Marcin Giełzak rozmawiał z prof. Rafałem Chwedorukiem, politologiem i autorem rozprawy naukowej o polityce historycznej, w programie Dzieje na kanale Żeby Wiedzieć. Ponad dwugodzinna rozmowa objęła fundamentalne pytania o naturę polityki historycznej, model niemiecki, antykomunizm jako pułapkę, klęskę polskiej polityki pamięci wobec Ukrainy oraz kwestię ewentualnej penalizacji kłamstwa wołyńskiego.
Czym jest polityka historyczna — subiektywizm contra obiektywizm
Chwedoruk zaczął od uporządkowania definicji. Polityka historyczna to z jednej strony polityzacja historii — upolitycznienie narracji o przeszłości na poziomie naukowym, edukacyjnym i popularnonaukowym. Z drugiej strony to historyzacja polityki — niemożność uprawiania polityki bez odwołania do przeszłości. Nigdy nie istniała ekipa rządząca, która nie miałaby jakiegoś stosunku do historii — od gloryfikacji dawnych czynów po programowe zaczynanie od zera, jak w czasie rewolucji francuskiej, która sama była głęboko zakorzeniona w fascynacji antykiem.
Profesor wskazał na paradoks: uznanie, że historii nie można uprawiać w oderwaniu od moralności i życia społecznego, łączy pozornych śmiertelnych wrogów. Powiedzą to zarówno konserwatyści — historia musi być przepracowana aksjologicznie — jak i postnowoczesna lewica, dla której po Holokauście i odkryciu prześladowania mniejszości nie można pisać beznamiętnych książek historycznych. Zdeklarowany marksista i zafascynowany Reaganem konserwatysta mogą w tej kwestii stać ramię w ramię, a po drugiej stronie znajdą się spadkobiercy Herberta Marcuse i francuskiej kontrrewolucji.
Niemcy wygrywają politykę historyczną nawet gdy przegrywają wojny
Giełzak zauważył, że przeciętny Polak uznałby Niemcy za mistrzów polityki historycznej — wmówili światu, że Holokaustu dokonali beznarodni naziści, zepchnęli odium na innych, a sami wyszli jako naród myślicieli i poetów, który na chwilę wpadł w zbiorowy obłęd. Chwedoruk potwierdził, że ta polityka była skuteczna — ale w konkretnych warunkach. Cud ekonomiczny, zimna wojna, model społeczny oparty na etosie mieszczańskim — to był kontekst, w którym narracja Adenauera i Kohla działała. Dziś, gdy Niemcy militaryzują się, dowódca sił powietrznych mówi o gotowości do wojny z Rosją, a przemysł się sypie, te same narracje tracą grunt.
Profesor zwrócił uwagę na coś, o czym polska prawica nie mówi: to co ona krytykuje jako niemiecką manipulację historią, w Niemczech mówi przede wszystkim lewica. Im bardziej radykalna, tym głośniej. Spór wewnątrz Republiki Federalnej o rozliczenie z przeszłością był permanentny — od kontrowersyjnej książki Fischera o odpowiedzialności Niemiec za I wojnę światową, przez rewoltę lat 60., po filmy takie jak ten o prokuratorze Bauerze, który złamał prawo i doniósł Mosadowi na Eichmanna, bo uznał, że powinności moralne są ważniejsze niż prawo pozytywne.
Chwedoruk przywołał też konkretny przykład niemieckiej gry: w powszechnie cytowanym przemówieniu prezydenta Weizsäckera, w którym wymienił wszystkie ofiary III Rzeszy, nagminnie w przedrukach pomijana jest wzmianka o Polakach. To nie przypadek — to efekt struktury interesów.
Antykomunizm jako pułapka — Polska wzmacnia rosyjską propagandę
Chwedoruk postawił tezę, którą sam określił jako niepopularną: fanatyczny antykomunizm polskiej debaty publicznej, wyniesiony do rangi absolutnego aksjomatu po doświadczeniu lat 80., paradoksalnie oddaje Związkowi Radzieckiemu monopol na antyfaszyzm i tym samym wzmacnia rosyjską propagandę. Polska sama podkopuje swoją pozycję, odmawiając odwołania do tradycji antyfaszystowskiej, bo ta wydaje się lewicowa.
Tymczasem antyfaszyzm był zjawiskiem znacznie szerszym — od demokratycznych socjalistów przez konserwatystów w Danii po różne środowiska w całym świecie zachodnim. Polska jako jedyne państwo, które było w stanie wojny z Niemcami nieprzerwanie od 1 września 1939 do 8 maja 1945 roku i poniosło jedne z największych strat, miałaby najlepsze podstawy, żeby tę narrację przejąć. Powstanie Warszawskie można opisać jako antyniemieckie i antyfaszystowskie — i wtedy miałoby ono sojuszników w wielu środowiskach na Zachodzie, które dziś go nie znają. Zamiast tego Polska ze względów ideologicznych sama utrwala radziecki monopol na antyfaszyzm.
Profesor odrzucił teorię totalitaryzmu jako narzędzie równania zbrodni. Sześć lat panowania III Rzeszy nad polskimi ziemiami oznaczało minus sześć milionów ludzi, w tym ponad pięć milionów cywilów. Hitler już w Mein Kampf pisał o Polakach jako niepełnowartościowych — nie było mowy o jakiejkolwiek politycznej kolaboracji, bo Niemcy rasistowscy jej dla Polaków nie szukali. Pod sowiecką okupacją Polska przetrwała jako naród i liczy dziś czterdzieści milionów obywateli. To zupełnie różne ligi — i zrównywanie ich jest z polskiej perspektywy szczególnie niebezpieczne, bo wzmacnia argumenty prawicy niemieckiej.
Polska przez lata oklaskiwała kult UPA
Przechodząc do Ukrainy, Chwedoruk ocenił, że polskie elity polityczne en bloc ponoszą współodpowiedzialność za klęskę polityki wobec Ukrainy — i to wszystkie kolejne formacje, nie tylko jedna strona sceny politycznej. Kult UPA i Bandery był przez lata zjawiskiem lokalnym — zachodnioukraińskim, z drobnymi wyspami gdzie indziej. To prezydent Juszczenko jako pierwszy wyniósł go na poziom kultu państwowego i ogólnonarodowej polityki historycznej, łamiąc wszystkie wcześniejsze wewnętrzne konsensy ukraińskie. Wcześniejsza narracja — choć trudna dla Polski ze względu na gloryfikację związków z Rosją — była przynajmniej odległa od kultu ludobójców. Polska na przemianę Juszczenki klaskała.
Polscy politycy byli fotografowani na tle czerwono-czarnych flag UPA, a chwilę po ich wyjeździe urządzano uroczystości ku czci SS Galicja. Wystarczy przejrzeć strony ukraińskiego parlamentu i rocznice, które są tam upamiętniane — rzecz absolutnie niebywała. W 2023 roku w Białej Cerkwi, największym mieście obwodu kijowskiego, nadano ulicy imię Diaczenki — esesmana tłumiącego Powstanie Warszawskie. Nikt nie zareagował.
Chwedoruk wskazał też na mało znany fakt: przez długi czas, po Polakach, największą grupą ofiar UPA byli sami Ukraińcy — setki zbrodni politycznych na własnych rodakach, którzy odmawiali współpracy lub ostrzegali polskich sąsiadów. W Żarach na ziemi lubuskiej jest tablica pamięci sprawiedliwych Ukraińców. Mało kto o tym wie.
Kult UPA to prezent dla Putina
Profesor podkreślił głęboki paradoks: czczenie Szuchewycza, Melnyka i SS Galicja jest doskonałym prezentem dla propagandy Putina. Denazyfikacja Ukrainy była głównym leitmotivem rosyjskiej narracji uzasadniającej inwazję — i ukraińscy nacjonaliści sami dostarczali materiału dla tej narracji. Melnyk był zbrodniarzem, który uznał, że odrzucenie przez Niemców ukraińskiej państwowości nie jest przeszkodą w kolaboracji. Zwykły Ukrainiec — w większości mówiący na co dzień po rosyjsku — nie miał żadnego powodu, żeby umierać w imię hitlerowskich kolaborantów. Gloryfikacja tych postaci nie mobilizowała szerokiego społeczeństwa, lecz alienowała i dostarczała Rosji argumentów.
Interesy Polski i Ukrainy są strukturalnie sprzeczne
Chwedoruk postawił tezę rzadko artykułowaną wprost: interesy Polski i Ukrainy są sprzeczne. Na rynku transportowym, rynku owoców miękkich, zbóż, pszenicy, przemysłu stalowego — niezależnie od tego, kto będzie rządził Ukrainą, wcześniej czy później będziemy z nią konkurować. Jeden z ekonomistów trzeźwo zauważył, że jeśli ktoś w Polsce jest zwolennikiem Poleksitu, to pierwszym krokiem do Poleksitu będzie wejście Ukrainy do Unii Europejskiej.
Profesor wskazał na symptomatyczny fakt: kilka dni przed rosyjską agresją Ukraina złożyła pozwy w sądach europejskich w sprawie regulacji rynku transportowego — de facto uderzając w Polskę w momencie, gdy jej przywódcy musieli już wiedzieć, że będą potrzebować polskiego wsparcia. Ta sprzeczność interesów nie jest hipotezą na przyszłość — już wtedy była faktem.
Zmarnowana szansa na dialog z rosyjskojęzyczną Ukrainą
Chwedoruk zwrócił uwagę na historyczną szansę, którą Polska zmarnowała. Rosyjskojęzyczni Ukraińcy ze wschodu — ani filoputinowscy, ani nacjonalistyczni — szukali trzeciej tożsamości. Nie chcieli do Rosji, ale nie chcieli też zachodniej Ukrainy z kultem UPA. Polska mogła zaproponować im alternatywę: przyjdźcie, będziecie obywatelami Unii Europejskiej, nieważne w jakim języku mówicie i co myślicie o historii. Zamiast tego zadowalano się inwestycjami ukraińskich oligarchów w Polsce, z których strategicznie nic dobrego dla polskiej gospodarki nie wynikało. Profesor ocenił, że ma wrażenie, iż stypendia i wpływy płynęły raczej w odwrotną stronę — od ukraińskich oligarchów do polskich środowisk.
Co można było i nadal można zrobić
Chwedoruk wymienił konkretne narzędzia, których Polska nie użyła. Pomnik Sprawiedliwych Ukraińców, upamiętniający tysiące Ukraińców ratujących Polaków przed UPA, mógł stać pod ambasadą Ukrainy w Warszawie — to niewiele kosztuje. Wszyscy samorządowcy ukraińskich miast głosujący za pomnikami Bandery lub Szuchewycza mogli zostać uznani za persona non grata w Polsce. Sprawę można i należy umiędzynarodowić — Czechy, Słowacja, Węgry, Ormianie, Żydzi, każde z tych środowisk ma własne rachunki z kultem OUN-UPA. Skandal w kanadyjskim parlamencie, gdzie SS-man dostał owację na stojąco, był okazją na umiędzynarodowienie problemu — Polska jej nie wykorzystała.
Powojenna historia — przespana tożsamość ziem odzyskanych
W szerszym kontekście polityki historycznej Chwedoruk krytycznie ocenił polską politykę pamięci wobec ziem odzyskanych po 1989 roku. PRL wydała ogromne pieniądze na budowanie narracji o piastowskim charakterze tych ziem. Solidarność i nurty postsolidarnościowe potraktowały tę narrację z buta — liberałowie wyśmiewali jej polskość, konserwatyści odrzucali jako produkt komunistyczny. Tymczasem to właśnie na tych ziemiach rozegrała się wielka epopeja powojennej odbudowy — spontaniczna, ludzka, ogromna. Odbudowa Gdańska, Wrocławia, Szczecina przez ludzi zewsząd, którzy tworzyli nową polskość na gruzach. Chwedoruk ocenił, że to właśnie ten epos — historia społeczna, nie polityczna — mógłby być podstawą lewicowego patriotyzmu, którego Polska wciąż nie potrafi sformułować.
Teoria totalitaryzmu jako broń prawicy
Profesor odniósł się do kwestii zrównywania totalitaryzmów, wskazując, że teoria totalitaryzmu ma dwa warianty. Konserwatywny świadomie zrównuje, żeby nieco zmyć plamę z honoru prawicy. Liberalny twierdzi, że to była epoka totalitaryzmu, w której jednostka była sam na sam z władzą — co stawia w jednym rzędzie Żydów w obozach śmierci i obywateli NRD. Jeden z historyków opisał tę logikę celnie: w tej optyce ofiarami II Wojny Światowej są Sophie Scholl i Roland Freisler, który ją skazał na śmierć — bo oboje faktycznie zginęli.
Czy penalizować kłamstwo wołyńskie?
Chwedoruk odniósł się do pytania o ewentualną penalizację kłamstwa wołyńskiego na wzór kłamstwa oświęcimskiego. Jest generalnie sceptyczny wobec penalizowania wypowiedzi, ale wskazał na istniejące w Europie dwa modele. Model anglosaski — pierwsza poprawka, pełna swoboda słowa, sądy cywilne — przeżywa kryzys. Model europejski, zwłaszcza niemiecko-francuski, penalizuje kłamstwa dotyczące ludobójstw — nie tylko Holokaustu, ale też zbrodni kolonialnych i ludobójstwa Ormian we Francji.
Granicą, przy której penalizacja jest jego zdaniem uzasadniona, jest ludobójstwo — nie zbrodnie polityczne budzące spory interpretacyjne, lecz zaplanowany, wykonany na zimno akt eksterminacji. W tym sensie Wołyń i zbrodnie na Kresach Wschodnich jego zdaniem kwalifikują się do objęcia taką ochroną.
Zastrzegł jednak, że kryzysu w relacjach z Ukrainą — niezależnie kto nią będzie rządził — i tak nie unikniemy, bo tak jest skonstruowana struktura interesów. Ukraina będzie się orientować na wiele różnych partnerów. Do każdego problemu lepiej jednak przystępować będąc przygotowanym, mając różne warianty. Każdy kraj, nawet najbardziej pokojowy, ma gotowy plan na wypadek konfliktu z każdym sąsiadem — nawet formalnym sojusznikiem.
Podsumowanie — polityka historyczna jako farsa
Zapytany o jednozdaniowe podsumowanie, Chwedoruk nawiązał do Hegla: historia powtarzająca się jako farsa. Postęp wiedzy, relatywizacja podziałów i zmiany struktury społecznej pokażą nam małość naszych dzisiejszych sporów. Żyjąc w Polsce, ma się wrażenie epicentrum wielkiego konfliktu — tymczasem na tle wielu państw świata nie dzieje się tu absolutnie nic. Mieszczańska nuda. A polityka historyczna z tej perspektywy sprawia wrażenie jednej z gałęzi popkultury.