Zbigniew Parafianowicz, dziennikarz Wirtualnej Polski i autor książki Kłopot z Zełenskim, rozmawiał z Igorem Janke w Kanale Otwartym w dniu premiery książki o przyczynach decyzji Zełenskiego w sprawie nazwy jednostki, ukraińskiej narracji o UPA i politycznych kalkulacjach Kijowa wobec Warszawy.
Dlaczego Zełenski to zrobił
Parafianowicz wskazał dwa poziomy tej decyzji. Poziom prozaiczny to granie na część prawicy i skrajnej prawicy, która może być języczkiem uwagi przy ewentualnych wyborach — na elektorat związany z ruchem azowskim i skrajnie prawicowymi formacjami. Ale to jest wytłumaczenie drobnicowe i jednocześnie obciążające Zełenskiego, bo jeśli jest w stanie położyć na ołtarzu strategicznych relacji z ważnym sąsiadem kwestię sympatii skrajnej prawicy, to świadczy to o jego krótkowzroczności.
Poziom głębszy to mit założycielski. Zełenski rozumie, że współczesne ukraińskie państwo buduje swój mit założycielski w oparciu o tradycję OUN-UPA. I on nie poprze się temu — nie przedłoży relacji z nikim ponad to. Dowodem jest nawet jego reakcja po decyzji Nawrockiego o odebraniu orderu: Zełenski nie zamieścił żadnego wpisu, nie nagrał żadnego komentarza — udowadniając taką wyższość, że po prostu olewał te dylematy. To podwójnie żałosne ze strony partnera, z którym Polska tak intensywnie współpracowała.
Jak Ukraińcy opowiadają o UPA i OUN
Parafianowicz przeprowadził szczegółową analizę ukraińskiej narracji. Dla Ukraińców UPA to formacja bohaterska walcząca z Sowietami — i choć nie organizuje się imprez na cześć wyrzynania Polaków, to istnieje cały aparat intelektualny, który służy relatywizacji i negacji.
Kluczową postacią jest tu Wołodymyr Wiatrowicz — były szef ukraińskiego IPN, twórca pojęcia wojny polsko-ukraińskiej. To fałszywe pojęcie, stworzone po to, żeby symetryzować działania UPA z polskimi odwetami. Do tego kanonu należy też Akcja Wisła — zbrodnia komunistyczna na Ukraińcach w Bieszczadach, którą wrzuca się do narracji jako ekwiwalent ludobójstwa wołyńskiego. Parafianowicz ocenił wprost: to jest negacjonizm. To niczym się nie różni od działalności Irvinga na temat Holokaustu. Pewnych faktów nie można kwestionować jako punktu wyjścia dyskusji.
Obecny szef ukraińskiego IPN przyjeżdża do Polski, przybija piątki z polskimi historykami, jedzie do Sandomierza — a wychodząc do mediów ukraińskich mówi, że ofiary w Łopiennikach to były ofiary NKWD. Wykonuje akt negacjonistyczny. Rozkazach dotyczących ludobójstwa wołyńskiego jest wyraźnie napisane, że aby to się mogło udać, trzeba dokonać czystki etnicznej. OUN i UPA chciały budować państwo na wzorach III Rzeszy i faszystowskich Włoch Mussoliniego — to jest fakt. Argument, że Bandera siedział w Sachsenhausen z Grotem Roweckim, nie zmienia niczego — Niemcy taktycznie go uwięzili, bo akurat uznali, że budowanie ukraińskiej państwowości im nie służy.
Parafianowicz przytoczył też anegdotę z książki Radosława Sikorskiego Prochy Świętych o mudżahedinie, który wytatuował sobie swastykę, bo Niemcy zabijali Rosjan. Ignorancja nie tłumaczy posiadania symbolu państwa totalitarnego, które dokonało ludobójstwa. Ukraińcy nie są ludźmi żyjącymi w próżni informacyjnej — mogą prześledzić źródła i ustalić fakty. To ich problem, że tego nie chcą.
Parafianowicz przywołał też dwa osobiste doświadczenia Jankego z początku wojny: burmistrz w Nowowołyńsku przyjął go w sali z flagą z portretem Zełenskiego i czerwono-czarną z portretem Bandery, kompletnie nie rozumiejąc niezręczności sytuacji. W innej miejscowości pod Lwowem ktoś z rodziny żołnierza pokazał mu pomnik Bandery — też bez żadnej refleksji. To potwierdza, że świadomość historyczna po stronie ukraińskiej jest dramatycznie niska lub celowo tłumiona.
Kalkulacje Zełenskiego wobec Polski
Parafianowicz wskazał, że Polska jako państwo nie jest najważniejszym elementem w układance Zełenskiego. Do niedawna była państwem flyover — przelatanym nad nim, żeby dotrzeć na zachód. Teraz jest co najwyżej outbound country — miejscem, z którego startuje się gdzieś do robienia interesów. W kalkulacji Kijowa koszty popsucia relacji z Polską mogą być po prostu niewielkie.
Jest też scenariusz, który Parafianowicz opisuje jako ryzyko na horyzoncie: Polska jako kozioł ofiarny. Jeśli Ukraina nie uzyska pełnego i natychmiastowego członkostwa w UE po rozejmie, Polska będzie doskonałym chłopcem do bicia — można na nas zrzucić winę za to, że Ukraina w Unii się nie znalazła. Na Węgrzech nie ma już Orbana, a w tę rolę może bardzo wygodnie wejść Polska.
Seria policzków — od ONZ po pociąg
Parafianowicz przypomniał ciąg wydarzeń, które budują obraz systematycznej lekceważenia Polski przez Zełenskiego. Na forum ONZ wrzucił Dudę do jednego wora z Rosjanami — w kontekście sporu o zboże, gdy Polska protestowała nie dlatego, że była antyukraińska, lecz dlatego, że chroniła swoje rolnictwo. Zełenski pokrytykował też Kaczyńskiego w prasie opozycyjnej rosyjskiej za pomysł wysłania wojsk NATO na Ukrainę — pomysł korzystny dla Kijowa. Sprawa Przewodowa — do dziś bez przeprosin, bez przyznania oczywistego faktu. Zełenski nie potrafił sobie przypomnieć nazwiska Nawrockiego podczas wywiadu dla polskiej prasy, teatralnie się wysilając. Pociąg do Kijowa z Przemyśla — strona polska miała pełną świadomość, że Tusk jedzie w innym składzie, i nic z tym nie zrobiła. Ukraiński protokół dyplomatyczny zdecydował w porozumieniu z Zełenskim — po to, żeby pokazać Tuskowi jego miejsce. To element posowieckiej szkoły dyplomacji, tak samo jak kazanie Erdoganowi czekać w przedpokoju Kremla albo poszczucie psem Angeli Merkel. Parafianowicz dodał, że ten pociąg jechał z Przemyśla — z polskiego miasta. Mógł mieć awarię, mógł się opóźnić. Ktoś musiał tego niedopilnować po polskiej stronie.
Kowal i ekshumacje — robota benedyktyńska
Parafianowicz po raz kolejny i bardzo wyraźnie stanął w obronie Pawła Kowala. Hejt na niego jest nieuzasadniony i niesprawiedliwy. Decyzja o nieudostępnianiu zdjęć z dołu ekshumacyjnego w Łopiennikach była słuszna — chodziło o dziennikarzy, a nie o ekipę ekshumacyjną. Pan Dancewicz, który kierował procesem ekshumacyjnym, wykopywał z tego dołu szczątki własnej rodziny. Trudno sobie wyobrazić, żeby czerpał radość z internetowych inb na temat tych szczątków. Kowal doprowadziło do uruchomienia procesu ekshumacyjnego i zrobił coś, co jest robotą benedyktyńską i konieczną, działającą przeciwko niemu politycznie.
Z drugiej strony Zełenski traktuje ekshumacje instrumentalnie i cynicznie — jako narzędzie do kontrolowania temperatury sporu z Polską. Gdyby miał dobrą wolę, odmroziłby ekshumacje bezwarunkowo i we wszystkich miejscach. Nie robi tego — konieczne były zakulisowe gry, negocjacje, szukanie formuł retorycznych, co Kowal w dużej mierze wymyślał. A zbiera za to w internecie lincz, co przekracza barierę akceptowalną — bo to jest człowiek z rodziną, a po stronie ukraińskiej i tak jest traktowany jako zdrajca, który kiedyś kolegował się z Poroszenką.
Incydent z kibicem Usyka na Balicach
Parafianowicz przywołał wymowny przykład asymetrii. Ukraińcy potrafili zadzwonić w nocy do ówczesnego szefa BBN Siewiery i interweniować w sprawie tego, że napruty kolega Usyka został wyprowadzony w kajdankach spod gate’u na lotnisku w Balicach. Straż graniczna szybko go wypuściła, ale zakuła go w kajdanki bo się pultał. W nocy był telefon od Jermaka, żeby budzić polityków i interweniować — i MSZ się ustosunkował. A gdy Zełenski nadaje jednostce imię bohaterów UPA, nagle nie ma żadnego tematu, nie odnosi się do niczego. Nikt im nie będzie dyktować co mają robić.
Brak przejścia granicznego — stracona karta
Parafianowicz wskazał na konkretny instrument nacisku, który Polska od lat nie uruchomiła. Jest piąty rok wojny i nadal nie powstało jedno konkretne przejście graniczne, przez które szłyby towary do odbudowy Ukrainy. Gdyby powstało, mogłoby być regulatorem procesu odbudowy — Polska mogłaby blokować przepływ towarów pod pozorem wymogów sanitarnych, weterynaryjnych, bezpieczeństwa — i zyskać realny argument w dyskusji o udziale polskim w odbudowie. Tego narzędzia nie ma. Zamiast tego mamy Sadowego we Lwowie, który próbuje dokonać rejderstwa na firmie Kontrolproces, przeprowadzić wywłaszczenie polskiej inwestycji i przekazać spółkę radnym z nim związanym.
Diaspora jako zakładnik
Parafianowicz postawił pytanie o odpowiedzialność Zełenskiego wobec diaspory ukraińskiej w Polsce. Czy nie robi z niej zakładnika tych relacji polsko-ukraińskich? Zaapelował wprost: może ta duża, sprawna i dość zamożna grupa ludzi powinna wyrazić jakieś stanowisko wobec polityki, którą ich prezydent prowadzi wobec Polski. Bo jest realne ryzyko pojawienia się nawet przemocy w relacjach społecznych, jeśli te emocje będą dalej rosły. Zełenski w tym momencie pełni funkcję kremlowskiego trolla w relacjach polsko-ukraińskich i szkodzi pozycji diaspory w Polsce.
Poroszenko próbował przeczekać PiS
Parafianowicz ujawnił szczegół z historii relacji polsko-ukraińskich: Poroszenko liczył na to, że PiS jest partią sezonową, która szybko upadnie i władzę przejmie opozycja. Czekał i liczył na reset z nowym rządem. Ukraińcy konsekwentnie próbują też rozgrywać ośrodek rządowy kontra Pałac Prezydencki — za Morawieckiego próbowali go rozgrywać z Dudą, za Zełenskiego urzędnicy skarżyli się, że Sybicha i Jermak w ogóle nie przychodzili na spotkania do Pałacu Prezydenckiego. Pomijali ten budynek jako irrelewantny.
Zełenski — bohater, ale dotarł do ściany
Parafianowicz odniósł się też do pytania o naturę Zełenskiego jako przywódcy. Potwierdził, że jest bohaterem narodowym Ukrainy — to truizm, który nie ma sensu powtarzać w kółko. Natomiast ta asertywność i turborealizm stały się w pewnym momencie przeciwskuteczne. Tak jak wymusił reakcję lidera węgierskiej opozycji Madziara, gdy ten zdystansował się od gróźb Zełenskiego pod adresem Orbana — tak samo traci partnerów wszędzie. Mówienie Starmerowi, żeby nie przyjeżdżał bez kolejnej partii Storm Shadowów — kiedy Wielka Brytania odmawia 0,25% PKB na Ukrainę — nie jest skuteczne. Nazywanie jednostki wojskowej imieniem UPA wobec Polski nie jest skuteczne. W pewnym momencie poczucie bycia mahatmą Gandhi, bycia nieśmiertelnym i mogącego wszystko, musi się zderzyć ze ścianą. Jesteśmy właśnie tego świadkiem.
Zboże i transport — polska słabość państwowa
Parafianowicz odniósł się do kryzysu zbożowego i transportowego, które opisuje w książce. Za tym kryzysem stał nie tylko Kijów, ale i polska strona — biznesmeni, którym opłacało się sprowadzanie ukraińskiego zboża, bo np. karmili nim świnie i osiągali przewagę konkurencyjną przy produkcji wędlin. To jest odpowiedzialność państwa polskiego — ustalenie, kto kręcił wałki z partnerami ukraińskimi i rozliczenie go z tych przekrętów. Podobnie z firmami transportowymi — gdy nie mogły działać jako ukraińskie, rejestrowały się w Polsce jako polskie, ale za nimi stały biznesy ukraińskie. Polska mogła na tym zarabiać — na transporcie, pośrednictwie, przetwórstwie — gdyby miała przemyślaną politykę. Jej nie było.
Sinusoida relacji i czekające nas miesiące chłodu
Parafianowicz na zakończenie ocenił, że relacje polsko-ukraińskie mają charakter sinusoidy — karnawał po Pomarańczowej Rewolucji, po Majdanie, po 2022 roku, a potem dołowanie. Teraz za sprawą błędnej polityki Zełenskiego dołujemy podwójnie — bo wychylenie na tej sinusoidzie jest wyższe niż zazwyczaj. Pytanie Jankego, czy czekają nas miesiące chłodu, Parafianowicz potwierdził. Do odmrożenia relacji między Zełenskim a Nawrockim potrzebne jest jakieś symboliczne ustępstwo ze strony Ukrainy — bez tego to niemożliwe. A Ukraina traktuje te relacje jak mantrę — mówi, że są strategiczne, kluczowe i ważne, ale nie napełnia tego treścią. Do tanga trzeba dwojga. Nie da się ciągle wyciągać dłoni i dostawać w odpowiedzi plaskacza. Taka formuła jest po prostu nie do utrzymania.