Łukasz Grzegorczyk w komentarzu opublikowanym na kanale „Na Temat” ocenił, że podsycana w Polsce niechęć wobec Ukraińców staje się poważnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa kraju, a politycy wykorzystują te emocje w sposób cyniczny i krótkowzroczny.
Wołyń wymaga pamięci, nie profanacji
Grzegorczyk podkreślił na wstępie, że pamięć o Wołyniu wymaga trzech rzeczy: pamięci, rozliczenia i poszanowania – i że co najmniej dwie z nich dziś w Polsce wypadają bardzo źle. Przypomniał, że ludobójstwo dokonane przez ukraińskich nacjonalistów na ponad 100 tysiącach Polaków to wciąż otwarta rana w narodowej pamięci, wymagająca powagi z obu stron. Ocenił, że Ukraina nie może dłużej unikać tego tematu ani spychać go na margines, zwłaszcza w kontekście trwających rozmów o członkostwie w Unii Europejskiej – nazwanie ukraińskiego oddziału wojskowego imieniem bohaterów UPA określił jako skandal, wobec którego ukraińskie władze dotąd nie wykazały refleksji.
Jednocześnie ocenił, że odebranie Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego było błędem dyplomatycznym – przywołał w tym kontekście stanowisko Radosława Sikorskiego, zgadzając się, że prezydent Karol Nawrocki w praktyce zamknął sobie drogę do poważnej rozmowy z ukraińskim prezydentem, pogłębiając i tak już najgorsze od lat relacje polsko-ukraińskie.
Grzegorczyk najostrzej skrytykował komercjalizację pamięci historycznej w internecie i na ulicach. Zwrócił uwagę, że wyszukiwanie haseł związanych z historią Wołynia prowadzi dziś nie do książek historycznych, lecz do sklepów z odzieżą – koszulkami, bluzami, czapkami i naszywkami z wulgarnymi, obraźliwymi hasłami wymierzonymi w UPA i Stepana Banderę, często opatrzonymi drastycznymi, komiksowo przerysowanymi grafikami. Zapytał retorycznie, czy nastolatek noszący taką koszulkę na osiedlu robi to dla uczczenia ofiar Wołynia, czy w ogóle zna kontekst historyczny – zaznaczając przy tym, że problem dotyczy nie tylko młodzieży, ale i dorosłych mężczyzn i kobiet, promujących te produkty w rodzinnych, często wygenerowanych przez sztuczną inteligencję zdjęciach. Ocenił, że twórcy takich ubrań i gadżetów budują na ludzkiej tragedii regularny, dochodowy biznes, a przynoszenie na manifestacje rekwizytów w rodzaju imitacji siekiery wbitej w plecy z napisem „Krwawa Niedziela 11 lipca” to nie forma patriotyzmu, lecz profanacja pamięci i sprowadzenie dramatu przodków do poziomu kibolskiej ustawki. Wspomniał również, że osobiście widział u ludzi tatuaże z podobnymi hasłami.
Polityczna licytacja kosztem bezpieczeństwa
Autor komentarza ocenił, że o wiele poważniejszym problemem niż internetowi handlarze gadżetami jest sposób, w jaki temat ukraiński wykorzystywany jest w bieżącej polityce krajowej. Wskazał, że skrajna prawica od początku konsekwentnie buduje poparcie na strachu przed „ukrainizacją” Polski oraz obawach, że uchodźcy zabiorą Polakom pracę, miejsca w szpitalach i część dochodów. Zwrócił też uwagę na spór między Koalicją Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością – formacje, które jeszcze niedawno deklarowały bezwarunkowe wsparcie dla Kijowa, dziś, w reakcji na sondaże pokazujące rosnące zmęczenie społeczne, zaczęły się licytować, kto przekazał Ukrainie mniej sprzętu wojskowego. Przywołał wzajemne zarzuty: ze strony krytyków PiS-u o bezumowne rozbrojenie polskiej armii poprzez przekazanie setek czołgów, oraz odpowiedź PiS-u zarzucającą obecnemu rządowi przekazanie Ukrainie rakiet do systemów Patriot.
Grzegorczyk ocenił, że dla polityków spór ten stał się już elementem kampanii wyborczej, ale prześciganie się w deklaracjach o skali pomocy dla kraju pełniącego rolę bufora przed Rosją jest krótkowzroczne. Przypomniał, że Ukraina nie jest w stanie samodzielnie wygrać wojny z Rosją, a jej ewentualna przegrana oznaczałaby realizację celów Władimira Putina i bezpośrednie zagrożenie dla Polski – opisał to jako scenariusz, w którym „w Moskwie strzelają korki od szampana”. Podkreślił, że Rosja nie musi wysyłać czołgów, by osłabiać Polskę – wystarczy, że poprzez farmy trolli podbija zasięgi antyukraińskich wpisów w internecie, finansuje skrajne organizacje i podsyca emocje historyczne, ponieważ rozbicie sojuszu polsko-ukraińskiego byłoby dla Kremla największym możliwym prezentem strategicznym. Zaznaczył, że nie są to spekulacje, lecz ostrzeżenia formułowane przez generałów, dyplomatów i polityków patrzących szerzej niż na bieżącą „wojenkę” polityczną.
Granica między krytyką a nienawiścią
Autor przyznał, że zarzuty wobec Ukrainy – stawianie pomników Banderze, wieloletnie blokowanie ekshumacji, postawa określana jako roszczeniowa – są uzasadnione, i że sam mógłby się z nimi zgodzić. Podkreślił, że Ukraina ma nieodrobiony problem z własną historią, a polskie władze, niezależnie od tego, kto rządzi, muszą prowadzić twardą dyplomację, realnie oceniać własne interesy i nie być naiwne – w tym bronić interesów polskich rolników, przedsiębiorców i innych grup na rynku, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Zastrzegł jednak, że istnieje jedna granica, której przekraczać nie wolno: rozliczenie historyczne na poziomie relacji międzypaństwowych to nie to samo, co nienawiść do drugiego człowieka na poziomie codziennych relacji społecznych. Przestrzegł przed poddawaniem się emocjom podsycanym przez Grzegorza Brauna i podobne mu środowiska, przywołując wprost jego wypowiedzi nazywające Ukrainę wrogiem narodu i państwa polskiego – ocenił, że Braun cynicznie gra tym tematem, świadomie trafiając w czuły punkt społeczeństwa i wyrządzając realną szkodę, podczas gdy Władimir Putin może z dystansu obserwować sytuację z satysfakcją. Przywołał również wypowiedź premiera Donalda Tuska sprzed jednego z posiedzeń rządu, który miał powiedzieć, że nie trzeba kochać Ukrainy, ale każdy, kto ma choć trochę oleju w głowie i przyzwoitości, powinien rozumieć, że w interesie Polski leży to, by Ukraina nie przegrała tej wojny – co Grzegorczyk odczytał jako jednoznaczny argument przeciwko odcinaniu Kijowa od zachodniej, w tym polskiej, pomocy.
Ostrzeżenie przed pokoleniem wychowanym na nienawiści
Kończąc komentarz, Grzegorczyk zaapelował, by nie dać sobie wmówić, że warunkiem pamięci o zmarłych jest nienawiść wobec żywych, ponieważ taka droga nie prowadzi do żadnej sprawiedliwości. Wyraził obawę, że obecne 15- i 20-latkowie, poddawani tego rodzaju manipulacjom, mogą wyrosnąć na pokolenie traktujące Kijów na równi z Moskwą, co określił jako „triumf pustych głów” – zarówno wśród młodzieży, jak i w samej polskiej polityce, która, jak zaznaczył, w coraz większym stopniu napędzana jest antyukraińskimi nastrojami, co potwierdzają sondaże.
Materiał „Nie trzeba kochać Ukrainy. Trzeba rozumieć interes Polski!” opublikowany został na kanale naTemat na YouTube, liczącym 528 tys. subskrybentów. Wyemitowany 8 lipca 2026.