Pani Zofia Kluska z domu Mastej, urodzona w 1934 roku w Zawadce Osieckiej na Podkarpaciu, opowiedziała w rozmowie z kanałem History Hiking o dzieciństwie spędzonym pod okupacją niemiecką, walkach wojsk niemieckich i sowieckich rozgrywających się dosłownie za oknem jej rodzinnego domu, ukrywaniu żydowskich dzieci przez jej rodzinę oraz powojennym terrorze ze strony band grasujących w okolicy, który ostatecznie skłonił rodzinę do wyjazdu na Ziemie Odzyskane.
Dzieciństwo i gospodarstwo rodzinne
Zofia Kluska urodziła się w 1934 roku. Jej rodzice prowadzili gospodarstwo, ojciec dodatkowo miał warsztat kowalsko-ślusarski oraz prowadził lokalną orkiestrę, z którą jeździł grać na wesela w okolicznych wioskach — w czasach, gdy nie było nagrań, wszystko grano na żywo.
Kwaterunek niemiecki i pierwsze lata okupacji
Przez trzy lata w domu rodziny kwaterowało czterech niemieckich żołnierzy oraz dwóch Ukraińców obsługujących konie w ramach niemieckiego wojska. Świadek zapamiętała Niemców jako w większości grzecznych — jeden z nich, Ślązak służący w Wehrmachcie, wymieniał się z jej matką jedzeniem, przynosząc porcje z wojskowej kuchni polowej w zamian za domowe kluski czy pierogi. Rodzice ostrzegali dzieci przed podchodzeniem do okien podczas ostrzału — front był oddalony około 12–13 kilometrów, ale odgłosy walk, w tym wystrzały „katiusz” (które świadek jako dziecko brała za „piszczenie”), były wyraźnie słyszalne, a raz nawet wybiły szyby w domu, bo kule odbijały się od zamarzniętej rzeki.
Ukrywanie żydowskich dzieci
W 1941 roku w oddalonym o kilkanaście kilometrów Jaśle powstało getto. Do domu rodziny Mastejów przyszła wówczas trójka żydowskich dzieci — dwóch chłopców w wieku około 11–12 lat i jedenastoletnia dziewczynka o imieniu Sara — z kartką zawierającą adres, wskazującą, że ktoś świadomie skierował je właśnie do tej rodziny. Dzieci mieszkały u Mastejów przez około tydzień, jedząc wspólne posiłki z rodziną — świadek zaprzyjaźniła się z Sarą, wołając ją regularnie na śniadanie i obiad.
Świadek opisała moment, w którym dzieci zniknęły — obudziła się rano, chciała zawołać Sarę na śniadanie, ale matka powstrzymała ją, mówiąc, że w nocy przyszła po nie rodzina i zabrała je. Po wojnie rodzice dzieci utrzymywali kontakt z rodziną Mastejów, dziękując im za opiekę i wykazywaną troskę — sami wcześniej znali ojca świadka, dlatego zdecydowali się wysłać do niego dzieci, wiedząc, że nie spotka ich tam krzywda. Ojciec, władający nieco językiem niemieckim jeszcze z czasów służby w armii austriackiej podczas I wojny światowej, cieszył się zaufaniem i szacunkiem sąsiadów, co dodatkowo zwiększało poczucie bezpieczeństwa całej operacji. Świadek podkreśliła, że dzieci prawdopodobnie były uciekinierami z jasielskiego getta, prowadzonymi przez kogoś na trasie liczącej 12–13 kilometrów.
Front przechodzi przez wieś
Świadek szczegółowo opisała moment przejścia frontu — planowane przez Niemców wysiedlenie wsi w niedzielę, które nie doszło do skutku z powodu nagłej sowieckiej ofensywy rozpoczętej już następnego dnia. Wspomniała odnalezione po latach, przygotowane wcześniej doły z workami wapna, w których planowano pochować mieszkańców wsi, gdyby wysiedlenie i deportacja doszły do skutku.
Opisała starcie wojsk niemieckich i sowieckich na pobliskich pastwiskach — walczący, ubrani niemal identycznie w białe krótkie koszule maskujące na śniegu, trudni do odróżnienia. Widziała z okna kilka ciał leżących na pastwisku po starciu, później pochowanych nieopodal, a ekshumowanych dopiero po wojnie.
Opisała wizytę sowieckich żołnierzy w domu rodzinnym — spokojnych, zmęczonych, suszących mokre onuce przy piecu, proszących o herbatę (matka odmówiła im dojenia krowy w nocy, tłumacząc żartobliwie, że „krowa w nocy mleka nie da” — zdanie, które świadek zapamiętała dosłownie). Rodzina obawiała się granatów rzucanych przez pomyłkę do kryjówek trzech sąsiedzkich rodzin schowanych w skalnych schronach, wziętych przez sowieckiego żołnierza za ukrywających się Niemców — ojciec świadka interweniował osobiście, przekonując żołnierza, że to cywile, co uratowało sąsiadów przed rzuceniem granatów. Wspomniała też o zatrzymaniu i zabraniu na przesłuchanie młodego niemieckiego żołnierza znalezionego ukrytego na strychu miejscowej szkoły — przyprowadzono go do domu Mastejów, bo tam było „otwarte”, matka poczęstowała go herbatą, po czym zabrano go „na komando”.
Jeden z sowieckich żołnierzy został ranny w rękę odłamkiem własnego granatu, gdy niemiecki żołnierz do niego strzelił — świadek zapamiętała, że miał kożuch rozerwany, a ranę tak poważną, że zabrano go z pola.
Wstrząsający obraz rannego żołnierza
Jednym z najbardziej poruszających wspomnień świadka był widok ciężko rannego niemieckiego żołnierza pozostawionego po walce na pobliskim lodzie rzeki, tuż naprzeciwko okien domu. Okoliczna ludność polska ściągnęła z niego ubranie i buty, zostawiając go rozebranego na mrozie, mimo że wciąż żył i poruszał ręką, dając znać, by dano mu spokój. Ojciec świadek bezskutecznie protestował, mówiąc dosłownie: „człowiek jeszcze żyje, a wy już ubranie ściągacie, to nie można tak robić” — dodając, że nieważne, czy to Niemiec, czy ktokolwiek inny, bo to i tak jest człowiek — ale nikt go nie posłuchał, ludzie „ściągali wszystko”. Rannego żołnierza ostatecznie dobił inny Niemiec, który przechodząc później i widząc, że tamten wciąż żyje, strzelił do niego z bliska, rozrywając mu ciało — po czym sam, ranny w nogę, kulejąc uciekł przez zamarzniętą rzekę w kierunku zachodnim. Ciała leżały w tym miejscu jeszcze przez dwa tygodnie, dopóki nie przeszło wojsko, co skłoniło świadek do regularnego zasłaniania okna wychodzącego w tamtą stronę — sam widok był dla niej „nieprzyjemny”, mimo że, jak sama przyznała, nie czuła wtedy żalu, tylko chęć, by nie patrzeć.
Dyscyplina wśród żołnierzy niemieckich
Świadek opisała incydent, w którym pijany niemiecki żołnierz próbował strzelać do jej ojca, który uciekł przez okno na podwórko i zgłosił sprawę do niemieckiego dowództwa (komenda mieściła się w pobliskiej szkole, trzeci dom od nich) — pijanego żołnierza natychmiast zatrzymano, co, zdaniem świadek, pokazywało, że Niemcy pilnowali dyscypliny we własnych szeregach.
Losy Żydów z okolicy
Świadek opisała moment, w którym miejscowa ludność żydowska została zabrana do Jasła pod pretekstem „kontroli” — mieszkańcy przeczuwali, że już nie wrócą. Przywołała rozmowę ojca z sąsiadem, Żydem o imieniu Berko, który prosił go o zaopiekowanie się swoim gospodarstwem na czas nieobecności, obiecując, że po powrocie wszystko odda — zaznaczając, że jeśli nie odda gospodarstwa ojcu świadka, to weźmie je ktoś inny i już nigdy go nie zwróci. Ojciec jednak odmówił, mając własne gospodarstwo i dziękując Berce. Berko nigdy nie wrócił z transportu, a jego dalszy los pozostał rodzinie zupełnie nieznany. Opuszczony dom po wywiezionej rodzinie żydowskiej zasiedliła później rodzina wysiedlona z terenów przyfrontowych, z dziećmi.
Relacje polsko-ukraińskie podczas okupacji
Zapytana o stosunki między Polakami a Ukraińcami w czasie wojny, świadek oceniła, że „Ukraińcy byli bardzo niedobrzy ludzie” — zarówno Polacy, jak i Ukraińcy żyli w atmosferze wzajemnego strachu, a napięcia zdarzały się regularnie, w tym starcia między dwoma Ukraińcami służącymi przy koniach a stacjonującymi tam Niemcami.
Historia z Woźnikiem i konfliktowym okuwaniem koni
Świadek przywołała epizod, w którym niemieccy żołnierze nie mogli okuć narowistych ukraińskich koni — ojciec zaproponował swoją pomoc, ale odmówił wspólnej pracy z Ukraińcami przy koniach, żądając w zamian zwolnienia matki i starszej siostry świadek (wówczas 14-letniej) z przymusowych robót przy kopaniu okopów w Jaśle. Ojciec skutecznie okuł narowistego konia, wiążąc mu nogę powrozem, co wywołało uznanie starszego niemieckiego kowala — Fachmeistra — powtarzającego z aprobatą „gut, gut, Schmied”. W nagrodę matkę i siostrę zwolniono z robót. Świadek opisała też humorystyczny, ale prawdziwy epizod, w którym inny Niemiec (nazywany przez rodzinę „Woźnik”) został kopnięty przez konia i wywrócił się w błoto, co wywołało śmiech dzieci, natychmiast uciszony przez matkę w obawie przed odwetem.
Katastrofa samolotu i ukrywający się Niemiec
Świadek opisała rozbicie się niemieckiego samolotu na łące niedaleko domu ciotki, gdzie akurat mieszkała rodzina — dwóch lotników uciekło w stronę wioski i zostało schwytanych, a trzeci, ubrany w charakterystyczne wysokie skórzane buty pilota, uciekł do lasu i przetrwał tam, ukrywając się, nawet po zakończeniu wojny — miejscowi mieszkańcy mieli, według świadek, podawać mu jedzenie.
Napady band po zakończeniu wojny
Po zakończeniu działań wojennych dom rodziny Mastejów był wielokrotnie nachodzony przez uzbrojonych ludzi, których świadek określiła zamiennie jako Łemków, Ukraińców lub „banderę” — napastnicy przedstawiali się fałszywie jako „polska policja”, posługując się przy tym językiem polskim, bo — jak wyjaśniła świadek — Łemkowie znali polski.
Świadek opisała najbardziej dramatyczny epizod: podczas nieobecności ojca, który grał na weselu w sąsiedniej wsi (Dobrynia), napastnicy zapukali do drzwi, żądając wpuszczenia i grożąc, że będą strzelać, a następnie że podpalą dom. Matka odmówiła otwarcia, tłumacząc, że męża nie ma w domu, bo bandyci pytali specjalnie o broń, którą ojciec — jako pomocnik miejscowej policji — otrzymał od władz. Ktoś musiał wcześniej donieść napastnikom, że rodzina posiada broń, mimo że matka zaprzeczała. Mimo braku otwarcia drzwi napastnicy wszystko splądrowali — dwa samochody stojące około 50 metrów od domu wypełniono zrabowanymi ubraniami, jedzeniem, a nawet dużymi glinianymi garnkami ze smalcem przygotowanym z uboju świń.
W innym epizodzie, opisanym jeszcze dobitniej, matka odmówiła oddania pościeli przechowywanej w kufrze, za co została uderzona kolbą karabinu przez jednego z napastników (świadek nie była pewna, czy to byli „biali Rusini”, czy Łemkowie) — świadek, wówczas dziecko, obserwowała to zdarzenie razem z bratem, przybiegając na odgłosy, ale mogła jedynie krzyczeć, bezsilnie odpychana przez napastników od matki. Młodsza siostra świadek, Aleksandra, próbowała powstrzymać matkę przed dalszym oporem, mówiąc, żeby dała im zabrać rzeczy. Bandyci załadowali cały dobytek rodziny na furmankę i wywieźli w kierunku lasu, każąc później przyjść po pozostawionego tam konia.
Po powrocie ojciec natychmiast pojechał rowerem zgłosić napad na posterunek policji w sąsiedniej wsi (w ich własnej wsi nie było posterunku) — w odpowiedzi z Jasła przyjechały dwa lub trzy wojskowe samochody, żołnierze przeszukali okoliczne lasy pod kątem obecności bandy, jednak nikogo nie znaleziono, bo miejscowa ludność, sparaliżowana strachem przed bandą, nie ujawniała żadnych informacji o ich kryjówkach. Napady powtarzały się wielokrotnie w kolejnych tygodniach — bandyci zabierali głównie żywność, bo, jak zauważyła świadek, sami nie mieli z czego żyć, ukrywając się w leśnych bunkrach, na które świadek natykała się po latach, chodząc na grzyby, gdy były już opuszczone.
To właśnie narastające poczucie zagrożenia i powtarzające się napady ostatecznie skłoniły matkę świadek do podjęcia zdecydowanej decyzji o wyjeździe na zachód — mimo początkowego sprzeciwu ojca, niechętnego porzuceniu całego dobytku, w tym inwentarza żywego (krów).
Wyjazd na Ziemie Odzyskane
Rodzina otrzymała bezpłatny wagon towarowy, umożliwiający transport zwierząt gospodarskich i całej rodziny. Ojciec, pełniący nieformalnie funkcję sołtysa (a dokładniej administratora dwóch wiosek), musiał przed wyjazdem oddać pieczęć i dokumenty w lokalnym urzędzie starostwa, co opóźniło odjazd pociągu — świadek zapamiętała, jak rodzina czekała już w wagonie towarowym, aż ojciec wróci z urzędu, gdzie przy okazji pożegnalnego spotkania „się popili”, co wywołało komentarz matki o niestosowności picia w tak niebezpiecznym czasie.
Rodzina ostatecznie osiedliła się w Pisarzowicach koło Kamiennej Góry, otrzymując od gminy opuszczone gospodarstwo, wcześniej zamieszkiwane przez niemiecką rodzinę — wdowę z dwojgiem dzieci, którą przeniesiono do mieszkania przy pobliskim zakładzie szlifierni kryształów.
Życie wśród pozostałych Niemców na Ziemiach Odzyskanych
Świadek wspominała sąsiedztwo z pozostałymi jeszcze na miejscu niemieckimi rodzinami, w tym z niepełnosprawnym intelektualnie młodym Niemcem (mającym około 18 lat), stojącym stale przy oknie i łapiącym muchy, z którego dzieci się naśmiewały, za co spotykały się z reprymendą matki, przypominającej, że to chory człowiek. Inni pozostali na miejscu Niemcy, prowadzący porządne gospodarstwa, byli, zdaniem świadek, w porządku i nie sprawiali problemów.
Opisała też krótko pamięć o poobozowej przeszłości Kamiennej Góry (filii obozu koncentracyjnego, w pobliżu której chodziła do szkoły) oraz powojenne ekshumacje na cmentarzu żydowskim w mieście przy ulicy Bohaterów Getta, prowadzone pod nadzorem milicji, na które przyjeżdżali zarówno Żydzi, jak i Niemcy składający kwiaty na grobach — świadek regularnie przechodziła obok tego miejsca, idąc do pracy.
Zakończenie rozmowy
Prowadzący podziękował świadek za podzielenie się trudną, zawiłą historią, podkreślając, że historia widziana oczami dziecka bywa przewrotna, zaskakująca i nigdy nie jest czarno-biała. Podziękował też Michałowi, prawnukowi pani Zofii, za zainicjowanie spotkania z ekipą kanału.
Materiał „Jeszcze żył, a ci już zdzierali z niego ubrania i dzielili skórę na niedźwiedziu” opublikował kanał History Hiking na YouTube, liczący 588 tys. subskrybentów, w ramach cyklu „KontrWywiad”. Data premiery: 28 maja 2026.