Wolna Ukraina jako warunek bezpieczeństwa Polski — Bendyk i Lichnerowicz w podcaście „Rozumieć Ukrainę”
Edwin Bendyk i Agnieszka Lichnerowicz otworzyli piąty sezon podcastu „Rozumieć Ukrainę”, realizowanego wspólnie przez Fundację im. Stefana Batorego i Tygodnik „Polityka”, rozmową o tym, dlaczego wolna i silna Ukraina jest warunkiem bezpieczeństwa Polski. Odcinek, opublikowany z okazji trzydziestej piątej rocznicy niepodległości Ukrainy, łączy analizę socjologiczną ukraińskiego społeczeństwa w piątym roku wojny z bilansem relacji polsko-ukraińskich oraz omówieniem najważniejszego wewnętrznego kryzysu politycznego ostatnich tygodni na Ukrainie.
Trzydzieści pięć lat niepodległości i polski „cud geopolityczny”
Bendyk przypomniał, że 24 sierpnia 1991 roku Rada Najwyższa Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej przyjęła deklarację niepodległości, a 1 grudnia tego samego roku odbyło się referendum, w którym wzięło udział ponad 80 procent uprawnionych, czyli ponad 30 milionów ludzi, z czego ponad 90 procent opowiedziało się za niepodległością. Polska uznała niepodległość Ukrainy już 2 grudnia, wyprzedzając w tym wyścigu Kanadę, mimo że wcale nie było to oczywiste biorąc pod uwagę ówczesne nastroje społeczne i historię wzajemnych relacji. Bendyk zacytował ukraińskiego historyka Jarosława Hrycaka, który określa tę decyzję mianem cudu geopolitycznego — Polska jako pierwsza wyciągnęła rękę do Ukrainy z jasnym komunikatem, że szuka pokoju i współpracy, a nie rewanżu za historyczne krzywdy.
Warto pamiętać, zaznaczył Bendyk, że w momencie ogłaszania niepodległości nikt nie miał pewności co do przyszłości ani Polski, ani Ukrainy. O ile Polska przechodziła transformację ustrojową jako państwo już uznane na arenie międzynarodowej, o tyle Ukraina, mimo formalnego statusu republiki związkowej, była de facto kolonią rosyjską. Wielu zachodnich obserwatorów, w tym Margaret Thatcher i George Bush, przestrzegało wówczas przed dążeniami niepodległościowymi republik radzieckich, zwłaszcza Ukrainy jako kluczowego elementu całego układu. Inni z kolei wątpili, czy młode państwo przetrwa bez wojny domowej, biorąc pod uwagę napięcia regionalne — Ukraina wychodziła ze Związku Radzieckiego z około 20 procentami ludności etnicznie rosyjskiej, czyli 11 milionami mieszkańców o niepewnej wówczas lojalności. Brytyjski historyk Andrew Wilson nadał swojej książce o Ukraińcach celowo prowokacyjny tytuł „Ukraińcy: niespodziewany naród”, który do dziś budzi w Ukrainie irytację — nie dlatego, że taka była opinia samego autora, lecz dlatego, że oddawał on ówczesny sceptycyzm co do zdolności Ukrainy do zbudowania trwałego państwa. Państwa, które — jak zauważył Bendyk — po trzynastu latach prowadzenia wojny obronnej przeciwko Rosji, zdaje się z tej wojny wychodzić zwycięsko.
Dziedzictwo rusyfikacji i polskie uprzedzenia
Lichnerowicz przywołała dane z tekstu Bendyka dla „Polityki”, pokazujące skalę rusyfikacji Ukrainy u progu niepodległości: w 1988 roku jedynie 18 procent wydawanych w kraju książek było w języku ukraińskim, a stanowiły one zaledwie 3 procent sprzedanego nakładu, na uczelniach wyższych tylko 5 procent wykładów prowadzono po ukraińsku, a w mniej niż połowie szkół nauczanie odbywało się w pełnym zakresie w tym języku. Dane te, jak zaznaczył Bendyk, dobrze podsumowuje ukraiński historyk profesor Stanisław Kulczycki. Konsekwencje tej rusyfikacji odczuwalne są do dziś, podobnie jak skutki towarzyszącego niepodległości kryzysu demograficznego i gospodarczego, który dodatkowo pogłębiła obecna wojna poprzez emigrację milionów ludzi i śmierć setek tysięcy.
Rozmówcy zwrócili też uwagę na skalę polskiej niechęci wobec Ukraińców u progu niepodległości — według badania CBOS z 1993 roku sympatię do Ukraińców deklarowało zaledwie 12 procent respondentów, a niechęć aż 65 procent, przy czym nawet Rosjanie cieszyli się wówczas większą sympatią Polaków. Lichnerowicz podkreśliła, że to pokazuje, iż źródła współczesnej niechęci części polskiego społeczeństwa wobec Ukraińców sięgają znacznie głębiej niż tylko konfliktu z prezydentem Zełenskim, jak niekiedy się to upraszcza. Bendyk przypomniał, że jednym z mitów założycielskich PRL był antyukrainizm, którego elementem była Akcja Wisła — kontynuacja przedwojennej polityki endeckiej, w ramach której 500 tysięcy Ukraińców deportowano do Związku Radzieckiego, a pozostałych po odmowie ich przyjęcia przez Moskwę około 150 tysięcy, głównie Łemków, rozproszono po całym kraju. Propaganda antyukraińska, w tym paszkwile w rodzaju książki Edwarda Prusa o metropolicie Andrzeju Szeptyckim, utrzymywała się w PRL aż do lat osiemdziesiątych. Bendyk podkreślił jednak, że mimo tego dziedzictwa polskie elity po 1989 roku strategicznie odczytały koncepcje Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego, docenili też rolę Zbigniewa Brzezińskiego jako doradcy podkreślającego znaczenie niepodległej Ukrainy dla regionu.
Wiara w zwycięstwo i granice ukraińskiej odporności
Lichnerowicz zwróciła uwagę na uderzający fakt socjologiczny: mimo piątego roku wojny większość Ukraińców wciąż wierzy w zwycięstwo, choć samo pojęcie zwycięstwa pozostaje niedookreślone i ma charakter bardziej emocjonalny niż analityczny. Według badania Instytutu Republikańskiego 78 procent Ukraińców postrzega przyszłość kraju jako obiecującą. Bendyk uzupełnił to danymi z różnych ośrodków badawczych — Kijowski Międzynarodowy Instytut Socjologii (KMIS) odnotował w czerwcowym badaniu, że 65 procent respondentów uważa, iż za dziesięć lat Ukraina będzie kwitnącym państwem Unii Europejskiej, a sondażownia Gradus uzyskała podobny odsetek odpowiedzi wskazujących na lepszą przyszłość. Najnowsze badanie przygotowane na Dzień Niepodległości pokazało z kolei, że w zwycięstwo Ukrainy wierzy już 82 procent respondentów.
Wiara ta nie oznacza jednak gotowości do ustępstw terytorialnych — jak zaznaczyła Lichnerowicz, według KMIS 60 procent Ukraińców odrzuca przekazanie Rosji całego Donbasu nawet w zamian za gwarancje bezpieczeństwa, choć jednocześnie tyle samo respondentów dopuszcza zamrożenie wojny na obecnej linii frontu. Bendyk ocenił to jako wyraz dużego realizmu społecznego — tej wojny nie da się wygrać w sensie kapitulacji przeciwnika i zdobycia jego stolicy, jak to miało miejsce w przypadku nazistowskich Niemiec, więc jej koniec musi mieć charakter polityczny. Podkreślił, że mamy do czynienia z wojną na wyczerpanie, w której decydować będzie nie siła pojedynczego państwa, lecz wytrzymałość całych koalicji — po stronie rosyjskiej sojuszu z Chinami, Iranem i Koreą Północną, po stronie ukraińskiej głównie Unii Europejskiej, Kanady oraz nieprzewidywalnych, lecz wciąż kluczowych Stanów Zjednoczonych.
Analizując źródła ukraińskiej odporności, Bendyk wskazał na utrzymujące się od początku wojny na poziomie ponad 90 procent zaufanie do sił zbrojnych, niezależnie od głośnych incydentów wewnętrznych, jak przypadek jednostki szturmowej „Skeля”, gdzie doszło do fali przemocy wewnętrznej i 25 zgonów. Lichnerowicz zauważyła w kontraście, że znacznie niższym zaufaniem cieszą się terytorialne centra rekrutacji wojskowej (TCK), odpowiedzialne za mobilizację, wokół której narosło wiele kontrowersji związanych z przemocą. Poza zaufaniem do armii, jako drugie istotne źródło odporności Bendyk wskazał wsparcie rodziny i bliskich, a jako trzecie — utrzymujące się wysokie przekonanie o solidarności społecznej. Czwartym, poznawczym filarem odporności jest, jego zdaniem, powszechne przekonanie, że celem Rosji jest zniszczenie państwowości ukraińskiej i pełna rusyfikacja kraju do stanu sprzed 1988 roku, przy czym jedna trzecia Ukraińców obawia się wręcz fizycznej eksterminacji, pamiętając o Hołodomorze i innych historycznych doświadczeniach — to przekonanie, że nie ma się gdzie wycofać, cementuje determinację do dalszej walki. Bendyk zastrzegł jednak, że odporność społeczna nie jest nieograniczona: cykliczne badanie Kijowskiego Instytutu Socjologii, pytające, jak długo respondenci są w stanie znosić trudy wojny, wciąż wskazuje odpowiedź „tyle, ile będzie trzeba” jako dominującą wśród ponad połowy Ukraińców, lecz odsetek ten systematycznie maleje wraz z eskalacją ataków rakietowych na miasta, w tym niedawną masakrą w Krzywym Rogu.
Co istotne dla oceny nastrojów społecznych, jak zauważył Bendyk, głównym problemem, przed jakim stoi kraj, Ukraińcy uznają nie rosyjskie rakiety czy drony, lecz korupcję — dopiero na drugim miejscu wymieniają zagrożenie militarne, na trzecim trudną sytuację ekonomiczną, a na czwartym przemoc związaną z mobilizacją.
Bandera, Zełenski i pamięć historyczna w sondażach
Lichnerowicz przywołała historyczne badanie sondażowni Rating Group, w którym Ukraińcy wskazywali trzech najwybitniejszych rodaków wszech czasów — na podium znaleźli się Taras Szewczenko, Łesia Ukrainka i Bohdan Chmielnicki, a jedenaście procent respondentów wskazało też Stepana Banderę, który uzyskał więcej wskazań niż Iwan Mazepa czy Mychajło Hruszewski. W osobnym pytaniu o stosunek do konkretnych postaci historycznych najwyższą pozytywną ocenę uzyskał Chmielnicki, następnie Hruszewski, Mazepa, a pozytywny stosunek do Bandery zadeklarowało od trzech do czterech na dziesięciu badanych. Podobny rozkład dotyczył oceny żołnierzy z różnych epok — zdecydowana większość pozytywnie ocenia współczesną armię ukraińską, na kolejnym miejscu znaleźli się żołnierze Armii Czerwonej walczący z faszyzmem, a na trzecim, z podobnym poziomem poparcia jak Bandera, żołnierze Ukraińskiej Powstańczej Armii. Lichnerowicz zwróciła też uwagę na dane pokazujące, że 60 procent ankietowanych ocenia Rewolucję Godności jako walkę obywateli o prawa, wolność i europejski wybór, podczas gdy dla jednej czwartej respondentów pozostaje ona wydarzeniem niejednoznacznym, co jej zdaniem świadczy o wciąż istniejących napięciach w rozumieniu współczesnej tożsamości ukraińskiej.
Ukraina jako laboratorium społeczeństwa post-instytucjonalnego
Lichnerowicz przywołała tezę z artykułu Bendyka z 2022 roku, według której Ukraina, nigdy niemogąca liczyć na silne sojusze i stabilne instytucje międzynarodowe, wcześniej niż państwa zachodnie uczy się funkcjonować w świecie rosnącej niepewności i słabnących instytucji demokratycznych, wypracowując bardziej innowacyjne systemy radzenia sobie z tą płynnością. Bendyk podkreślił, że władza w Ukrainie nie sprowadza się wyłącznie do figury prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, mimo postępującej centralizacji w jego rękach — podobnie jak w wypadku Stanów Zjednoczonych i Donalda Trumpa, uwaga mediów koncentruje się na jednej osobie, choć rzeczywiste procesy decyzyjne w dużym i złożonym państwie są znacznie bardziej rozproszone. Od czasu Majdanu, a właściwie od 2014 roku, wykształciły się w Ukrainie silne struktury społeczeństwa obywatelskiego, w tym organizacje wsparcia armii, takie jak Fundacja „Wróć żywym”, powstałe wtedy, gdy regularna armia ukraińska praktycznie nie istniała, a dziś stanowiące instytucje, bez których funkcjonowanie państwa byłoby niemożliwe. Zełenski, jak zauważył Bendyk, coraz częściej popełnia błędy i traci instynkt społeczny, lecz wciąż prowadzi grę świadomą tego, że nie może otwarcie działać wbrew społeczeństwu — przykładem było odwołanie jednego z ministrów pod presją opinii publicznej, co ostatecznie się udało, choć kosztem rozczarowania sporej części społeczeństwa. Kluczowym elementem tej gry pozostaje kwestia wyborów w czasie wojny — mimo że zdecydowana większość Ukraińców opowiada się przeciwko ich organizowaniu, obawiając się głównie wzrostu napięć społecznych podczas kampanii, jednocześnie ta sama większość oczekuje od władzy rezygnacji z nieprzejrzystych, korupcyjnych praktyk. Centralną instytucją w tej walce z korupcją pozostaje Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU), które — jak zaznaczył Bendyk — pozostaje pod silnym wpływem i współpracuje operacyjnie ze służbami amerykańskimi.
Lichnerowicz zwróciła uwagę na rolę samorządów jako niezależnego od władzy centralnej, choć będącego też źródłem stałych napięć, ośrodka władzy — wskazała, że w Polsce wiele osób zna nazwisko przynajmniej jednego ukraińskiego mera czy burmistrza, nie tylko dlatego, że prezydentem Kijowa jest Witalij Kliczko. Bendyk potwierdził, że Kijów ma status specjalny z podwójną administracją — wybieranymi władzami miejskimi oraz administracją prezydencką o osobnych kompetencjach, co bywa źródłem napięć zwłaszcza w relacji Kliczki z centralą. Wskazał też na innego ikonicznego lokalnego polityka, mera Charkowa Ihora Terechowa — miasto to, mimo położenia zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od granicy i będące pod stałym ostrzałem, zajęło pierwsze miejsce w badaniu jakości życia w ukraińskich miastach przeprowadzonym w 2025 roku, między innymi dzięki temu, że władzom udało się zapewnić dzieciom naukę stacjonarną, a nie wyłącznie zdalną, poprzez budowę pięćdziesięciu podziemnych szkół.
Malejące polskie wsparcie i dylemat bezpieczeństwa
Rozmówcy przeszli do bilansu relacji polsko-ukraińskich, zestawiając rocznicę niepodległości Ukrainy z wizytą złożoną w tym czasie przez nowego premiera Wielkiej Brytanii — jego pierwszą zagraniczną wizytą na tym stanowisku. Lichnerowicz zwróciła uwagę na paradoks, w którym sojusznik Rosji, Korea Północna, angażuje się w konflikt bardziej bezpośrednio niż część zachodnich sojuszników Ukrainy, wysyłając zarówno wojska, jak i rakiety, podczas gdy zachodni sojusznicy — choć z czasem coraz bardziej się angażujący, czego przykładem ma być zacieśniana z Ukrainą długoterminowa współpraca produkcyjna Wielkiej Brytanii — pozostają bardziej powściągliwi. Na tym tle Lichnerowicz przywołała analizę Marka Ziółkowskiego przygotowaną dla Fundacji Batorego, wskazującą, że o ile w pierwszych miesiącach wojny Polska błyskawicznie i w kluczowym momencie wsparła Ukrainę, o tyle obecnie, jeśli chodzi o wielkość pomocy wojskowej, zajmuje dopiero dwudziestą pozycję wśród państw wspierających — nie tylko za mocarstwami takimi jak Francja, Niemcy czy Wielka Brytania, ale też za Czechami, Estonią i Litwą.
Bendyk ocenił, że przyczyny tego spadku są bardziej złożone niż prosta utrata woli politycznej — nawet politycy obecnej koalicji rządowej raczej nie mają wątpliwości co do zasadności wsparcia, lecz działają w cieniu polityki wewnętrznej i zbliżających się kolejnych wyborów, wybierając podążanie za nastrojami społecznymi zamiast proponowania własnej, przekonującej narracji. Jako przykład głębszego problemu wskazał pretensje strony ukraińskiej o brak polskiej inicjatywy w kwestii zestrzeliwania rosyjskich obiektów latających jeszcze nad terytorium Ukrainy — rozwiązania korzystnego zarówno dla bezpieczeństwa Ukrainy, jak i samej Polski z czysto technicznego punktu widzenia, lecz blokowanego przez tak zwany dylemat bezpieczeństwa: żadne z państw wspierających Ukrainę nie jest gotowe przekroczyć granicy bezpośredniego zaangażowania w wojnę, ponieważ przeciwnik może dowolnie zinterpretować dane działanie jako faktyczne wypowiedzenie wojny. Bendyk przywołał w tym kontekście sformułowanie premiera Donalda Tuska sprzed roku czy dwóch lat, że wojna na Ukrainie jest wojną Polski, choć premier nigdy nie powiedział, że Polska jest stroną tej wojny — to rozróżnienie, jak zaznaczył, tłumaczy strukturalną niekonsekwencję zachodniej pomocy. Lichnerowicz przypomniała w tym miejscu wcześniejszą odmowę zgody na użycie przez Ukrainę zachodniej broni dalekiego zasięgu przeciwko celom na terytorium Rosji, motywowaną tą samą obawą, choć dziś, gdy Ukraina faktycznie takiej broni już używa, retrospektywnie można zadać pytanie, czy inna wcześniejsza decyzja nie przybliżyłaby końca wojny o kilka lat.
Bendyk wyjaśnił, że u podstaw tej powściągliwości leży fakt, iż mocarstwa atomowe wspierające Ukrainę — Stany Zjednoczone, Francja i Wielka Brytania — wciąż kierują się schematami analizy ryzyka konfliktu jądrowego wypracowanymi w czasach zimnej wojny, uwzględniając nawet niewielkie prawdopodobieństwo użycia taktycznej broni jądrowej przez wciąż największe na świecie mocarstwo atomowe, jakim pozostaje Rosja. Lichnerowicz zauważyła jednak, że argument ten nie tłumaczy w pełni, dlaczego to akurat Polska znajduje się na dwudziestym miejscu w rankingu pomocy militarnej.
„Za cienkie dla nas”, czyli Ukraina jako mur Zachodu
Bendyk przywołał komentarz analityka Mykoły Bielieskowa do wypowiedzi Walerija Załużnego — byłego naczelnego dowódcy Sił Zbrojnych Ukrainy, obecnie ambasadora w Londynie i, jak wszystko wskazuje, przyszłego kandydata w wyborach prezydenckich. Załużny stwierdził, że Ukraina nigdy nie znajdzie się w NATO, ujmując to jednak w formie żartobliwej riposty, że sojusz jest po prostu „za cienki” dla Ukrainy. Bielieskow odczytał tę wypowiedź jako dyplomatyczny sposób powiedzenia, że w istocie nikt na Zachodzie nie chce Ukrainy w Sojuszu, ponieważ Ukraina zawsze będzie graniczyć z Rosją, a każdy rosyjski krok wobec Zachodu musi przechodzić przez jej terytorium — Ukraina jest więc skazana na rolę współczesnego muru broniącego Zachodu, przy czym gotowość Zachodu do jej wsparcia ogranicza się w praktyce do pomocy materialnej. Bendyk ocenił ten rachunek jako błędny w dłuższej perspektywie: Ukraina nie może pełnić tej roli w nieskończoność, ponieważ po zakończeniu działań wojennych będzie musiała się odbudować, a jedynym realnym warunkiem odbudowy jest integracja z Europą — bez wyraźnej instytucjonalnej perspektywy takiej integracji złe zakończenie wojny stanie się w jego ocenie znacznie większym zagrożeniem dla Europy i Polski niż koszt dalszego, jednoznacznego wsparcia.
Bendyk podkreślił, że gdyby Zachód jasno zasygnalizował, iż łącznie z Ukrainą jest już dziś militarnie silniejszy od Rosji — pomijając samą broń jądrową, gdzie Francja i Wielka Brytania mimo wszystko zachowują pewien potencjał odstraszania — tego rodzaju jednoznaczna wola polityczna, analogiczna do postawy Zachodu w czasach zimnej wojny, mogłaby zmienić dynamikę konfliktu. Zabrakło jednak dotąd takiej decyzji politycznej, częściowo z obawy przed elektoratami, które im dalej na zachód Europy, tym mniej są skłonne akceptować taką grę, choć — jak zauważyła Lichnerowicz — francuscy generałowie i część zachodnich elit otwarcie mówi o konieczności takich działań, w przeciwieństwie do elit polskich, które w tej debacie sięgają częściej po argumenty historyczne niż po analizę bieżącego bezpieczeństwa. Bendyk zwrócił uwagę na wewnętrzną sprzeczność polskiego podejścia: z jednej strony Polska liczy na to, że Ukraina będzie ją osłaniać przed Rosją, z drugiej obawia się jej jako konkurenta gospodarczego, i to akurat w politycznie najbardziej wrażliwym, lecz gospodarczo relatywnie mało istotnym dla Polski sektorze rolnictwa.
Perspektywa Kijowa: Polska jako regionalny hegemon?
Lichnerowicz omówiła analizę Wadyma Denysenki, byłego dyrektora Ukraińskiego Instytutu Przyszłości, przygotowaną dla Fundacji Batorego, opisującą relacje polsko-ukraińskie z perspektywy Kijowa. Denysenko zwraca uwagę, że przez długi czas nie uda się osiągnąć zgody co do interpretacji wspólnej historii i pamięci historycznej — może być nawet gorzej niż dziś — dlatego oba kraje muszą nauczyć się zarządzać tą trwałą różnicą interpretacji, niezależnie od tego, czy komukolwiek się to podoba. Po drugie, jego zdaniem w Ukrainie dawno przestano postrzegać Polskę jako adwokata interesów ukraińskich w Unii Europejskiej — coraz częściej mówi się natomiast o dążeniu Warszawy do regionalnej dominacji. Lichnerowicz przyznała się do wątpliwości wobec tej tezy, oceniając, że Polska ma raczej fantazję o roli mocarstwowej niż realną politykę w tym kierunku — prawdziwa pozycja mocarstwowa wymagałaby zaproponowania regionowi wspólnej wizji wykraczającej poza wąsko rozumiany interes własny, tymczasem obecna polska polityka koncentruje się głównie na tym, by nie dać się w nic wciągnąć.
Denysenko wskazuje też, że Polska jest zbyt słaba gospodarczo, by pełnić wobec Ukrainy rolę analogiczną do tej, jaką odegrały wobec Polski Niemcy po jej wejściu do Unii Europejskiej, finansując rozwój kraju postrzeganego jako przyszły rynek inwestycyjny — w relacji z Ukrainą taka kalkulacja po polskiej stronie nie występuje, dominuje za to przekonanie, że wsparcie należy się Ukrainie z tytułu wdzięczności, bez głębszej strategii regionalnej uwzględniającej także interes partnera. Wskazuje wreszcie na fakt, że to Ukraina dysponuje dziś najsilniejszą armią w regionie, co dodatkowo podważa realność polskich aspiracji przywódczych — z perspektywy kijowskiej Polska nie tylko nie ma spójnej strategicznej propozycji dla regionu, ale wręcz budzi podejrzenia, że swoją potencjalną przewagę wykorzysta wyłącznie do realizacji własnych, egoistycznych interesów.
Dlaczego Polsce potrzebna jest Ukraina
Odpowiadając na pytanie tytułowe programu, Bendyk odniósł się najpierw do niedawnego, wciąż niezakończonego kryzysu w relacjach polsko-ukraińskich, rozpoczętego w maju decyzją prezydenta Zełenskiego związaną z kontynuacją budowy Narodowego Panteonu Ukrainy i reakcją na nią polskiego prezydenta. Bendyk ocenił, że sposób, w jaki Polska zareagowała, był przez część ukraińskich komentatorów odczytany jako niebezpieczny sygnał zbliżenia postrzegania Polski do wizerunku Rosji, co uznał za absurdalne, choć jednocześnie paradoksalnie zgodne z samym rdzeniem rosyjskiej narracji propagandowej, głoszącej, że Polska od czterystu lat, podobnie jak Rosja, dąży w istocie do jednego strategicznego celu — podporządkowania sobie Ukrainy. Zaznaczył, że nie wynika to ze złej woli Rosjan, lecz z ich rzeczywistego, głęboko zakorzenionego przekonania — przywołał w tym kontekście pisma Mieroszewskiego oraz obsesję Stalina na punkcie polskiego wywiadu posługującego się siatką tak zwanych piłsudczyków, który skutecznie zdobył pełną wiedzę o Hołodomorze, co miało być jednym z powodów, dla których Stalin obawiał się utraty kontroli nad Ukrainą właśnie za sprawą polskich wpływów, a sam Hołodomor był między innymi odpowiedzią na tę obawę. Lichnerowicz dodała, że rosyjska dezinformacja aktywnie wykorzystuje dziś ten sam motyw w Ukrainie. Bendyk przyznał, że w polskiej kulturze rzeczywiście funkcjonują klisze postrzegania Ukrainy w kategoriach wyższościowych i stereotypy tego rodzaju są obecne, lecz podkreślił, że nie przekładają się one na realną strategię polityczną — nikt poważny, ani nawet mało poważny, wśród polskich polityków nie mówi dziś publicznie na przykład o powrocie do Lwowa jako celu politycznym.
Bendyk wskazał na strukturalną asymetrię relacji gospodarczych między obu krajami jako jeden z kluczowych elementów wyjaśniających wzajemne postrzeganie: Polska jest drugim, po Chinach, największym partnerem handlowym Ukrainy, a więc z perspektywy Kijowa wielkim graczem, jednak w polskim bilansie handlowym wymiana z Ukrainą stanowi zaledwie 3 do 4 procent całego wolumenu, co czyni Ukrainę partnerem istotnym, lecz zdecydowanie mniej kluczowym niż w relacji odwrotnej — podobna asymetria dotyczy zresztą relacji Ukrainy ze Słowacją czy Litwą.
Odpowiadając wprost na pytanie, po co Polsce Ukraina, Bendyk wskazał na pierwszym miejscu bezpieczeństwo, zastrzegając, że trzeba realistycznie zmierzyć się z fantazją o gwarancjach płynących z NATO, ponieważ Stany Zjednoczone z czynnika gwarantującego bezpieczeństwo przekształciły się w czynnik niepewności — Polska wciąż liczy na amerykańskie wsparcie, lecz nie wie, jaka byłaby jego rzeczywista cena, mówiąc językiem prezydenta Trumpa. Nawet gdyby jednak takie wsparcie było pewne, wojna Iranu ze Stanami Zjednoczonymi pokazała ograniczenia realnych zdolności amerykańskich — Amerykanie nie byli w stanie obronić własnej bazy marynarki wojennej w Bahrajnie zaatakowanej przez Iran, co według Bendyka oznacza, że w razie realnego kryzysu Stany Zjednoczone będą w stanie zaoferować Polsce przede wszystkim argumenty polityczne i odstraszanie, a nie bezpośrednią, skuteczną pomoc militarną — o czym świadczą też niedawne wspólne ćwiczenia amerykańsko-ukraińskie, pokazujące, jak istotną rolę odgrywają dziś jednostki dronowe, podobnie jak we wcześniejszych ćwiczeniach ukraińsko-europejskich. Z tego powodu, jego zdaniem, przyszła architektura bezpieczeństwa regionu wymaga włączenia do niej Ukrainy — nie poprzez członkostwo w NATO, które w przewidywalnej perspektywie pozostaje mało prawdopodobne, ponieważ oznaczałoby automatyczne wciągnięcie Sojuszu do wojny z Rosją przy każdym kolejnym konflikcie, na co zgody politycznej nie ma nawet ze strony Turcji, nie mówiąc już o państwach europejskich, lecz poprzez możliwie najszybsze włączenie Ukrainy w strefę europejskiego dobrobytu. Kluczowe jest, by ten proces integracji podporządkować przede wszystkim rachunkowi bezpieczeństwa, a nie wyłącznie rachunkowi ekonomicznemu, jak to miało miejsce w przypadku akcesji Polski w 2004 roku — oznacza to konieczność uznania, że w hierarchii priorytetów interesy rolników, mających zaledwie jedno czy dwa procentowe udziały w polskim PKB, są mniej istotne niż koszty ewentualnej przegranej wojny, co nie oznacza bagatelizowania ich roszczeń, lecz poszukiwanie dla nich innych rozwiązań niż blokowanie integracji.
Lichnerowicz zamknęła ten wątek, przywołując ponownie analizę Marka Ziółkowskiego, który stawia tezę, że to nie tyle rosyjska dezinformacja, ile sam sposób komunikowania przez polskie władze skali pomocy dla Ukrainy — w tym zawyżanie faktycznie udzielanych kwot, zwłaszcza w późniejszych latach wojny, gdy realne wsparcie malało — przyczynił się do wzrostu antyukraińskich resentymentów w polskim społeczeństwie, poprzez wywoływanie wrażenia niewdzięczności, bez towarzyszącej temu narracji o tym, że wsparcie Ukrainy jest też swego rodzaju inwestycją korzystną dla samej Polski, na przykład jako przyszły rynek zbytu.
Dymisja Fedorowa i kryzys zaufania do Zełenskiego
Na zakończenie rozmówcy podsumowali najważniejsze wewnętrzne wydarzenie polityczne ostatnich tygodni na Ukrainie — decyzję prezydenta Zełenskiego o dymisji całego rządu, podjętą w praktyce po to, by odsunąć od władzy Mychajła Fedorowa, popularnego, lecz coraz silniejszego politycznego rywala pełniącego funkcję ministra obrony. Decyzji towarzyszyły protesty społeczne, a prezydent ostatecznie nie przywrócił Fedorowa na stanowisko, powołując na jego miejsce nowego szefa rządu cieszącego się zaufaniem społecznym, a także zmieniając naczelnego dowódcę armii, zgodnie z oczekiwaniami społecznymi. Fedorow w odpowiedzi zaapelował o przeprowadzenie wyborów mimo trwającej wojny, argumentując, że ukraińska demokracja nie może być zakładniczką rosyjskiej agresji w nieskończoność, a jakość sprawowanej władzy systematycznie się pogarsza, coraz bardziej oddalając się od rzeczywistości.
Bendyk ocenił, że Zełenski od początku swojej kadencji w 2019 roku funkcjonuje w trybie permanentnej kampanii wyborczej, czego wojna zasadniczo nie zmieniła — przykładem ma być fakt, że pierwszą korektę polityki mobilizacyjnej, obniżającą wiek poborowy z 27 do 25 lat, prezydent trzymał na biurku przez pół roku, zanim ją podpisał. Coraz powszechniejsze, i jego zdaniem najbardziej niepokojące, staje się przekonanie, że istotną częścią sprawowanej przez Zełenskiego władzy jest funkcjonowanie nieformalnego systemu przejmowania zasobów publicznych, w tym systemu zamówień wojskowych, metodami korupcyjnymi — rosnącym pytaniem wobec samego Fedorowa pozostaje, gdzie on sam był, gdy jego dawni podwładni byli zatrzymywani za przekręty przy dostarczaniu dronów na front, skoro dziś sam zarzuca korupcję prezydentowi.
Do tego kryzysu zaufania, jak wskazał Bendyk, doszła kolejna głośna afera — związana z bliską współpracowniczką Zełenskiego, prawniczką z prezydenckiej kancelarii, której miano zlecić, najprawdopodobniej z polecenia szefa kancelarii prezydenckiej Kyryła Budanowa, a temu z kolei najprawdopodobniej z polecenia samego prezydenta, zebranie kaucji w wysokości 150 milionów hrywien dla Hermana Hałuszczenki, byłego ministra energetyki, a później sprawiedliwości, jednego z głównych bohaterów afery korupcyjnej w sektorze energetycznym znanej jako Mindichgate. Sprawa ta ujawniła istnienie mechanizmu przypominającego pralnię pieniędzy, co wywołało w opinii publicznej dodatkowe oburzenie, podczas gdy prezydent — jak zauważył Bendyk, przywołując obszerny tekst redaktorki naczelnej „Ukraińskiej Prawdy” Sevgil Musajewej — konsekwentnie unika bezpośredniego kontaktu z niewygodnymi mediami, rezygnując z regularnych konferencji prasowych na rzecz spotkań wyłącznie z zaproszonymi, przychylnymi redakcjami. Musajewa, pominięta przy jednym z takich niedawnych spotkań, opublikowała w odpowiedzi listę niewygodnych pytań kierowanych zarówno do prezydenta, jak i do szefa jego kancelarii Budanowa, byłego szefa wywiadu wojskowego, którego kapitał zaufania społecznego — wciąż, według części badań, wyższy niż zaufanie do samego Zełenskiego — może w tej sytuacji zacząć się wyczerpywać.
Lichnerowicz zauważyła, że mimo tego kryzysu większość ukraińskiego społeczeństwa nadal uważa organizowanie wyborów w czasie wojny za zły pomysł, głównie z uwagi na dodatkowe zagrożenia bezpieczeństwa, a duża część elit politycznych zareagowała negatywnie na inicjatywę Fedorowa, choć pojawiają się już pierwsze głosy ją podchwytujące — jej zdaniem Fedorow przełamał w ten sposób pewne tabu, które prawdopodobnie będzie powracać w debacie publicznej. Bendyk dodał, że sam Zełenski w przeszłości sondował ideę wyborów, lecz wycofał się z niej, gdy zorientował się, że najprawdopodobniej by je przegrał — najpierw z Załużnym, a obecnie, według najnowszych badań, także z Fedorowem, choć kampania wyborcza mogłaby te notowania jeszcze zmienić; podobne ryzyko dotyczyłoby zresztą starcia z Budanowem. Rozmówcy zgodnie ocenili, że nieprzesądzone pozostaje, czy wybory odbędą się jeszcze w trakcie wojny, która, jak zauważyła Lichnerowicz, może potrwać kolejne lata, choć Bendyk wskazał na możliwość, że w razie dalszej eskalacji kryzysu korupcyjnego — a NABU zapowiada kolejne spektakularne działania, zbliżające się coraz bardziej do najwyższych szczebli władzy — może dojść do rekonstrukcji w formule swego rodzaju rządu jedności narodowej, bez konieczności organizowania pełnych wyborów, które niosłyby ze sobą ryzyko rozchwiania społeczeństwa oraz podważania legitymacji nowo wybranego prezydenta, skoro nie wszyscy obywatele mieliby faktyczną możliwość zagłosowania. Mimo wyraźnego, odnotowywanego przez wszystkie badania spadku zaufania do Zełenskiego, Lichnerowicz podsumowała, że większość Ukraińców wciąż uważa, iż w obecnej sytuacji nie da się dokonać zmiany na szczycie władzy, co na razie utrzymuje pozycję prezydenta.
Materiał opublikowany w ramach podcastu „Rozumieć Ukrainę” na kanale YouTube (Fundacja im. Stefana Batorego i Tygodnik „Polityka”), 26 sierpnia 2026. Odcinek zatytułowany „Wolna Ukraina to warunek tego, czy Polska jest bezpieczna. Koniec złudzeń! | Rozumieć Ukrainę”.










