„W zerowym procencie wykorzystujemy doświadczenia Ukrainy” — Tomasz Darmoliński w rozmowie z Arletą Bojke w „Końcu Świata”

Tomasz Darmoliński z Fundacji Żelazny, przedstawiany jako jeden z najlepszych w Polsce specjalistów od dronów, wystawił polskiej armii surową ocenę w rozmowie z Arletą Bojke na kanale „Koniec Świata”. Jego zdaniem Polska jest około dwóch lat w tyle za doświadczeniami z Ukrainy, a z ukraińskiej wiedzy korzysta „w zerowym procencie”. Ocenił, że polska obrona przeciwdronowa po prostu nie istnieje. Ostrzegł, że bez rewolucji mentalnej w wojsku i zmiany kadry dowódczej „tę wojnę po prostu przegramy”.

Ze szczegółami opisał też najnowsze rosyjskie rozwiązania. Należą do nich drony sterowane przez rozproszoną sieć mesh, satelity przeznaczone wyłącznie do kierowania dronami, zagłuszarki Starlinka i „pocisk manewrujący z AliExpressu”. Przeciwstawił im ukraińską zdolność do błyskawicznej adaptacji. Przestrzegł jednocześnie przed tezą, że drony zdominowały pole walki, bo są tylko elementem większego systemu.

Technologia zmienia się co miesiąc

Bojke zaczęła od pytania, co jest dziś ważniejsze w przygotowaniach do kryzysu: czołgi Abrams i myśliwce F-35 czy „dużo, dużo tańsze drony”. Przypomniała, że poznała Darmolińskiego mniej więcej rok wcześniej we Lwowie, na targach dronów. Przedstawiono go jej wtedy jako najlepszego w Polsce specjalistę od technologii, w których Ukraińcy i Rosjanie nieustannie się ścigają.

Zapytała, czy dron wyprodukowany dziś za dwa tygodnie będzie już przestarzały. Darmoliński odpowiedział, że dwa tygodnie to zbyt duże tempo. Najszybsze zmiany technologiczne obserwowano w 2024 roku, później tempo nieco wyhamowało, a wojna dronowa poszła w zupełnie innym kierunku. Dziś cykl zmian trwa raczej miesiąc, półtora. Trudno znaleźć technologię dronową, która by się nie zmieniła albo nie zmieniała właśnie teraz.

Zapytany o chwytliwe hasło polityków, że przygotowujemy się do wojny, która już się odbyła, odparł, że poniekąd robi tak każda armia. Prawdziwy problem polega na tym, że polska generalicja, a przede wszystkim politycy, „całkowicie nie dostrzegają, w którą stronę wojna idzie”.

Manewr pancerny wraca, ale drony zostają

Darmoliński zwrócił uwagę, że jeszcze kilka tygodni temu manewr wojsk pancernych uznawano za niemożliwy, a dziś następuje jego częściowe odblokowanie. Rosjanie znacząco poprawili systemy typu hard kill montowane na swoim sprzęcie. Czołg może więc znów wspierać piechotę w dotarciu do walczących pododdziałów, a na krótkich dystansach wracają walki kinetyczne.

Nie znaczy to, że drony zniknęły. Ewoluowały czołgi, systemy zwalczania dronów i same drony, a do walki weszły też bezzałogowce naziemne. „Te drony z nami zostaną” – podkreślił Darmoliński.

Bojke zauważyła, że w zasadzie dronem mógłby być i czołg, jeśli tylko byłby sterowany zdalnie, bez załogi w środku. Darmoliński potwierdził, że takie próby są podejmowane z różnym skutkiem, choć jeszcze nie na polu walki. Nie robią tego koniecznie ani Rosja, ani Ukraina, tylko „tak zwane państwo z gwiazdką”. Jego zdaniem nie należy pomijać tego kraju w wojnie dronowej, bo dysponuje technologią dronów obserwacyjnych, której w Polsce się nie dostrzega.

Skrytykował przy tym „dronozę” wśród polskich specjalistów i youtuberów, którzy nie widzą, że wojna dronowa toczy się nie tylko za wschodnią granicą. Bliski Wschód i Iran pokazały, że bezzałogowce wypełniły dotychczasową pustkę i stworzyły zupełnie nowy, transparentny teatr działań, na którym wszystko widać.

Pieniądze, pieniądze i energia

Darmoliński podkreślił, że bezzałogowce latają, jeżdżą, pływają i działają pod wodą, ale muszą być wpięte w jeden spójny system informatyczny. Ten system bardzo szybko dostarcza dowódcom informacji taktycznych, a czasem i strategicznych. Do tego doszła sztuczna inteligencja, która wspiera już najniższy poziom pola walki. Uczenie maszynowe, technologia znana od dawna, pozwala bezzałogowcom samodzielnie docierać w określone rejony, podejmować decyzje na podstawie analizy obrazu i oceniać skutki uderzeń. Nazwał to wielkim „game changerem”.

Problemem jest energia. „Napoleon mówił o trzech rzeczach do prowadzenia wojny: pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Obecnie potrzebne są pieniądze, pieniądze i energia do mocy obliczeniowych” – stwierdził Darmoliński. Bojke zażartowała, że od czasów Napoleona wojna zmieniła się więc tylko „odrobineczkę”, bo energia to też pieniądze. Darmoliński przyznał, że trzeci element został po prostu zastąpiony energią.

Bojke zauważyła, że obie strony uderzają w infrastrukturę energetyczną, a prąd, którego zabraknie Ukraińcom zimą, jest tym samym prądem, którego potrzebują moce obliczeniowe. Darmoliński przypomniał, że Rosjanie niedawno porazili ukraińskie centra obliczeniowe, dostawców internetu i operatorów komórkowych, ale centra te wznowiły pracę po 24 godzinach. Ukraińskie drony zniszczyły z kolei rosyjskie centrum obliczeniowe, w którym zamrożono przetwarzanie ogromnej ilości danych. Rosjanie nie odbudowali go równie szybko, bo embargo „poniekąd działa i nie działa”.

Zima bez magazynów

Darmoliński ostrzegł, że Rosjanie porazili około 90 procent ukraińskich magazynów wielkopowierzchniowych, co będzie dotkliwe tej zimy i może oznaczać braki żywności. Niszczone są też stacje benzynowe, najwyraźniej na wschodzie Ukrainy, mimo zabezpieczeń z worków z piaskiem. Sam był ubiegłej zimy w Kijowie podczas blackoutu, nie tylko energetycznego. Sklepy nie działały, bo agregaty potrzebowały paliwa, a stacje akurat go nie miały. Trwało to krótko, ale się zdarzyło.

Bojke zauważyła, że stacje niszczone są także przy polskiej granicy. Darmoliński przyznał jej rację, ale zaapelował: „nie pompujmy tego tak dużo, że spadł dron”. Po drugiej stronie toczy się wojna i drony będą spadać, czy nam się to podoba, czy nie.

Od Szacheda do Gerania 5

Rosjanie wprowadzili nowy typ dronów, który testowali w obwodzie odeskim, a teraz rażą nim całą Ukrainę. Darmoliński wyjaśnił genealogię Geraniów. Rosja kupiła od Iranu licencję na Szacheda i po modyfikacjach powstał Gerań-2. Na jego bazie zbudowano Gerania-3 z silnikiem odrzutowym, ale ujawniły się wady konstrukcyjne. Choć Gerań-3 jest łudząco podobny do poprzednika, ma inny profil nośny, inne skrzydła i inne wzmocnienia, więc w praktyce jest zupełnie innym płatowcem. Dla niewprawnego oka różnicy nie widać. Gerań-5 to już całkowicie inna konstrukcja. „Wojna dronowa to są detale i szczegóły” – podkreślił.

Nowością są drony, które Rosjanie nazwali „Seeker”. To Gerań z kamerą i modułem komunikacyjnym mesh, który operator siedzący gdzieś w Rosji może pilotować do samego końca i sam wybrać cel. Bojke zapytała, czy to dla Ukrainy jeszcze trudniejsze niż drony odrzutowe. „I tak, i nie” – odpowiedział Darmoliński. Seekery nie są tak szybkie, ale operują na innych wysokościach i są precyzyjnie kierowane. „To już nie jest tak zwany głupi dron, który leci sobie po prostu z punktu A do punktu B” – wyjaśnił.

Mogą zagrażać śmigłowcom polującym na drony i mobilnym zespołom przeciwlotniczym, także na ziemi, a operator na samym końcu sam wybiera punkt uderzenia. Darmoliński wiąże z tym ostatnie uszkodzenia mostów Południowego i Północnego w Kijowie oraz linii energetycznych, rażonych nowym typem głowic. „To wszystko się dzieje na naszych oczach” – dodał.

Sieć, której nie da się zagłuszyć

Na początku roku Rosjanom wyłączono Starlinka, bo Ukraina wprowadziła rejestrację terminali na swoim terytorium. Rosja wymyśliła jednak nowy sposób komunikacji: rozproszoną sieć mesh, w której każdy punkt łączy się z każdym. Zagłuszenie jednego węzła niczego nie daje, bo dron automatycznie przełącza się na następny. Darmoliński zaznaczył, że strona ukraińska przyznała się do błędu, bo nie zajęła się tym tematem wcześniej, i dziś ponosi tego konsekwencje.

Wojna dronowa była na początku wojną częstotliwości, w której wszyscy przeskakiwali z jednej częstotliwości na drugą. Dziś pracuje się na wielu jednocześnie i sprawdza, jak przeciwnik reaguje. Obie strony zbudowały dedykowane systemy łączności, ale Rosjanie poszli o krok dalej. W grudniu ubiegłego roku umieścili je w kosmosie i rozwiązali problem radiohoryzontu, który w naszej strefie geograficznej wynosi około 30 kilometrów. Otworzyli sobie nad Ukrainą „okno”, średnio do pięciu godzin. Istnieją nawet aplikacje, które pokazują żołnierzom na danym odcinku frontu, czy są nad nimi rosyjskie satelity. Rosja zamierza wystrzelić kolejne. „To nie jest odpowiedź na Starlinka. To jest tylko i wyłącznie pod samo sterowanie dronami” – wyjaśnił Darmoliński.

Rosjanie uruchomili też produkcję zagłuszarek Starlinka. Według strony ukraińskiej działają na dystansie 20–25 kilometrów, ale potrzebują dużo energii i mieszczą się w zestawie czterech kontenerów, więc łatwo je namierzyć i zniszczyć. Rosja idzie w tę stronę, bo wie, że Starlink jest sercem ukraińskiej komunikacji. Darmoliński zaznaczył, że istnieją zapasowe sposoby łączności, ale budowa innych rozwiązań wymaga odwagi i zupełnie innego spojrzenia na dostępne technologie. „Tego nam chyba najbardziej brakuje w armii” – dodał.

Żduny czekające na światłowodzie

Rosjanie rozwinęli też ukraiński pomysł tak zwanych żdunów, czyli dronów na światłowodzie, które czekają w ukryciu na cel. Jeden operator może dziś obsługiwać dziesięć takich dronów, i nie jest to rój. Bojke opisała, jak to wygląda w praktyce. Rosyjski operator ma pochowanych po krzakach w ukraińskiej strefie śmierci dziesięć dronów o zasięgu do 20 kilometrów, widzi dziesięć obrazów i gdy pojawi się cel, uruchamia jeden z nich.

Darmoliński potwierdził, dodając, że drony mają moduły oszczędzające energię albo elementy wyzwalane ruchem. W Ukrainie znajdowano różne rozwiązania: wykrywanie sygnału po światłowodzie, a nawet czujniki sejsmiczne. Pole walki to nie tylko bezzałogowce, ale cała sieć sensorów optycznych, dźwiękowych i ruchowych, spiętych w jeden system. Są rejony, gdzie nie ma ludzi, a teren dozorują wyłącznie czujniki i ukryta w zasadzce „straż”.

Strefa śmierci

Bojke wspomniała, że w 2015 roku w ukraińskich okopach była zaledwie kilometr, półtora od Rosjan, co dziś jest nie do pomyślenia. Zastrzegła, że w 2022 roku „na nulówce nie była”. Darmoliński wyjaśnił, że strefa śmierci, zależnie od ukształtowania terenu, wynosi umownie 25–30 kilometrów. „Kiedyś 20 kilometrów to było miejsce odpoczynku batalionu, teraz jest to strefa śmierci” – zauważył. Działa ona w obie strony, więc od jednego jej brzegu do drugiego jest nawet 60 kilometrów. Ludzi jest tam bardzo mało i mogą się przemieszczać tylko w ściśle określonych oknach czasowych. O złotej godzinie w ewakuacji medycznej „po prostu nie ma mowy”, a punkty medyczne, logistyka i zaopatrzenie przeszły ogromną ewolucję.

Darmoliński przestrzegł jednak przed tezą, że drony zdominowały pole walki. „Jeżeli ktoś tutaj mówi na dzień dzisiejszy w Polsce, że drony zdominowały, to albo nie rozumie tego, co się stało na Ukrainie, albo po prostu całkowicie nie wie, o czym mówi” – stwierdził. Drony są elementem systemu walki, a obie strony dążą do odblokowania manewru ciężkiego sprzętu, który pozwoli przełamywać front. Dziś drony zadają 70–80 procent strat, a Bojke dodała, że Ukraińcy mówią czasem nawet o 95 procentach. Dawniej robiła to artyleria, która musiała zostać odsunięta, zamaskowana i ukryta.

Jego zdaniem nie wraca to, co stare, tylko powstaje zupełnie nowa jakość. Trwa „wyścig miecza i tarczy”, w którym teraz do głosu dochodzi tarcza, co nie znaczy, że nie zostanie przełamana. Jedne rodzaje oręża odchodzą w niepamięć, inne zostają, a jeszcze inne zmieniają się tak, że nie przypominają pierwowzoru. Dziś dzieje się to jednak dużo szybciej.

„Goły” Abrams nie ma szans

Zapytany, czy polskie Abramsy mają rację bytu, Darmoliński odpowiedział, że czołgi jako ciężki sprzęt na pewno ją mają, ale muszą zostać zmodyfikowane i doposażone, a zasady ich użycia już ewoluowały. Bojke przypomniała, że czołg czy BWP wyjeżdżający w strefę śmierci podobno znika w pięć minut. Darmoliński nazwał to uproszczeniem, ale przyznał, że czołg „goły”, nawet z najlepszą ochroną, jaką kupiliśmy, nie ma szans. „To dzisiaj nie jest kwestia czy, tylko kiedy” – stwierdził. W internecie jest dużo nagrań, jak wyglądają Leopardy i Abramsy zmodyfikowane przez Ukraińców.

Modyfikacja to przede wszystkim sprawdzone systemy hard kill. Dzięki nim Rosjanie odblokowali czołgi, pewnie na chwilę, ale wiele nagrań pokazuje, że radzą sobie całkiem nieźle. Potrzebne są też zabezpieczenia fizyczne, ale ładunki bezzałogowców również ewoluują. „Jeżeli już się czepiamy tego nieszczęsnego Abramsa, to dron musi zostać zniszczony przed uderzeniem” – zauważył Darmoliński. Kłopot w tym, że systemy hard kill mają skończoną ilość amunicji, a dron jest tańszy od dobrze doposażonego pojazdu. „Jeżeli pojedynki będziemy oceniać zero-jedynkowo, to dron zawsze wygra” – stwierdził.

Kompromitujące ćwiczenia NATO i blokada w polskiej armii

Darmoliński przyznał, że natowskie ćwiczenia z udziałem ukraińskich operatorów nie były pomyślne dla armii NATO, a słowo „kompromitujące” uznał za trafne. Rozmawiał z ukraińskimi uczestnikami i wie, jakie błędy popełniano. Mało kto pisze jednak o drugiej części ćwiczeń, w której Ukraińcy pomagali się bronić. Po pauzie i analizie poćwiczeniowej, czyli after action review, wyciągnięto wnioski i nie było już tak kompromitująco. „Bez urazy, dziennikarze lubią sensacje” – dodał.

Pracował też z bardzo otwartymi oficerami polskiego wojska, którzy „jeszcze nie idą do cywila”. Potrafili zatrzymać ćwiczenie, gdy szło bardzo źle, i zapytać ludzi z fundacji, jak oni by to zrobili, a po modyfikacji rozwiązanie działało. Wniosków można więc się uczyć już teraz, „tylko trzeba chcieć albo nie blokować pewnych decyzji”. Największym problemem armii jest dziś jego zdaniem to, że młodzi albo wykazujący inicjatywę oficerowie napotykają blokadę.

Bojke zauważyła, że lepiej ćwiczyć na manewrach niż, jak Ukraińcy, uczyć się w realnej wojnie, licząc straty. Darmoliński zgodził się, że Ukraina dała Polsce czas. „Straciliśmy dwa lata. To jest prosto trzeba powiedzieć” – stwierdził. Jest nowy dowódca inspektoratu Wojsk Bezzałogowych i „zobaczymy, co pokaże”, bo na zmianę poprzednika długo czekano. „Jeśli chodzi o drony, to to jest tragedia. Ja nieraz o tym mówiłem, że my po prostu tracimy czas” – powiedział.

Zapytany, ile dronów ma Wojsko Polskie, odpowiedział, że z jawnych informacji wynika, iż kupiono pewną liczbę zestawów, w tym zapewne Warmate’ów jako dronów bojowych. Ta ilość wystarczy jednak na miesiąc, bo mniej więcej tyle tracą w ciągu miesiąca obie walczące strony.

Ukraiński spryt: brzydkie, toporne, skuteczne

Bojke zauważyła, że Ukraina chętnie dzieli się doświadczeniami, choć transakcyjnie, co pokazały podróże Wołodymyra Zełenskiego do monarchii Bliskiego Wschodu po irańskich atakach. Zapytała, w czym Ukraina przeważa nad Rosją. Darmoliński odpowiedział, że Rosja nadrobiła pracę domową, częściowo dzięki irańskiej technologii, i uczyła się na błędach. Zastrzegł przy tym, że nie chce wyjść na „rusofoba” i dopiero Bojke poprawiła go, że na rusofila. Jego zdaniem Ukraina ma natomiast „nieprawdopodobną” zdolność adaptacji dostępnych technologii i łączenia ich w całość. Pomysły bywają szaleńcze, ale działają. Pierwsze egzemplarze „są brzydkie i toporne, nie można ich pokazać na paradach, ale robią robotę”.

Najlepszym przykładem są drony przechwytujące. Najpopularniejszy kosztuje około 4 tysięcy złotych. Przy przechwytywaniu Geraniów na dużych wysokościach największym problemem są warunki atmosferyczne, czego Darmoliński sam doświadczył, obserwując pracę kolegów operatorów. Ukraińcy długo szukali rozwiązania i je znaleźli, choć opracowana przez nich głowica kosztuje półtora, dwa razy więcej niż sam dron.

Od czerwca i lipca, gdy Rosjanie masowo wprowadzili drony odrzutowe o tym samym ładunku, co poprzednie, ale znacznie trudniejsze do strącenia, było to ogromne wyzwanie. Pod koniec września Ukraina potwierdziła pierwsze strącenia własną technologią. Zastrzegł, że „technologia” to słowo-wytrych, bo Ukraińcy poskładali w całość ogólnie dostępne elementy i dopisali oprogramowanie.

Bojke podsumowała, że nie chodzi więc o jedną konkretną technologię, tylko o „ukraińską, magiczną” zdolność szybkiego dostosowywania się. Darmoliński przytaknął. Wszystko zmienia się tak szybko, że wyliczanie ukraińskich adaptacji nie miałoby końca, bo „na każdym polu są po prostu dobrzy”. Ukraińcy potrafią też tak przerobić rozwiązania niekoniecznie wojskowe, że szybko sprawdzają się na polu walki.

Opowiedział o współpracy jego firmy, producenta elektroniki, z ukraińskimi przedsiębiorstwami. Ukraińcy instalowali dostarczone kontrolery lotu, wykonywali zadania i już w ciągu jednej nocy odsyłali informację zwrotną. Prosili o kolejne modyfikacje, na przykład pod kamerę termowizyjną z innym zasilaniem i przesyłem danych. Było to dla niego i jego inżynierów niesamowite doświadczenie. „Na dzień dzisiejszy nigdy takiego feedbacku w Polsce nie dostałem, nie było takiej możliwości” – przyznał.

Operator może siedzieć w studiu

Zapytany, jak daleko od drona może siedzieć operator, Darmoliński odpowiedział, że nawet w studiu, w którym nagrywali, i stamtąd operować w Donbasie albo na dowolnym odcinku frontu. Rozróżnił operatorów dronów wsparcia bezpośredniego, rozpoznawczych i dalekiego uderzenia. Na tych z pierwszej linii trwa ogromne polowanie, prowadzone zresztą przez obie strony. Operatorzy dronów rozpoznawczych mogą być bardzo oddaleni od linii styczności.

„Wojna nie kończy się na płatowcu” – zauważył. Wojna to także rozwój silników, baterii, kontrolerów lotu, kamer i systemów nawigacji, a to, co rok temu było niemożliwe, dziś jest standardowym wyposażeniem bezzałogowców. Dzięki łączu satelitarnemu, czyli naziemnemu zestawowi Starlinka, można sterować bezzałogowcem z dowolnego miejsca na świecie.

Drony wystrzeliwane z katapult i wyrzutni bywają przejmowane przez operatorów w zupełnie innym rejonie. Bywa też odwrotnie: wypuszczone ze strefy bezpiecznej lecą w strefę śmierci, gdzie przejmują je piloci, którzy lepiej widzą sytuację taktyczną i wykonują precyzyjne uderzenie. „To jest trochę jak science fiction, jak wojna Terminatora” – stwierdził Darmoliński. Inaczej jest z dronami na światłowodzie, których nie da się zagłuszyć ani przejąć, ale też nie da się nimi sterować z tak daleka.

Bojke zauważyła, że drony wystrzeliwuje się blisko frontu, bo mają ograniczoną baterię. Darmoliński przyznał jej rację, ale zaznaczył, że operator nie musi być obok drona. Dodał, że informacja o jeszcze innym sposobie „pewnie nie doleciała w naszą przestrzeń”. Ukraińcy wykorzystują to, że wiatr najczęściej wieje w stronę Rosji. Podwieszają bezzałogowce pod balony, by nie zużywały energii na wznoszenie i lot, a po pewnym czasie balony są strącane albo drony uwalniane. „Co sobie wymyślisz, jest to obecnie stosowane” – podsumował.

Siatki, monitory zamiast gogli i „komunijne drony”

Bojke zapytała o balony zaporowe. Darmoliński przypomniał, że w II wojnie światowej rozwieszano je na linach nad chronionymi obiektami, by bombowce nurkujące nie mogły razić celów. Dziś nad infrastrukturą krytyczną rozciąga się siatki, a jedną rozpięto nad mostem Północnym w Kijowie. Bojke dodała, że strefy przyfrontowe są tak osiatkowane, że można odnieść wrażenie jazdy pod namiotem.

Darmoliński ostrzegł, że siatka nie daje pełnej ochrony, a mieć siatki to tylko mieć siatki. Im głębiej w strefę, tym bardziej rygorystyczne są procedury wjazdu i wyjazdu, a przemieszczenie się zajmuje czasem nawet dzień. Najważniejsze jest „czyste niebo”, czyli wiedza, czy coś jest nad nami.

Obalił też mit, że operatorzy FPV latają w goglach. Dawno się tego nie robi, lata się na dużych monitorach. W rygorystycznym procesie szkolenia okazało się, że nie każdy ma predyspozycje do gogli, bo zależy to od fizjologii, w tym od tego, jak wykształcone są połączenia między półkulami mózgu. W uproszczeniu chodzi o to, czy „wariuje błędnik”, jak przy okularach VR, o czym wspomniała Bojke. Ukrainie zaczęło brakować pilotów. Gdy zdjęto gogle i posadzono ludzi przed monitorem, osoby, które wcześniej nie potrafiły latać, nagle świetnie sobie radziły, „bo po prostu grają w grę”.

FPV to nie tylko koptery ze śmigiełkami, ale także drony skrzydlate, które lecą dalej i niosą większy ładunek. Darmoliński wyjaśnił też różnicę w sterowaniu. W dronach cywilnych, które nazwał „komunijnymi”, można obracać kamerą i przybliżać obraz. W FPV prosta kamera patrzy do przodu, więc manewruje się całym płatowcem albo kopterem.

„Uwielbiam to słowo, komunijne drony” – dodał i przypomniał, że to sławne określenie szefa Sztabu Generalnego, generała Wiesława Kukuły. Bojke zauważyła, że drony wojenne niewiele mają wspólnego z komunijnymi, bo są mocno przerobione i dużo większe. Szachedy i naśladujące je Gerbery, które widziała rok wcześniej, postawione pionowo były wyższe od niej, a ma 164 centymetry wzrostu.

Darmoliński dodał, że głównym dostawcą rozwiązań dla obu stron jest do dziś jedna z chińskich firm, mimo deklaracji, że nie wspiera wojny.

Od Kijowa 2022 do zapomnianych Bayraktarów

Bojke przypomniała Bayraktara, drona wielkości studia, w którym nagrywali, a według Darmolińskiego „nawet chyba większego”. Bayraktar był postrachem rosyjskich żołnierzy i doczekał się piosenki. Darmoliński przyznał, że piosenka „zawsze była w radiu” i strasznie go denerwowała, gdy jeździli po Ukrainie. Dodał, że Bayraktar „ładnie płonął potem” i w Ukrainie już nie operuje. Nie jest przestarzały, ale ma inne zadania. W innych konfliktach wciąż „robi robotę”, ale tylko w wojnie asymetrycznej, gdy przeciwnik nie może go zdjąć z nieba.

Przypomniał, że wojna dronowa nie zaczęła się w 2022, ale w 2014 roku. Rosjanie namiętnie korzystali wtedy z dronów chińskiego producenta i kupowali je na kontenery. Gdy w 2022 roku zaczęła się pełnoskalowa inwazja, do obrony Kijowa użyto setek cywilnych bezzałogowców spiętych jedną aplikacją. Każdy, kto zauważył ruchy rosyjskich wojsk, nanosił je na mapę, co dawało świadomość sytuacyjną sztabowi obrony miasta. Zmodyfikowana aplikacja działa do dziś. Potem przyszedł czas tureckich Bayraktarów, które „mówiąc językiem wojskowym, zrobiły robotę”, ale Rosjanie szybko odrobili pracę domową.

Roboty Fedorowa i doświadczenia korpusu Azow

Bojke przywołała Mychajła Fedorowa, którego nazwała byłym ministrem obrony i, mimo młodego wieku, „ojcem” ukraińskiej rewolucji dronowej. Fedorow pokazał w mediach społecznościowych wizję wojny niedalekiej przyszłości, z humanoidalnymi robotami walczącymi zamiast żołnierzy. Darmoliński przyznał, że filmu jeszcze nie widział. Robotyzacja to jego zdaniem kierunek rozwoju wojny, ale odblokowanie manewru dzieje się „tu i teraz”, bo takiego nasycenia pola walki robotami jeszcze nie ma.

Przywołał przykład 3. Korpusu Armijnego, czyli tak zwanego korpusu Azow, który odzyskał 120 kilometrów kwadratowych terenu, wprowadzając do walki między innymi zrobotyzowane platformy naziemne. Rosyjskie biuletyny pokazują problemy z tym związane. Koledzy z korpusu potwierdzają, że największą trudnością dla obu stron jest niezrozumienie przez żołnierzy sposobu użycia dronów bojowych albo nieumiejętność ich wykorzystania przez dowódców. Ukraińcy robią to jednak „zdecydowanie lepiej” niż Rosjanie.

Darmoliński ma przyjaciół w samodzielnym batalionie bezzałogowców 3. Korpusu. To, co robią z dronami naziemnymi, skwitował: „szacun całkowity, bo tam nie ma granic”. Ich podejście do bezpieczeństwa żartobliwie nazwał „BHP zone” i dodał, że przynosi efekty. Zrobotyzowane kompleksy naziemne wprowadzono do walki, a nie tylko do logistyki.

Na morzu Ukrainie udało się zapędzić Flotę Czarnomorską do portów. Bojke zauważyła, że drony morskie to właściwie torpedy, „tylko kwestia nazwy”.

Walka kołowa nad stacją benzynową

Na uwagę Bojke, że w tej wojnie lotnictwo właściwie nie istnieje, Darmoliński odpowiedział anegdotą. Pośrodku Ukrainy konwój fundacji zatrzymał się na stacji benzynowej, bo jeden z uczestników musiał skorzystać z toalety. Nagle usłyszał silniki odrzutowe i przez prawie siedem minut oglądał walkę kołową. Piloci chyba nie mieli już rakiet, bo strzelali do siebie z broni pokładowej. Widział też samoloty nad Donbasem, w tym przemalowane maszyny dostarczone przez Polskę, oraz F-16 przechwytujące nad zachodnią Ukrainą pociski, rakiety i drony odrzutowe.

Lotnictwo nie zniknęło, tylko zostało „zdegradowane” i przekierowane do innych zadań, bo obie strony mają odpowiednie nasycenie systemami jego zwalczania. Dlatego Darmoliński sceptycznie podchodzi do zapewnień, że silne polskie lotnictwo sobie poradzi, choć takiego scenariusza nie wyklucza. Rosja ma zdolności dalekiego rażenia, o których Polska może tylko pomarzyć, i nie musi przekraczać granicy, by „narobić ambarasu” w Polsce i udawać, że to nie ona.

Przyznał, że niedawny pokaz siły na północno-wschodniej flance NATO sprawił, że Rosjanie się zatrzymali. Wiedzą, że siła NATO polega na jedności, i chcą skompromitować artykuły 4 i 5. „Jeszcze dwa lata temu mówiliśmy: jest artykuł piąty. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” – przypomniał. Bojke dodała, że dziś każdy może zdecydować według swoich sił i środków, a „wszyscy zaczęli czytać drobny druk, chociaż to nigdy nie był drobny druk”.

Darmoliński zauważył, że Rosja nie rozpoczęła wojny tylko po to, by zdobyć kawałek Donbasu, i zawsze sygnalizuje swoje zamiary. Zawsze mówiła, że państwa bałtyckie i Polska mają być jej strefą wpływów, a Ukraińcy z Rosjanami to jeden naród. „Tylko ja mam wrażenie, że nikt na to nie patrzy” – stwierdził. Rosja zyskała przy tym zdolności, których Polska dziś nie ma nawet możliwości pozyskać.

Bomby szybujące, chemia na Geraniach i popcorn

Lotnictwo jest dziś mniej ważne, ale tylko z perspektywy wojny w Ukrainie, a nie przyszłych konfliktów. Rosjanie rozwinęli w Syrii bomby szybujące KAB, które dziś są dużym problemem dla Ukrainy. Darmoliński wyjaśnił, że to bomba lotnicza z rozkładanymi skrzydłami, nawigacją inercyjną i GPS, która szybuje zamiast spadać pionowo.

Jednym ze sposobów walki z bombami szybującymi i z bezzałogowcami jest wielkopowierzchniowe zagłuszanie GPS. „My na dzień dzisiejszy takich zdolności nie mamy w Polsce” – podkreślił. Dodał, że w Ukrainie bywają noce, gdy nadlatuje 600 dronów, a gdyby do Polski wleciało 150, to on „otwiera popcorn i patrzy”, skoro już przy 20 był problem. Bojke odparła, że zamiast otwierać popcorn, trzeba coś zamknąć.

Ukraińskie ataki dronami na Rosję mają niekorzystną statystykę trafień, ale są dużo tańsze niż pociski balistyczne i manewrujące. Rosja to zrozumiała i produkuje rakiety, które trudniej zwalczać. Spektakularnych nalotów dronami jest mniej niż na początku roku, bo Ukraina zbudowała cały system ich zdejmowania z nieba. To nie są tylko „antydrony, o których się magicznie mówi”. Darmoliński przypomniał Bojke, że sama widziała w obwodzie czernihowskim, jak informacje spływają na tablety i jak określane są kierunki lotu. Bojke zauważyła, że drony latają dziś coraz wyżej i trudniej je zestrzelić z ziemi.

Darmoliński wyjaśnił, że Gerań stał się platformą, na której Rosjanie montują rakiety, drony FPV, głowice termobaryczne, a nawet elementy, które „troszkę są bronią chemiczną”. Są nasączane substancjami immuno- i neurotoksycznymi, by razić saperów, więc przy rozbrajaniu trzeba bardzo uważać. Zmodyfikowano też Gerberę, która jest dziś dwa razy większa i, choć głównie zwiadowcza, przenosi już ładunki bojowe. Zapytany, czy wciąż jest ze styropianu, odpowiedział, że już nie, „chociaż czasami jeszcze jest”. Jedna z nich wypłynęła niedawno na Bałtyku.

„Pocisk manewrujący z AliExpressu”

Rosjanie zwiększają prędkości, ale „ten kij ma dwa końce”, bo ograniczeniem staje się wytrzymałość płatowca. Doszli do wniosku, że z platformy Gerania więcej nie wyciągną, więc wprowadzili dwa nowe bezzałogowce: Gerania-5 i „Banderola”. Darmoliński nazwał je hybrydą drona i pocisku manewrującego. „W Ukrainie mówimy na to pocisk manewrujący z AliExpressu. Taka jest prawda” – stwierdził. „Banderol” odpalany jest z kilku platform powietrznych, a w jego szczątkach znajduje się elementy ogólnie dostępne właśnie na AliExpressie.

Budżet według Darmolińskiego: 30–20–50

Na pytanie, ile z tego wiedzą w MON i Sztabie Generalnym, Darmoliński odparł: „To jest dobre pytanie i zostawiam go bez odpowiedzi. Należałoby ich zapytać”. Bojke zaproponowała więc, by rozdzielił umowne 100 procent budżetu zbrojeniowego. Zaznaczył, że największą część przeznaczyłby tam, gdzie Polska nie ma zdolności, czyli na bezzałogowce „wszelakiej maści”. „Mówimy o rewolucji dronowej, ale my w nią kompletnie nie inwestujemy” – przyznał.

Największym kapitałem Ukrainy są jednak ludzie i partnerstwo wojskowo-cywilne, którego polska armia nie rozumie i nie potrafi zaakceptować. Technologia, która dziś walczy, to zaadaptowana technologia cywilna. Darmoliński nazwał „magicznym słowem” dual-use i podkreślił, że wiedza o tym, jak ona działa, jest w rękach cywilów, a nie wojska. Dlatego paradoksalnie zainwestowałby przede wszystkim w kadry, szkolenie i podniesienie kwalifikacji dowódców.

Zastrzegł, że nie wrzuca wszystkich do jednego worka, by nie usłyszeć, że obraża polski mundur, który bardzo ceni. Większość dowódców batalionów ma jednak jego zdaniem duże kłopoty z zarządzaniem personelem, bo nie są w tym kształceni. Wiedza menedżerska i inżynierska jest w rękach cywilnych. Bez jej stopniowego transferu i zmiany kultury technicznej oraz kultury zarządzania rewolucja nie nastąpi. Nawet inżynierowie wezwani z kartą mobilizacyjną trafią do systemu, który nie wykorzysta ich wiedzy. „Światełkiem w tunelu” są wojska cyber, które ten problem zrozumiały, „i nie jest to lokomotywa, na szczęście”. Reszta rodzajów sił zbrojnych jest od tego oderwana.

Ostatecznie na szkolenie przeznaczyłby ponad 30 procent budżetu, a na bezzałogowce „niestety tylko” 20 procent. W tej części mieści się robotyzacja, choć częściowo również w pozostałych środkach walki, bo kluczem jest współdziałanie rodzajów sił zbrojnych. Pozostałe 50 procent wydałby na sprzęt, który kupujemy, ale z myślą o jego modernizacji i adaptacji do współczesnego pola walki, a nie o kupowaniu „gołych” elementów.

Bojke dopytała, czy oznacza to koniec zakupów Abramsów i F-35. Darmoliński odparł, że „to nie jest tak do końca”. Powołał się na wypowiedź pułkownika Piotra Lewandowskiego, „świetnego fachowca”, z podcastu, który oglądał tego dnia. Zgadza się z nim, że w linii, czyli w gotowości do natychmiastowego użycia, Polska powinna mieć około 800 czołgów, a resztę w zapasie. Magazyny długoterminowego składowania niekoniecznie powinny być na terytorium Polski, bo Rosja może sięgnąć całego kraju środkami napadu powietrznego.

„Na dzień dzisiejszy nasza obrona przeciwdronowa nie istnieje. Nie ma jej po prostu. Nawet jeżeli będziemy zaklinać rzeczywistość, że budujemy SAN, budujemy inne systemy” – stwierdził. Dodał, że mówi to „facet od dronów”.

„Tę wojnę po prostu przegramy”

Bojke zauważyła, że wiele informacji jest niejawnych, ale łatwo się tym zasłaniać, a obywatele chcą wiedzieć, na co idą pieniądze. Zapytała, w jakim stopniu Polska korzysta z doświadczeń ukraińskich. „W zerowym procencie wykorzystujemy doświadczenia” – odpowiedział Darmoliński. Oszacował opóźnienie na mniej więcej dwa lata. „To jest straszne, co teraz powiedziałem, natomiast nasza armia całkowicie nie odrobiła lekcji. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że wypierają to, co się tam dzieje” – dodał.

Podkreślił, że dziś na polu walki walczą ze sobą inżynierowie. Strzelcy i szturmowcy też są potrzebni, ale muszą zdobyć kulturę techniczną. „Studiujcie na Politechnice i na WAT-cie” – zaapelowała Bojke. Darmoliński zauważył, że armie NATO nasycone są optoelektroniką, której Rosja nie ma w takiej skali, bo wywodzi się z innej kultury technicznej. Rosja ma jednak milionową armię, a Polska nie. Bojke przypomniała, że będzie ona liczyć 1,5 miliona żołnierzy, a Darmoliński potwierdził, że ukaz już się ukazał. Zażartował, że licząc kadry biurowe, Polska też doszłaby do 1,5 miliona.

Robotyzacja pola walki nastąpi, ale bez rewolucji w armii nie da się jej przeprowadzić. „Jeżeli nie będzie dużej zmiany mentalnej i nie będzie dużej zmiany polegającej na tym, że nasi dowódcy przejdą metamorfozę lub po prostu odejdą, to generalnie sytuacja jest taka, że tę wojnę po prostu przegramy” – ostrzegł. Trudne decyzje będzie musiało podjąć także całe społeczeństwo.

Wdzięczność mierzona odległością od frontu

Na koniec Bojke zapytała, na ile niewykorzystywanie ukraińskich doświadczeń wynika z ochłodzenia politycznego klimatu w ostatnich kilkunastu miesiącach. Darmoliński spędził w Ukrainie bardzo dużo czasu i wrócił stamtąd kilka tygodni temu. Przeżył konflikt zbożowy i różne kryzysy państwowe. „Miarą wdzięczności jest odległość od linii frontu” – stwierdził. Ukraina chce się dzielić wiedzą, a Polska potrafi ją wykorzystać, ale tkwi w wyparciu, że następny konflikt będzie wyglądał zupełnie inaczej.

Dla porównania przywołał Stany Zjednoczone, od których Polska kupuje prawie 90 procent sprzętu. Według niego sekretarz wojny Pete Hegseth powołał nowe dowództwo z doświadczonymi generałami, a audyt zdolności zlecił Elonowi Muskowi i dał mu na to kilka tygodni. Bojke zauważyła, że Musk, „czego byśmy o nim nie sądzili”, może coś wiedzieć o polu walki w Ukrainie. Darmoliński przypomniał, że Musk kilka razy wyłączał Starlinka, „co skończyło się tak, jak się skończyło”. Nie pozwolił też na ukraińskie ataki na Flotę Czarnomorską i blokował inne elementy ofensyw.

„Polityka jest polityką, natomiast relacje międzyludzkie są relacjami międzyludzkimi” – dodał. Empatię, jaką Polacy wykazali wobec Ukraińców, nazwał niespotykaną na skalę światową. „Oni zawsze byli tacy, jacy są. Tylko myśmy odkryli nagle, że oni tacy są” – zauważył.

Ukraińscy piloci złapali się za głowę

Darmoliński opowiedział historię, która, jak zastrzegł, „trochę uderzy w naszą armię”. Jeden z partnerów, których reprezentuje, kupił od jego firmy komponenty elektroniczne do dronów z myślą o testach w Wojsku Polskim. Okazało się, że brakuje mu pilotów. Dzięki kontaktom pożyczył ich od strony ukraińskiej, która się na to zgodziła. Testy przeprowadzono z udziałem ukraińskich pilotów, którzy zeszli z frontu na odpoczynek i dostali zgodę na przyjazd do Polski.

Gdy zobaczyli, jak przeprowadzamy testy, złapali się za głowę. „Dobrze, że u was nie ma wojny” – mieli powiedzieć. Uznali, że nawet polscy oficerowie nie rozumieją, jak działa jednostka hołubiona przez polityków i nagrywająca mnóstwo materiałów na TikToka. Darmoliński nie wskazał, o którą jednostkę chodzi. Słuchanie tego było dla niego przykre. „To jest poziom wiedzy, jaki adaptujemy” – podsumował i ponownie wskazał na kształcenie kadr.

Bojke podziękowała za „przygnębiający obraz sytuacji”. Zapytany o coś pozytywnego na koniec, Darmoliński odparł: „Przynajmniej zdajemy sobie sprawę, że jest źle”. „Albo niektórzy sobie zdają sprawę” – skwitowała prowadząca.


Materiał „KTO WYGRYWA W WOJNIE NA DRONY – ROSJA, UKRAINA I LABORATORIUM WOJNY [DARMOLIŃSKI I BOJKE]” dostępny na kanale Koniec Świata – Arleta Bojke na YouTube, liczącym 306 tys. subskrybentów. Opublikowany 16 października 2026.


You may also like

Strona 3 z 128
Strona 3 z 128

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *