Pani Janina Szachniewicz, urodzona 10 listopada 1938 roku w Hucisku Litowiskim w Galicji Wschodniej, opowiedziała ekipie History Hiking o tym, co jako małe dziecko widziała podczas rzezi dokonanej przez UPA na polskiej ludności. Jej relacja to jeden z ostatnich bezpośrednich świadectw tamtych wydarzeń.
Dzieciństwo przerwane wojną
Przed wojną Hucisko Litowiskie było wsią zamieszkałą niemal wyłącznie przez Polaków. Pani Janina wspomina zabawy na łące, zbieranie fiołków i huśtanie się na brzozach. Miała jedną ukraińską koleżankę — Sufię — z którą się przyjaźniła bez żadnych podziałów. Ojciec walczył w kampanii 1939 roku, wrócił do domu, ale wkrótce Niemcy zabrali go na roboty przymusowe. Pani Janina pozostała z matką i babcią.
Pierwszy mord
Pewnej nocy na podwórze przyjechało kilka furmanek. Przyszli po ciocię — kobietę w zaawansowanej ciąży. Prosiła, żeby jej nie bili. Rano pani Janina przez podwórze widziała, jak wynoszą ciało. Kobietę przepiłowali na pół. Pod ścianą stajni leżało noworodzone dziecko, owinięte pępowiną, rzucone żywcem. To był jej pierwszy kontakt ze śmiercią.
Pop, który święcił siekiery
W tamtym czasie pani Janina była pod opieką syna dowódcy sotni UPA — człowieka, któremu wcześniej babcia uratowała życie, ukrywając go przed Sowietami w skrzyni. Z wdzięczności obiecał rodzinę chronić. Zabrał ją do ukraińskiej cerkwi. Pop odprawił nabożeństwo, poświęcił przyniesione siekiery i inne narzędzia, po czym wezwał wiernych: „Idźcie żąć Lachów, bo ta ziemia jest nasza.”
Niedługo potem pani Janina biegła do sąsiadki, żeby ją ostrzec. Na miejscu znalazła kobietę leżącą nago z odciętymi piersiami, wyłupanymi oczami i rozciętym brzuchem. Miała 26 lat. Wujka złapali nocą, przywiązali linami do drzewa i wrzucili do stawu. Tak go utopili.
Słowa pięciolatki, które zatrzymały oprawcę
Pewnego dnia do domu wszedł uzbrojony banderowiec — młody, silny mężczyzna, obwieszony nożami i granatami. Rozejrzał się po mieszkaniu, zobaczył polskie obrazy na ścianie i powiedział: „Dzisiaj dostałem rozkaz, że mam was zamordować.”
Babcia płakała w kącie, matka całowała mu buty i błagała: „Mnie pierwszą zabij, nie zabijaj córki i dziecka. Niech ja nie widzę, jak oni giną.”
Pani Janina, mając pięć lat, spojrzała na niego i powiedziała: „Weź mnie zarżnij, ale się tobie nie poddam.” Przyłożył nóż. Powtórzyła: „Masz, zarżnij, ale ja się tobie nie poddam. Ja dalej będę żyć.”
Mężczyzna usiadł pod oknem, chwilę milczał, wstał i powiedział: „Jak ty tak mówisz, to ja nie mam sumienia was zabić.” Nakazał im zamknąć się w domu, nie wychodzić, i rozgłosić, że zostali zabici. Po czym wyszedł.
„W ten czas ja uratowałam całą rodzinę” — mówi pani Janina.
Huta Pieniacka z oddali
Pewnego ranka rozległ się wielki hałas i krzyk dochodzący z oddali — to był napad na Hutę Pieniacką. Psy, koty, bydło — wszystko wyło. Strzelanina trwała do południa. Kiedy następnego dnia rodzina przechodziła tamtędy, pani Janina zerwała jedno jabłko. Psy nosiły po okolicy szczątki ludzkich ciał.
Sześć tygodni w wagonie
Po zakończeniu walk rodzina trafiła na peron w Brodach i czekała trzy tygodnie, zanim załadowano ich do pociągu. Podróż do Polski trwała sześć tygodni. Pani Janina biegała wzdłuż składu, prosząc żołnierzy i pasażerów o kawałek chleba — „po kawałeczku dali i musiało to starczyć”. Jeden obdarty, schorowany mężczyzna nie miał nic — poszedł gdzieś, wrócił z garścią żółtego cukru i wysypał go jej w dłonie. „Takie ludzie powinny się rodzić” — mówi.
„Złość niepotrzebna ludzka”
Na pytanie, czy żywi żal do swoich oprawców, pani Janina odpowiedziała: „Ja za tych, co mnie mordowali, co mnie bili, to jeszcze się modlę, żeby im Bóg nie czytał tego, co oni zrobili. Bo ja nie jestem złośliwa.” Wyznała też, że przez całe życie nie rozmawiała z nikim po polsku podczas powrotów na Ukrainę — tylko po ukraińsku, bo „Ukraińcy nie szanują nas tak, jak kiedy rozmawiasz z nimi w ich języku.”
Swoje świadectwo zakończyła słowami: „Człowiek powinien zachować się jak człowiek.”