Ewa Siemaszko i Maryla Ścibor-Marchocka w Debacie na Przystanku: było ludobójstwo, ale gdzie jest sprawiedliwość?

Norbert Hałek poprowadził pierwszy odcinek nowego cyklu „Debata na Przystanku” – wspólnego projektu Radia Debata i Przystanku Niepodległość – z udziałem Ewy Siemaszko, badaczki i dokumentalistki Rzezi Wołyńskiej, oraz Maryli Ścibor-Marchockiej, autorki książki „Sprawiedliwi. Rzecz o Ukraińcach ratujących Polaków w czasie Rzezi Wołyńskiej”. Tematem rozmowy, nagranej w przeddzień 11 lipca, była teza: „Państwo polskie, mimo uznania rzezi wołyńskiej za ludobójstwo, nie zrobiło wystarczająco wiele, aby doprowadzić do sprawiedliwości dla ofiar”.

Wprowadzenie i wyrazy solidarności

Hałek, otwierając spotkanie, omyłkowo zapowiedział zbliżającą się rocznicę jako „11 listopada” – pomyłkę natychmiast skorygował inny członek zespołu, przypominając właściwą datę: 11 lipca. Prowadzący przedstawił formułę nowego cyklu – każdy odcinek rozpoczyna się od jednej tezy, poddawanej konfrontacji z faktami, bez intencji przekonywania do niej widzów. Na wstępie przekazał słowa wsparcia dla redaktor naczelnej Radia Debata, Aleksandry Fedorskiej, znajdującej się w tym czasie w nieokreślonych bliżej trudnych okolicznościach, zapewniając, że zespół „trzyma kciuki na różańcu” i wyrażając nadzieję na rzetelne wyjaśnienie sprawy oraz szybki spokój.

Skala zbrodni i pojęcie „genocidium atrox”

Ewa Siemaszko przypomniała, że w ramach zbrodni obejmującej cztery przedwojenne województwa oraz przyległe tereny w latach 1939–1946 zamordowano około 120 tysięcy Polaków, w sposób, który określiła terminem „genocidium atrox” – ludobójstwa szczególnie dzikiego, barbarzyńskiego i okrutnego. Zaproponowała rozpatrywanie kwestii sprawiedliwości w kilku odrębnych etapach: ustalenie faktów i sprawców, osądzenie winnych, zapewnienie godnego pochówku ofiarom oraz potępienie zbrodni przez oba zainteresowane państwa.

Etap pierwszy: ustalanie faktów – spóźnione, ale kompletne

Siemaszko oceniła, że polskie państwo zabrało się do systematycznego ustalania przebiegu zbrodni bardzo późno – dopiero w 1990 roku wszczęto stosowne śledztwo, które trwa do dziś, wciąż uzupełniane zeznaniami żyjących świadków oraz wiedzą przekazywaną w rodzinach. Podkreśliła, że w dużej mierze to wysiłek społeczny, nie państwowy, doprowadził do udokumentowania zbrodni – przywołała własną, dwutomową monografię opracowaną wspólnie z ojcem Władysławem Siemaszką, dotyczącą wyłącznie Wołynia, oraz odrębne opracowania dla pozostałych trzech województw Małopolski Wschodniej, przygotowane przez Stowarzyszenie Upamiętniania Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów we Wrocławiu. Zaznaczyła, że wciąż brakuje kompleksowych opracowań dla Polesia i Lubelszczyzny. Podsumowała, że dziś wiadomo już zasadniczo, co, gdzie i jak się wydarzyło, znana jest większość ofiar i wiele wiadomo o sprawcach.

Etap drugi: osądzenie sprawców – „zupełna bezradność” państwa polskiego

Siemaszko oceniła ten etap jako obszar całkowitej bezradności polskiego państwa. Wyjaśniła, że sprawcy działający po wojnie na terenach obecnej Polski byli ścigani i sądzeni w kilkunastu procesach, z których część zakończyła się wyrokami skazującymi. Większość ujętych sprawców pochodziła jednak z terenów powojennej Ukraińskiej Republiki Sowieckiej, gdzie władze sowieckie w ramach intensywnego tępienia UPA sądziły wielu z nich – jednak, jak podkreśliła w dalszej części rozmowy, formalnym powodem skazania było zwykle „występowanie przeciwko ustrojowi państwowemu”, nie mordy na Polakach, choć w protokołach przesłuchań ujawniano ofiary polskie, a sprawcy przyznawali się do mordowania z powodu polskiej narodowości ofiar. Przywołała proporcje jako dowód rzeczywistego charakteru działań UPA: ponad 100–120 tysięcy (niektórzy szacują nawet 200 tysięcy) zamordowanych Polaków wobec około 10 tysięcy czerwonoarmistów i komunistów zabitych przez tę samą formację. Zaznaczyła, że wiarygodność zebranych świadectw potwierdzają nie tylko jej własne badania, ale też materiały zgromadzone przez powojenną Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu.

Etap trzeci: ekshumacje i pochówek – biurokratyczny skandal

Siemaszko opisała okoliczności zbrodni, w wyniku których większość ofiar nie doczekała się właściwego pochówku – ciała trafiały do dołów ziemnych, studni czy rzek, w miejscach niemających nic wspólnego z tradycyjnymi cmentarzami. Oceniła, że polskie państwo wykazało niewielki wysiłek w odkrywaniu tych mogił, choć podkreśliła też opór stawiany przez stronę ukraińską.

Ścibor-Marchocka uzupełniła ten wątek szczegółowym opisem procedur. Wskazała, że pierwsze pięć ekshumacji, w tym te w Ostrówkach, udało się przeprowadzić jeszcze w latach 90., zanim Ukraina istotnie zaostrzyła własne prawo dotyczące ekshumacji – zaznaczyła jednak, że i Polska stosunkowo późno zaczęła systematycznie zajmować się takimi pracami, nawet w odniesieniu do żołnierzy wyklętych (realnie dopiero od 2012 roku, wraz z zaangażowaniem prof. Krzysztofa Szwagrzyka). Podkreśliła wyraźnie, że należy odróżnić działania IPN, próbującego od lat coś realnie osiągnąć, od zaniechań samych polityków.

Opisała trójstopniową, wyjątkowo restrykcyjną procedurę wymaganą przez stronę ukraińską: najpierw zgoda na same poszukiwania (wykonywane wyłącznie przez zatrudnioną ukraińską firmę, z bardzo ograniczonym czasem – maksymalnie dwa tygodnie łącznie z podróżą przyznano IPN przy pracach w Hucie Pieniackiej, a zaledwie cztery dni innej organizacji, tzw. UGŁ, działającej poza IPN, bez dostępu do georadaru czy koparki, jedynie z łopatami); następnie odrębna zgoda na samą ekshumację (umożliwiająca dopiero podjęcie znalezionych szczątków, bez prawa ich pochowania); i wreszcie trzecia, osobna zgoda na pochówek. W trakcie samych poszukiwań, nawet po odkryciu miejsca zbiorowego pochówku, nie wolno wydobyć ani jednej kości ani artefaktu – miejsce należy jedynie opisać, po czym zasypać z powrotem, oczekując na kolejne pozwolenie.

Ścibor-Marchocka oceniła tę procedurę jako skandal, kontrastując ją z równolegle prowadzonymi bez porównywalnych utrudnień ekshumacjami żołnierzy Wehrmachtu na terenie Ukrainy – od 1992 roku Niemcy ekshumowali tam ponad 100 tysięcy szczątków własnych żołnierzy. Oceniła sprawę jako głęboko polityczną i niewygodną dla strony ukraińskiej, ponieważ odkrywane szczątki – w tym bardzo liczne szczątki dzieci – oraz widoczne na nich ślady sposobu zadawania śmierci bezpośrednio potwierdzają wcześniejsze relacje świadków, którym strona ukraińska regularnie zarzuca zmyślenie. Podała, że z powierzchni ziemi zniknęło około 2200 miejscowości, nie licząc wsi mieszanych, w których spacyfikowano jedynie część zabudowy – przywołując ocenę prof. Szwagrzyka, że pełne prace ekshumacyjne to zadanie na sto lat, gdyby tylko pozwolono je normalnie prowadzić.

Ścibor-Marchocka zauważyła też istotną zmianę w krajobrazie politycznym Ukrainy na przestrzeni lat – podczas gdy w 2017 roku czarno-czerwone flagi UPA były widoczne głównie na dawnych ziemiach II Rzeczpospolitej, a za Zbruczem temat Wołynia był praktycznie nieobecny (dominowała tam pamięć o Symonie Petlurze), obecnie, w wyniku intensywnej ukraińskiej polityki historycznej i propagandy, negatywny odzew na jakąkolwiek wzmiankę o Wołyniu stał się widoczny w znacznie szerszej części społeczeństwa ukraińskiego.

Etap czwarty: potępienie zbrodni przez oba państwa

Siemaszko przedstawiła ostatni z wyróżnionych etapów sprawiedliwości – formalne potępienie zbrodni i jej sprawców przez oba zaangażowane państwa. Oceniła, że ze strony ukraińskiej nie ma obecnie żadnych szans na takie potępienie, ponieważ oznaczałoby to konieczność wycofania się z państwowego kultu UPA, wpisanego dziś w oficjalną tradycję ukraińską. Po stronie polskiej, mimo obecności polityków bagatelizujących lub relatywizujących zbrodnię pod hasłem „zostawmy przeszłość, idźmy ku przyszłości”, dzięki wieloletniej presji społecznej doszło ostatecznie do pełnej akceptacji terminu „ludobójstwo” oraz do ustanowienia 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Polaków zamordowanych przez OUN i UPA.

Ustawa antybanderowska i strategia diaspory UPA

Ścibor-Marchocka wskazała na wciąż niezrealizowane elementy sprawiedliwości, wymieniając zaproponowaną przez prezydenta ustawę zakazującą promowania i czczenia banderyzmu w Polsce, wciąż oczekującą na uchwalenie – ocenioną jako szczególnie istotną wobec obecności dużej diaspory ukraińskiej w kraju.

Przedstawiła mało znany mechanizm powojennej strategii OUN-UPA: w odróżnieniu od polskiego podziemia akowskiego, kierownictwo ukraińskich nacjonalistów pod koniec wojny pragmatycznie podzieliło swoich członków na trzy grupy – tych całkowicie skompromitowanych i rozpoznawalnych, którzy mieli pozostać na miejscu i walczyć do końca; „materiał biologiczny”, który otrzymał rozkaz wtopienia się w ludność cywilną, najlepiej na ziemiach zachodnich Polski; oraz zaplecze intelektualne, skierowane do przedarcia się na Zachód. Ten mechanizm, jak wyjaśniła, wyjaśnia genezę silnych, zamożnych i dobrze zorganizowanych diaspor ukraińskich w Kanadzie i Nowej Zelandii, funkcjonujących w strukturach przypominających sieci wzajemnej pomocy – co, jej zdaniem, widać także dziś w postawie kierownictwa Związku Ukraińców w Polsce.

Oddolne inicjatywy: mapy historyczne i wzrastające zainteresowanie światowe

Ścibor-Marchocka wspomniała o godnych wsparcia inicjatywach społecznych, w tym o projekcie młodego działacza z platformy X, polegającym na oznaczaniu w Google Maps historycznych nazw miejscowości zniszczonych przez ukraińskich nacjonalistów wraz z notatkami wyjaśniającymi ich los. Zauważyła też, paradoksalnie, że decyzja prezydenta Zełenskiego (nadanie jednostce wojskowej imienia UPA) mimowolnie przyczyniła się do wzrostu światowej świadomości samego istnienia zbrodni wołyńskiej.

Zapomniani sprawiedliwi Ukraińcy

Ścibor-Marchocka zaapelowała o większą uwagę wobec tych nielicznych Ukraińców, którzy w czasie rzezi ratowali Polaków, często płacąc za to najwyższą cenę, mordowani nierzadko przez własnych bliskich – porównując oczekiwanie takiej pamięci do sposobu, w jaki Polacy chcieliby, by pamiętano ich własną pomoc dla Żydów w czasie okupacji. Skrytykowała zaniedbania państwa w tej kwestii: powstały w 2015 roku Instytut Liderności i Męstwa, mający wysłuchiwać takich świadków, uhonorował ostatecznie jedynie kilka osób, po czym został podłączony do Instytutu Pileckiego, który skupił się głównie na upamiętnianiu osób ratujących Żydów.

Ścibor-Marchocka zinterpretowała decyzję Zełenskiego jako element głębszej kalkulacji politycznej, wykraczającej poza czysto wyborcze podłoże. Oceniła, że Ukraina prawdopodobnie nie zostanie w pełni przyjęta do Unii Europejskiej, a jedynie uzyska status państwa stowarzyszonego z przywilejami bez pełnych obowiązków – co odpowiada zarówno samej Ukrainie, jak i „starym” państwom unijnym, jednak wymaga znalezienia w oczach opinii publicznej winnego tej sytuacji, którym – jej zdaniem – celowo uczyniono Polskę, by osłabić jej regionalną pozycję. Podkreśliła, że politycy ukraińscy działają wobec Polski z premedytacją, bez sentymentów czy realnej wdzięczności – tę można znaleźć jedynie wśród pojedynczych, zwykłych ludzi.

Zaniedbana edukacja i „wykastrowane” Kresy

Ścibor-Marchocka wskazała, że Polska powinna uczyć się od Ukrainy konsekwentnego prowadzenia polityki historycznej połączonej z edukacją – przywołała ukraińskie szkoły sobotnie działające od lat wśród diaspory za granicą, systematycznie ucząc dzieci narracji o „bohaterskim UPA” walczącym o wolność Ukrainy przeciwko polskim „okupantom” i „kolonizatorom” – narracja ta funkcjonuje od co najmniej dwudziestu kilku lat. Skrytykowała ostro polskie zaniedbania: państwo „przespało” co najmniej trzydzieści lat, mimo że w latach 90. istniały realne możliwości działania. Oceniła, że komunistom udało się skutecznie „wykastrować” tematykę Kresów z polskiej świadomości historycznej – zarówno w odniesieniu do samej Rzezi Wołyńskiej, jak i do szerszej martyrologii, w tym losu około trzech milionów Polaków pozostawionych poza granicami powojennej Polski pod władzą sowiecką. Podkreśliła, że gdyby nie działania społeczne, takie jak praca samej Ewy Siemaszko, wiedza o żołnierzach wyklętych, Rzezi Wołyńskiej czy przedwojennych osiągnięciach naukowych i cywilizacyjnych Lwowa byłaby dziś w Polsce znikoma.

Upamiętnienie sprawiedliwych Ukraińców i pomniki ofiar

Siemaszko podsumowała stan upamiętnienia sprawiedliwych Ukraińców jako „kroplę w morzu” – IPN wydał wprawdzie książkę na ten temat, powstały też publikacje społeczne (w tym książka samej Ścibor-Marchockiej oraz teksty m.in. Leona Karłowicza i prawdopodobnie Jana Turnaua), a jedyne w Polsce upamiętnienie znajduje się w Parku Pamięci przy Muzeum im. Jana Pawła II w Toruniu, przy czym część pomników ofiar UPA zawiera też inskrypcje wspominające Ukraińców zamordowanych za udzieloną pomoc.

Siemaszko przeszła do kwestii oddania czci ofiarom w przestrzeni publicznej jako kolejnego, istotnego etapu sprawiedliwości, podkreślając, że taka pamięć uczy zarówno faktów historycznych, jak i wagi śmierci poniesionej „za polskość” – cechy szczególnie wyróżniającej zbrodnię wołyńską. Opisała dramatyczne okoliczności powstania pierwszego pomnika ofiar, postawionego pod koniec lat 90. ze składek społecznych przez Stowarzyszenie Upamiętniania Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów we Wrocławiu – ówczesny prezes stowarzyszenia, Szczepan Siekierka, musiał niemal siłą zatrzymywać radnych miejskich na sesji rady, dramatycznymi apelami przedłużając obrady aż do wczesnych godzin nocnych, by w końcu wymusić uchwałę zgadzającą się na budowę pomnika.

Poprawność polityczna i zaniedbany pomnik w Warszawie

Ścibor-Marchocka skrytykowała stan warszawskiego pomnika ofiar oraz upamiętnienia 27. Wołyńskiej Dywizji Armii Krajowej, opisując je jako praktycznie niewidoczne, schowane za wielkimi ekranami reklamowymi przy trasie komunikacyjnej, trudno dostępne piechotą, zwłaszcza dla osób starszych czy z problemami z poruszaniem się. Powiązała ten stan rzeczy z szerszym zjawiskiem szkodliwej poprawności politycznej wobec tematyki dawnych Kresów Rzeczpospolitej, przywołując dodatkowo miejsca kaźni Polaków w Ponarach na Litwie oraz liczne miejsca martyrologii na terenie dzisiejszej Białorusi, gdzie po wkroczeniu Niemców sowiecka partyzantka systematycznie likwidowała Polaków niewywiezionych podczas pierwszej okupacji sowieckiej – co, jej zdaniem, wciąż pozostaje spychane na margines pamięci narodowej.

Jako jasny punkt w tym obrazie wskazała tytaniczną, często społeczną pracę polskich konserwatorów zabytków, którzy już w latach 90. (a nawet wcześniej, nielegalnie przekraczając wschodnią granicę) ratowali zabytki na Kresach, a program Narodowego Centrum Kultury umożliwiał szkolenie ukraińskich (i wcześniej białoruskich) konserwatorów w sztuce łacińskiej, nieobecnej w tamtejszym systemie edukacji – zaznaczając jednak, że i to pozostaje głównie inicjatywą społeczną, nie systemowym działaniem państwa.

Zakończenie

Norbert Hałek podziękował obu rozmówczyniom, pozostawiając widzom samodzielne podsumowanie debaty, po czym przywołał komentarz jednego z widzów, sprzed samej debaty, sugerujący, że pełną sprawiedliwość można osiągnąć jedynie „w niebie”. Ścibor-Marchocka odpowiedziała, że mimo to należy dążyć do sprawiedliwości również na ziemi, dodając żartobliwie, że sprawiedliwi mają szansę trafić do nieba, a niesprawiedliwi będą musieli „myć pod górę”.

Program zakończono wykonaniem ballady poświęconej zbrodni w Podkamieniu przez wykonawców Tomka Owieckiego i drugiego artystę.


Materiał premierowego odcinka cyklu „Debata na Przystanku”, nadawany na żywo na kanale Radio Debata (Aleksandra Fedorska) na YouTube, liczącym 17 tys. subskrybentów. Data emisji: 9 lipca 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *