Szleszkowski w Hi!History: Ostrówki i Wola Ostrowiecka – najlepiej przebadane miejsce zbrodni wołyńskiej dzięki jednemu człowiekowi

Dr Łukasz Szleszkowski, adiunkt w Zakładzie Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, był gościem Joanny Lamparskiej w podcaście „Hi!History”. Rozmowa dotyczyła niedawnych poszukiwań grobów ofiar rzezi wołyńskiej na Ukrainie, a także wcześniejszych prac ekshumacyjnych prowadzonych przez Szleszkowskiego wspólnie z Biurem Poszukiwań i Identyfikacji IPN – w tym badania szczątków rodziny Ulmów, Danuty Siedzikówny „Inki”, a także ofiar zbrodni komunistycznych na wrocławskich Osobowicach i warszawskiej Łączce.

Miesiąc na Wołyniu z ekipą IPN

Szleszkowski opowiedział, że miesiąc wcześniej wraz z zespołem Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN przebywał na Wołyniu, poszukując miejsc pochówku ofiar zbrodni wołyńskiej z 1943 roku – zarówno grobów zbiorowych, jak i pojedynczych. Zapytany o atmosferę panującą podczas badań w obecnym napiętym kontekście politycznym, w tym po decyzji prezydenta Zełenskiego, stanowczo oddzielił swoją pracę od polityki. Podkreślił, że zespół koncentruje się wyłącznie na warstwie zadaniowej, a kwestie polityczne nie interesują go ani nie przeszkadzają w pracy. Współpracował ze stowarzyszeniem „Wołyńskie Starożytności” po stronie ukraińskiej, oceniając tę współpracę jako bardzo dobrą i bezproblemową. Wspomniał również o wcześniejszych doświadczeniach zespołu przy podobnych pracach na Białorusi i w Gruzji, gdzie również obowiązywała zasada współpracy z lokalnym partnerem.

Ostrówki i Wola Ostrowiecka – miejsca nigdy niezapomniane

Szleszkowski wyjaśnił, że prace prowadzono w dwóch sąsiadujących wsiach – Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej – miejscach, o których, w przeciwieństwie do wielu innych, nigdy nie zapomniano, dzięki wieloletniej pracy dr. Leona Popka, pracownika IPN z Lublina, potomka zarówno ofiar, jak i ocalałych z rzezi. Popek od lat siedemdziesiątych zbierał relacje świadków, w tym swojej matki, która przeżyła atak, i podporządkował całe swoje życie zawodowe badaniu historii tych dwóch miejscowości. Pierwsze badania przeprowadzono tam już w 1992 roku wspólnie z profesorem Romanem Mądro z Lubelskiego Uniwersytetu Medycznego – Szleszkowski zaznaczył z osobistym wzruszeniem, że to właśnie u profesora Mądro zdawał egzamin specjalizacyjny. Ocenił Ostrówki i Wolę Ostrowiecką jako najlepiej przebadane miejsce spośród wszystkich lokalizacji na Ukrainie związanych z rzezią wołyńską, będące kontynuacją badań prowadzonych w 1992, 2011 i 2015 roku.

Dwuetapowa procedura ukraińskiego prawa

Szleszkowski szczegółowo wyjaśnił, że ukraińskie prawo dzieli prace na dwa odrębne etapy: najpierw trzeba odnaleźć groby i udokumentować obecność szczątków ludzkich, dopiero potem można wystąpić o osobne zezwolenie na przeprowadzenie właściwej ekshumacji. W trakcie niedawnego wyjazdu zespół realizował wyłącznie pierwszy etap – już pierwszego dnia, dzięki wcześniejszemu typowaniu miejsca przez historyków i archeologów, odnaleziono grób zbiorowy, a łącznie w trakcie prac zidentyfikowano dwa groby zbiorowe i jeden pojedynczy. Zadaniem Szleszkowskiego i towarzyszących mu antropologów było jedynie potwierdzenie, że w danym miejscu rzeczywiście znajdują się szczątki ludzkie, przy zachowaniu minimalnej ingerencji w grób, bez jego eksploracji – to nastąpi dopiero podczas właściwej ekshumacji. Na obecnym etapie nie da się więc określić liczby osób pochowanych w poszczególnych grobach. Zezwolenie na dalsze badania IPN otrzymał w czwartek poprzedzający nagranie, a zgody na sam etap poszukiwawczy uzyskano tydzień wcześniej.

Ekshumacja rodziny Ulmów w procesie beatyfikacyjnym

Lamparska poprosiła o opowieść o współpracy Szleszkowskiego z antropolog dr Agatą Tannheuser przy sprawie rodziny Ulmów – 32-letniej Wiktorii Ulm, będącej w siódmym miesiącu ciąży, jej męża oraz szóstki dzieci, z których najmłodsze miało dwa i pół roku, zamordowanych przez niemieckich policjantów za ukrywanie rodzin żydowskich. Szleszkowski, pracujący przy tej sprawie razem z Agatą Tannheuser oraz doświadczonym archeologiem Jankiem Jagiełłą, przyznał, że sprawa ta wywarła na zespole ogromne wrażenie, mimo wieloletniego doświadczenia we wspólnej pracy przy licznych ekshumacjach.

Zastrzegł jednak, że ze względu na specyfikę tej ekshumacji – prowadzonej w ramach procesu beatyfikacyjnego – obowiązuje go tajemnica całego procesu, wynikająca ze zderzenia prawa cywilnego z prawem kanonicznym. Poza informacjami opublikowanymi przez archidiecezję przemyską nie może ujawniać żadnych szczegółów. Opisał to jako ciekawe, nowe doświadczenie zawodowe, podkreślając, jak wielkie znaczenie tego rodzaju prace mają dla przedstawicieli Kościoła, często będących założycielami lub założycielkami zgromadzeń zakonnych. Zaznaczył, że rolą zespołu było zbadanie charakteru obrażeń oraz godne przygotowanie szczątków do pochówku.

Emocje jako element profesjonalizmu

Na pytanie, czy w tak trudnej pracy stara się oddzielać emocje, Szleszkowski udzielił odpowiedzi, którą sam określił jako nietypową dla swojego zawodu. Przyznał, że w bieżącej pracy medyka sądowego – obejmującej także sprawy takie jak zabójstwa dzieci – jest w stanie skutecznie oddzielać emocje od pracy technicznej. Jednak w przypadku badań prowadzonych wspólnie z IPN świadomie nie chce i nie potrafi tego robić, uznając, że emocje w tym kontekście nie przeszkadzają, lecz wręcz napędzają go do działania, dają energię i siłę, by rzucić wszystko i wyjechać w teren. Ocenił, że w tych sprawach emocje i profesjonalizm są ze sobą całkowicie zbieżne.

Nienarodzone dziecko Wiktorii Ulm

Lamparska zapytała wprost, co Szleszkowski jako medyk sądowy wie o nienarodzonym dziecku Wiktorii Ulm, która według doniesień prasowych miała zacząć rodzić w trakcie egzekucji. Szleszkowski powtórzył, że związany przysięgą tajemnicy procesu beatyfikacyjnego nie może przekazać żadnych informacji wykraczających poza to, co zostało już oficjalnie opublikowane przez Kościół, wyjaśniając, że dysponentem tej wiedzy jest zleceniodawca – w tym przypadku Kościół katolicki, a nie zespół wykonujący badania.

Refleksja o zawodzie i granicach między pracą a życiem prywatnym

Zapytany, czy praca związana z ciągłym obcowaniem ze złem nie jest dla niego obciążająca, Szleszkowski przyznał, że taka refleksja musi towarzyszyć każdemu lekarzowi wykonującemu ten zawód – bez niej praca byłaby wykonywana bezrefleksyjnie. Podkreślił jednak, że kluczowe jest wypracowanie osobowościowych barier chroniących życie prywatne przed wpływem tej pracy. Zdementował stereotypowy, filmowy obraz medyka sądowego jako podejrzanej, smutnej osoby z nałogami, zaznaczając, że on i jego koledzy po fachu są zwyczajnymi ludźmi z normalnymi rodzinami.

Metoda katyńska w powojennych egzekucjach na Osobowicach

Szleszkowski wyjaśnił, że jego rola przy badaniu szczątków ofiar – w tym Danuty Siedzikówny „Inki” – polega na oględzinach sądowo-lekarskich, koncentrujących się na opisie obrażeń okołośmiertnych (perimortem), mogących stanowić przyczynę zgonu, podczas gdy równoległe badania antropologiczne dotyczą wieku, płci i cech identyfikacyjnych. Na przykładzie badań na wrocławskim Cmentarzu Osobowickim, gdzie chowano ofiary komunistyczne, opisał, jak zespół natrafił na wyraźną zmianę w sposobie wykonywania egzekucji na przełomie lat 1948-1949: wcześniej rozstrzeliwano z broni maszynowej osoby przywiązane do palika, w formie przypominającej, choć niedoskonale, przepisowy tryb egzekucji, a później przeszło na tzw. metodę katyńską – strzał w tył głowy.

Podkreślił, że wszystkie badania nad tym tematem mają swój początek właśnie we Wrocławiu, za sprawą prof. Krzysztofa Szwagrzyka z IPN, który na początku lat dwutysięcznych rozpoczął od badań archiwalnych i doprowadził do pierwszej masowej ekshumacji na Osobowicach, gdzie zespół zbadał w sumie 299 ofiar egzekucji z lat 1948-1954.

„Bandycki sposób zabijania człowieka”

Szleszkowski ocenił metodę strzału w tył głowy jako całkowicie niezgodną z ówczesnym prawem – nawet władze komunistyczne zdawały sobie z tego sprawę, czego dowodem jest okólnik z 1947 roku mający przywrócić zgodny z przepisami sposób wykonywania kary śmierci przez rozstrzelanie. Ocenił wprost, na podstawie własnych badań, że była to metoda stanowiąca zaprzeczenie podstawowych praw człowieka – strzelając w tył głowy, pozbawiano ofiarę możliwości identyfikacji przez rodzinę, odbierając jej i jej bliskim prawo do godnego pochówku już w momencie egzekucji. Nazwał to wprost „bandyckim sposobem zabijania człowieka”, typowym raczej dla egzekucji pozasądowej niż dla wykonania wyroku sądu. Wyjaśnił, że zgodnie z ówczesnymi przepisami skazaniec miał być przywiązany do palika i rozstrzelany przez pluton egzekucyjny strzałem w serce z broni długiej – właśnie po to, by twarz pozostała nienaruszona i umożliwiała identyfikację oraz pożegnanie z rodziną.

Nie potrafił jednoznacznie odpowiedzieć, czy zmiana metody była odgórną decyzją władz, czy oddolną praktyką, sugerując, że to pytanie dla historyków. Zauważył jednak, że rezygnacja z angażowania młodych żołnierzy w plutonach egzekucyjnych na rzecz pojedynczego kata mogła wynikać z obawy przed traumatyzującym wpływem dramatycznych scen egzekucji – takich jak wykrzykiwanie haseł patriotycznych przez skazańców czy śpiewanie pieśni religijnych – na młodych ludzi, a nawet z obawy, że mogą oni w desperacji zwrócić broń przeciwko przeprowadzającym egzekucję.

Danuta Siedzikówna „Inka” – ikona niewinnej ofiary

Rozmowa przeszła do tematu ekshumacji Danuty Siedzikówny „Inki” – siedemnasto-, prawie osiemnastoletniej sanitariuszki, torturowanej i więzionej, która przed śmiercią zachowała się z niezwykłą godnością, przekazując w grypsie do babci słowa „zachowałam się jak trzeba”. Szleszkowski określił tę ekshumację jako być może najważniejszą w swojej karierze, podkreślając, że Inka stała się ikoną niewinnej ofiary zbrodniczego systemu – mimo że była sanitariuszką oddziału partyzanckiego, zeznania milicjantów walczących z tym oddziałem potwierdzały, że udzielała pomocy medycznej również rannym przeciwnikom.

Opisał proces poszukiwań: wiedziano, że szczątki znajdują się gdzieś na cmentarzu garnizonowym w Gdańsku, ale nie znano dokładnej lokalizacji, więc trzeba było przebadać wszystkie wolne miejsca. Po odnalezieniu szczątków zespół już na etapie oględzin był w stanie z niemal stuprocentową pewnością stwierdzić, że to Inka, na podstawie profilu biologicznego szczątków i kontekstu archeologicznego – później potwierdziły to badania genetyczne wykonane przez Uniwersytet Medyczny w Szczecinie. Szczególnie poruszający był fakt, że lokalne środowiska patriotyczne przez lata stawiały symboliczne kwiaty na grobie „Inki i Zagończyka” – towarzysza, z którym zginęła w jednej egzekucji i który został odnaleziony w tym samym grobie – nie wiedząc, że prawdziwy grób znajdował się dokładnie pod chodnikiem prowadzącym do symbolicznej mogiły.

Jak rozpoznano Inkę przed wynikami DNA

Lamparska poprosiła o wyjaśnienie technicznej strony identyfikacji. Szleszkowski opisał dwuczęściową strukturę opisu sądowo-lekarskiego: część morfologiczną, opisującą dokładnie widoczne obrażenia (na przykład kształt i wymiary otworu postrzałowego w czaszce), oraz część wnioskową, tłumaczącą te ustalenia w sposób zrozumiały dla zleceniodawcy – w tym rekonstrukcję trajektorii pocisku.

Wyjaśnił, że kluczowe dla wstępnej identyfikacji było zestawienie kilku elementów: unikalności profilu ofiary (młoda kobieta – jedyna o takim profilu w całej badanej grupie straconych więźniów), kontekstu archeologicznego (wspólny grób z Zagończykiem, mężczyzną w wieku około czterdziestu lat) oraz dostępnych danych identyfikacyjnych z ówczesnych kart więziennych, w tym wzrostu, ubytków w uzębieniu oraz zachowanego zdjęcia. Podkreślił, że mimo powszechnego dziś uznania badań genetycznych za złoty standard identyfikacji, rola wstępnego typowania identyfikacyjnego metodami sądowo-antropologicznymi była w tym przypadku ogromna.

Granice wiedzy o ostatnich chwilach życia

Na pytanie, czy patrząc na szczątki, widzi ostatnie minuty życia ofiary, Szleszkowski zastrzegł, że praca medyka sądowego nie przypomina amerykańskich filmów kryminalnych, w których na podstawie szkieletu odtwarza się cały przebieg zdarzenia. Zespół bada jedynie niewielki, często uszkodzony przez erozję i upływ czasu wycinek ludzkiego ciała – kości, na których mogła zachować się jedynie część obrażeń. Przywołał relację księdza uczestniczącego w egzekucji Inki, według której mogła ona zostać wcześniej powierzchownie trafiona innym pociskiem – obrażenie to mogło się nie zachować na kościach. Ocenił, że możliwe jest odtworzenie ogólnego przebiegu strzału, ale wnioski dotyczące dokładnej pozycji ofiary i sprawcy trzeba wyciągać z dużą ostrożnością i marginesem błędu.

Naukowy i historyczny wymiar badań

Szleszkowski podkreślił, że praca zespołu ma podwójny cel: przywrócenie ofiarom tożsamości i prawa do godnego pochówku, ale też wymiar czysto naukowy – zespół opublikował jako pierwszy cykl publikacji krajowych i zagranicznych dotyczących sposobu wykonywania egzekucji w Polsce w latach czterdziestych i pięćdziesiątych z naukowego punktu widzenia. Ocenił, że badania te – w przeciwieństwie do dobrze znanych i badanych przez cały okres PRL zbrodni hitlerowskich – odkrywają swoistą białą plamę w polskiej historii, o której milczano przez dekady, przywołując własne dorastanie na serialu „Czterej pancerni” bez wiedzy o Katyniu czy powojennych egzekucjach żołnierzy AK na mocy wyroków sądowych.

Na pytanie o liczbę osób, którym udało się przywrócić tożsamość, Szleszkowski odpowiedział, że przeprowadził osobiście oględziny około tysiąca kompletnych szczątków, ale nie jest w stanie precyzyjnie określić, ilu z nich udało się zidentyfikować z imienia i nazwiska poprzez badania genetyczne. Zaznaczył, że część ofiar, zwłaszcza młodych, samotnych partyzantów bez żyjącej rodziny, nigdy nie zostanie zidentyfikowana, ale mimo to każdej z nich przywraca się prawo do godnego pochówku na cmentarzu, nawet bez imienia i nazwiska.

Śmierć wyrzucona poza nawias rodziny

W refleksyjnym fragmencie rozmowy Lamparska zwróciła uwagę na kontrast między współczesną tendencją do odsuwania śmierci poza rodzinę (umieranie w szpitalach z dala od bliskich) a wciąż żywym oczekiwaniem rodzin na informacje o losie przodków sprzed dekad. Szleszkowski przyznał, że to uniwersalny temat, nad którym się zastanawia – ocenił, że dawniej śmierć była naturalną częścią życia rodzinnego, a jej współczesne wypieranie poza krąg bliskich nie jest zjawiskiem naturalnym, choć przyznał, że głębsza analiza tego zjawiska to raczej pytanie do filozofów.

Metoda katyńska jako element bloku wschodniego

Zapytany, czy strzał w tył głowy jest charakterystyczną metodą bloku wschodniego, Szleszkowski powiązał to bezpośrednio z doświadczeniami badań na Osobowicach i warszawskiej Łączce – najważniejszym miejscu związanym z powojennymi represjami wobec żołnierzy podziemia niepodległościowego. Zaznaczył, że dla Polaków metoda ta nie jest niczym nowym, będąc dobrze znaną z Katynia i całej polskiej historii, choć zastrzegł, że trudno mu wypowiadać się całościowo o praktykach stosowanych w innych krajach.

Osobista, rodzinna historia Katynia

Lamparska zapytała o osobisty wymiar pracy Szleszkowskiego, przypominając, że jego dziadek, Stefan Lisowski, zginął w zbrodni katyńskiej. Szleszkowski sprostował, że dziadek był więźniem obozu w Starobielsku i zginął konkretnie w Charkowie, a ciało wrzucono do dołu masowego w Piatichatkach pod Charkowem – „Katyń” jest tu powszechnie używanym skrótem myślowym obejmującym całą zbrodnię. Przyznał, że jest to dla niego temat jednocześnie trudny i napędzający – rodzinna trauma obejmuje również deportację babci do Kazachstanu, gdzie jego mama spędziła sześć lat dzieciństwa. Opowiedział o swojej książce „Listy z Morozówki”, którą określił skromnie nie jako własne dzieło, lecz opracowanie materiału źródłowego – 89 listów napisanych przez jego babcię, prababcię i pradziadka. Przyznał, że dopiero z czasem zdał sobie sprawę, iż jego zainteresowanie historią rodzinną i praca zawodowa przy badaniach historycznych nie są przypadkiem, lecz wzajemnie się napędzają, tworząc poczucie wykonywania swoistej misji.

Cień profesora Butza i wrocławska ekshumacja katyńska z 1943 roku

Lamparska przywołała historię profesora Gerharda Buhtza, przedwojennego i wojennego szefa Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu (wówczas Breslau), który prowadził pierwsze niemieckie ekshumacje ofiar zbrodni katyńskiej w 1943 roku i miał przywieźć do Wrocławia dwie czaszki z mogił katyńskich, wokół autentyczności których do dziś krążą kontrowersje. Szleszkowski wykluczył bezpośredni związek z historią własnego dziadka, wyjaśniając, że tamta ekshumacja dotyczyła Katynia, podczas gdy jego dziadek zginął w Charkowie. Przyznał jednak, że historia zakładu i tamtej ekshumacji jest fascynująca i że stara się o niej opowiadać studentom, choć sam się nią specjalnie nie zajmuje. Dodał ciekawostkę, że podczas niemieckiej ekshumacji z 1943 roku, w której uczestniczyła też strona polska, w tym polscy lekarze, zidentyfikowano na podstawie artefaktów przy ciele kuzyna jego dziadka, Motockiego, również zamordowanego w Katyniu.

Jak wygląda praca na miejscu ekshumacji – na przykładzie Łączki

Na zakończenie Szleszkowski opisał praktyczny przebieg prac ekshumacyjnych na przykładzie warszawskiej Łączki, podkreślając, że to praca całego zespołu wielospecjalistycznego – zanim na miejscu pojawi się medyk sądowy czy antropolog, wcześniej musi zostać wykonana ogromna praca historyków i archiwistów, w tym analiza archiwalnych zdjęć lotniczych pozwalająca wytypować dokładne miejsce poszukiwań. Określił siebie jako „malutki trybik w wielkiej machinie”, w której każdy – historyk, archiwista, archeolog, antropolog, genetyk, robotnik fizyczny, wolontariusz czy sekretarka – odgrywa istotną rolę.

Wspomniał, że osobowickie ekshumacje, w ramach których zbadano łącznie 486 osób w dwóch etapach, były pierwszymi tego rodzaju pracami na tak dużą skalę, wymagającymi wypracowania odpowiednich procedur – wcześniej uczestniczył jedynie w pojedynczych ekshumacjach w latach 2003, 2006 i 2008. Opisał kluczową rolę archeologów w mrówczej pracy oczyszczania i eksplorowania grobów masowych, w których szczątki leżą w chaotycznych, przypadkowych pozycjach, podkreślając, że współczesne standardy wymagają wydobywania szczątków każdej osoby osobno, w przeciwieństwie do dawniejszych praktyk zbiorczego liczenia kości bez możliwości identyfikacji genetycznej. Opisał kolejne etapy pracy ze szczątkami: oczyszczanie w jamie grobowej i po wydobyciu, układanie w porządku anatomicznym na polowych stołach w namiotach, dokumentację fotograficzną, pobieranie materiału do badań genetycznych, a finalnie przygotowanie do godnego pochówku.

Szacunek dla szczątków jako fundament profesjonalizmu

Lamparska przywołała rozmowę z antropolog sądową pracującą przy ekshumacjach w Srebrenicy, podkreślającą, jak istotne dla rodzin ofiar jest odnalezienie każdej, nawet najmniejszej kości, oraz zwróciła uwagę na ryzyko, że dla młodych, niedoświadczonych studentów archeologii praca przy szczątkach może stać się źródłem niestosownej fascynacji. Szleszkowski zdecydowanie zapewnił, że jego zespół składa się z prawdziwych profesjonalistów, u których takie sytuacje nie mają miejsca – w tym archeologów pracujących obecnie z nim na Ukrainie, którzy przy badaniach we Włodzimierzu Wołyńskim mieli do czynienia z grobem liczącym 900 osób, a mimo tak ogromnego doświadczenia zachowują pełną wrażliwość wobec ludzkich szczątków. Ocenił to wyważenie między profesjonalizmem a emocjonalną wrażliwością jako coś, czego nie da się nauczyć – albo ktoś nadaje się do tej pracy i ją czuje, albo nie.

Pasja do przyrody połączona z zawodem

Zapytany, kim byłby, gdyby nie został medykiem sądowym, Szleszkowski odpowiedział, że zawsze fascynowała go przyroda i chciał zostać przyrodnikiem, ale udało mu się połączyć obie pasje – zespół prowadzi również badania naukowe z zakresu entomologii i mykologii sądowej, we współpracy z Pracownią Biologii i Entomologii Sądowej Uniwersytetu Wrocławskiego, kierowaną przez zaprzyjaźnionego profesora Marcina Kadeja. Podsumował, że jego zawód pozwolił mu zrealizować równocześnie zainteresowanie historią rodzinną i biologią, dając mu pełną satysfakcję zawodową.


Rozmowę poprowadziła Joanna Lamparska. Podcast „Kości pamiętają wszystko. Medyk sądowy odkrywa prawdę: Wołyń, rodzina Ulmów, Inka” opublikowano na kanale Hi!History Joanna Lamparska na YouTube, liczącym 49,5 tys. subskrybentów. Premiera odbyła się 12 lipca 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *