Miśko na kanale Czuwaj: Polska przez pięć lat grała bez licytowania. Drobny gest z Kijowa witany jak wielki triumf dyplomacji

Marek Miśko — publicysta i twórca kanału Czuwaj, środowisko narodowo-konserwatywne — opublikował obszerny komentarz do kryzysu polsko-ukraińskiego, w którym połączył ocenę decyzji prezydenta Nawrockiego z szerszą diagnozą polskiej polityki wobec Ukrainy, mechanizmami manipulacji społecznej oraz apelem o dojrzałość polityczną środowiska konserwatywnego.

Nawrocki podjął słuszną decyzję — ale potrzebuje wsparcia, nie sekciarstwa

Miśko od razu zaznaczył, że staje w obronie prezydenta Nawrockiego nie z powodów partyjnych ani nie dlatego, że mu bezgranicznie ufa. Politykom nie wolno ufać bezgranicznie — nawet jeżeli zna się takiego człowieka od lat. Chodzi o potrzebę chwili. Ocenił odebranie Orderu Orła Białego jako ważną, potrzebną i mądrą decyzję, której żaden prezydent nie podjął przez co najmniej trzydzieści lat. Lepiej późno niż wcale. Jednocześnie zauważył, że ta decyzja zmusiła cały obóz Nawrockiego do obrony tej pozycji zamiast posuwania się do przodu — bo zamiast skupiać siły na kolejnym kroku, muszą teraz odpierać ataki ze wszystkich stron. Skrytykował głosy ze strony konserwatywnej, które atakują Nawrockiego za to, że zbyt długo zwlekał. Jego zdaniem tacy krytycy wykonują tę samą partię opery co polityczni przeciwnicy — i dołączają do chóru przeciwników narodowej sprawy.

Miśko przestrzegł jednak przed popadaniem w odwrotną skrajność — bezgranicznym oddaniem liderowi. Opisał zjawisko, które nazwał syndromem kompensacyjnej lojalności mesjanistycznej. Chodzi o dobrych, szczerze kochających Polskę ludzi, którzy czują potrzebę działania dla ojczyzny, ale z różnych powodów — braku czasu, środków, sieci kontaktów — nie potrafią jej zrealizować samodzielnie. Gdy pojawia się lider, oddają mu się bez reszty. Granica między popieraniem kogoś, bo widzi się w nim szansę dla Polski, a traktowaniem go jako jedynej nadziei zdolnej zbawić naród, jest bardzo niebezpieczna. Gdy taki polityk zawiódł — świadomie lub nie — ci, którzy oddali mu całą nadzieję i energię, czują się zdradzeni i wypalają się. Tak było z Akcją Wyborczą Solidarność, Samą Solidarnością, Ligą Polskich Rodzin, i wieloma innymi. Zapał, który kiedyś w takich ludziach płonął, gaśnie w jednej chwili, wiara w możliwość realnego działania zamienia się w gorycz i apatię. I zamiast wyciągnąć wnioski i wrócić do samodzielnej aktywności, wielu ludzi po prostu odchodzi.

Miśko odwołał się do Dmowskiego, który pisał o Paderewskim: nie jest bylejaki człowiek, ale ma straszny talent do otaczania się hołotą. Niebezpieczni są ludzie lubiący pochlebstwa, bo zawsze znajdują się kanalie. To ostrzeżenie Miśko odniósł wprost do dzisiejszych mechanizmów politycznych — nawet najutalentowszy polityk, otoczony bezwarunkową adoracją i tarczą ochronną przed rzeczywistością, może powoli tracić zmysł i popaść w pychę.

Pięć lat gry bez licytowania

Miśko postawił twardą i rozbudowaną tezę o polskiej polityce wobec Ukrainy. Przez pięć lat Polska dysponowała jedną z najsilniejszych kart negocjacyjnych w historii — i nie użyła jej w żaden sposób. Za wszystko, co oddała Ukrainie: pomoc wojskową, czołgi, amunicję, sprzęt, udostępnienie własnego terytorium, zabieganie w jej sprawie na arenie międzynarodowej, przyjęcie milionów uchodźców, wielomiliardowe transfery finansowe — Polska nie podbijała stawki. Każda z tych oddanych rzeczy powinna być kartą przetargową w dyplomatycznych negocjacjach. Tak cenne wsparcie powinno dać Polsce nieziemskie wręcz profity. Ale nie dało.

Miśko wskazał, że ta sama polityka bezwarunkowego oddania i lojalności w zamian za nic była kontynuowana przez wszystkich rządzących — Kaczyńskiego i jego doradców, Morawieckiego z otoczeniem, Dudę z pałacem prezydenckim, a potem Tuska. Jakby z jednej loży otrzymywali komunikaty. Każdy, kto choć raz dał coś komuś nieodpłatnie i bez systemu wsparcia — po głupiemu, jak mawia jego ojciec Bogdan — wie, że taka postawa nigdy nie rodzi dobra, lecz obraca się przeciwko temu, który pomaga, i zwiększa wymagania strony biorącej. Stąd stare przysłowie: daj palec, a weźmie całą rękę.

Mając wyśmienitą pozycję negocjacyjną, Polska nic nie licytowała. Co chwilę ktoś przy europejskim negocjacyjnym stole krzyczał sprawdzam, a Polska na to nic. I co widzimy dziś? Pozycja, do której ta postawa Polskę zepchnęła, jest pozycją kraju, który cieszy się, że jaśnie pan Zełenski zastanawia się nad zmianą nazwy jednostki. Za to wszystko, co Ukraina od Polski dostała i czym Polska zaryzykowała, odzyskanie Lwowa byłoby małą zapłatą — a Polska zadowolić się ma chwilową możliwością zmiany podrzędnej decyzji.

Syndrom gotowanej żaby — drobny gest z Kijowa jako wielki triumf

Miśko opisał mechanizm, który nazywa pełzającą normalnością albo syndromem gotowanej żaby. Najpierw szok wywołany absurdem, potem przyzwyczajenie, a na końcu każdy najmniejszy powrót w stronę rozsądku witany jest jak wielkie zwycięstwo. Tymczasem realnie oddalamy się od pierwotnego standardu — nie tylko nie idziemy do przodu, ale cofamy się od miejsca, w którym zaczęliśmy.
Jako przykład wskazał nastroje w internecie po nadaniu nazwy Bohaterów UPA — gdzie głosy mówiące, że nie wszystko stracone i że może uda się dokręcić śrubę i zmienią zdanie, wypowiadane są w duchu, jakby właśnie zakończyły się wielkie negocjacje, w których wyłożono wszystko co można, a w zamian — i to jeszcze tylko prawdopodobnie — łaskawy pan prezydent z Kijowa się zastanowi. Każdy drobny gest łaski z Kijowa jest przedstawiany jako wielki sukces polskiej dyplomacji. To jest klasyczny mechanizm pełzającej normalności — dwa do przodu, trzy do tyłu.

Ogień zaporowy wobec tych, którzy mówili prawdę o kosztach

Miśko odwołał się do modelu propagandowego opisanego przez Noama Chomsky’ego i Edwarda Hermana w książce Produkowanie zgody. Pięć filtrów, przez które przechodzą informacje w wolnych demokracjach — własność mediów, finansowanie z reklam, oficjalne źródła, ogień zaporowy i wspólny wróg — sprawia, że media masowo produkują zgodę na politykę bezwarunkowego oddania.
Ten czwarty filar — ogień zaporowy — Miśko zastosował wprost do sprawy ukraińskiej. Jak tylko ktoś wychylił się za bardzo, pokazywał prawdziwe koszty polskiego wsparcia, korupcję na Ukrainie, brak wzajemności w relacjach międzynarodowych — od razu leciała kampania oszczerstw jak z karabinu maszynowego. Że jest prorosyjski, skrajny, nielojalny wobec sojuszników. Tymczasem tacy ludzie byli po prostu polscy. Piąty filar to wspólny wróg — dawniej komunizm, dziś rosyjskie zagrożenie. Strach jednoczy i usprawiedliwia każdą głupotę, każde oddanie suwerenności, każdy przelew miliardów. I właśnie przez ten mechanizm mamy to, co widzimy — zgodę społeczną na politykę bezwarunkowego oddania.

Co robić — mikroskalę zamiast mesjasza

Miśko zaapelował, by zamiast wypalać się politycznie dla kolejnych liderów, działać na własną mikroskalę — lokalnie, konsekwentnie i niezależnie od tego, co robią politycy. Budowanie żywej więzi narodowej zaczyna się od drobnych, pozornie błahych gestów — podziękowania żołnierzowi, przepuszczenia strażaka w kolejce, powiedzenia dzień dobry strażnikowi granicznemu z uśmiechem i podziękowaniem za służbę. Tysiące takich cegiełek tworzą realną wspólnotę, której żaden polityczny mesjasz nie zastąpi. Bo gdy mesjasz zawiedzie — a zawiedzie — ci, którzy oddali mu całą energię, nie mają już nic. A tymczasem ich małe działania lokalne mogły przez ten czas sumować się w coś trwałego.

Miśko zaapelował też o to, by środowisko konserwatywne umiało popierać słuszne działanie nawet wtedy, gdy wychodzi ono z nieoczekiwanej strony — i umiało odróżnić poparcie dla idei od poparcia dla człowieka. Bo powiedzenie mądrze gość w tej sprawie mówi nie oznacza automatycznego udzielania poparcia temu człowiekowi czy jego obozowi. To rozróżnienie jest kluczowe dla dojrzałości politycznej środowiska.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *