Dr Rak w „Otwartej Konserwie”: Polska powinna mówić Ukraińcom — nie wejdziecie do UE z Banderą, ale prawdziwy problem to wasi oligarchowie

Dr Krzysztof Rak, analityk, historyk i filozof związany z Instytutem Zachodnim w Poznaniu, autor książki „Krucha niepodległość. Rzecz o polityce równowagi Józefa Piłsudskiego”, był gościem Antoniego Opalińskiego w programie „Otwarta Konserwa”. Rozmowa dotyczyła sporu polsko-ukraińskiego, szczytu NATO w Ankarze, kryzysu Unii Europejskiej, roli Stanów Zjednoczonych w Europie, ukraińskiego układu oligarchicznego oraz rosnącego poparcia dla AfD w Niemczech.

Kampania wyborcza i „temat ukraiński”

Opaliński otworzył rozmowę uwagą, że podczas gdy jeszcze dwa-trzy lata temu główne siły polityczne rywalizowały o miano bardziej proukraińskich, dziś spierają się o to, kto jest bardziej antyukraiński — przywołując spór wokół przekazania Ukrainie rakiet do systemów Patriot. Rak ocenił, że weszliśmy już w kampanię wyborczą, a „temat ukraiński” się sprzedaje — badania polityków wskazują na przesunięcie nastrojów społecznych w stronę niechęci wobec Ukraińców, zwłaszcza w elektoracie prawicy, a politycy po prostu podążają za tym trendem.

Opaliński zapytał, czy oskarżanie przez byłą opozycję obecnego rządu o nadmierne wsparcie dla Ukrainy, mimo że sama w innym momencie geopolitycznym przekazywała ogromne ilości broni, nie jest nadmiarem hipokryzji nawet jak na standardy polityki. Rak przyznał, że to hipokryzja, ale częściowo zawiniona przez stronę rządową, która — jego zdaniem — nie potrafi się komunikować ze społeczeństwem w sprawach bezpieczeństwa i pomocy dla Ukrainy, prowadząc politykę „zygzaków”: raz silnego wsparcia, raz dystansu, w zależności od sondaży, co czyni ją łatwym celem ataku. Podkreślił, że polityk czasem zyskuje, występując wbrew trendowi — ale wymaga to odwagi i umiejętności komunikacyjnych, których obecnej władzy brakuje.

Szczyt NATO: amerykański blef o wycofaniu

Opaliński przeszedł do bieżących wydarzeń szczytu NATO w Ankarze, przywołując analizy sugerujące, że USA będą przesuwać ciężar konwencjonalnej obrony na Europę, koncentrując się na Dalekim Wschodzie i zapewniając jedynie zdolności nuklearne oraz satelitarne. Rak ocenił to jako nic nowego — mówiły o tym już wcześniej administracje demokratyczne. Wyraził jednak przekonanie, że groźby wycofania się z Europy to swego rodzaju blef negocjacyjny — Ameryki „nie stać”, by pozostawić Europę samą sobie, ponieważ w rywalizacji z Chinami kluczowe będzie to, ilu i jak silnych sojuszników uda się utrzymać po swojej stronie. Ocenił, że Amerykanie „dobrze grają w tę grę”, a Europejczycy są w niej politycznie bardzo słabi — brakuje polityków klasy Charles’a de Gaulle’a czy Konrada Adenauera, zdolnych usiąść naprzeciw Donalda Trumpa i mówić mu wprost, co myślą; obecni przywódcy europejscy, jak Ursula von der Leyen, przypominają raczej „delegację z kołchozu do pierwszego sekretarza” niż równorzędnych partnerów — Rak ocenił, że jej brak zdolności przywódczych widać już w samej mowie ciała.

Kryzys elit europejskich i „rak biurokratyczny”

Opaliński zapytał, czy odpowiedzią kryzysu Unii Europejskiej na amerykańską presję będzie jeszcze dalej idąca centralizacja władzy w Brukseli. Rak ocenił to jako typową dla ideologicznie myślących elit receptę — myślenie ideologiczne polega, jego zdaniem, na narzucaniu rzeczywistości gotowych klisz zamiast dostrzegania jej taką, jaka jest. Skontrastował to z modelem integracji z lat 50. i 60., opartym na zasadzie pomocniczości: rozwiązywać problemy tam, gdzie się pojawiają, a nie budować nowe struktury centralne, które miałyby zastąpić lokalną wiedzę. Porównał współczesne przekonanie, że „mądry urzędnik w Brukseli” rozwiąże problemy Dolnego Śląska, do centralnie sterowanej gospodarki i polityki „czasów słusznie minionych”.

Opaliński zauważył, że struktury raz powołane trudno zlikwidować, bo się „samokarmią” i obrastają w interesy — nawet w obliczu geopolitycznych napięć nikt nie będzie miał siły, by brukselską biurokrację „wywalić na zbity pysk”. Rak sprecyzował, że nie postuluje likwidacji, lecz ograniczenie kompetencji. Przywołał ekonomiczny sukces integracji — szerszy dostęp do kapitału, którego przedwojennej Polsce brutalnie brakowało. Jako ilustrację tego historycznego problemu przywołał powieść „Kariera Nikodema Dyzmy”, tłumacząc, że fenomen tytułowego bohatera, cwaniaka bez kwalifikacji robiącego błyskawiczną karierę dzięki przypadkowi, w istocie obrazuje chroniczny brak kapitału w międzywojennej Polsce — a nie tylko korupcję i cwaniactwo. Skrytykował rozszerzanie kompetencji Brukseli na sprawy sądownictwa czy obyczajowości, wbrew wcześniejszym zapewnieniom składanym Polsce przy akcesji, podczas gdy zaniedbywana jest podstawowa funkcja UE — obrona wspólnego rynku i europejskiego przemysłu przed konkurencją, zwłaszcza chińską. Z niepokojem odniósł się do kurczenia się niemieckiego przemysłu, ostrzegając przed konsekwencjami tego procesu dla całej Europy, i skrytykował skupianie uwagi Brukseli na projektach ideologicznych (jak „polityka tożsamościowa” czy kontrowersje wokół migracji zastępczej) kosztem obrony realnych interesów gospodarczych.

Interesy Polski wobec ewolucji NATO

Opaliński zapytał, czy w obliczu przemian polityki amerykańskiej rację mają ci, którzy uważają, że USA docelowo nie będą niczego gwarantować i trzeba szukać alternatywnych rozwiązań bezpieczeństwa. Rak odpowiedział, że osoby głoszące taki pogląd ignorują fakt, iż 10 tysięcy amerykańskich żołnierzy nadal stacjonuje w Polsce i nic nie wskazuje na zmianę tego stanu. Ocenił, że Ameryka będzie ograniczać zaangażowanie w sposób transakcyjny — minimalizując koszty przy maksymalizacji wpływów politycznych, co pochwalił jako umiejętnie realizowane przez Trumpa, Hegsetha i Rubio — ale nie wycofa się dramatycznie, ponieważ obecność wojsk USA w Niemczech pełni kluczową funkcję kontrolną wobec ewentualnych „kontynentalnych” pokus niemieckich i francuskich elit, które przed 2022 rokiem cicho rozważały scenariusz osi Paryż-Berlin-Moskwa-Pekin. Ocenił opowieści o rychłym zniknięciu Ameryki z Europy jako „bajki z mchu i paproci”, zastrzegając jednocześnie, że Amerykanie mogą traktować sojuszników instrumentalnie, jeśli ci sami nie rozumieją zasad transakcyjnej polityki międzynarodowej — a polscy politycy, jego zdaniem, akurat „się o to proszą”.

Rakiety dla Ukrainy jako test polskich interesów narodowych

Opaliński zauważył, że polska debata o sensowności przekazania rakiet Ukrainie sprowadza się do sporu „dwóch gangów” ocenianych przez pryzmat bieżącego konfliktu historycznego z Kijowem. Rak zdecydowanie się z tym nie zgodził, ostrzegając przed logiką, w której z powodu sporu o historię Polska mogłaby dojść do wniosku, że nie powinna była wspierać Ukrainy w 2022 roku — zaznaczając, że wielu ludzi już tak uważa. Podkreślił, że Polska ma trwały, niezmienny od 1989 roku interes narodowy — graniczenie na wschodzie z państwami niezależnymi od Rosji, bez stacjonujących tam wojsk rosyjskich — i ten interes bezpieczeństwa musi mieć pierwszeństwo przed, skądinąd słusznym, interesem upamiętnienia zbrodni wołyńskiej. Zastrzegł, że nie neguje wagi polityki historycznej, ale krytykuje sytuację, w której emocje społeczne, częściowo wywołane przez samych polityków, zaczynają dyktować decyzje strategiczne.

Zaniedbana polityka historyczna lat 90. i asertywność wobec Ukrainy

Opaliński przypomniał, że po 24 lutego 2022 roku przez ponad rok temat Wołynia był w Polsce świadomie wyciszany, a księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego nie wpuszczano do Polskiego Radia. Rak dodał, że nawet prezydent Andrzej Duda miał zwracać księdzu uwagę, by „nie zajmował się polityką” — co uznał za wymowny i zastanawiający przykład niezdolności polskich elit, także tych z obozu PiS, do zarządzania tym tematem. Wskazał, że poważna polska polityka historyczna dotycząca martyrologii zaczęła się dopiero około 2004-2005 roku, symbolizowana przez powstanie Muzeum Powstania Warszawskiego, i że wobec Ukrainy Polska powinna prowadzić politykę konsekwentnie asertywną, zamiast na przemian ją zaostrzać i wyciszać w zależności od koniunktury politycznej.

Głupota polityków i brak komunikacji ze społeczeństwem

Rak ocenił krytycznie wcześniejszą retorykę części polskich polityków, głoszących, że Ukraińcy „walczą za nas” z czystej solidarności czy sympatii — nazwał to „ukrainofilią z czapki wziętą”, którą sami Polacy później zaczęli bezrefleksyjnie powtarzać, co teraz się na politykach mści. Ocenił, że politycy uprawiają „gry pijarowskie” polegające na ogłupianiu społeczeństwa dla doraźnych celów wyborczych, zamiast z nim rozmawiać — stwierdzając dosadnie, że dzisiejsi politycy są w rzeczywistości „głupsi od przeciętnego Polaka”, mimo że sami stawiają się od niego wyżej. Ocenił, że gdyby politycy jasno komunikowali społeczeństwu, że wsparcie dla Ukrainy wynika z twardego rachunku bezpieczeństwa, a nie z emocjonalnej sympatii, spór o Wołyń przebiegałby inaczej, a partnerzy traktowaliby Polskę poważniej.

Brak przygotowania społeczeństwa do wojny

Rak porównał stan przygotowań obronnych Polski do Chin, które dysponują rezerwami na poziomie ok. 800 tys. osób i są w stanie w razie zagrożenia zmobilizować milion ludzi — ocenił, że Chiny są „już prawie gotowe na wojnę”. Skontrastował to z sytuacją w Polsce, gdzie mimo ostrzeżeń polityków o zbliżającym się zagrożeniu wojennym państwo nie podejmuje realnych działań przygotowujących społeczeństwo — obywatele nie wiedzą, co robić w „czasie W”, a wysłanie 35 milionom ludzi ulotki z instrukcją „zróbcie sobie zapas wody i plecaczek” to zdecydowanie za mało; struktury państwowe na czas wojny powinny być precyzyjnie opisane, a każdy obywatel powinien znać swoje miejsce w tym systemie.

Opaliński dodał, że Chiny (obok Szwajcarii) dysponują też najlepszym w Europie systemem obrony cywilnej i infrastrukturą schronową, obejmującą niemal całą populację, podczas gdy Polska niedawno uchwaliła ustawę przerzucającą dodatkowe kompetencje w tym zakresie na straże pożarne, z czego na razie niewiele wynika. Rak ocenił to jako dowód, że polskie państwo nie potrafi wskazać priorytetowego interesu, przez co łatwo je zdominować pobocznymi „wrzutkami” tematycznymi — w tym sporem o Wołyń, który sam w sobie jest słuszny, ale w kontekście nadchodzącej wojny staje się rodzajem odwrócenia uwagi.

Fala antyukraińska w interesie oligarchów

Rak przedstawił centralną tezę rozmowy: głównym problemem Ukrainy nie jest nacjonalizm (ograniczony, jego zdaniem, głównie do zachodniej części kraju), lecz rządzący nią układ oligarchiczny. Ostrzegł przed stereotypizowaniem wszystkich Ukraińców jako banderowców, przywołując własne doświadczenia z rosyjskojęzycznymi uchodźcami z Charkowa przybyłymi do Polski w 2022 roku, którzy nie mieli nic wspólnego z nacjonalizmem. Ocenił, że przypisywanie wszystkim Ukraińcom tożsamości banderowskiej jest nie tylko niesprawiedliwe, ale wręcz niebezpieczne — bo skoro mówi się im, że „prawdziwy Ukrainiec musi być banderowcem”, część z nich może w to ostatecznie uwierzyć.

Zaapelował o rozróżnianie ukraińskich elit rządzących (Zełenski i otaczający go oligarchowie) od społeczeństwa, i o kierowanie krytyki wprost pod adresem tego pierwszego — proponując przekaz do Ukraińców, że nie wejdą do Unii Europejskiej nie tylko z powodu gloryfikacji Bandery, ale przede wszystkim dlatego, że są rządzeni przez skorumpowaną oligarchię, którą wprost nazwał „bandytami”.

Przywołał rozmowę sprzed lat z niezależnym ukraińskim dziennikarzem, który opisał mu, że próba założenia niezależnego klubu politycznego we Lwowie skończyłaby się pobiciem uczestników już na drugim spotkaniu, a wybrany do rady miejskiej niezależny kandydat byłby zagrożony zabójstwem następnego dnia. Rak postawił tezę, że polscy politycy unikają tego tematu częściowo dlatego, że sami są związani interesami z ukraińskimi oligarchami — Opaliński potwierdził, że część poważnych polskich postaci politycznych, z różnych stron sceny, „ma ich na payrollu”. Rak ocenił, że podsycanie antyukraińskich nastrojów w Polsce leży w bezpośrednim interesie tych właśnie oligarchów, którzy dzięki temu odwracają uwagę od własnej odpowiedzialności za sytuację w kraju. Przywołał też własny artykuł dla „Rzeczpospolitej” napisany po 2014 roku o układach oligarchiczno-klanowych na Ukrainie oraz książkę Jurija Felsztinskiego opisującą te mechanizmy, zaznaczając, że w Polsce temat ten był i jest traktowany jako niewygodny, bo kłóci się z narracją o „pomarańczowych rewolucjach” — a niezależność Ukrainy od Kremla, jego zdaniem, wynikała w praktyce z tego, że sami ukraińscy oligarchowie nie chcieli podporządkować się Moskwie, za co należy im się częściowe uznanie, choć dziś ich rola historyczna się wyczerpała i układ ten należy zlikwidować dla dobra samej Ukrainy.

Teoria spisku Berlin-Kijów-Moskwa

Opaliński zapytał o krążącą w polskiej „infosferze” teorię, jakoby spór historyczny z Ukrainą był w istocie inspirowany przez Niemcy, dążące do budowy osi Berlin-Kijów, do której miałaby dołączyć Moskwa i Pekin. Rak ocenił tę teorię jako „tak głupią, że aż strach” — przypomniał, że polityka rosyjska od stuleci dąży nie do wzmocnienia, lecz do zniszczenia ukraińskiej państwowości, więc trudno zakładać, by Rosja chciała budować silną Ukrainę w sojuszu z Niemcami; Rosja, jego zdaniem, sama zadba o to, by żadnego ukraińskiego „mocarstwa” nie było, niezależnie od tego, jak zakończy się wojna. Zaznaczył, że sam koncept „Ukrainy jako mniejszej Rosji” zastępującej Federację Rosyjską w niemieckiej strategii gospodarczej to pomysł wymyślony w Polsce, nieobecny w rzeczywistej niemieckiej debacie — nikt w Niemczech jeszcze na to nie wpadł.

Odnosząc się do rzeczywistego tonu niemieckiej prasy głównego nurtu, Rak ocenił, że merytorycznie w kwestiach historycznych Niemcy w większości przyznali rację Polsce (przywołał komentarz „Frankfurter Allgemeine Zeitung” stwierdzający, że racja historyczna leży po stronie polskiej), ale w warstwie wewnątrzpolitycznej niemieckie media jednoznacznie stanęły po stronie obozu premiera Donalda Tuska, oskarżając prezydenta Karola Nawrockiego o rozgrywanie karty ukraińskiej dla wewnętrznych celów politycznych — co Rak przypisał ideologicznej niechęci niemieckich elit do polskiej prawicy i konserwatyzmu oraz głębszej tradycji antypolonizmu, nie zaś realnemu spiskowi geopolitycznemu. Podsumował, że problemem nie jest nieobiektywne relacjonowanie sporu polsko-ukraińskiego, lecz nieobiektywne relacjonowanie sporu polsko-polskiego, w którym niemieckie media otwarcie opowiedziały się po jednej ze stron.

Wzrost poparcia dla AfD w Niemczech

W drugiej części rozmowy Opaliński zapytał o aktualny stan wewnętrznej polityki niemieckiej i trwałość tzw. Brandmauer (zapory ogniowej) wobec Alternatywy dla Niemiec, przywołując wcześniejsze rozmowy, w których Rak twierdził, że niemieckie elity mają mechanizmy skutecznie blokujące AfD od władzy mimo rosnącego poparcia. Rak przyznał się do zaskoczenia dynamiką tego wzrostu — z ok. 20 proc. w wyborach sprzed niespełna roku do 27-29 proc. obecnie, przy jednoczesnym spadku notowań CDU/CSU z 28,5 do 20 proc. Przyznał, że jeszcze dwa lata wcześniej zakładał istnienie „sufitu” poparcia dla AfD na poziomie 20-25 proc., a obecne wyniki, zbliżające się do 30 proc., go zaskakują — wyraził chęć znalezienia poważnych badań socjologicznych elektoratu niemieckiego, które określiłyby, czy taki pułap w ogóle istnieje.

Ocenił to jako rewolucyjne przekształcenie niemieckiej sceny politycznej — dawny system dwóch dużych partii ludowych (Volksparteien), CDU/CSU i SPD, z łącznym poparciem sięgającym niegdyś ponad 80 proc. (poza jednym wyjątkiem w latach 50., gdy Adenauer rządził samodzielnie), skurczył się do sytuacji, w której obie partie razem mają zaledwie 35 proc., co czyni niemożliwym powtórzenie klasycznej wielkiej koalicji — jedyną realną opcją pozostaje dziś koalicja wszystkich sił przeciwko AfD, a jedyną faktyczną „partią ludową” zaczyna się stawać sama AfD.

Rak ocenił liderkę AfD Alice Weidel jako sprawną w komunikacji, choć niekarysmatyczną z natury — porównał ją raczej do „księgowej” niż trybuna ludowego, zaznaczając, że nie jest to osobowość na miarę dyktatorskich wodzów z historii, lecz ktoś, kto po prostu potrafi się uczyć i skutecznie komunikować z przeciętnym Niemcem. Opisał hipotetyczny profil takiego wyborcy: klasa średnia, obawiająca się rosnących kosztów wynajmu mieszkań, cen energii i ogrzewania, przy jednoczesnym poczuciu malejącego bezpieczeństwa na ulicach (przywołał zdziwienie Niemców odwiedzających Polskę, że można tu bezpiecznie spacerować wieczorem) oraz przywiązaniu do wartości takich jak oszczędności czy prestiżowe wakacje. Wyliczył konkretne recepty AfD trafiające w potrzeby takiego wyborcy: tani gaz (w tym powrót do rosyjskich dostaw), elektrownie atomowe, remigracja i obniżka podatków oraz biurokracji — zaznaczając, że nie ocenia tych recept jako realistycznych czy skutecznych, lecz jako komunikacyjnie proste i zrozumiałe.

Rak ocenił jednak, że nawet przy dalszym wzroście poparcia scenariusz przejęcia władzy przez AfD pozostaje mało realny w krótkim terminie ze względu na ścisły, upartyjniony charakter niemieckiej administracji państwowej — kariera w niemieckiej biurokracji od dawna wymaga przynależności partyjnej, więc AfD, mająca zaledwie ok. 50 tys. członków (podczas gdy SPD i CDU liczą po kilkaset tysięcy), nie dysponuje kadrami zdolnymi przejąć rządzenie państwem. Zastrzegł przy tym wyraźnie, że nie należy się obawiać scenariusza całkowitej likwidacji systemu partyjnego na wzór 1933 roku (nazywanego wówczas „Gleichschaltung”) — to, jego zdaniem, w dzisiejszych Niemczech jest niemożliwe. Jedyną realną drogą do władzy AfD byłoby przekroczenie progu ok. 40 proc. poparcia, co uczyniłoby koalicję z CDU nieuniknioną (kosztem rozpadu tej ostatniej) — i tu Rak wskazał wrześniowe wybory regionalne w Saksonii-Anhalt, gdzie sondaże dają AfD 41-42 proc., jako kluczowy test i potencjalny punkt zwrotny, zwłaszcza biorąc pod uwagę pewność siebie, jaką Weidel okazała komentując wyniki poprzednich wyborów oraz jej ostrą wypowiedź w Bundestagu wobec kanclerza Friedricha Merza o wyborze między „prawdziwą koalicją reformatorską” a przyszłym samodzielnym rządem AfD.

Na zakończenie tego wątku, pytany, czy nastąpi stopniowa kooptacja AfD do systemu, czy raczej kontynuacja „zapory ogniowej” aż do ewentualnej rewolucji wyborczej, Rak ocenił kooptację za mało prawdopodobną, bo wymagałaby faktycznego rozpadu CDU — partii, w której konserwatywne, prawicowe skrzydło już dawno albo odeszło, albo przeszło do AfD, pozostawiając w kierownictwie głównie liberałów (wymienił jako potencjalnych następców Merza polityków Hendrika Wüsta z Nadrenii Północnej-Westfalii i Daniela Günthera z Szlezwika-Holsztynu).

Czy Polska powinna się cieszyć czy obawiać

Na sam koniec, pytany, czy Polska powinna obawiać się czy raczej cieszyć z potencjalnego wzrostu siły AfD, Rak zaproponował postawę stoicką wobec procesu, na który Polska nie ma wpływu — przywołując zasadę stoicką, by nie przejmować się tym, na co nie mamy wpływu, tylko przyjąć rzeczywistość „z dobrodziejstwem inwentarza”. Zaznaczył zarazem, że wzrost politycznej ideologizacji sporów międzynarodowych w Europie (np. ewentualne próby izolowania czy „wygnania” Niemiec rządzonych przez AfD z Unii Europejskiej przez Ursulę von der Leyen lub jej następcę) mógłby prowadzić do trudnych do przewidzenia, niemal absurdalnych scenariuszy — na co Opaliński żartobliwie zareagował sugestią, że rząd Tuska mógłby w takiej sytuacji zacząć przyjmować „demokratycznych uchodźców” z Niemiec uciekających przed AfD, kwitując całość uwagą o przekleństwie życia w „ciekawych czasach” i aktualności starych dylematów związanych z kwestią niemiecką.


Dr Krzysztof Rak był gościem Antoniego Opalińskiego w programie „Otwarta Konserwa” (246 tys. subskrybentów). Odcinek opublikowano 8 lipca 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *