Rosja próbuje werbować obywateli Białorusi do udziału w wojnie przeciwko Ukrainie, oferując wysokie kontrakty finansowe, jednak liczba chętnych pozostaje niewielka. O tym, dlaczego Alaksandr Łukaszenka robi wszystko, by nie wysyłać własnych żołnierzy na front, a jednocześnie białoruskie zakłady zbrojeniowe intensywnie zaopatrują rosyjską armię, mówił na kanale „Koniec Świata” Igor Kuley z Białoruskiego Centrum Śledczego w rozmowie z Arletą Bojke.
Rekrutacja przez internet i atrakcyjne kontrakty
Kuley wyjaśnił, że rosyjskie służby od dłuższego czasu próbują rekrutować Białorusinów, przy czym zjawisko to nabrało ostatnio większej skali. Zauważalny wzrost aktywności rekruterów wiąże się, jego zdaniem, z brakiem ochotników po stronie rosyjskiej oraz z danymi ukraińskiego wywiadu wskazującymi, że po wyborach do Dumy Państwowej pod koniec września Rosja może przeprowadzić kolejną falę przymusowej mobilizacji, podobną do tej z 2022 roku.
Rekrutacja odbywa się niemal wyłącznie przez internet – głównie za pośrednictwem lokalnych czatów na Telegramie, obejmujących mieszkańców konkretnych miejscowości i regionów. Takie czaty funkcjonują częściowo jako biznes reklamowy, w którym miejsce na ogłoszenia sprzedaje się zarówno lokalnym sklepom, jak i rekruterom wojskowym. Śledztwo przeprowadzone przez rosyjskojęzyczną redakcję Biełsatu/TVP wykazało, że tego typu ogłoszenia trafiają nawet do niewielkich, kilkusetosobowych grup obejmujących małe wsie.
Oferowane kwoty są, zdaniem Kuleya, bardzo atrakcyjne jak na warunki białoruskie – samo podpisanie kontraktu to około 30 tysięcy dolarów (ok. 110 tysięcy złotych), a obiecywane wynagrodzenie miesięczne sięga około 3 tysięcy dolarów (10–11 tysięcy złotych), czyli sześciokrotności mediany zarobków w Białorusi. Mimo to liczba chętnych pozostaje niewielka – rekruterzy mówią o zaledwie kilkudziesięciu zgłoszeniach.
Antywojenne nastroje społeczeństwa białoruskiego
Kuley wskazał, że głównym powodem niskiego zainteresowania kontraktami jest silnie antywojenne nastawienie społeczeństwa białoruskiego. Według przywoływanych przez niego badań jedynie 3–5 procent Białorusinów popierało pomysł formalnego włączenia się Białorusi do wojny przeciwko Ukrainie. Około 30 procent społeczeństwa deklaruje poparcie dla rosyjskiej agresji w tym sensie, że chce zwycięstwa Rosji, około 25 procent kibicuje zwycięstwu Ukrainy, natomiast najliczniejsza grupa – blisko 40 procent – nie wspiera wojny w ogóle i nie rozumie jej sensu.
Jako źródło tej postawy Kuley wskazał traumę II wojny światowej, w której Białoruś straciła, według jego słów, co trzeciego mieszkańca – skalę niespotykaną w żadnym innym kraju europejskim. Powołał się przy tym na rozmowy z profesorem Wardemackim, białoruskim badaczem, który wskazuje, że w ciągu ostatnich dwudziestu lat w Białorusi dokonała się wymiana pokoleniowa i społeczeństwo w dużej mierze utraciło sentyment do Związku Radzieckiego oraz ambicje imperialne charakterystyczne dla Rosji.
Kuley podkreślił jednak, że antywojenne nastawienie nie przeszkadza dziesiątkom tysięcy Białorusinów codziennie chodzić do pracy w zakładach zbrojeniowych produkujących broń dla Rosji – wynika to, jego zdaniem, z bezpieczeństwa takiej pracy (zakłady te nie są atakowane przez Ukrainę) w przeciwieństwie do bezpośredniego udziału w walkach.
Kluczowa rola białoruskiego przemysłu zbrojeniowego
Rozmówca opisał trzy obszary, w których zależność Rosji od białoruskiej produkcji przekracza, według danych ukraińskiego wywiadu, 80 procent: systemy optyczne i celowniki do czołgów (dziedzictwo radzieckiej specjalizacji przemysłowej), podwozia wielokołowe do wyrzutni rakiet balistycznych i strategicznych typu Iskander i Oresznik, a także specjalistyczne maszyny do przeładunku i ponownego ładowania takich wyrzutni. Zależność na poziomie 40–50 procent dotyczy również elektroniki wojskowej starego, radzieckiego typu, odpornej i sprawdzonej, wciąż wykorzystywanej w systemach naprowadzania głowic.
Kuley wskazał również na istnienie setek mniejszych, prywatnych i państwowych przedsiębiorstw białoruskich zaangażowanych w produkcję na rzecz rosyjskiej armii – od opatrunków hemostatycznych (w jednym z opisanych przez niego przypadków produkowanych przez firmę należącą formalnie do inwestora z Estonii, a więc kraju Unii Europejskiej) po komponenty do celowników i wyświetlaczy naprowadzania czy stacje radiowe dla strategicznych bombowców. Jako przykład przywołał firmę prowadzoną przez dwie siostry, publicznie znane z działalności niezwiązanej z wojskiem (cukiernictwo, reżyseria), które potajemnie dostarczają rosyjskiemu wojsku sprzęt wart miliony dolarów.
Istotnym elementem wsparcia dla rosyjskiej machiny wojennej pozostają także dwie duże białoruskie rafinerie – w Nowopołocku i Mozyrzu – które zaopatrują Rosję w paliwo, częściowo rekompensując deficyt powstały po ukraińskich atakach na rosyjskie rafinerie. Kuley zwrócił uwagę na historyczny paradoks: do 2022 roku te same rafinerie dostarczały paliwo także Ukrainie, a w czasie wojny na Donbasie w latach 2014–2022 białoruskim paliwem tankowane były pojazdy bojowe po obu stronach konfliktu.
Broń jądrowa i infrastruktura wojskowa na terytorium Białorusi
Rozmówcy omówili również kwestię rozmieszczenia rosyjskiej broni jądrowej na terytorium Białorusi. Kuley wyjaśnił, że mimo wielokrotnych zapowiedzi Łukaszenki, kontrolę nad tą bronią zachowuje Rosja, co potwierdził sam Kreml po jednej z wypowiedzi białoruskiego przywódcy. Zdaniem Kuleya najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest rozmieszczenie taktycznej broni jądrowej przeznaczonej do przenoszenia przez samoloty bojowe Su-25 – białoruskie załogi zostały już przeszkolone, choć pokazana w propagandzie „bomba” okazała się w rzeczywistości atrapą służącą do zrzutu ulotek. Zdjęcia satelitarne opublikowane niedawno przez Radio Swoboda wskazują na trwającą budowę nowych hangarów w rejonie Smolewicz, niedaleko Mińska, mogących służyć do przechowywania takiej broni.
Kuley zaznaczył, że obecnie nie ma dowodów na stacjonowanie znaczących sił rosyjskich na terytorium Białorusi ani przy granicy z Ukrainą – w przeciwieństwie do sytuacji z 2022 roku, gdy pod pretekstem wspólnych manewrów wojskowych „Zapad” Rosja faktycznie przygotowywała inwazję, a rosyjscy żołnierze swobodnie poruszali się po białoruskich miastach, wynajmując mieszkania, a niektórzy nawet sprowadzając rodziny.
Ukraińskie ostrzeżenia i domniemane ataki na infrastrukturę w Białorusi
Poruszono również temat wież GSM rozmieszczonych na terytorium Białorusi wzdłuż długiej granicy z Ukrainą, wykorzystywanych – zdaniem strony ukraińskiej – do naprowadzania rosyjskich dronów uderzeniowych na ukraińskie miasta w sytuacjach, gdy sygnał GPS jest zagłuszany. Prezydent Wołodymyr Zełenski wielokrotnie ostrzegał Białoruś, że w razie braku reakcji Ukraina może same podjąć działania w celu wyłączenia tej infrastruktury. Kuley wskazał na co najmniej dwa przypadki, w których miejscowa ludność słyszała eksplozje, a wieże zostały zniszczone – choć żadna ze stron formalnie nie przyznała się do odpowiedzialności, co porównał do znanych z historii dyplomacji przypadków „milczącej” odpowiedzialności (np. izraelskiego ataku na syryjski program nuklearny).
Kuley odniósł się także do ataku drona na autobus z białoruskimi juniorami piłkarskimi w obwodzie briańskim, w którym zginęła osoba pilotująca wycieczkę. Mimo że zarówno Rosja, jak i Białoruś oficjalnie przypisały odpowiedzialność stronie ukraińskiej, a wielu obserwatorów podejrzewało próbę rosyjskiej prowokacji mającej wciągnąć Białoruś w wojnę, władze białoruskie – w tym szef Rady Bezpieczeństwa Narodowego – zapewniły, że taka próba się nie powiodła. Podobnie bez reakcji politycznej zakończył się kolejny incydent z udziałem drona atakującego białoruskie ciężarówki.
Skala udziału Białorusinów w wojnie po obu stronach
Według danych przekazanych przez ukraiński wywiad biuru Swiatłany Cichanouskiej, liderki białoruskiej opozycji, po stronie rosyjskiej walczy obecnie około 2600 obywateli Białorusi, z czego około 450 już zginęło. Kuley podkreślił, że zdecydowana większość z nich to osoby od dawna zamieszkujące Rosję, a nie ochotnicy kierujący się motywacją ideologiczną – w przeciwieństwie do Białorusinów walczących po stronie Ukrainy, wśród których niemal wszyscy (ok. 99 procent) zgłosili się z pobudek ideologicznych, część już w latach 2014–2015.
Liczba Białorusinów walczących po stronie Ukrainy, w tym w ramach pułku Kastusia Kalinowskiego, nigdy nie została oficjalnie podana – Kuley szacuje ją na kilkaset osób. Formacja ta nigdy nie funkcjonowała jako w pełni sformalizowana jednostka wojskowa, a jej rozproszenie wynikało częściowo z ograniczonego zaufania strony ukraińskiej, w tym trudności z uzyskaniem obywatelstwa ukraińskiego czy prawa do posiadania własnych oficerów.
Kuley wskazał, że Białorusini stanowią dziś drugą, po Ukraińcach, największą grupę cudzoziemców walczących w obronie Ukrainy spośród wszystkich narodowości.
Konsekwencje prawne dla walczących po obu stronach
Rozmówcy omówili różnice w traktowaniu przez białoruskie władze osób walczących po stronie ukraińskiej i rosyjskiej. Zgodnie z białoruskim prawem o najemnictwie, udział w obcym konflikcie zbrojnym za wynagrodzenie zagrożony jest karą do siedmiu lat pozbawienia wolności, niezależnie od strony konfliktu. W praktyce jednak – jak zaznaczył Kuley – osoby walczące po stronie ukraińskiej były systematycznie ścigane, wraz z wywieraniem presji na ich rodziny, podczas gdy wobec walczących po stronie rosyjskiej władze reagowały łagodniej, ograniczając się często do rozmów ostrzegawczych ze służbami. Wyjątkiem są Białorusini walczący w prywatnych formacjach najemniczych, takich jak grupa Wagnera – Kuley przywołał przypadek Białorusina skazanego na więzienie mimo walki po stronie Rosji, co tłumaczył niechęcią Łukaszenki do obywateli angażujących się w struktury, których nie kontroluje bezpośrednio.
Rozmówca zwrócił uwagę na istotny mechanizm prawny wykorzystywany przez obecnych rekruterów: ponieważ nowe kontrakty są podpisywane bezpośrednio z rosyjską armią jako podmiotem państwowym, a nie z prywatną firmą wojskową, formalnie nie kwalifikują się jako najemnictwo w rozumieniu białoruskiego prawa – fakt ten rekruterzy podkreślają jako argument mający uspokoić potencjalnych kandydatów.
Dwie Białorusi i relacje z Ukrainą
W dalszej części rozmowy poruszono kwestię podziału na Białoruś funkcjonującą pod rządami Łukaszenki oraz Białoruś emigracyjną, reprezentowaną między innymi przez Swiatłanę Cichanouską i opozycyjnych działaczy zmuszonych do pracy poza granicami kraju. Bojke zaznaczyła, że porównywanie tego podziału do polaryzacji politycznej w krajach demokratycznych, takich jak Polska czy Stany Zjednoczone, byłoby krzywdzące wobec osób represjonowanych w białoruskich więzieniach. Kuley podkreślił, że po 2020 roku ponad pół miliona Białorusinów – ponad 6 procent populacji kraju – wyemigrowało, a osoby te reprezentują odmienny, prodemokratyczny światopogląd, wykluczający poparcie dla rosyjskiej agresji.
Kuley zwrócił uwagę na fenomen słabo znany w Polsce: przez dekadę poprzedzającą pełnoskalową inwazję Łukaszenka był najpopularniejszym zagranicznym politykiem w Ukrainie, co – jego zdaniem – świadczy o wzajemnej nieznajomości obu społeczeństw, wynikającej z historycznego skupienia uwagi Białorusinów na Rosji i Zachodzie, z pominięciem sąsiadów na południu i północy.
Rozmówca przyznał, że stosunek zwykłych Ukraińców do Białorusinów pogorszył się wyraźnie od 2022 roku, choć – jego zdaniem – wizerunek Białorusinów uratował w dużej mierze udział ochotników w pułku Kalinowskiego. Podkreślił także własne, osobiste związki z Ukrainą (żona pochodząca z zachodniej Ukrainy, dzieci dwujęzyczne), zaznaczając, że w bezpośrednich relacjach rodzinnych nie odczuwa poczucia wyższości ze strony Ukraińców.
Możliwość mobilizacji i rola Łukaszenki wobec Putina
Na pytanie o scenariusz, w którym Władimir Putin zmusiłby Łukaszenkę do wysłania białoruskich żołnierzy na front, Kuley ocenił to jako mało prawdopodobne w obecnych warunkach – zaznaczając jednocześnie, że gdyby doszło do sytuacji, w której Putin byłby politycznie na tyle słaby, by wywierać taką presję, Łukaszenka, wyczuwając słabość partnera, tym bardziej nie podporządkowałby się jego woli. Zwrócił jednak uwagę, że życie samego Łukaszenki pozostaje w rękach Kremla ze względu na silną obecność rosyjskiej agentury w jego bezpośrednim otoczeniu, co teoretycznie umożliwiłoby Rosji fizyczne usunięcie białoruskiego przywódcy i zastąpienie go osobą bardziej uległą.
Kuley ocenił, że białoruskie wojsko wykonałoby rozkaz mobilizacji, gdyby taki padł, jednak wśród cywilów spodziewa się poważnego oporu społecznego, w tym masowej emigracji – szacując, że po ewentualnej mobilizacji liczba wyjeżdżających Białorusinów mogłaby przewyższyć nawet skalę emigracji po represjach politycznych 2020 roku.
Źródło: YouTube, kanał „Koniec Świata – Arleta Bojke” (297 tys. subskrybentów), odcinek „BIAŁORUŚ – ZA UKRAINĄ CZY ZA ROSJĄ? OCHOTNICY, ZAKŁADY ZBROJENIOWE I RAFINERIE [KULEY I BOJKE]”, 72 248 wyświetleń, publikacja: 21 sierpnia 2026.