Profesor Grzegorz Motyka, historyk specjalizujący się w stosunkach polsko-ukraińskich, był gościem Piotra Zychowicza w programie Historia Realna. Rozmowa dotyczyła sporu o charakter rzezi wołyńskiej, mitów funkcjonujących w ukraińskiej historiografii oraz mechanizmu podejmowania decyzji o eksterminacji ludności polskiej przez Ukraińską Powstańczą Armię. Okazją do spotkania było wydanie nowej książki historyka „Gry pamięcią” — wywiadu rzeki przeprowadzonego przez Andrzeja Brzezieckiego.
Spór historyczny wrócił na polityczny stół
Rozmowę otworzyło pytanie o to, czy spór polsko-ukraiński o historię ma już za sobą najgorszy moment, czy dopiero się rozkręca. Historyk, odwołując się do słów Churchilla po bitwie pod El Alamein, ocenił obecną sytuację jako możliwy „koniec początku” — decyzja prezydenta Zełenskiego o nadaniu jednej z elitarnych jednostek honorowego tytułu „Bohaterów UPA”, a następnie decyzja prezydenta Nawrockiego o odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego, wywołały kryzys, po którym nie da się już wrócić do stanu sprzed tych wydarzeń. Zaznaczył, że wcześniej, jego zdaniem, sytuacja była całkiem dobra — trwał dialog historyczny i prowadzono ekshumacje, co oznaczało, że problemy historyczne zostały zdjęte z bieżącej polityki do końca wojny. Obie prezydenckie decyzje przywróciły jednak te sprawy do debaty publicznej, tym razem w formie sporu o współczesną politykę historyczną obu państw, i — jak ocenił Motyka — żaden polityk po żadnej stronie nie powinien liczyć na łatwy powrót do wcześniejszej normalności.
Ukraińska narracja mówi o „tragedii”, nie o ludobójstwie
Prowadzący zwrócił uwagę na konsekwentne używanie przez stronę ukraińską określenia „tragedia wołyńska” zamiast „ludobójstwo”, co sugeruje wzajemność cierpienia i czystki etniczne dokonywane przez obie strony, zamiast jednostronnej zbrodni. Motyka doprecyzował, że polityka ukraińskiego państwa — również w kontekście nadania nazwy jednostce wojskowej — polega na odmowie uznania odpowiedzialności za zbrodnie popełnione przez UPA na ludności polskiej. Zaznaczył przy tym wyraźnie, że nie należy przenosić odpowiedzialności za takie decyzje polityczne ani za wypowiedzi ukraińskich publicystów na ogół społeczeństwa ukraińskiego, w tym na Ukraińców mieszkających obecnie w Polsce, którzy nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności; podkreślił, że akty chamstwa wobec nich powinny być karane z całą surowością prawa i w żaden sposób nie stanowią obrony polskiej pamięci historycznej.
Historyk opisał, że oficjalna ukraińska narracja neguje istnienie zorganizowanej, masowej antypolskiej czystki — dopuszczając jedynie pojedyncze mordy dokonywane przez niezidentyfikowanych sprawców, których przynależność do UPA bywa kwestionowana. Skrytykował poszukiwanie w ostatnich tygodniach „sprawiedliwych” dowódców UPA i porównania określane przez niego jako nierzetelne historycznie — wskazał przykład sotennego Hrycia Perechyniaka, praktycznie nieznanego w Polsce dowódcy, który w ciągu jednej nocy i kilku tygodni działalności partyzanckiej zamordował więcej Polaków niż znani z Wołynia „Ogień” i „Bury” łącznie przez całą swoją karierę. Zaznaczył, że tego typu dowódców jak „Ogień” i „Bury” po stronie UPA były dosłownie setki.
Różnica między pojedynczymi zbrodniami a decyzją dowództwa
Motyka podkreślił kluczowe rozróżnienie: po stronie polskiej mamy do czynienia z pojedynczymi zbrodniami pojedynczych dowódców, natomiast po stronie UPA zapadła decyzja głównego dowództwa organizacji, że nawet do półtora miliona Polaków zamieszkujących Wołyń, Galicję Wschodnią oraz tereny dzisiejszego Podkarpacia i Lubelszczyzny nie ma prawa pozostać na tym terytorium — mają zostać zabici albo uciec. W Galicji Wschodniej zapadła decyzja o wypędzeniu ludności polskiej pod groźbą śmierci, z zabijaniem wszystkich mężczyzn w razie sprzeciwu, choć — jak zaznaczył historyk — zdarzały się też napady, w których ginęła cała polska ludność bez wyjątku. To właśnie różnica skali i intencji, a nie tylko liczby ofiar, tłumaczy zdaniem Motyki, dlaczego środowiska sprzeciwiające się symetryzacji obu stron konfliktu reagują tak stanowczo.
Dowody z ukraińskich archiwów
Pytany, czy istnieją dokumenty potwierdzające decyzję o czystce etnicznej, historyk przywołał materiał opublikowany ponad 20 lat temu w 26. tomie „Litopysu UPA”, pochodzący z archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy — dokument, w którym Roman Szuchewycz przyznaje wydanie rozkazu wypędzenia Polaków pod groźbą śmierci z Galicji Wschodniej, próbując jednocześnie odsunąć od siebie odpowiedzialność za wcześniejsze wydarzenia na Wołyniu. Według szacunków opartych na niemieckim spisie ludności z 1943 roku, rozkaz ten objął blisko 950 tysięcy Polaków w samej Galicji. Motyka zwrócił uwagę, że dokument ten praktycznie nie jest poddawany żadnej analizie ani dyskusji przez stronę ukraińską.
Przywołał też dokumentację dotyczącą Jurija Stelmaszczuka-Rudego, odpowiedzialnego — jak wynika z ustaleń — za mordy w Woli Ostrowieckiej i Ostrówkach, wykonane w sierpniu po tym, jak w lipcu zażądał potwierdzenia otrzymanego rozkazu. Dokumenty te, pochodzące z archiwum SBU, zostały opublikowane przez IPN wspólnie ze stroną ukraińską około 20 lat temu, a mimo to bywają dziś podważane przez wskazywanie rozbieżności w kolejnych zeznaniach Stelmaszczuka co do liczby ofiar. Historyk porównał tę metodę podważania dowodów do argumentacji Grzegorza Brauna kwestionującego istnienie komór gazowych w Auschwitz-Birkenau na podstawie okoliczności powstania zeznań Rudolfa Hössa — zaznaczając, że sam odrzuca zarówno poglądy Brauna, jak i próby podważania dokumentacji ukraińskiej, potwierdzonej dodatkowo prowadzonymi obecnie ekshumacjami.
Geneza planu: od koncepcji przedwojennych do rozkazów z 1943 roku
Motyka przedstawił szczegółową rekonstrukcję procesu decyzyjnego. Przed 1939 rokiem oficjalny program OUN zakładał, że ofiarami ewentualnego powstania mieliby paść jedynie koloniści osiedleni na Wołyniu i w Galicji Wschodniej po 1918 roku oraz ziemianie — pozostała ludność polska miała zostać oszczędzona. Zmiana nastąpiła po zamachu na ministra Pierackiego, gdy Mychajło Kołodziński opracował plan powstania powszechnego, zakładający wojnę Niemiec i Polski przeciwko ZSRR oraz udział ukraińskiej armii u boku obu tych państw. Frakcja, z której później wyłonili się banderowcy, uznała ten plan za zbyt ostrożny — zakładała rozpoczęcie działań od pojedynczych wsi, uderzeniem w najsłabszy punkt, czyli ludność cywilną polską i żydowską, przy czym plan ten, jak podkreślił historyk, nie miał charakteru ideologicznego, lecz czysto powstańczy, i przewidywał identyczny los dla obu grup narodowościowych.
Po śmierci Kołodzińskiego w 1939 roku jego miejsce zajął Roman Szuchewycz. W 1941 roku, wraz z wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej, zrealizowano plan rządu Jarosława Stećki, zakładający powstanie państwa ukraińskiego na wzór chorwackiego Niezależnego Państwa Chorwackiego, w tym udział w pogromach antysemickich z udziałem ukraińskiej policji pomocniczej oraz plany wysiedlenia lub przymusowej asymilacji pozostałej ludności polskiej. Po aresztowaniu Bandery i Stećki przez Niemców i odrzuceniu ich rządu, na przełomie 1942 i 1943 roku centralny prowid OUN podjął decyzję o utworzeniu oddziałów partyzanckich UPA i włączeniu do walki uderzenia w ludność polską — co potwierdza narada krajowych referentów we Lwowie jesienią 1942 roku.
Historyk opisał niejasności co do relacji między centralnym prowidem a Klimem Sawurem, dowódcą UPA na Wołyniu — wskazując, że pierwszy mord w Parośli w lutym 1943 roku, ustalony przez samego Motykę na podstawie rozmów z miejscową ludnością ukraińską jako dzieło pierwszej sotni UPA, poprzedza okres pełnej samodzielności decyzyjnej Sawura. Do przejęcia przez niego samodzielnego dowodzenia na Wołyniu i rozkazu z 11 lipca 1943 roku, nakazującego masowe mordy, doszło już bez kontaktu z centralnym prowidem — ponieważ w maju 1943 roku władzę w OUN-B przejął triumwirat kierowany przez Szuchewycza, a łączność między Wołyniem a Galicją była wówczas mocno ograniczona. Dopiero na trzecim zjeździe OUN-B w sierpniu 1943 roku doszło do wewnętrznej debaty nad wydarzeniami na Wołyniu — odsunięty od władzy Mykoła Łebed krytykował działania Sawura i wzywał do ich zaprzestania, jednak Szuchewycz i pozostali zdecydowali, że dokonane czystki zostają zaakceptowane. Jesienią 1943 roku Szuchewycz odbył inspekcję na Wołyniu i wrócił, według świadectw uczestników wydarzeń, zachwycony efektami — po czym podjął autonomiczną decyzję o rozszerzeniu antypolskiej akcji na Galicję Wschodnią, gdzie mordy zaczęły się jesienią 1943 roku i nasiliły na początku 1944 roku. Działania te wygasły dopiero po wejściu Sowietów i wytyczeniu nowej granicy, a w maju 1945 roku doszło do porozumienia między polskim a ukraińskim podziemiem, kończącego antypolską akcję rozpoczętą w lutym 1943 roku.
Próby negowania sprawstwa
Prowadzący zwrócił uwagę, że mimo istnienia relacji naocznych świadków, w tym dzieci ocalałych z pierwszego mordu w Parośli udokumentowanych przez Ewę i Władysława Siemaszków, wciąż podejmowane są próby zanegowania sprawstwa UPA — sugerujące, że odpowiedzialni mogli być bulbowcy, sowieccy partyzanci lub inni sprawcy. Motyka odpowiedział, że nie neguje się już samego faktu zbrodni, lecz właśnie tożsamość sprawców, mimo że miejscowa ludność ukraińska, z którą rozmawiał, jednoznacznie potwierdziła udział lokalnej partyzantki banderowskiej.
UPA jako formacja bliźniacza wobec ustaszy
Odnosząc się do porównań ideologicznych, historyk odrzucił określenie hipotetycznego państwa banderowskiego jako „kieszonkowej III Rzeszy”, proponując zamiast tego porównanie do reżimu ustaszowskiego w Chorwacji — organizacje te utrzymywały ze sobą kontakty i wzajemne sympatie, czego dowodzi udział delegacji ustaszy w nabożeństwie ku czci Bandery oraz obecność delegacji banderowskiej na pogrzebie Ante Pavelicia w Madrycie w 1959 roku. Zaznaczył jednocześnie, że od 1943 roku w ruchu banderowskim zachodziła stopniowa demokratyzacja i odejście od faszyzującego radykalizmu w stronę koncepcji bliższych zachodniej demokracji, choć nie zmienia to oceny polityki wobec Polaków prowadzonej w latach 1943–1945.
Skala i systemowość zbrodni
Prowadzący zwrócił uwagę na powtarzalny schemat kolejnych napadów — od Parośli przez Lipniki, Janową Dolinę, Krwawą Niedzielę w lipcu, aż po sierpniowe mordy w Woli Ostrowieckiej i Ostrówkach — co jego zdaniem wyklucza przypadkowość. Motyka potwierdził to, dodając, że zachowały się zeznania schwytanych członków UPA składane sowieckim śledczym, opublikowane z archiwów SBU już w latach 2004–2005 jako czwarty tom serii dokumentów o stosunkach polsko-ukraińskich, dostępny w bibliotece cyfrowej IPN. Jako przykład bezpośredniego przyznania się do zbrodni wskazał Janową Dolinę, gdzie w kwietniu 1943 roku zginęło około 600 Polaków — UPA rozgłosiła ten napad celowo, ponieważ miejscowość, jako ośrodek wydobycia bazaltu wybudowany przez II Rzeczpospolitą, była symbolem sukcesu gospodarczego państwa polskiego.
Liczba ofiar i status formacji kolaboracyjnych
Według szacunków polskich historyków, na Wołyniu zginęło od 40 do 60 tysięcy Polaków, w Galicji Wschodniej od 30 do 40 tysięcy, do tego kilka tysięcy na terenach dzisiejszej Polski oraz kilka tysięcy Żydów ukrywających się wśród ludności polskiej — łącznie około 100 tysięcy ofiar, z marginesem błędu rzędu 10–20 tysięcy. Motyka zaznaczył, że ten margines błędu przypadkowo pokrywa się z szacowaną liczbą ofiar polskich akcji odwetowych prowadzonych w latach 1943–1947. Do odrębnej kategorii historyk zaliczył ofiary polskiej i ukraińskiej Policji Pomocniczej, które podlegały dowództwu niemieckiemu, a ich działania — w tym pacyfikacja Huty Pieniackiej przez dywizję SS Galizien — rozpatrywane są w innej kategorii historycznej. Poruszono też status batalionu Schutzmannschaft 202, złożonego z Polaków, którzy mimo formalnej „zdrady” wobec Polskiego Państwa Podziemnego bronili ludności polskiej przed UPA na Wołyniu, oraz dywizji SS Galizien, przeformowanej w 1945 roku w I Dywizję Ukraińskiej Armii Narodowej pod dowództwem Pawła Szandruka.
Motyka zwrócił uwagę na istotną pułapkę metodologiczną w tej dyskusji: jeśli ktoś chce rozciągnąć kategorię odpowiedzialności z polskiej Policji Granatowej na Wołyniu na ukraińską policję pomocniczą, to konsekwentnie należałoby zbadać całość jej działań — także udział w Holokauście. Przypomniał, że to właśnie z szeregów ukraińskiej policji pomocniczej rekrutowano tzw. Trawnikimänner, czyli strażników obozów zagłady — w Bełżcu, Sobiborze i Treblince niemieckich esesmanów było zaledwie 20–30, podczas gdy ukraińskich wachmanów nawet 100–150. Historyk skrytykował badaczy ukraińskich, którzy bezrefleksyjnie wrzucają ukraińską policję pomocniczą do jednej kategorii z polską Policją Granatową, nie zdając sobie sprawy, że rzetelne zastosowanie tej metodologii otwiera znacznie szersze i bardziej niewygodne pole badawcze, obejmujące również rolę tej formacji w zagładzie Żydów.
Dlaczego zbrodnia była tak okrutna
Prowadzący zapytał o przyczyny wyjątkowego okrucieństwa mordów, w tym użycia narzędzi rolniczych, porównując zjawisko do ludobójstwa w Rwandzie. Motyka wyjaśnił, że brutalność była zamierzona — już Kołodziński pisał, że napady mają przypominać dawne powstania kozackie i mają na celu zastraszenie ludności polskiej, a jednocześnie ukryć zorganizowany charakter operacji, dając sprawcom możliwość dystansowania się od „spontanicznych pogromów”. Jako analogię wskazał rozkaz Himmlera z 1943 roku, zezwalający niemieckiej ludności cywilnej na zabijanie zestrzelonych alianckich lotników — co miało chronić Niemcy przed odpowiedzialnością za formalne egzekucje.
Odnosząc się do terminu „genocidium atrox” (ludobójstwo szczególnie okrutne), ukutego przez profesora Ryszarda Szawłowskiego, historyk zadeklarował, że się z nim nie zgadza — uznając zamiast tego zbrodnię wołyńską za porównywalną z mordami ustaszy na Serbach, aczkolwiek dokonanymi bez struktur państwowych. Umieścił rzeź wołyńską w kategorii „mniejszych ludobójstw” obok masakry w Nankinie czy Manili i eksterminacji ludności Warszawy podczas powstania warszawskiego — zaznaczając, że nie umniejsza to jej charakteru, a jedynie odnosi się do skali i zasięgu terytorialnego. Prowadzący, formułując własne zdanie odrębne, odrzucił w ogóle sensowność takiego gradowania ludobójstw, argumentując, że masowe zabijanie ludzi pozostaje ludobójstwem niezależnie od porównawczej skali.
Teoria „żakerii chłopskiej” odrzucona
Motyka zdecydowanie odrzucił tezę zawartą m.in. w książce ukraińskiego historyka Wołodymyra Wiatrowycza „Druga wojna polsko-ukraińska”, jakoby mordy na Wołyniu miały charakter spontanicznego powstania chłopskiego, do którego UPA jedynie się później przyłączyła. Zaznaczył, że głównym problemem tej książki jest już sam tytuł, sugerujący wojnę, przy jednoczesnym pominięciu ludobójczego charakteru antypolskiej akcji. Podkreślił, że żaden badacz nie zidentyfikował dotąd wsi, w której sprawcami mordu byliby ukraińscy chłopi niezwiązani z żadną z formacji partyzanckich. Według jego szacunków w napadach na ludność polską wzięło udział 40–50 tysięcy osób z około pięciomilionowej społeczności zachodnioukraińskiej — nieco ponad 1 procent — przy czym podkreślił, że są to szacunki maksymalne. Zwrócił też uwagę na udokumentowane przypadki około 1500 Polaków uratowanych przez ukraińskich sąsiadów, z których kilkuset zapłaciło za tę pomoc życiem.
„Polacy sami sobie winni” — argument odrzucony
Na zakończenie części historycznej Motyka odniósł się do argumentu, że rzeź wołyńska była odpowiedzią na dwudziestoletnią dyskryminację Ukraińców przez II Rzeczpospolitą. Zaznaczył, że polska historiografia nie usprawiedliwia polskich akcji odwetowych, takich jak mordy w Sahryniu, Pawłokomie czy Piskorowicach, a mimo to nawet krzywdy doznane przez Ukraińców — w tym niszczenie cerkwi na Chełmszczyźnie — nie usprawiedliwiają wymordowania całych wsi. Przyznał, że traktowanie mniejszości ukraińskiej przez II RP jako obywateli „gorszej kategorii” było faktem sprzyjającym radykalizacji ruchu nacjonalistycznego, ale zwrócił uwagę na złożoność bilansu międzywojennego — obecność licznej ukraińskiej reprezentacji parlamentarnej, służbę ponad 100 tysięcy Ukraińców w Wojsku Polskim we wrześniu 1939 roku oraz plany odbudowy sojuszu z petlurowcami po zamachu majowym. Odrzucił też „kolonialną” interpretację relacji polsko-ukraińskich, wskazując, że plany OUN z różnych okresów przewidywały identyczny los dla ludności żydowskiej, co jego zdaniem podważa tezę o czysto antykolonialnym charakterze konfliktu.
Komentarz do słów byłego szefa ukraińskiego IPN
Na zakończenie rozmowy prowadzący przywołał niedawną wypowiedź Wołodymyra Wiatrowycza, byłego szefa ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej, który ocenił, że Polacy stają się „nowymi Rosjanami” ze względu na rzekomy brak krytycyzmu wobec własnej historii i dominację propagandy nad faktami. Motyka odpowiedział, że to raczej strona ukraińska powinna spojrzeć krytycznie na własną historiografię — w Polsce powstały odrębne monografie poświęcone poszczególnym wymordowanym wsiom ukraińskim, takie jak praca Mariusza Zajączkowskiego o Wierzchowinach czy książki o Sahryniu i Piskorowicach, podczas gdy po stronie ukraińskiej wciąż dominuje odrzucanie odpowiedzialności UPA, w tym w wciąż trwających polemikach dotyczących mordu w Parośli.
Rozmowę przeprowadził Piotr Zychowicz. Materiał „Kłamstwo wołyńskie! Mity o ludobójstwie UPA dokonanym na Polakach — Grzegorz Motyka i Piotr Zychowicz” dostępny na kanale „Historia Realna” na YouTube, liczącym 771 tys. subskrybentów. Opublikowany 26 lipca 2026.