Zbigniew Parafianowicz, autor książki Kłopot z Zełenskim, pojawił się na kanale Historia Realna Piotra Zychowicza w dniu, gdy kapituła Orderu Orła Białego zebrała się w Juracie, by wydać opinię w sprawie ewentualnego odebrania odznaczenia prezydentowi Ukrainy. Rozmowa odbyła się zatem w momencie kulminacyjnego napięcia kryzysu i była jedną z najostrzejszych analiz sytuacji, jakie wówczas pojawiły się w polskich mediach.
Kapituła zebrała się, ale milczy — gra na czas
Parafianowicz wyjaśnił od razu, dlaczego kapituła nie ogłosiła jednoznacznej decyzji. To nie przypadek ani słabość — to świadoma taktyka. Otoczenie prezydenta Nawrockiego chciało dać Zełenskiemu furtkę do wycofania się z twarzą. Gdyby kapituła tego samego dnia ujawniła ostateczną opinię i zamknęła drogę do dalszych rozmów, dialog zostałby zablokowany. Tajność opinii to celowe kupowanie czasu dla strony ukraińskiej.
Parafianowicz podkreślił, że Ukraińcy — po wizycie Budanowa w Warszawie — zdali sobie sprawę, że przegrzali. Nie tylko w relacjach z Polską, ale szerzej: pogrzeb Melnyka wywołał poruszenie w całej Europie, a temat ludobójstwa wołyńskiego stał się tematem paneuropejskim w ciągu zaledwie kilku dni. Koszty, które Ukraina ponosiła w tym sporze, okazały się wyższe niż się spodziewała.
Nawrocki postępuje słusznie — ale order to tylko punkt odniesienia
Parafianowicz nie miał wątpliwości: decyzja Nawrockiego o odebraniu orderu jest właściwa. To nie gest dla gestu — to wsłuchanie się w nastroje społeczne, które w Polsce były bardzo wyraźne, i ostatni prawdopodobnie moment, w którym można było powiedzieć stop. Ta emocja społeczna musiała zostać obsłużona przez polskie elity polityczne. Gdyby tak się nie stało, zostałaby zagospodarowana nie przez poważnych polityków, lecz w sposób ludowy i populistyczny.
Jednocześnie zaznaczył wyraźnie: sam order jest tylko pewnym punktem odniesienia, elementem nacisku i symbolicznym zaproszeniem do negocjacji. Celem nie jest upokorzenie Zełenskiego, lecz powrót do konsensusu z Wisły z 2022 roku — czyli niebranie przez państwo ukraińskie patronatu nad sakralizacją morderców z UPA.
Zychowicz był bardziej sceptyczny — przyznał, że gest z orderem trochę go śmieszy, bo Zełenski po nim nie sięgnie. Ale Parafianowicz odrzucił ten argument: sygnał zostanie odebrany i odczytany po drugiej stronie. I faktycznie — Budanow przyjechał do Warszawy.
Cyrk z robieniem Polaków w konia trwał za długo
Parafianowicz przedstawił swoją diagnozę strukturalną kryzysu. Zełenski mógł podjąć tę decyzję tylko dlatego, że przez lata Polska dawała sygnały, że wszystko można. Polscy politycy jeździli do Kijowa, przekonywali, że Ukraina walczy za Polskę — po czym Ukraińcy wyciągali z tego wniosek, że mogą zrobić wszystko, a Polska i tak wybaczy w ramach doktryny Giedroycia i przekonania, że walczą za wolność naszą i waszą.
To był cyrk z robieniem Polaków w konia, który trwał za długo. W centrum Konotopy — miejsca przywoływanego przez polsko-ukraińskie wspólne oświadczenia o braterstwie — stoi ulica Szuchewycza. To jest poziom, na którym operuje ukraińska dyplomacja: pompowanie balonu o wspólnocie przy jednoczesnym depczeniu polskiej wrażliwości historycznej.
Argument ruskiej onucy uległ inflacji
Jeden z bardziej interesujących wątków rozmowy dotyczył mechanizmu zamykania dyskusji poprzez oskarżanie krytyków o działanie na rzecz Rosji. Parafianowicz mówił o tym z własnego doświadczenia: sam został zaatakowany przez tropiciela ruskiej onucy po udziale w panelu o ludobójstwie wołyńskim — bez odsłuchania jego wypowiedzi, bez szukania konkretnych cytatów, tylko z automatu. Argument ruskiej onucy stał się pałką, którą bije się każdego, kto ośmieli się postawić Ukrainie jakiekolwiek wymagania.
Ten argument uległ całkowitej inflacji. Nie działa. Nie działa też szantaż z nieprzyjazdem Zełenskiego do Gdańska. Nie działa foch z wylotem z Kiszyniowa — nikt po stronie polskiej się tym nie wzruszył. Po stronie polskiej skończyła się epoka, w której ukraińskie sygnały wywoływały panikę.
Sikorski i argument Schroedera — błąd
Parafianowicz skomentował też wpis Radosława Sikorskiego, który sugerował, że może się okazać, iż Gerhard Schroeder — biorący pieniądze od Putina — pozostanie kawalerem Orderu Orła Białego, podczas gdy Zełenski go straci. Ten argument Parafianowicz ocenił jednoznacznie: równie dobrze mógłby go napisać ukraiński MSZ. Ukraińcy doskonale znają tę narrację z Schroederem i Mussolinim i wałkują ją w ukraińskiej infosferze. Nie trzeba im przypominać tego z poziomu polskiego ministra spraw zagranicznych.
Dodał, że Schroeder i tak za chwilę zapewne stanie się jednym z negocjatorów rozmów rozejmowych między Ukrainą a Rosją — bo Niemcy nie będą mieli problemu z wyciągnięciem go ze śmietnika historii, by ułożyć sobie stosunki z Moskwą i kupować rosyjski gaz ponownie.
Tweet Tuska — wygodna poza bez zobowiązań
Parafianowicz nie oszczędził też premiera Tuska. Jego apel o bezpośrednią rozmowę Nawrockiego z Zełenskim ocenił jako bardzo wygodną postawę, która nie rodzi żadnych zobowiązań. Jeden dzień premier mówi, że nie da się nas podzielić, a drugiego dnia wciela się w rolę moderatora między polskim a ukraińskim prezydentem. Polska głowa państwa nie może pośredniczyć między swoją a obcą głową państwa — i Parafianowicz przytaknął cytatowi Łukasza Jasiny, który to samo powiedział publicznie.
Argument o tym, że na sporze polsko-ukraińskim korzysta Rosja, uległ przy tym takiej inflacji, że powtarzanie go staje się po prostu męczące. Tym bardziej, że logika tego argumentu obowiązuje wyłącznie Polskę — a nie Zełenskiego, który ten kryzys wywołał.
Jarosz, Szeptycki i list intelektualistów
Ostatnia część rozmowy była poświęcona konkretnym głosom, które Zychowicz zebrał do komentowania.
Dmytro Jarosz, były przywódca Prawego Sektora, napisał, że Ukraińcy mieli i nadal mają absolutne prawo do niszczenia najeźdźców i agresorów na swojej ziemi — sugerując, że Polacy na Wołyniu byli okupantami analogicznymi do rosyjskich żołnierzy. Parafianowicz skomentował to krótko: ktoś, kto za przeciwnika obiera kobiety i dzieci, po polsku nazywa się damski bokser. Warto zadać pytanie, czy Jarosz figuruje na jakiejkolwiek polskiej liście zakazu wjazdu.
Wiceminister Andrzej Szeptycki powiedział publicznie, że zrównuje UPA z żołnierzami wyklętymi. Parafianowicz uznał to za sprawę zasługującą na dymisję — bez owijania w bawełnę. Polski wiceminister używa argumentów strony, z którą Polska toczy spór historyczny, i robi to bezkrytycznie. Ambasador ukraiński Bodnar, który nie przyznał, że Szuchewycz był zbrodniarzem — przynajmniej działał zgodnie z instrukcjami swojego państwa. Szeptycki nie realizuje instrukcji polskich.
List intelektualistów — Bujaka, Frasyniuka, Kasprzaka, Łazarewicza i innych — Zychowicz ocenił jako niebywały. Parafianowicz odniósł się do niego lakonicznie: poszukaj podobnego listu izraelskich intelektualistów w obronie Polski podczas sporu o nowelizację ustawy o IPN. Powodzenia w poszukiwaniach.
Realne lewary
Na pytanie o konkretne instrumenty nacisku Parafianowicz wskazał kilka. Referendum w sprawie akcesji Ukrainy do UE — scedowanie decyzji na naród pozwala powiedzieć, że nic nie można, naród się wypowiedział. Warunkowość przy kolejnych transzach finansowych dla Ukrainy. Certyfikaty dla odbiorców polskiego sprzętu wojskowego z gwarancją, że broń nie trafi do jednostek odwołujących się w nazwie do zbrodniarzy z UPA — efektem ubocznym byłoby to, że ktoś w Rheinmetallu być może wreszcie wygoogla, czym była Ukraińska Powstańcza Armia
Parafianowicz przypomniał też case z 2017 roku: Polska całkowicie wycofała się z nowelizacji ustawy o IPN pod presją Izraela i Stanów Zjednoczonych. Naciskano bezlitośnie i bez sentymentu. Polska powinna uczyć się tej metody.