Zbigniew Parafianowicz, autor książki Kłopot z Zełenskim, i Marek Magierowski, były ambasador Polski w Waszyngtonie, spotkali się w trzynastym odcinku programu Bez Doktryny, by omówić kulisy deterioracji stosunków polsko-ukraińskich. Rozmowa była zapisem jednym z najbardziej pogłębionych analiz kryzysu, jaki pojawił się w polskich mediach po decyzji Zełenskiego o nadaniu jednostce wojskowej nazwy Bohaterów UPA.
Zełenski — bohater narodowy Ukrainy, kłopot dla Polski
Parafianowicz zaczął od rzeczy, która mogła zaskoczyć słuchaczy spodziewających się jednostronnej krytyki: bez wahania przyznał Zełenskiemu status bohatera narodowego Ukrainy. Stanął w obronie kraju w lutym 2022 roku, nie skorzystał z podwózki oferowanej przez Amerykanów, przez długi czas prowadził asertywną i skuteczną politykę. Z perspektywy ukraińskiej jest politykiem rangi Wałęsy lub Mandeli. Ale — zaznaczył Parafianowicz — czymś zupełnie innym jest jego ocena z perspektywy polskiej i z perspektywy relacji polsko-ukraińskich. I tu zaczyna się tytułowy kłopot.
Posowiecka mentalność jako narzędzie dyplomacji
Magierowski zapytał o sowieckość Zełenskiego — i Parafianowicz nie uchylił się od odpowiedzi. Jego zdaniem tej sowieckości jest w ukraińskiej dyplomacji bardzo dużo, co wynika z prostego faktu: Ukraina tworzyła Związek Sowiecki, a w Kijowie działała druga najważniejsza akademia wojskowa GRU. Ta szkoła myślenia o państwie, o partnerach i o negocjacjach nie zniknęła — przejawia się w arogancji, bucie i chamstwie, które są świadomym narzędziem dyplomacji.
Jako ilustrację Parafianowicz przywołał słynną scenę, gdy Erdogan krążył po przedpokoju Putina, oglądając obrazy Ajwazowskiego — to samo wskazywanie miejsca rozmówcy stosuje Zełenski wobec partnerów zachodnich, w tym wobec Polski.
Zełenski robił karierę sceniczną głównie w Rosji i Moskwie, biegle posługiwał się rosyjskim kodem popkulturowym. Parafianowicz nie traktuje tego jako zarzutu — to akurat pomaga w rozumieniu Rosji. Ale ma konsekwencje dla partnerów, którzy w tym kodzie nie funkcjonują.
Jak Zełenski traktował Polskę od 2022 roku
Parafianowicz rozłożył szczegółowo chronologię polsko-ukraińskiego kryzysu zaufania, która — jego zdaniem — zaczęła się znacznie wcześniej niż decyzja o nazwie jednostki.
W 2022 roku Zełenski po raz pierwszy wrzucił prezydenta Dudę do jednego wora z Rosjanami. Duda, który oddał Ukrainie czołgi i migi, ryzykując odwet rosyjski, dostał w podziękowaniu oskarżenie o granie w jednej kapeli z Putinem. Potem był incydent z rakietą w Przewodowie — dwie ofiary po stronie polskiej, Zełenski nie przyznał się do ukraińskiego pocisku. Potem obchody rocznicy ludobójstwa wołyńskiego, z których Zełenski w połowie nabożeństwa wyszedł. Potem kampania wyborcza, podczas której ukraińscy przywódcy jednoznacznie obstawiali jedną stronę polskiej sceny politycznej. Potem wezwanie Tuska na granicę, żeby tłumaczył się z blokady tirów. Potem kampania prezydencka w Polsce, podczas której Zełenski udawał, że nie wie jak się nazywa Karol Nawrocki i zalecał mu ćwiczenia fizyczne. Każdy z tych epizodów był cegiełką dorzucaną do muru, który w końcu runął.
Decyzja o nazwie jednostki — ostatnia słomka
Nazwanie Centrum Operacji Specjalnych Północ imieniem Bohaterów UPA Parafianowicz ocenił jako decyzję absolutnie nieuzasadnioną z punktu widzenia relacji z Polską. Zełenski wiedział, jaką reakcję wywoła. Jego doradcy go ostrzegli. Mimo to to zrobił — bo uznał, że mu się upiecze.
Parafianowicz przyznał rację Nawrockiemu w sensie ogólnym: ta emocja społeczna po stronie polskiej musiała zostać jakoś obsłużona przez polską elitę polityczną. Nie można było dalej ignorować tego, co się nawarstwiało przez lata. Paliwa do napięć nie dostarczyli Polacy — dostarczał je konsekwentnie prezydent Ukrainy.
Magierowski był w tej kwestii bardziej powściągliwy: przyznał, że decyzja Zełenskiego była absolutnie nieakceptowalna, ale wyraził wątpliwość, czy odebranie orderu jest najskuteczniejszą odpowiedzią. Polska ma tendencję do reagowania głośno i spektakularnie, ale niekoniecznie boleśnie dla przeciwnika.
Brak dialogu historycznego — diagnoza strukturalna
Parafianowicz postawił twardą tezę: nie ma i nie będzie chęci po stronie ukraińskiej do wyczyszczenia pola historycznego. Mity założycielskie nowego państwa ukraińskiego są oparte na UPA i nie zmieni tego ani Zełenski, ani żaden jego następca. Bohaterowie UPA zawsze będą bohaterami UPA.
Rozmówcy przypomnieli, że kiedy Polska negocjowała deklarację historyczną przed wizytą Zełenskiego w Warszawie, strona ukraińska nie zgodziła się na żadne zapisy dotyczące roli UPA w ludobójstwie Polaków. Homeopatyczne dawkowanie zgód ekshumacyjnych — pierwsze po latach blokady od 2017 do 2024 roku — to jedyne ustępstwo, jakie Kijów był gotów zrobić.
Bronili natomiast obaj Pawła Kowala, krytykowanego z obu stron: w Polsce za zbyt miękką postawę wobec Ukrainy, a w Kijowie za domniemane gry przeciwko Zełenskiemu. Parafianowicz podkreślił, że to Kowal wymusił odmrożenie ekshumacji, stawiając twardo warunek: nic w relacjach nie ruszy do przodu, dopóki ten temat nie zostanie rozminowany.
Realne lewary, z których Polska nie korzysta
Magierowski i Parafianowicz byli zgodni: Polska ma do dyspozycji instrumenty znacznie skuteczniejsze od odebrania orderu — i prawie żadnego z nich nie używa.
Akcesja Ukrainy do Unii Europejskiej wymaga jednomyślności. Polska mogła i może warunkować swoje veto konkretnymi ustępstwami w kwestiach historycznych i gospodarczych. W rozmowach akcesyjnych można też wprowadzić zapisy zakazujące promowania formacji, które kolaborowały z Trzecią Rzeszą — OUN i UPA mieściły się w tym opisie.
Kolejny lewar to dostęp do jednolitego rynku. Polska może zajmować bardziej asertywne stanowisko w kwestii realnych interesów ekonomicznych — transportowych, rolnych, budowlanych.
Korupcja, brak arbitrażu międzynarodowego, niemożność dochodzenia praw przed ukraińskimi sądami — to są konkretne problemy, przy których Polska powinna twardo stawiać warunki.
Parafianowicz przywołał przykład szwedzki: dwa tygodnie przed ogłoszeniem sprzedaży gripenów dla Ukrainy powstał na Ukrainie szwedzki think tank promujący idee obronności. Tak działa lobbing. Polska zamiast tego wydawała albumy o Janie Pawle II — które Ukraińcy chętnie przyjmowali, bo cytaty z Jana Pawła II o wybaczeniu i prośbie o przebaczenie wpisywały się wprost w ich narrację symetryzmu AK-UPA.
Kto jeszcze lobbuje dla Ukrainy — a kogo nie ma
Parafianowicz przedstawił listę byłych zachodnich polityków pracujących dla Ukrainy: Boris Johnson, Mike Pompeo zasiadający w radzie nadzorczej ukraińskiego telekomu, była premier Danii. Brytyjczycy, Amerykanie i Szwedzi rozumieją, że lobbing to inwestycja. Polska tego nie rozumie albo nie chce rozumieć.
Na ukraińskiej scenie politycznej nie ma tak naprawdę podziałów ideologicznych — partie są przede wszystkim prodolarowe. Dla polskich firm oznacza to, że można robić interesy, jeśli odpowiednio zdefiniuje się obszary współpracy i znajdzie właściwych rozmówców. Ale to wymaga mapy interesów, której Polska nie ma, i gotowości do asertywnej gry, której dotąd brakowało.
Próby wciągnięcia NATO do wojny
Parafianowicz omówił też inny ważny wątek swojej książki: konsekwentne starania Zełenskiego o umiędzynarodowienie konfliktu. Zawyżanie liczby dronów wlatujących w polską przestrzeń powietrzną, nacisk na zestrzelanie rosyjskich pocisków nad Ukrainą przez systemy NATO, narracja o tym, że Ukraina jest odpowiedzią na słabnącą rolę USA w sojuszu — to wszystko była kalkulacja zmierzająca do wciągnięcia jak największej liczby aktorów do konfliktu.
Parafianowicz nie ocenił tego jako fanaberii — z ukraińskiej perspektywy jest to racjonalne. Im więcej aktorów po stronie Ukrainy, tym większe szanse na zwycięstwo. Ale z polskiej perspektywy jest to sprzeczne z interesem: Polska powinna jak najdłużej pozostawać zdystansowana od kinetycznego starcia z Rosją.
Perspektywy — pesymistyczne
Na pytanie o relacje polsko-ukraińskie za pięć, dziesięć, piętnaście lat Parafianowicz odpowiedział bez owijania w bawełnę: będzie raczej gorzej niż lepiej. Mity założycielskie ukraińskiego państwa się nie zmienią. Żaden następca Zełenskiego nie ustąpi w kwestii UPA. Polska musi nauczyć się prowadzić realpolitik — wybierać rodzynki z ciasta, a nie jeść zakalca — i przestać żyć złudzeniami o chemii i braterstwie, które zwalniają z myślenia o realnych interesach.
Wspólny wróg — Rosja — to za mało, by zbudować trwałe i dobre relacje. Ukraińcy będą powstrzymywać Rosjan niezależnie od tego, czy stosunki z Polską będą dobre czy złe — bo leży to w ich własnym interesie. Polska powinna to rozumieć i przestać traktować swoje wsparcie jako inwestycję w przyjaźń, której nie ma, zamiast egzekwować konkretne korzyści.