Robert Pszczel, były dyrektor Biura Informacyjnego NATO w Moskwie, ekspert OSW, był gościem Pawła Pawłowskiego w programie „Newsroom” na kanale Wirtualna Polska News. Rozmowa dotyczyła nocnego ataku Rosji na Kijów, zamykania przez Rosję przejść granicznych i spekulacji o mobilizacji, presji wewnętrznej na reżim Putina, wojny hybrydowej w Polsce, a także motywacji prezydenta Zełenskiego w sporze z Polską i jego rywalizacji z generałem Załużnym.
Zmasowany atak na Kijów
Pawłowski otworzył rozmowę informacją o jednym z najbardziej intensywnych ataków rakietowych i dronowych na Kijów od miesięcy, w którym zginęło co najmniej 10 osób, a 50 zostało rannych. Zapytał, czy to oznaka, że wobec niepowodzeń na froncie Rosja mści się na cywilach.
Pszczel potwierdził, że to element zemsty, frustracji i barbarzyństwa. Opisał, że zaatakowane zostały ewidentnie cele cywilne, w tym hotel, a ostrzał objął praktycznie wszystkie dzielnice Kijowa — porównał to obrazowo do jednoczesnego zaatakowania warszawskich Żoliborza, Mokotowa, Pragi i Bemowa. Zwrócił uwagę na użycie rakiety Cyrkon, zaprojektowanej do atakowania celów morskich (okrętów wojennych), która trafiła w blok mieszkalny — ocenił, że to najlepiej podsumowuje charakter reżimu. Wskazał, że tego rodzaju atak może być też sygnałem związanym ze zbliżającym się szczytem NATO, ponieważ Rosja traktuje się jako będącą w stanie wojny z Sojuszem i należy liczyć się z możliwymi prowokacjami.
Zamykanie granic — przygrywka do mobilizacji?
Pawłowski zapytał o zamknięcie przez Rosję kolejowych przejść granicznych, między innymi z Finlandią. Pszczel wskazał na niezweryfikowane jeszcze informacje, według których Rosja miała prosić zaprzyjaźnione kraje ościenne — Kazachstan, Gruzję — o samodzielne zamknięcie granic. Ocenił, że przyczyna nie jest jasna: może to być element prowokacji, może chodzić prozaicznie o brak pieniędzy na utrzymanie kolei, ale w najgorszym scenariuszu może to być przygrywka do najbardziej politycznie ryzykownej decyzji, jaką Putin mógłby podjąć — ogłoszenia mobilizacji powszechnej. Odniósł to również do wcześniejszych ostrzeżeń ze strony ukraińskiej (przywołał wypowiedzi generała Ołeksandra Syrskiego) o możliwej rosyjskiej ofensywie na obwód czernihowski, z obwodu gomelskiego lub z Białorusi, wymierzonej w Kijów.
Zapytany, czy Rosję stać na ponowną próbę zdobycia Kijowa, Pszczel odpowiedział, że decyzja leży w rękach samego Putina, który już wcześniej popełnił poważne błędy kalkulacyjne (w tym decyzję o rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji), słuchając rad lub wymuszając warianty od ludzi niezajmujących się realnie sztuką wojenną. Ocenił, że większość ekspertów zgadza się, iż obecna dynamika frontowa, mobilizacyjna, szkoleniowa i technologiczna nie wskazuje na możliwość dramatycznej zmiany sytuacji przez Rosję w krótkim czasie — jednak w warunkach „mgły wojny” nie można wykluczyć nieprzewidzianego przełomu.
Presja na Kremlu jest rzeczywista
Pawłowski zapytał, jaką realną presję może odczuwać rosyjskie społeczeństwo, jeśli nie wychodzi na ulice. Pszczel wyjaśnił paradoks reżimów autorytarnych, takich jak rosyjski czy chiński: mimo ograniczania swobód politycznych, potrzebują one legitymizacji i „żywią się” nią. Opisał specyfikę rosyjskiego systemu władzy jako wysoce spersonalizowanego — carem (niezależnie od formalnego tytułu prezydenta) jest się dopóty, dopóki się wygrywa; to jest siła, ale też słabość systemu decyzyjnego. Ocenił, że obecnie nie są to już tylko rysy, ale realne pęknięcia na „skorupie putinowskiej” — nie da się bowiem ukryć problemów, gdy drony atakują Moskwę, a kolejki po benzynę stają się tematem memów nawet na Krymie. Podkreślił zasadę, że reżim, z którego się śmieją, jest bardziej zagrożony niż reżim, którego się boją. Wskazał również, że sam Putin przyznał w ostatnich dniach — co uznał za coś niezwykłego — że Rosja ma problemy gospodarcze na skutek ataków ukraińskich.
Wojna hybrydowa w Polsce
Pawłowski zapytał, czy w obliczu rosnącej presji na Kreml należy się obawiać radykalnych kroków wobec NATO. Pszczel ocenił, że otwarty atak militarny na terytorium państw NATO jest mało prawdopodobny, natomiast pojęcie wojny hybrydowej jest bardzo pojemne — obejmuje sabotaże, podpalenia, ataki na infrastrukturę krytyczną, a czasem trudno jednoznacznie ustalić, czy dany incydent (np. pożar hali czy zanieczyszczenie wody, o którym miał słyszeć od znajomych z Podlasia) jest częścią takich działań, czy przypadkiem. Wskazał, że według danych NATO i UE, a także polskich badań, Polska jest krajem o największym nasileniu tego typu incydentów w regionie. Przypomniał niedawne zatrzymanie i deportację grupy osób przez polskie służby, oceniając, że ta „niewidzialna” walka toczy się nieustannie i jest równie ważna jak samo odstraszanie militarne.
Zaapelował jednak o zachowanie równowagi — bycie czujnym, ale nieuleganie rosyjskiej narracji, że nie można spać spokojnie, ponieważ Rosja może „wszystko” — ocenił to jako nieprawdę, wskazując, że Rosja jest w bardzo trudnej sytuacji i nie polepszy się to przez wiele lat.
Uderzenie Zełenskiego w Polskę — kalkulacja, nie schizofrenia
Pawłowski zwrócił uwagę na sprzeczność w zachowaniu Zełenskiego: z jednej strony spór o nadanie jednostce wojskowej imienia „bohaterów UPA” i utworzenie Panteonu Narodowego, z drugiej — wizyta w Irlandii, podczas której ukraiński prezydent mówił o Polsce jako sąsiedzie, z którym łączy wspólny wróg i należy współpracować. Zapytał, czy to polityczna schizofrenia, czy świadome działanie ukierunkowane na konkretny cel.
Pszczel jednoznacznie wskazał na drugą opcję. Ocenił, że decyzja o nazwaniu jednostki nie była przypadkowa — Zełenski doskonale wiedział, jaką reakcję wywoła i jak ważna jest ta sprawa dla Polski, mimo to zignorował te konsekwencje. Powiązał to z kalkulacją wyborczą: na Ukrainie coraz częściej mówi się o przygotowaniach do kampanii, a Zełenski patrzy na słupki sondażowe, uwzględniając silny, nawet ekstremalny elektorat nacjonalistyczny związany ze środowiskami weteranów. Skrytykował też pojawiające się ze strony ukraińskiej, nawet na wysokim poziomie, zarzuty, że polska reakcja ma charakter czysto populistyczny — przyznał, że politycy grają na emocjach, ale podkreślił, że sam spór wynika ze świadomej, skalkulowanej decyzji Zełenskiego podyktowanej sondażami, nie realną sytuacją Ukrainy.
Czy Ukraina chce zmarginalizować Polskę w regionie
Pawłowski zapytał, czy dodatkowym wymiarem sporu nie jest chęć Ukrainy, by stać się najsilniejszym graczem w Europie Wschodniej, dla którego silna, samodzielna Polska nie jest wygodnym partnerem — łatwiej dogadywać się z Niemcami czy Francją.
Pszczel przyznał, że coś w tym jest, przywołując wypowiedzi byłego ministra spraw zagranicznych Ukrainy Dmytra Kuleby, otwarcie mówiącego rzeczy, które ocenił jako niezgodne z interesem Ukrainy w kontekście relacji z Polską. Ocenił, że Zełenski, prowadząc publiczne „potyczki” z różnymi postaciami (włącznie z prezydentem USA) i wygrywając je w swoim odczuciu, nabiera nadmiernej pewności siebie, co nie jest uzasadnione z punktu widzenia realnego interesu Ukrainy. Podkreślił, że taka postawa napędza nastroje antyukraińskie w Polsce, choć zaznaczył, że pewien podatny na to klimat istnieje też wewnątrz polskiego społeczeństwa. Ocenił, że heroizm Ukrainy w prowadzeniu wojny nie przekłada się automatycznie na kompetencję w działaniach czasu pokoju, a to właśnie na tym polu Ukraina ma poważne zaległości. Zaapelował, by Polska jasno zdefiniowała swoje „imponderabilia” (przywołując termin spopularyzowany przez Józefa Piłsudskiego) — granice, których przekroczenie nie może pozostać bez odpowiedzi — i komunikowała je konsekwentnie, jednocześnie realnie wymagając od Ukrainy spełnienia zobowiązań, zamiast ograniczać się do frazesów o wspólnych interesach.
Czego Polska powinna żądać od Ukrainy
Pawłowski zapytał, czy Polska ma sprecyzowane żądania wobec Ukrainy. Pszczel wskazał, że kluczowe jest, co Polska może zrobić sama — poczynając od spójnej polityki informacyjnej. Wyraził niezrozumienie, dlaczego mimo ogromnej pomocy udzielonej przez Polskę (ludzkiej, sprzętowej, finansowej) dziś na szczycie NATO Estonia oferuje Ukrainie większy pakiet pomocowy niż Polska, a Polska pozostaje na marginesie pewnych dyskusji, częściowo z własnej winy — przypomniał, że Polska deklaruje, że nigdy nie wyśle żołnierzy w ramach jakiejkolwiek misji. Ocenił to jako poważny błąd, choć zastrzegł, że nie oznacza to konieczności bezwarunkowego wsparcia — poważne państwa jasno stawiają sprawę swoich fundamentalnych interesów, do których druga strona musi się dostosować, tak jak Polska musi się dostosowywać do innych.
Zełenski wzywa Załużnego „na dywanik”
Pawłowski przywołał doniesienia, według których Zełenski wezwał generała Walerija Załużnego (obecnie ambasadora Ukrainy w Londynie) na rozmowę, by ustalić, czy planuje on start w wyborach prezydenckich, co świadczyć miałoby o realnej obawie prezydenta przed byłym głównodowodzącym.
Pszczel potwierdził tę interpretację, żartobliwie przywołując rosyjskie powiedzenie o tym, że ten, kto jest daleko, siedzi cicho — mimo to Zełenski, jako formalny przełożony korpusu dyplomatycznego, wciąż się go obawia. Podał aktualne dane sondażowe: Zełenski ma około 30 procent, Załużny około 16 procent, a na trzecim miejscu plasuje się szef Kancelarii Prezydenta Ukrainy — różnica między nimi ostatnio się powiększyła na korzyść Zełenskiego. Ocenił to jako koronny dowód, że prezydent Ukrainy myśli kategoriami sondaży nawet w czasie wojny. Odniósł się sceptycznie do porównań Zełenskiego do Winstona Churchilla, przypominając, że Churchill przegrał wybory zaraz po zakończeniu wojny — zaznaczył jednak, że mechanizmy historyczne bywają powtarzalne: poparcie dla wojennego przywódcy różni się od poparcia w czasie pokoju, co pokazała już nieudana próba Zełenskiego zlikwidowania niezależnych instytucji antykorupcyjnych, która wywołała odczuwalny spadek jego popularności.
Odwracanie uwagi od problemów wewnętrznych
Pszczel ocenił, że spór z Polską służy Zełenskiemu także jako odwrócenie uwagi od problemów, z którymi nie radzi sobie — korupcji oraz niespełniania realnych wymogów akcesyjnych do UE, mimo publicznych deklaracji przeciwnych (przywołał krytycznie wypowiedź Zełenskiego z Irlandii, w której twierdził, że Ukraina już spełnia wszystkie wstępne wymogi unijne). Zaznaczył, że w tej sytuacji sprzeczka z Polską — akurat krajem wspierającym Ukrainę i dysponującym ekspertami gotowymi do pomocy — jest ostatnią rzeczą, jaką Ukraina powinna teraz robić. Pawłowski zasugerował cynicznie, że kłótnia z Polską może służyć zrzuceniu na nią winy za brak szybkiej ścieżki integracji z UE — Pszczel przyznał, że ta hipoteza, choć cyniczna, może mieć w sobie ziarno prawdy.
Co Polska powinna zrobić — polityka informacyjna
Podsumowując, Pszczel zaapelował o jasny i klarowny przekaz ze strony Polski, zaczynając od podstaw: mimo że cały świat mówi teraz o Wołyniu, wciąż niewiele osób rozumie istotę sprawy — zarówno za granicą, jak i na samej Ukrainie, gdzie poziom wiedzy historycznej na ten temat jest, jego zdaniem, bardzo niski. Zaproponował konkretne działania: publikację materiałów informacyjnych w języku angielskim (nie tylko ukraińskim), zorganizowanie konferencji prasowych z licznymi w Warszawie korespondentami zagranicznymi, wyjaśniających, dlaczego sprawa Wołynia i rzezi wołyńskiej jest tak istotna dla Polski. Wyraził zdziwienie, że tego typu proste działania wciąż nie są prowadzone systematycznie, mimo istnienia takich instytucji jak IPN czy Centrum Mieroszewskiego. Ocenił, że nadchodzące okazje do rozmowy — w tym zapowiedziana wizyta ministra Andrija Sybihy oraz różne fora międzynarodowe — będą liczne, ale kluczowe jest, by Polska była do takich rozmów odpowiednio przygotowana, ponieważ pierwszy krok w tym sporze musi wykonać strona ukraińska.
Rozmowę przeprowadził Paweł Pawłowski w ramach cyklu „Newsroom”. Materiał dostępny na kanale Wirtualna Polska News na YouTube, liczącym 216 tys. subskrybentów. Opublikowany 2 lipca 2026.