniany dziś epizod — na przełomie kwietnia i maja 2022 roku Ukraina zaczęła domagać się od Polski 200 tysięcy zezwoleń na międzynarodowe przewozy ciężarowe, zapowiadając wykorzystanie wszystkich możliwych mechanizmów, w tym pozwu sądowego. Ocenia to jako wymowny sygnał — u samego początku inwazji Kijów groził Polsce sądem.
Ustawa sankcyjna, LPG i szantaż ambasadora Deszczyci
Fiedorczuk opisuje sprawę polskiej ustawy sankcyjnej z kwietnia 2022 roku, mającej umożliwić nakładanie sankcji na Rosję niezależnie od decyzji Unii Europejskiej. Sejm odrzucił wówczas poprawkę Senatu zakazującą importu skroplonego gazu LPG z Rosji — ówczesny wicepremier Jacek Sasin tłumaczył, że taki zakaz uderzyłby w 3,5 miliona polskich kierowców i podniósł ich koszty. W odpowiedzi ambasador Ukrainy w Polsce Andrij Deszczycia miał stwierdzić, że trzeba wybrać między tańszym paliwem a życiem walczących na wojnie — co autor określa jako szantaż wobec polskich władz. Podkreśla przy tym gorzko, że w tym samym czasie Ukraina do 2025 roku respektowała własną umowę tranzytową, dzięki której Putin mógł sprzedawać gaz do Europy przez terytorium ukraińskie. Jako przykład upokorzenia przywołuje postawę marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego, który publicznie kajał się przed Ukrainą za dalszy import rosyjskiego węgla przez Polskę.
Sankcje na Nowatek i odcięci od gazu Polacy
Autor opisuje konsekwencje polityki „Ukraine first” — nałożenie sankcji na firmę Novatek Green Energy poskutkowało odcięciem kilkunastu tysięcy Polaków od dostaw gazu. Wiceszef MSWiA Maciej Wąsik miał być, zdaniem Fiedorczuka, równie zaskoczony tym obrotem sprawy, co mieszkańcy pozbawionych gazu gmin.
Przewodów: Zełenski zwleka z przyznaniem winy, Duda mówi o „wspólnej tragedii”
Fiedorczuk przywołuje tragedię w Przewodowie, gdzie — jak twierdzi — Zełenski przez dłuższy czas nie chciał przyznać, że to ukraińskie rakiety zabiły polskich obywateli, podejmując przy tym kroki zmierzające do wciągnięcia NATO w wojnę. Ocenia krytycznie reakcję prezydenta Dudy, który miał skupić się na przekonywaniu opinii publicznej, by nie oskarżać Ukraińców, nazywając śmierć Polaków „wspólną tragedią polsko-ukraińską”.
Wołyń: „to Polska zgodziła się zapomnieć”
Przechodząc do tematu Wołynia, autor podkreśla, że sprawa ukraińskiego ludobójstwa i polityki historycznej Kijowa nie „wyskoczyła” nagle w 2026 roku, lecz przewija się w relacjach dwustronnych od dekad. Wyjątkiem, jego zdaniem, pozostaje Aleksander Kwaśniewski, który w 2003 roku w obecności Leonida Kuczmy odważył się nazwać rzeź wołyńską ludobójstwem — poza tym polskie władze traktowały temat po macoszemu.
Wskazuje, że już w 2022 roku Zełenski awansował Andrija Melnyka na wiceszefa ukraińskiego MSZ — dyplomatę znanego z relatywizowania zbrodni UPA i obrony Bandery, przekonującego, że Polacy byli takimi samymi wrogami jak naziści czy Sowieci i dopuszczali się wobec Ukraińców czystek porównywalnych skalą do Wołynia. Ważniejsza od samego Melnyka była, zdaniem autora, reakcja polskich władz — ówczesny minister obrony Mariusz Błaszczak ograniczył się do stwierdzenia, że to zły sygnał, rzecznik PiS Radosław Fogiel nazwał to „niefortunnym”, a prezydent Duda określił nominację jako suwerenną decyzję władz ukraińskich, sugerując jedynie, że nowy wiceszef MSZ „powinien douczyć się historii”. Fiedorczuk dodaje, że Melnyk to jedynie symbol polityki, która doprowadziła do odbudowy Muzeum Szuchewycza we Lwowie i nadania jednej z jednostek wojskowych imienia UPA.
Blokada ekshumacji i słowa Pawła Kowala
Fiedorczuk przypomina, że Kijów przez kolejne lata odmawiał poruszenia sprawy ekshumacji, mimo że polska strona nie domagała się przeprosin ani odszkodowań, a jedynie godnego pochówku ofiar — porównuje to do sytuacji w Polsce, gdzie istnieją nawet cmentarze żołnierzy sowieckich i niemieckich z czasów II wojny światowej. Krytykuje wypowiedź Pawła Kowala, odpowiedzialnego za ukraiński odcinek polskiej dyplomacji, który miał stwierdzić, że zbrodnia wołyńska nie obciąża Ukrainy, ponieważ takie państwo wówczas nie istniało — porównując to do drużyny piłkarskiej strzelającej do własnej bramki, a potem mającej pretensje do przeciwnika o wysoki pressing.
Powołując się na relacje polskich dyplomatów opisane przez Zbigniewa Parafianowicza, autor twierdzi, że to właśnie Kowal miał wprowadzić faktyczną cenzurę w nielicznych miejscach, gdzie ukraińskie władze zgodziły się na wstępne prace poszukiwawcze — blokując dziennikarzom dostęp do dołów śmierci z obawy, że zdjęcia zmasakrowanych ciał dzieci trafią do opinii publicznej.
Zauważa też swoiste porozumienie ponad podziałami PiS–KO — to prezydent Duda miał publicznie krytykować śp. księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego za upominanie się o pamięć pomordowanych Polaków, powielając narrację Zełenskiego, że w obliczu pomocy z 2022 roku cała sprawa jest już nieważna. Przywołuje też słowa byłego doradcy Zełenskiego, Ołeksija Arestowycza, który miał ujawnić, że polskie władze same zgodziły się „zapomnieć” o rzezi wołyńskiej, uznając ją za zamkniętą kartę w relacjach dwustronnych. Autor podsumowuje dobitnie: to nie Ukraina zmieniła nastawienie do ludobójstwa — to polskie elity machnęły ręką na pamięć ofiar. Ocenia, że Karol Nawrocki wydaje się pierwszym polskim liderem od czasów Kwaśniewskiego, który na nowo podnosi tę sprawę.
Jastrzębie: Rokita, Skrzypczak, Waszczykowski i marzenia o Moskwie
W kolejnej części tekstu Fiedorczuk opisuje zjawisko „ambicjonalnego przebudzenia” polskiego społeczeństwa po wybuchu wojny, łączy je z popularnością publicystyki historii alternatywnej i geopolityki. Wskazuje na powstanie grupy „jastrzębi”, traktujących wojnę na Ukrainie jako szansę, a nie zagrożenie — symbolem tej postawy pozostaje dla niego Jan Rokita, który miał głosić, że nie ma ceny zbyt wysokiej za pobicie Rosji na Ukrainie już teraz. Autor riposteruje, że taka cena istniała — było nią bezpieczeństwo Polaków.
Przywołuje też wypowiedź śp. generała Skrzypczaka, który miesiąc po rozpoczęciu inwazji przekonywał, że obwód kaliningradzki jest okupowany i warto się o niego upomnieć, oraz byłego szefa MSZ Witolda Waszczykowskiego, otwarcie opowiadającego się za scenariuszem konfrontacji z Rosją na polskich warunkach. Opisuje słynną wyprawę do Kijowa z udziałem premiera Morawieckiego, prezesa Kaczyńskiego, premiera Czech Petra Fiali i premiera Słowenii Janeza Janšy, podczas której Kaczyński zgłosił koncepcję pokojowej misji NATO, a po jej odrzuceniu przez samo NATO w Polsce zaczęto dywagować o „koalicji chętnych” — państwach NATO wysyłających własne oddziały na Ukrainę bez parasola ochronnego sojuszu.
Autor krytykuje też marzenia o rozpadzie Rosji i aresztowaniu Putina oraz słynną deklarację prezydenta Dudy, że Rosjanie przyjdą na kolanach prosić o pokój, a także wizje Polski jako nowego europejskiego „środka ciężkości” — podkreślając, że faktyczny wzrost znaczenia Polski wynikał z czynników pośrednich, niezależnych od polskich decyzji, i równie niezależnie może zostać utracony.
Rozczarowanie gospodarcze: obwód doniecki, który nigdy nie przypadł Polsce
Fiedorczuk krytykuje przekonanie, że polskie firmy staną się pionierami odbudowy Ukrainy i zarobią na tym miliardy. Przypomina, że już w 2022 roku podczas konferencji w Szwajcarii ówczesny premier Ukrainy Denys Szmyhal zaprezentował wstępny plan odbudowy, według którego Polsce miał przypaść obwód doniecki — region wcielony przez Rosję. Ocenia, że również niedawna konferencja w Gdańsku nie przyniosła obiecujących rozwiązań dla polskich firm.
Zwraca uwagę, że o ile relacje polsko-ukraińskie były bardzo dobre w 2022 roku, gdy pomoc Polski miała kluczowe znaczenie, o tyle z czasem rósł wkład innych państw — Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Francji i Włoch — które w liczbach bezwzględnych zdecydowanie przewyższają wsparcie Polski, niezależnie od proporcji do PKB. Ironicznie zauważa, że dla Zełenskiego bardziej liczyła się amunicja i drony niż informacja o PESEL-ach i 800+ dla ukraińskich uchodźców, a już w 2025 roku przychylność Berlina była dla Kijowa więcej warta niż wsparcie Warszawy — nikt w Kijowie nie wspomina już dziś 5000 hełmów przekazanych w 2022 roku.
Krytykuje wiceszefa MSZ Pawła Jabłońskiego za publiczne odcinanie się od pojęcia „polityki transakcyjnej” wobec Ukrainy, mimo że dokładnie w ten sposób Kijów postrzega relacje z Warszawą. Przywołuje też kuriozalny przykład ponad 200 czołgów T-72 przekazanych Ukrainie przez Polskę, o które premier Morawiecki miał się później żalić podczas spotkania z kanclerzem Scholzem w Berlinie, prosząc o uzupełnienie braków — podczas gdy w sprawie brytyjskich dostaw dla Polski miał interweniować ówczesny szef MSZ Ukrainy Dmytro Kułeba, lobbując przeciwko przekazywaniu nowych czołgów Polsce.
Za jeden z najmocniejszych przykładów autor uznaje wystąpienie Zełenskiego na forum ONZ w 2023 roku, gdy ukraiński prezydent otwarcie skrytykował polskie władze, sugerując, że zakaz importu ukraińskiego zboża sprzyja Rosji — co Fiedorczuk nazywa drugim, po Przewodowie, otrzeźwiającym alarmem, którego Polska nie usłyszała. Podkreśla, że trudno tu mówić o jakiejkolwiek „wolcie” Zełenskiego — konsekwentnie broni interesu swojego kraju od lat, to polskie władze uparły się, by pozostawać ślepe i głuche.
Zachwiana tożsamość: państwo dla uchodźców
W dalszej części tekstu Fiedorczuk opisuje, jego zdaniem, fundamentalny błąd popełniony przez polską prawicę — zatarcie rozróżnienia między gościem a gospodarzem jako fundamentu idei państwa narodowego. Przywołuje wywiad OKO.press z nauczycielkami zaniepokojonymi, że szkoła będzie „polonizować” uczniów z Ukrainy, twierdzenia progresywnych mediów, że polski system dyskryminuje uchodźców egzaminami w języku polskim, oraz wezwania, by szkoły nie uczyły o ludobójstwie na Wołyniu ani nie egzaminowały z „Reduty Ordona” Mickiewicza czy „Kamieni na szaniec”. Wspomina apel prof. Tomasza Schramma, przewodniczącego Komitetu Nauk Historycznych PAN, o przerwanie konkursu historycznego poświęconego zbrodni na Wołyniu.
Krytykuje też propozycję byłego ambasadora Jerzego Marka Nowakowskiego, opowiadającego się za odrzuceniem „endeckiego” rozumienia państwa na rzecz wielonarodowego organizmu politycznego, z organizacjami ukraińskich inżynierów, lekarzy czy klubami rodziców — co Fiedorczuk ocenia jako receptę na gettoizację i radykalizację mniejszości. Wskazuje też na postulaty Adama Bodnara i prezesa Związku Ukraińców w Polsce Mirosława Skórki dotyczące nadania ukraińskim imigrantom prawa głosu w wyborach samorządowych.
Zwraca uwagę, że uchodźcy objęci specustawą otrzymywali świadczenia rodzinne, w tym 800+, na zasadach zbliżonych do obywateli polskich, co jego zdaniem zaburzało naturalne rozróżnienie między Polakami a gośćmi i prowadziło do cichego narastania niechęci. Krytykuje postawę Pawła Kowala, który podczas protestów przewoźników na początku 2024 roku opowiedział się po stronie ukraińskich przedsiębiorców, ponaglając polskich protestujących do zakończenia blokady.
Przywołuje niedawne doniesienia „Rzeczpospolitej” o ukraińskim wywiadzie werbującym Ukraińców pracujących w polskich urzędach i firmach do szpiegowania administracji i przedsiębiorstw, a nawet próbach werbowania Polaków jeżdżących z pomocą humanitarną. Przyznaje, że można się oburzać na takie zachowanie sąsiada w obliczu całej okazanej pomocy, ale ocenia taką reakcję jako dokładne odzwierciedlenie popularnego mema „Old Man Yells at Cloud” — zrzędliwego staruszka krzyczącego na chmurę. Podkreśla, że to właśnie polskie władze nie stosowały rozróżnienia między narodem własnym a obcym, a polscy politycy krzyczeli o rasizmie, gdy tylko pojawiała się propozycja weryfikacji narodowościowej osób zatrudnionych w urzędach.
Zachwiana tożsamość: prawica postnarodowa i marzenia o unii polsko-ukraińskiej
Drugim przejawem „zachwiania tożsamości”, jak pisze Fiedorczuk, były fantazje o powołaniu wspólnego organizmu politycznego z Ukrainą. Wymienia Marka Budzisza jako głównego propagatora idei państwa polsko-ukraińskiego, a także Tomasza Terlikowskiego, Marka Jakubiaka i Romualda Szeremietiewa jako głoszących podobne tezy. Przywołuje wypowiedzi prezydenckiego doradcy prof. Andrzeja Zybertowicza, rozważającego Unię Polsko-Ukraińską jako „wspaniałą przygodę” dla młodego pokolenia, oraz samego prezydenta Dudy, deklarującego, że między Polską a Ukrainą w przyszłości nie będzie granicy. Po drugiej stronie sceny politycznej wskazuje Jana Krzysztofa Bieleckiego i Pawła Kowala, postulujących specjalny pakt przewidujący cykliczne wspólne posiedzenia rządów i wspólne sesje Sejmu i Rady Najwyższej Ukrainy.
Autor podkreśla z ironią, że strona ukraińska nigdy nie odpowiedziała na te propozycje zbliżenia — polscy wizjonerzy tworzyli wielkie plany dotyczące Ukraińców, którzy mieli te plany „w nosie”. Ocenia, że rozbieżność interesów gospodarczych, narracji narodowych i tożsamościowych była zawsze zbyt duża, by takie zbliżenie mogło się urzeczywistnić, a wystarczyło kilka uśmiechów Zełenskiego i ogólników o przyjaźni, by część polskiej prawicy zaczęła podważać narodowy charakter własnego państwa — co określa jako całkowity upadek strony konserwatywnej.
Podsumowanie: „ktoś napisze kiedyś książkę”
W zakończeniu, utrzymanym w bardziej eseistycznym, poetyckim tonie, Fiedorczuk pisze o polskim sposobie przeżywania polityki — nie jako przedmiotu analizy, lecz emocji, poezji, moralnej licytacji, w której rozum polityczny pozostaje jedynie przechodniem budzącym konsternację miejscowych. Zapowiada metaforycznie przyszłą książkę, która opisze, jak Polacy zapomnieli o pojęciach interesu narodowego i racji stanu, utożsamili potrzeby Polski z potrzebami Ukrainy, marzyli o wielkiej historii kosztem szarej codzienności, jak polska prawica zapomniała o ofiarach ludobójstwa na Wołyniu, uznając historię UPA za zamkniętą kartę, a jednocześnie radośnie uczestniczyła w rozmywaniu rozróżnienia między obywatelami polskimi a niepolskimi — i jak polskie elity, wiedzione irracjonalnym poczuciem misji, podporządkowały polską politykę hasłu „Ukraine First”. Kończy stanowczym apelem, by nazywać głupotę głupotą i nie dopuścić, by ludzie odpowiedzialni za te błędy ponownie decydowali o losach Polski.
Tekst „Amok ’22. Z dziejów głupoty w Polsce” napisał Jan Fiedorczuk, czytał Michał Nowak. Nagranie audio dostępne na kanale Nowy Ład na YouTube, liczącym 114 tys. subskrybentów, w ramach cyklu Audioteka Nowego Ładu. Opublikowane 10 lipca 2026.