13 km pod ostrzałem i bez pomocy. 69-latka wywiozła męża na wózku z linii frontu

Historia Natalii i Fedora Martynenków pokazuje realia życia cywilów w strefie przyfrontowej – bez dostępu do pomocy, pod stałym zagrożeniem ataków i z decyzjami podejmowanymi na granicy życia i śmierci.

Nagranie Natalii i Fedora Martynenków stało się viralem w mediach społecznościowych: 69-letnia kobieta przewiozła swojego męża na wózku inwalidzkim przez 13 kilometrów. Ich rodzinna Nowoseliwka pod Konstantynówką znajduje się w strefie działań wojennych, a wolontariusze i ekipy ewakuacyjne nie wjeżdżają już do miasta ani jego okolic.

 

View this post on Instagram

 

A post shared by Вадим Гейко (@vadim.geiko)


Małżeństwo zostało przejęte przez wolontariusza-kapelana Wadyma Hejkę i przewiezione do szpitala w Kramatorsku. Tego samego dnia Fedor przeszedł operację: amputowano mu nogę. Gdyby Martynenkowie zwlekali kilka dni, dla emeryta wszystko skończyłoby się tragicznie.

Obecnie Martynenkowie osiedlają się w obwodzie kijowskim — w „Hansen Miracle Town”. Zwykle nie ma tu miejsc, a obecnie budowana jest trzecia linia dla przesiedleńców. Spośród 10 000 wniosków organizatorzy muszą wybrać 300 osób. Dyrektor wykonawcza Ołeksandra Kondraszewa zobaczyła jednak nagranie z Natalią i Fedorem i powiedziała: „Musimy ich przyjąć”. I tak się stało.
„Przyzwyczajamy się do ciszy” — mówi Natalia. Na zewnątrz pada deszcz, rozmawiamy w domu: całe rzędy takich budynków, zadbane i nowe, ze świeżym sprzętem i meblami. „Żadnych wybuchów, żadnych ‘szahidów’. Nawet alarmu nie słychać, i to takie dziwne, wręcz niepokojące”.

Natalia pochodzi z okolic Konstantynówki, gdzie mieszkali wszyscy jej krewni — począwszy od dziadka i pradziadka. Fedor mieszkał na sąsiedniej ulicy. Gdy wrócił z wojska, pobrali się — ona miała 18 lat, on 21. Są razem od 51 lat.

Ich córka zmarła półtora roku temu — oderwał się skrzep. Wnuki i prawnuki mieszkają w Rosji, daleko, nad Morzem Japońskim. Natalia i Fedor pracowali w „hucie szkła” w Konstantynówce. Po przejściu na emeryturę mieszkali w swoim nowo wybudowanym i wyremontowanym domu.

W 2014 roku przez kilka miesięcy nad radą miejską powiewała flaga tzw. „DNR”, dopóki ukraińskie wojsko nie wyrzuciło tej szmaty. W kolejnych latach miasto żyło względnie spokojnie: pomnik Lenina został zburzony, a w jego miejsce postawiono Szewczenkę, w wyborach prezydenckich mieszkańcy głosowali na prorosyjskiego Jurija Bojkę. A w drugiej turze — na Wołodymyra Zełenskiego. W Konstantynówce stacjonował 90. batalion, który walczył o lotnisko w Doniecku i bronił Piasków, Zajcewego i Opytnego.

„To właśnie z powodu nogi podjęliśmy decyzję o wyjeździe” Natalia Mazina / hromadske

Jak to — on będzie siedział sam w domu, a ja będę bezpieczna

Od 2022 roku na miasto i okoliczne wsie spadają bomby, rakiety i miny. Budynki były niszczone dziesiątkami naraz, Rosjanie niszczyli szkoły, licea, kotłownie i „punkty niezłomności”. Ginęli mieszkańcy. Gdy zamknięto cmentarz, ludzi chowano na podwórkach. Bez pogrzebów, bez pożegnań, bez zgromadzeń: sąsiedzi szybko kopali dół, owijali ciało folią i uciekali, żeby nie zostać zauważonym przez drona.

Nie minęło dużo czasu, zanim walki dotarły do części wsi, gdzie mieszkali Martynenkowie. Wciąż mieli nadzieję, że wojna się skończy albo że Rosjanie nie przyjdą. Nie robili nawet planów „na wypadek”.

W sierpniu ubiegłego roku w Konstantynówce zniknęła woda, prąd i gaz, a wraz z nadejściem zimy стало jasne, że nie będzie ogrzewania. Zamknięto sklepy i targi, banki i szpitale. Ludzie masowo uciekali. Jedni do krewnych, inni do bezpieczniejszych miejsc, gdzie można wynająć mieszkanie. Rodziny z dziećmi ewakuowano przymusowo. Na ulicy Martynenków z ponad stu mieszkańców zostało kilkanaście osób.

Natalia i Fedor zostali. On stracił nogę: amputowano ją osiem lat temu z powodu cukrzycy. Chodził na protezie i o lasce. Emerytury wynosiły mniej niż 10 tysięcy hrywien na dwoje. Uznali: jeśli wyjadą, nie przeżyją za takie pieniądze.

Zima przyszła z silnymi mrozami. Mąż rozebrał automatyczny kocioł i ogrzewali dom węglem i drewnem, które przygotowali wcześniej. Świecili świecami, lampami, latarkami. Telefon (jakieś połączenie było) i powerbank ładowali z generatora sąsiada. Pompowali nim także wodę.

Jakie jedzenie? „Konserwy”, ziemniaki przygotowane na zimę i bardzo dużo kaszy oraz konserw: wszystko, co przez lata rozdawali wolontariusze jako „pomoc humanitarną”, teraz zostało zużyte.

„Na początku nawet koty nie chciały na to patrzeć, marzyliśmy o mleku, słoninie i mięsie, ale potem i one, i my porzuciliśmy te pańskie przyzwyczajenia”, mówi smutno Fedor.

Ktoś zostawił im butlę gazową, ktoś małą kuchenkę i turystyczne kartusze. Gdy pogoda pozwalała, gotowali na ognisku na podwórku. Choć wojskowi ostrzegali: nie róbcie tego, dym widać. A niebo było pełne dronów. Para żartowała: nie otwieraj ust, bo coś do niego wleci.

„Ale dalej paliliśmy i gotowaliśmy. Bóg miał nas w opiece”, wspomina Natalia.

Mąż nie chciał schodzić do piwnicy: bez nogi, na protezie, to niewygodne. A ona sama się bała. O niego.

„Jak to — on będzie siedział sam w domu, a ja będę bezpieczna. Nie zostawiłam go. Spaliśmy w jednym łóżku, a koty były z nami: Wasia i Ryżyk”.

Tak żyli: gdy robiło się ciemno, siadali naprzeciw siebie i rozmawiali. O wszystkim.

„Nie wyrzuciłam go. I spaliśmy w tym samym łóżku, a koty były z nami: Waska i Ryżyk” Natalia Mazina / hromadske

Urazy i decyzja o wyjeździe

Prawie nie wychodzili poza podwórko. A gdy patrzyli: jednego domu nie ma, drugiego też. Raz przy ich ogrodzeniu dron trafił w chłopaka. Nawet nie drgnął.

Natalia płakała bez przerwy, bo niszczono jej rodzinne strony. W styczniu tego roku Fedor został ranny. Wyszedł zawołać sąsiada i dron spadł osiem metrów od niego. Wybuch, słup czarnego dymu, „zagotowało” w trzech miejscach jego zdrową nogę. Dym opadł.

„Co to było, Sierioża?” zapytał Fedor sąsiada i rozejrzał się: brama wyrwana, ściana garażu uszkodzona.

„Nie zrozumiałeś, że prawie pożegnałeś się z życiem?” zaśmiał się chrypliwie.

Żona opatrzyła ranę, ale odłamek został w środku. Miesiąc później palce u nogi zaczęły czernieć. Fedor zrozumiał, że zaczyna się to samo, co z poprzednią nogą. Trzeba amputować, inaczej gangrena. Temperatura już wzrosła, miał gorączkę. Natalia co dwie godziny ogrzewała dom, żeby było mu ciepło.

„To przez nogę zdecydowaliśmy się wyjechać”, mówi. Napisała do swatki w Kijowie, prosząc o pomoc. Ta znalazła wolontariusza Wadima Hejkę, który miał zabrać małżeństwo i zawieźć Fedora na operację.

Serce nie jest z kamienia

Najtrudniejsze było jeszcze przed nimi — wydostać się z ostrzeliwanego terenu: wolontariusze już tam nie wjeżdżali. A to bardzo niebezpieczne i straszne. Na niebie drony, na ziemi zniszczony sprzęt wojskowy i ciała ludzi. Wolontariusze pytali: iść w deszczu czy przy zachmurzeniu — wtedy dronów jest mniej. Ale w marcu, jak na złość, codziennie była słoneczna pogoda. Trzeba było iść.

Wczesnym rankiem zamknęli dom i nie oglądali się, nie żegnali, żeby nie pękło serce. Wzięli tylko torbę z dokumentami i lekami i wyszli.

„Bardzo mi żal Ryżyka. Mały kot, przywiązał się do nas. Wasia jest starszy, ma cztery lata, poradzi sobie. Oba potrafią łapać myszy. Ryżyk taki mądry, mówię: ‘czas spać’, a on już w łóżku, zanim ja dojdę o kulach. Nie mogliśmy ich zabrać, nie było gdzie, nawet nie wiedzieliśmy, gdzie będziemy mieszkać”, wzdycha Fedor.

Poprosili sąsiada, żeby zajął się zwierzętami.

Znajomi przewieźli ich przez rzekę: most był zniszczony, ktoś ułożył gałęzie i drzwi jako przejście. Wzięli Natalię za rękę, Fedora nieśli, pomogli im przejść przez pole, a potem małżeństwo poruszało się już samo po asfalcie.

Starszej kobiecie ciężko było pokonać 13 kilometrów. Szeptała przez łzy: „Natasha, trzeba iść. Natasha, idź”. Za nią brzęczały drony, modliła się.

Spotkali kilka grup ukraińskich żołnierzy: szli na pozycje. Pytali: „Co wy tu robicie?”

fot. Natalia Mazina / hromadske

Kobieta była cały czas w kontakcie z wolontariuszami, ci przyjechali i szybko zabrali ich do samochodu, obok przeleciał dron. Jakim cudem nic nie zrzucił — nie wie. Myśli, że operator się nad nimi zlitował.

O 10 rano byli już w szpitalu w Kramatorsku, a po południu lekarze wywieźli Fedora z sali operacyjnej: „Gdyby to było kilka dni później, nie byłoby po co przyjeżdżać”.

Obecnie nie ma kontaktu z Nowoseliwką i Konstantynówką. Wiedzą, że kilka dni po ich wyjeździe pocisk trafił w dom naprzeciwko, z ich domu zerwało dach, wybite zostały okna i drzwi. Nie wiadomo, co stało się z kotami.

„Przywieźli nas tutaj, do obwodu kijowskiego, do ‘Miracle Town’. Czekał na nas pełen stół jedzenia, raz dziennie dostajemy gotowy obiad, są badania lekarskie, jest gdzie spacerować z wózkiem. Dali nam jeszcze dwa, jeden elektryczny. Wszyscy są bardzo życzliwi. Rozmawialiśmy przez internet z założycielem miasteczka, Hansenem, poznaje wszystkich mieszkańców osobiście. Będziemy mu wdzięczni do końca życia”, mówi Natalia.

I dodaje:

„Dziadek zabrania mi wspominać nasz dom… Ale dziś mi się śnił. I ludzie, z którymi tam żyliśmy”.

Fedor zapala papierosa i patrzy w okno.

 

Fedir Martynenko
fot. Natalia Mazina / hromadske

Źródło i zdjęcia: za hromadske / Zdjęcie główne: screenshot własny

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *