„Ukraina. Początek” — reporterzy Biełsatu wspominają pierwsze dni pełnoskalowej wojny

Dziennikarze Biełsatu Jakub Biernat i Krzysztof Powideł dwa lata po wybuchu pełnoskalowej wojny wspominają swoją wyprawę do oblężonego Kijowa na początku marca 2022 roku — misję zawiezienia redakcyjnym kolegom kamizelek kuloodpornych i hełmów oraz bezpiecznej ewakuacji z miasta białoruskiej dziennikarki Lubowi Łuniowej wraz z jej kotem Henrykiem.

Droga do Kijowa

Reporterzy ruszyli do Ukrainy 1 marca 2022 roku, gdy rosyjska armia stała jeszcze u bram stolicy. Po drodze zatrzymali się na wojskowym lotnisku w podrzeszowskiej Jasionce, gdzie dzięki kontaktom udało się zdobyć kamizelki kuloodporne i hełmy z rezerw rządowych — sprzęt, który na początku wojny całkowicie zniknął ze sprzedaży. Lotnisko w tym czasie zamieniało się w główną logistyczną bazę ukraińskiej armii, z bunkrami z worków z piaskiem i niezliczonymi ciężarówkami z zaopatrzeniem.

Na granicy w Medyce reporterów zastał ogromny chaos — tysiące ludzi uciekały z Ukrainy, a na miejscu działały namioty organizacji humanitarnych z wielu krajów, w tym wolontariusze z Izraela. Przekroczenie granicy w stronę Ukrainy przebiegło stosunkowo sprawnie, ponieważ w tym kierunku praktycznie nie było ruchu — większość chętnych do obrony Ukrainy już zdążyła tam dotrzeć.

Lwów, Tarnopol i spontaniczna samoorganizacja

We Lwowie, który stał się wielkim miastem przesiadkowym dla uciekinierów z terenów bombardowanych przez Rosję, reporterzy po raz pierwszy usłyszeli syreny alarmu przeciwlotniczego. Odwiedzili punkt pomocy dla armii zorganizowany w miejskiej bibliotece, gdzie wolontariuszki, w większości studentki miejscowego konserwatorium, wyplatały siatki maskujące, śpiewając na zmianę pieśni patriotyczne i hymn Ukrainy.

W Tarnopolu ekipa trafiła na kolejny punkt spontanicznej samoorganizacji Ukraińców, zorganizowany zaledwie kilka godzin po rosyjskiej napaści dzięki lokalnemu biznesmenowi, organizacjom i wolontariuszom. Do punktu zbiórki napływała pomoc od mieszkańców regionu — całe busy z zaopatrzeniem dla armii, a także drobne dary, jak latarki czołowe kupione przez matkę z córką na miejscowym bazarze. Reporterzy zwrócili uwagę na problem z paliwem — przywiezione z Polski 60 litrów benzyny traktowali jako żelazny zapas, podczas gdy Ukraińcy w długich kolejkach mogli tankować najwyżej 20 litrów.

Wojskowe punkty kontrolne i wymarła Biała Cerkiew

Ze względu na kontrolowaną przez Rosjan drogę przez Żytomierz jedyną możliwością dotarcia do Kijowa był objazd przez Białą Cerkiew. Reporterzy opisali ścisłą procedurę przejazdu przez wojskowe punkty kontrolne — konieczność wyłączenia świateł drogowych, zapalenia lampki wewnątrz samochodu i pokazywania rąk z dokumentami, w atmosferze powszechnego strachu przed rosyjskimi sabotażystami.

Sama Biała Cerkiew zaskoczyła reporterów całkowitym wyludnieniem i przerażającą ciszą — miasto było kompletnie ciemne, bez samochodów na ulicach, a nawet psy, zaczynając szczekać, po chwili milkły jakby przestraszone. Kilka godzin po wyjeździe reporterów na miasto spadły rosyjskie rakiety — sytuacja, która powtarzała się kilkukrotnie w trakcie ich podróży, gdy pociski trafiały w miejsca, z których właśnie wyjechali lub do których zmierzali.

Wasylków i obrona miasta

W Wasylkowie, gdzie dzień wcześniej Rosjanie zrzucili desant spadochronowy odparty przez lokalną samoobronę, reporterzy spotkali się z białoruskim dokumentalistą i korespondentem wojennym, który był świadkiem walk o miasto i pomógł im zdobyć dostęp do obrońców. Miejscowy Dom Kultury zamieniono w centrum kryzysowe z całodobową kuchnią, prowizorycznym punktem opatrunkowym (gdzie za stojaki do kroplówek służyły stojaki mikrofonowe) oraz podziemnym schronem, w którym na stałe przebywało kilkanaścioro dzieci pod opieką psychologa dziecięcego.

Reporterzy odwiedzili też miejsce trafione rosyjskimi rakietami wymierzonymi teoretycznie w pobliskie lotnisko, które jednak uderzyły w budynki mieszkalne i szkołę — w jednym z bloków zginęły cztery osoby, głównie starsze, ponieważ większość mieszkańców zdążyła już uciec. Wśród gruzów znaleziono egzemplarz polskiej powieści „Faraon”.

Kijów — wymarła stolica

Do Kijowa reporterzy dotarli wieczorem, odwiedzając symboliczny Majdan Niezależności, gdzie transmisję na żywo przerwał alarm lotniczy. Dotarcie do hotelu w silnie strzeżonej dzielnicy rządowej okazało się niemożliwe — po tym, jak żołnierze na jednym z punktów kontrolnych oddali ostrzegawcze strzały w powietrze z powodu zbyt późnego wyhamowania samochodu, reporterzy zrezygnowali i znaleźli nocleg w hotelu przy Majdanie.

Odwiedzili też miejsce, gdzie rozbito jeden z rosyjskich oddziałów zmierzających w stronę centrum miasta, zaledwie 5 kilometrów od Majdanu — ulice usiane były wrakami spalonych samochodów i fragmentami zdetonowanej amunicji. Lokalna samoobrona budowała przy tym prowizoryczne barykady przypominające skrzyżowanie wysypiska śmieci ze skupem złomu, gotowa dniem i nocą na nadejście najeźdźcy z butelkami z benzyną w pogotowiu.

Główny dworzec kolejowy okazał się jednym z niewielu tętniących życiem miejsc w opustoszałym mieście — codziennie przyjmował tysiące uchodźców, w tym z Charkowa, gdzie sytuacja była jeszcze trudniejsza. Wolontariusze zorganizowali tam kuchnię z ciepłymi posiłkami oraz stały dyżur ratowników medycznych, a pomoc docierała między innymi pociągami zorganizowanymi przez polskich kolejarzy.

Ewakuacja z miasta

Kolejnego dnia reporterzy wyruszyli w drogę powrotną razem z Lubowią Łuniową i jej zestresowanym kotem Henrykiem. Tuż przed wyjazdem w jej mieszkaniu zestrzelona rakieta, lecąca w kierunku budynku Rady Najwyższej, spadła zamiast tego na dziewięciopiętrowy blok mieszkalny w dzielnicy Darnica, zabijając mieszkańców i zrywając balkony po drodze.

W drodze do granicy ekipa minęła świeżo zbombardowane lotnisko w Winnicy, gdzie policja odmówiła im wstępu ze względu na zagrożenie minami. Natknęli się tam na zdenerwowanych krewnych pracowników lotniska, oczekujących wieści o losie bliskich — sami nie uzyskali jednak zgody SBU na filmowanie tej sceny.

Gigantyczne korki i akty ludzkiej solidarności

Dalsza podróż utknęła w kilometrowych korkach — czasem udawało się posuwać naprzód, przyczepiając się do przejeżdżających autobusów ewakuacyjnych eskortowanych przez policję, innym razem ruch całkowicie zamierał na wiele godzin. Na jednej ze stacji benzynowych, pośród ogromnego tłumu i chaosu, jeden z reporterów spontanicznie kupił lody dla kilkorga przypadkowo napotkanych dzieci — gest, który wywołał zdumienie otaczających ich ludzi.

Nocleg znaleziono ostatecznie w przepełnionym uchodźcami sowieckim hotelu w Chmielnickim, gdzie personel pozwolił im przespać się na kanapach w holu, mimo kolejnego nocnego alarmu lotniczego.

Granica i pomoc humanitarna

W dalszej drodze na punktach kontrolnych żołnierzy rozbrajał fakt, że są z polskiej telewizji, a szczególnie widok kota Henryka — nikt nawet nie sprawdzał paszportu towarzyszącej im białoruskiej dziennikarki, mimo że w obliczu wojny obywatele Białorusi jako sojusznika Rosji budzili powszechne podejrzenia. Dopiero na samej granicy polsko-ukraińskiej jej paszport wywołał konieczność dodatkowego przesłuchania przez polskie służby specjalne — po jego zakończeniu została jednak bez przeszkód wpuszczona do Polski.

Po drodze do granicy reporterzy natrafili na tragiczne sceny — mężczyznę z małą córką z Charkowa, który stracił resztę rodziny w ostrzelanym domu mieszkalnym, oraz grupę setek uciekinierów czekających w szczerym polu, gdzie wolontariusze zorganizowali naprędce punkt z ciepłą herbatą i jedzeniem. W jednym z wojskowych namiotów spotkali też grupę rodziców z dziećmi z niepełnosprawnościami, zmuszonych pokonać setki kilometrów mimo ogromnych trudności opieki nad nimi w warunkach wojennych.

Na samej granicy panował ogromny chaos, którego służby nie były w stanie w pełni opanować — dziesiątki autobusów wysypywały tłumy uchodźców, a nabite po brzegi samochody, w tym jeden wożący dziesięcioro dzieci cały dzień, jechały dalej w głąb Polski. Kilkanaście kilometrów za granicą spontanicznie zorganizowany punkt pomocy przy stacji benzynowej oferował uchodźcom darmowe jedzenie z grilla, ciepłą odzież i pluszowe zabawki dla najmłodszych — inicjatywę lokalnych mieszkańców, którzy stanowczo odmawiali przyjmowania pieniędzy za poczęstunek.

Podsumowanie

Materiał kończy się refleksją, że pierwsze dni wojny pokazały zdolność Ukrainy do obrony przed rosyjską potęgą militarną dzięki ogromnemu entuzjazmowi i poświęceniu społeczeństwa, jednak sam entuzjazm nie wystarczy do wygrania wojny — a tego, zdaniem autorów materiału, wciąż brakowało Zachodowi, który do dziś jedynie dawkuje swoją pomoc, mimo że Ukraińcy wzięli na siebie ciężar obrony nie tylko własnego kraju, ale i całej wschodniej flanki Europy przed rosyjskim zagrożeniem.


Materiał „Ukraina. Początek”, reporterzy Jakub Biernat i Krzysztof Powideł, kanał Biełsat PL na YouTube (109 tys. subskrybentów), 7 marca 2024.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *