„Polityka to domena wartości wyrażonych w dolarach”. Starlink, deal Trumpa z Putinem i lekcja dla Polski — Zbigniew Parafianowicz w rozmowie z Piotrem Zychowiczem w Historii Realnej

•
Nowe

Zbigniew Parafianowicz, dziennikarz Wirtualnej Polski i autor książki „Kłopot z Zełenskim”, był gościem Piotra Zychowicza w Historii Realnej. Rozmawiali o spowolnieniu Starlinka i odcięciu Ukrainy od amerykańskich danych wywiadowczych, które Zychowicz nazwał ciosem w plecy. Parafianowicz ocenił, że Wołodymyr Zełenski zaczyna rozumieć, iż może zostać pionkiem poświęconym w grze mocarstw, a Donald Trump przed szczytem G20 w Miami będzie naciskał na oddanie Donbasu. Taki wynik ułatwiłby Trumpowi wielki deal energetyczny z Władimirem Putinem, w którym Amerykanie mieliby zarabiać m.in. na Nord Streamie.

Według Parafianowicza dla Polski płyną z tego bardzo negatywne wnioski: agresja okazuje się opłacalna, wojna z amerykańską bronią jest tylko „półsuwerenna”, a Fort Trump wzmacnia bezpieczeństwo, ale nie jest jego żelazną gwarancją. Dziennikarz przekonywał, że jedynym kierunkiem jest mądra militaryzacja państwa i przyjęcie założenia, że obrona spocznie głównie na Polakach. Pojęcie „zdrady” w stosunkach międzynarodowych uznał za nieadekwatne, bo państwa współpracują tylko dopóty, dopóki im się to opłaca.

Kłopot z Trumpem

Zychowicz przedstawił gościa jako jednego z ulubionych rozmówców widzów Historii Realnej, którzy „się go domagali”. Parafianowicz jest publicystą i ekspertem do spraw międzynarodowych, współprowadzi z Markiem Magierowskim podcast „Bez doktryny” na kanale Teraz WP i jest autorem książek „Polska na wojnie” oraz „Kłopot z Zełenskim”, jednego z bestsellerów 2026 roku. Prowadzący zaczął od uwagi, że gość napisał książkę o kłopocie z Zełenskim, a teraz to Zełenski ma poważny kłopot, tyle że z Trumpem.

Parafianowicz przyznał, że sytuacja jest „nie do pozazdroszczenia”. Trump od dawna daje do zrozumienia, że nie jest mu po drodze z ukraińskim prezydentem. Według „Washington Post” amerykański prezydent konsultuje swoje stanowisko z Francją, Niemcami i Wielką Brytanią i za wszelką cenę chce wygasić konflikt do grudnia. Parafianowicz uznał to za nierealne i naiwne, ale spodziewa się, że do szczytu G20 w Miami presja na Zełenskiego będzie rosła.

Starlink spowolniony, front bez łączności

Zychowicz zauważył, że te środki nacisku kosztują ludzkie życie. Tematem dnia było to, że Elon Musk na polecenie Białego Domu poważnie spowolnił Starlinki, przez co sypie się łączność na froncie, a drony nie mogą latać.

Parafianowicz uznał to za informację strategiczną. Jego zdaniem przebija ona bańkę wyobrażeń o samodzielności Ukrainy i jej zdolnościach ekspedycyjnych. Bez Starlinka i amerykańskiego wywiadu Ukraina jest „z trudem utrzymującą się machiną obronną” bez możliwości dalekich uderzeń. Może się to zmienić, jeśli w dostarczaniu danych wywiadowczych zastąpią Amerykanów w dużej mierze Brytyjczycy i Francuzi.

Na jakiś czas ukraińskie uderzenia zostaną sparaliżowane, ale Parafianowicz wierzy, że po pierwszym szoku Ukraińcy znajdą obejście. Rosjanom też wyłączono Starlinka, a oni zaczęli budować własne systemy naprowadzania dronów, oparte na technologiach chińskich i częściowo rodzimych. Na początku były prymitywne, „jakby nosili wielką lodówkę na plecach”, ale to się zmienia.

Zaskakuje go, że Ukraińcy nie przewidzieli takiej decyzji Muska, skoro obserwowali politykę Trumpa. Najprostszym obejściem byłoby to, co robili kiedyś Rosjanie: kupowanie Starlinków zarejestrowanych na przykład w Zjednoczonych Emiratach Arabskich czy w Polsce i używanie ich w roamingu. To sposób „nawet prymitywny”, ale wykonalny. Spowolnienie bardzo skomplikuje jednak trwającą operację „Vivaldi” III Korpusu pod Łymaniem, gdzie łączność jest niezbędna, by odpychać Rosjan od północnych bram Słowiańska i Kramatorska.

Polska płaci, Zełenski szuka winnych

Zychowicz zwrócił uwagę na wątek, którego media jeszcze nie podniosły: to Polska opłaca abonament za Starlinki używane przez Ukraińców. Parafianowicz potwierdził, że częściowo tak jest, ale nie sądzi, by była wola składania reklamacji. Bez względu na to, jak bardzo premier Donald Tusk deklaruje miłość do Zełenskiego, jego podejście jest równie transakcyjne i „markowane” jak u zachodnich przywódców.

Dziennikarz nie uważa tego za głupie. Tusk wszedł ostatnio w ostentacyjne szukanie porozumienia z Zełenskim, bo gdy Ukraina zacznie przegrywać, jej prezydent będzie szukał winnych, a najłatwiej znaleźć ich w Polsce. Porażki wynikające z odcięcia danych wywiadowczych i Starlinka Zełenski będzie tłumaczył narracją: „jesteśmy zdradzeni o świcie, sojusznicy nas zdradzili, to nie moja wina”. Dobrze byłoby więc, by nie budował przy tym wrogości wobec Polaków.

Próbkę takiej narracji już widać. Po nocnym uderzeniu rosyjskich pocisków balistycznych w kijowską elektrociepłownię Zełenski powiedział, że nie dostał informacji wyprzedzających i że Ukraińcy wykryli pociski dopiero w końcowej fazie lotu. Parafianowicz nazwał to dość nieudolną propagandą. Zastrzegł, że sytuacja jest brutalna i pociągnie za sobą ofiary cywilne, ale żadne państwo poza samą Ukrainą nie ma obowiązku jej bronić. Ukraina nie należy do NATO, więc odmowa przekazania danych nie łamie żadnych zobowiązań traktatowych.

Dlatego dobrze, że polskie władze wygasiły gorący spór i wykorzystały okno możliwości z przełomu sierpnia i września, by nie stać się kozłem ofiarnym ukraińskiej propagandy, czyli jednym z sojuszników, którzy „zawiedli”.

„Big man, mamy cię na oku”

Zychowicz przytoczył wpis Radosława Sikorskiego do Elona Muska: „Hej, big man, czy znowu mieszasz się do polityki? My, europejscy klienci, mamy cię na oku”. Zastanawiał się, czy minister nie powinien zareagować mocniej i zażądać zwrotu pieniędzy.

Parafianowicz uznał, że wpis ma sens. Sikorski dość dobrze czuje Amerykę i zdaje sobie sprawę, że Amerykanie będą się długo „obmywać” po tej specyficznej prezydenturze. Rozumie, że bezpieczeństwo Europy będzie musiało się europeizować, choć bez jednoznacznego udziału USA będzie bardziej kruche. Tragiczne jest jednak to, że o kierunku wojny decyduje jeden miliarder, właściciel korporacji naciśnięty przez Biały Dom i Pentagon. Ten stan nie będzie wieczny, bo wiele koncernów pracuje nad podobnymi rozwiązaniami i Musk nie będzie dominował w mobilnym internecie na zawsze.

Sikorski jest krytykowany za to, że wchodzi w spory na Twitterze, gdy negocjowany jest Fort Trump. Parafianowicz odczytuje jednak jego intencje tak, że minister wychodzi z założenia, iż ta prezydentura może okazać się bardzo nieudana.

Brudny deal i europejska hipokryzja

Dziennikarz opisał w Wirtualnej Polsce deal, który Trump szykuje na szczyt G20: przejęcie przez Amerykanów aktywów firm naftowych zamrożonych w Europie lub kontrolowanych przez państwo niemieckie, Łukoilu i Rosniefti, a także wejście w Nord Stream. Nazwał go „bardzo brudnym dealem”. Choć Europa go krytykuje, Parafianowicz jest prawie pewien, że Europejczycy, a zwłaszcza Niemcy, wcześniej czy później się do niego przyłączą. Zychowicz zapytał retorycznie, dlaczego mieliby być „świętsi od papieża”, skoro Ameryka chce zarabiać na rosyjskiej energii.

Parafianowicz przypomniał słowa sekretarza skarbu USA Scotta Bessenta, który wypomina Europie, że przez całą pełnoskalową wojnę handluje rosyjskimi surowcami. Przykładem jest LNG kupowane od Giennadija Timczenki, oligarchy bliskiego Putinowi, którego import przez porty ARA (Amsterdam, Rotterdam, Antwerpia) rośnie w ekspresowym tempie. Fiński think tank wyliczył, że od początku wojny Europa kupiła rosyjskie surowce za około 250 miliardów euro (ok. 1,09 bln zł), mniej więcej tyle, ile są warte zamrożone w Europie rosyjskie aktywa. Europa mówi więc o zasadach i wartościach, ale sama wchodzi w takie interesy. Dziennikarz jest pewien, że wejdzie też w deal trumpowski: będzie kupować surowce za pośrednictwem Trumpa, który weźmie prowizję, a Niemcy dostaną tańszy gaz i ropę.

To trzeci kłopot Zełenskiego: zaczyna rozumieć, że będzie pionkiem poświęconym w tej grze, a interesy Ukrainy zostaną uwzględnione w najmniejszym stopniu. W końcu stanie przed wyborem: albo podpisze „zgniły deal”, albo będzie bronił się sam, pokazując prawdę o sile ukraińskiej armii bez danych wywiadowczych, bez Starlinka i bez programu PURL. Ukraińscy dyplomaci powiedzieli Parafianowiczowi, że do gry wprowadzono także szantaż związany z tym programem. Jeśli Zełenski nie zgodzi się na ustępstwa, Amerykanie przestaną sprzedawać Ukrainie broń kupowaną za europejskie pieniądze, w tym polskie.

Czego chce Trump: Donbasu bez walki

Na pytanie, czego konkretnie Trump oczekuje od Zełenskiego przed szczytem w Miami, Parafianowicz odpowiedział, że nic się nie zmieniło: chodzi o oddanie Donbasu. To warunek, który pozwoliłby Putinowi zamarkować rozejm i wyjść z twarzą z wojny o niejednoznacznym dla niego rezultacie. Front stoi. To, że Ukraińcy zdobędą kilka wiosek pod Łymaniem, a Rosjanie przesuną się po ogródkach działkowych pod Drużkiwką, nie może Putina satysfakcjonować.

Putin podpisze pseudoporozumienie rozejmowe za cały Donbas bez walki, na co Ukraińcy nie chcą się zgodzić. Rozumieją, że w kolejnej odsłonie wojny Rosja miałaby wtedy łatwiejszy dostęp do równinnych, słabiej ufortyfikowanych terenów na zachód od linii miast twierdz.

Trump wie, że sprawa Donbasu blokuje zaproponowany przez niego Putinowi deal energetyczny. Ten deal jest zdaniem Parafianowicza najpewniej związany z prywatnymi interesami prezydenta. Głównym negocjatorem jest Jared Kushner, a w tle są biznes amerykański i biznes ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich powiązany z rodzinami Trumpa i Steve’a Witkoffa. Na prowizji od handlu energią zarobi więc sam Trump. Nawet jeśli w przyszłości czeka go impeachment i śledztwa, będzie bogatym człowiekiem, który ogłosi, że tysiące ludzi przestały ginąć. Zychowicz dopowiedział: „jeszcze bardziej bogatym”.

Cały pakiet, tylko na raty

Zychowicz przypomniał, że rosyjskie żądania były szersze: „denazyfikacja”, czyli odsunięcie Zełenskiego i jego ekipy, rozbrojenie ukraińskiej armii, konstytucyjna neutralność i rezygnacja z NATO, prawa dla języka rosyjskiego i Cerkwi Patriarchatu Moskiewskiego. Zapytał, czy Rosja z nich zrezygnowała.

Parafianowicz odpowiedział, że Rosja chce całego pakietu, ale oddanie Donbasu jest punktem wyjścia. Reszta będzie przedmiotem kolejnych rund „rozmów mińskich”, czyli kontynuacji procesu, który ma rozwadniać ukraińską państwowość i suwerenność. Kwestia NATO jest skomplikowana proceduralnie, bo za prezydentury Petra Poroszenki Ukraina wpisała do konstytucji dążenie do Sojuszu, a perspektywa członkostwa jest też w dokumentach szczytu w Bukareszcie. Usunięcie tego zapisu wymagałoby konkretnej większości, a obecny parlament nie ma pełnej legitymacji. Działa zgodnie z przepisami poza swoją kadencją, ale sama liczba zasiadających w nim deputowanych to według dziennikarza „już jakiś żart”.

Jeśli Zełenski odda Donbas, najpewniej sam straci władzę i nie zostanie ponownie wybrany, więc ten problem rozwiąże się sam.

Dlaczego Trump nienawidzi Zełenskiego

Trump gra na pozbycie się Zełenskiego, bo go po prostu nienawidzi, i to nie tylko z powodu wojny. Parafianowicz wskazał dwa głębokie źródła tej niechęci. Po pierwsze, Trump uważa, że Zełenski nie dostarczył mu w latach 2019–2020 „kwitów” na Huntera Bidena, co przyczyniło się do jego porażki wyborczej. Po drugie, jest przekonany, że w wybory amerykańskie mieszały się służby ukraińskie, a nie rosyjskie, w osobie Andrija Derkacza. Ten dawny generał KGB, a potem SBU, okazał się zdrajcą i odnalazł się w Rosji z rosyjskim paszportem jako senator Rady Federacji.

Dziennikarz zakłada, że za trzy tygodnie, jeśli negocjacje z Putinem nie pójdą, Trump może nagle ogłosić, że łączą go z Zełenskim dobre stosunki, i dostarczyć broń. To nie pierwszy raz, gdy „wyłącza Ukraińcom światło”, odcinając dane wywiadowcze albo tym strasząc. Jakiś czas temu zablokowano nawet jedną z partii broni w Jasionce. Szantaże regularnie się powtarzają. Wewnętrznie Zełenski jest jednak dla Trumpa „nikim”. Parafianowicz opisał w swojej książce wulgarne określenia, jakich Trump i J.D. Vance używają wobec ukraińskiego prezydenta, i zaznaczył, że te najczęściej przytaczane należą raczej do łagodniejszych.

Uległy następca? To naiwne

Trump otwarcie mówi, że skoro Zełenski nie potrafi zawrzeć wymarzonego przez niego dealu, Ukraina powinna mieć nowego prezydenta. Zychowicz zapytał, czy Trump liczy na to, że na przykład gen. Wałerij Załużny, rzekomy „pomazaniec” Amerykanów, będzie bardziej uległy.

Parafianowicz uznał to za równie naiwne jak wiara Trumpa w wygranie negocjacyjnego starcia z Putinem, który uważa go za „frajera” i traktuje jak „łocha”. Ukraińska polityka ma postsowiecką mentalność, w której prezydentem zawsze jest gracz, ktoś, kto „kiwa” swoich patronów. Dziennikarz nie wierzy, by generał z legendą obrony Ukrainy z 2022 roku stał się „podnóżkiem” amerykańskiego prezydenta. Dotyczy to też Kyryło Budanowa czy Mychajła Fedorowa, bo każdy z nich ma patriotyczne papiery i legendę wojennego bohaterstwa.

Trump chciałby czuć się sprawczy i wierzy, że zmieni politykę kraju przez dekapitację elit, jak w przypadku Iranu, ale to nie jest takie proste. Ameryka nie zmieni rzeczywistości deklaracją prezydenta, który wkrótce może przegrać wybory połówkowe. Podobnie nie doszło do rekonfiguracji koalicji w Polsce po wiosennej rozmowie Władysława Kosiniaka-Kamysza z Trumpem. O rozmowie dowiedzieliśmy się niedawno z mediów, choć od tygodni, a może miesięcy, krążyła jako legenda miejska. Takich rzeczy się tak nie załatwia, a Trump zdaje się nie doceniać wielu czynników.

NABU: narzędzie do grillowania, nie do obalania

Zychowicz przytoczył wersję, według której Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) dobierało się do otoczenia Zełenskiego nie dlatego, że jest ono bardziej skorumpowane niż inne ośrodki władzy, lecz dlatego, że „napuściło je” FBI.

Parafianowicz potwierdził, że NABU stworzył w dużej mierze amerykański Departament Sprawiedliwości, a szkoliło je FBI. Poznał pierwszego szefa tej instytucji, który opowiadał mu o jej początkach i współpracy z Amerykanami. Biuro popiera też Komisja Europejska, więc to rzeczywiście narzędzie wpływu na ukraińskie elity, ale nie na tyle silne, by obalić prezydenta. Afery Tymura Mindicza i Krawczenki mocno ważą na wizerunku i poparciu Zełenskiego, ale nie wysadzają go z siodła.

Do tego potrzebne byłyby jednoznaczne powiązania z przelewami na jego konta na Kajmanach czy w Szwajcarii. Zełenski nie jest jednak według Parafianowicza na tyle głupi, by w tak oczywisty sposób uwłaszczać się na majątku państwa. W Ukrainie robi się to w sposób znacznie bardziej wyrafinowany, „może z wyjątkiem Janukowycza, który po prostu wywoził walizkami pieniądze”. Zychowicz dodał, że gotówka trzymana w wersalce to charakterystyczny obrazek z przeszukań u wysokich ukraińskich urzędników.

Wybory bez spisu wyborców

Zychowicz przypomniał, że na propozycję Zełenskiego, by Rosja dała Ukrainie 60 dni spokoju na zorganizowanie wyborów, Moskwa odpowiedziała, że zgodzi się na spokój, ale tylko w sam dzień głosowania. Nazwał to „śmiesznym przeciąganiem liny”. Dodał, że wyborów może w ogóle nie być, a wtedy wszystkie ich rozważania są „patykiem na wodzie pisane”.

Parafianowicz odpowiedział, że wybory są technicznie do zrobienia, ale nie ma spisu wyborców, a nawet nie wiadomo, ilu Ukraińców jest pod kontrolą Kijowa. Usłyszał niedawno, że ich liczbę szacuje się na podstawie logowań telefonów komórkowych do sieci, a potem doszacowuje dzieci. Według tych wyliczeń, przekazanych mu przez poważnego specjalistę od relacji z Ukrainą, pod kontrolą Kijowa żyje około 25 milionów ludzi. Zaskoczyło go to, bo wcześniej szacował ich na 28–29 milionów.

Nie ma też spisu wyborców przebywających za granicą, w Polsce, Niemczech czy Czechach. Ustalenie, kto ma prawo głosu, to bardzo trudne zadanie techniczne, a 60 czy nawet 90 dni, o których mówią ukraińscy politycy, mogłoby nie wystarczyć, by przeprowadzić wybory na tyle profesjonalnie, żeby miały wartość. Zełenski ma więc rację, że do kampanii, stworzenia list i powołania komisji potrzebny jest spokój, czyli przynajmniej brak pocisków balistycznych spadających na miasta.

Zychowicz uznał propozycję 60 dni za trik. Gdyby Rosja jakimś cudem się zgodziła, trudno byłoby jej potem wznowić wojnę, bo byłaby to już trzecia agresja. Chodzi więc o to, by „przestali strzelać, a potem pomyślimy”.

Co po prezydenturze? Pszczoły, cukierki albo biznes

Zychowicz zapytał, co Zełenski będzie robił, jeśli przegra wybory: wyjedzie czy stanie na czele opozycji. Parafianowicz nie widzi na razie powodu do wyjazdu, chyba że NABU ujawni na niego naprawdę mocne dowody.

Przypomniał losy poprzedników. Petro Poroszenko, prezydent w czasach operacji antyterrorystycznej w Donbasie i aneksji Krymu, nadal jest biznesmenem, sprzedaje słodycze również w Polsce i ma własną telewizję. Wiktor Juszczenko, uznawany za przyzwoitego i prozachodniego prezydenta, który w Bukareszcie chciał wprowadzić Ukrainę do planu działań na rzecz członkostwa w NATO, hoduje pszczoły i ma przy domu drewnianą cerkiew. Przed wojną był podobno lobbystą chińskich inwestycji infrastrukturalnych, co w Ukrainie jest akceptowalne.

Parafianowicz wyobraża sobie więc Zełenskiego, który już nie tańczy w „Tańcu z gwiazdami” ani nie występuje w Kwartale 95, lecz robi interesy. Ma przyzwoitą kartę z pierwszego etapu wojny i wśród znacznej części Ukraińców status bohatera, choć postrzega go tak znacznie mniej Ukraińców niż Polaków, Niemców czy Brytyjczyków, a jego pozycja słabnie z każdym dniem wojny.

Nie można też wykluczyć, że nowelizacja konstytucji, której Rosja i USA będą się domagać, by wykreślić zapis o NATO, otworzy drogę do ustroju parlamentarno-gabinetowego. Prezydent byłby wtedy wybierany przez Radę Najwyższą, a wzmocniony zostałby premier, co dałoby byłej głowie państwa możliwość dalszego funkcjonowania w polityce. Rozważał to swego czasu także Poroszenko.

Rachunki z Załużnym

Otwarte pozostaje pytanie, czy ludzie tacy jak Załużny nie zechcą rozliczyć Zełenskiego. Tajemnicą poliszynela jest według Parafianowicza, że prezydent nie ułatwia generałowi spokojnego życia i trzyma na niego „kwity” dotyczące przetargów w Ministerstwie Obrony z jego czasów, dyplomu oraz doktoratu z Odessy. Rektorem tamtejszej uczelni był Jurij Kiwałow, szef Centralnej Komisji Wyborczej w czasie pomarańczowej rewolucji, który dosypywał głosów do urn. Stąd przezwiska „Kidałow” i „Pidrachuń”, czyli „podliczacz”.

Doktorat Załużnego z filozofii jest utajniony. Jedna z hipotez głosi, że jest „dość lol kontentowy” i dlatego tajny, „bo nie ma powodu, żeby doktoraty z filozofii utajniać”. Generał pamięta stosunek obecnej władzy do siebie, więc może chcieć się z nią rozliczyć. Zychowicz uznał, że wyjazd Zełenskiego byłby konieczny dopiero wtedy, gdyby władzę przejął „niebieski”, prorosyjski rząd w stylu dawnej Partii Regionów, z czym Parafianowicz się zgodził.

Teoria zwycięstwa Grynkewicha i mądra militaryzacja

Zychowicz podsumował, że Ameryka prowadziła z Rosją wojnę zastępczą rękami Ukrainy, dając jej broń wystarczającą do obrony i „upuszczenia krwi” Rosji, ale nie do zwycięstwa. Gdy pojawił się wielki deal, interesy Ukrainy poświęcono, tak jak Polski w Teheranie i Jałcie. Zapytał, jaka lekcja płynie z tego dla Polski.

Parafianowicz chciałby wierzyć w wersję optymistyczną, płynącą z wystąpienia naczelnego dowódcy sił NATO w Europie gen. Alexusa Grynkewicha na Warsaw Security Forum. Teoria zwycięstwa amerykańskiego czterogwiazdkowego generała zakłada walkę na linii kontaktu, czyli odejście od koncepcji wycofania się za Wisłę, oraz wyzerowanie rosyjskich sił konwencjonalnych w razie ataku na wschodnią flankę. Nierozsądne byłoby jednak nie zabezpieczyć się na wypadek, gdyby gwarancje traktatowe i artykuł 5 okazały się nieskuteczne.

Dla Polski jest według niego tylko jeden kierunek: mądra militaryzacja. Oznacza to modernizację sił zbrojnych, zabezpieczenie pieniędzy na obsługę kupowanego sprzętu, a nie tylko na zakupy, i zadbanie, by wojsko nie było machiną biurokratyczną. Najrozsądniej przyjąć, że obrona państwa spocznie głównie na nas, zamiast wierzyć, że ktoś wykona za nas „brudną robotę” w razie rosyjskiej agresji czy ataków hybrydowych.

Agresja, która przechodzi „na legal”

Wnioski z dealu Trumpa z Putinem Parafianowicz uznał za bardzo negatywne. Okazuje się, że można napaść na suwerenne państwo, odebrać mu terytorium, popełnić na nim zbrodnie i dostać za to premię w postaci handlu surowcami i wspólnych inwestycji, także w metale ziem rzadkich. Te inwestycje uważa zresztą za fatamorganę, która majaczy przed Trumpem.

Dzięki ukraińskiemu oporowi Putin poniósł ogromne koszty, ale odczytuje ten komunikat tak, że jego polityka ma sens, bo agresję można potem zalegalizować. Dziennikarz porównał to do świata gangsterskiego, w którym zaczyna się od domów publicznych i hazardu, a potem przechodzi do hoteli i klubów rozrywkowych. Dla Trumpa to deal życia, a dla wschodniej flanki NATO potwierdzenie, że agresja w tej części świata jest dopuszczalna. Ład po 1945 roku jest już nieaktualny, ale Trump to potwierdza.

Nord Stream z amerykańskim kapitałem

Zychowicz zauważył, że w sprawie energii „wszystko się sypie jak domek z kart”. Mówiono Polakom, że Rosjanie z Niemcami omijają Polskę, by nie zarabiała na tranzycie, a Ameryka jest po polskiej stronie. Przypomniał wpis Sikorskiego „Thank you, USA” po wysadzeniu Nord Streamu, sugerujący, że stoją za tym amerykańskie służby. Dziś Amerykanie chcą zarabiać na Nord Streamie, omijając Polskę, która zbudowała gazoport w Świnoujściu właśnie po to, by kupować amerykański gaz.

Parafianowicz dodał, że problemy z przepływem LNG z USA i Kataru przez cieśninę Ormuz to również skutek polityki amerykańskiej. Deal wokół Nord Streamu nie jest nowy: już w sierpniu ubiegłego roku, przed szczytem na Alasce, pisał na podstawie ukraińskich źródeł o analizowanym wejściu biznesu bliskiego Trumpowi do spółki Nord Stream 2 i przejęciu udziałów, co pozwala obejść sankcje.

Choć kanclerz Friedrich Merz zapiera się rękami i nogami, to według dziennikarza fikcja. Niemiecki model rozwoju został zakwestionowany nie tylko przez zatrzymanie Nord Streamów, ale też przez rosnącą rolę Chin w eksporcie. Niemcy straciły rynki zbytu i muszą obniżyć koszty wytwarzania PKB, a najłatwiej zrobić to przez rosyjskie nośniki energii. Stąd znaczenie aktywów Rosniefti w Niemczech, głównie rafinerii kontrolowanych przez państwo niemieckie, które są trzecim producentem paliw w tym kraju. Polska musi więc zakładać, że zachodni sąsiad może ją kiedyś „wystawić”. Ściganie ukraińskich sprawców wysadzenia Nord Streamu ma według Parafianowicza wywołać efekt mrożący i zniechęcić Ukraińców do kolejnej akcji na ocalałej nitce.

Dla Polski to katastrofa, bo jej pomysł na energię i sojusze opiera się na osi północ–południe: surowcach z szelfu norweskiego przez Baltic Pipe, dwóch gazoportach, bo drugi powstaje w rejonie Trójmiasta, oraz elektrowni jądrowej nad Bałtykiem. Jeśli jednak Polska zyska czas i pokój w regionie zostanie zachowany, nie będzie w tak fatalnej sytuacji jak za rządu Gerharda Schrödera, gdy Nord Streamy naprawdę mogły zrujnować polski model bezpieczeństwa energetycznego. Amerykanie interesują się też infrastrukturą przesyłową przez Ukrainę i Polskę, co według dziennikarza tworzy zupełnie nową dynamikę „geoenergetyczną”.

Rosyjski gaz w amerykańskim opakowaniu

Zychowicz odparł, że Amerykanie są zainteresowani wszystkim, na czym da się zarobić, bo Ameryka jako kolebka nowoczesnego kapitalizmu i „drapieżny hegemon” nigdy nie kieruje się altruizmem. Przewidział, że skończy się jeszcze gorzej: Polska będzie kupować gaz z Nord Streamu, bo każe jej Ameryka. Rosjanie ustalą cenę, Amerykanie dodadzą swoje 15 procent, Niemcy kolejne 15, a gaz wróci z zachodu na wschód do Polski.

Parafianowicz uznał to za wykluczone, ale wskazał inny wariant: Polska może kupować rosyjskie LNG zaksięgowane jako amerykańskie. Przypomniał, że po lutym 2022 roku rosyjski gaz i ropa nie przestały płynąć przez Ukrainę, tylko były księgowane na przykład jako azerskie. Podobnie Ukraińcy kupują od Węgrów olej napędowy wytwarzany w węgierskiej rafinerii na Słowacji z rosyjskiej ropy, który trafia potem do ukraińskich czołgów. „W biznesie nic nie jest czarno-białe i zero-jedynkowe” – podsumował.

Przestrzegł jednak przed przesądzaniem sukcesu wielkiego dealu energetycznego. Przedstawiciel polskiego BBN powiedział mu, że z analizy polityki Rosji od początku rządów Putina płynie jeden wniosek: Rosja nie prowadzi gier typu win-win, zawsze ktoś musi przegrać. Putin niekoniecznie myśli więc o interesach z Amerykanami tak jak Trump.

Patrioty bez pocisków to złom

Zychowicz przeszedł do zbrojeń. Od początku wojny Amerykanie najpierw nie dawali ATACMS-ów, potem dali, zabraniali strzelać nimi głęboko, potem pozwalali, by znów zakazać. Tymczasem ogromna część polskich zbrojeń opiera się na „bałwochwalczym” podejściu do amerykańskich technologii. Wystarczy jeden guzik, by zniknął Starlink, a jeśli Trump przestanie dostarczać pociski PAC-3, Patrioty pod Kijowem staną w polu jako złom.

Parafianowicz odpowiedział, że nie można inwestować tylko w jedną stronę. Polska przekazała w pierwszej transzy pięć efektorów do Patriotów pod naciskiem USA i sekretarza generalnego NATO, uzyskując rzekomą gwarancję, że w razie potrzeby pociski do niej dotrą. Takiej gwarancji podobno nie ma na piśmie, co „w głowie się nie mieści”. Z drugiej strony nie ma innego dostawcy, który szybko dostarczy profesjonalne środki obrony powietrznej, a ukraiński system „Freja” jest na razie tylko mirażem.

Wyłaniająca się z obecnych sojuszy koncepcja wojny jest według dziennikarza „nie do końca suwerenna”. Trzeba liczyć się z tym, że ktoś wyłączy F-35 albo sprzeda Black Hawki bez systemów nawigacji i obserwacji pola walki, którymi dysponują amerykańskie siły specjalne. Atak w głąb Rosji pociskami JASSM o zwiększonym zasięgu wymaga współpracy sojusznika i jego danych wywiadowczych. Wojna obronna byłaby więc „półsuwerenna”, a jak ironizował Parafianowicz, suwerenni bylibyśmy na pewno w „dostarczeniu mięsa armatniego do państw bałtyckich”.

Reset i „szury”

Zychowicz podkreślił, że cała polska koncepcja obrony zakłada, iż Ameryka będzie po polskiej stronie, zgodnie z mapami mentalnymi z zimnej wojny. W układzie bazowym z I i II wojny światowej, gdy Anglosasi byli w sojuszu z Rosją, ta koncepcja rozpada się w puch, bo Amerykanie nigdy nie pozwolą strzelać z amerykańskiej broni do swojego sojusznika. Jeśli dojdzie do resetu amerykańsko-rosyjskiego, Polska nie będzie przygotowana, bo każdego, kto o tym mówił, nazywano „szurem”.

Parafianowicz przypomniał, że pytanie o reset z Rosją padało w „Foreign Affairs” bardzo dawno temu i jest naturalnym elementem dyskusji. Nie chodzi o podpisywanie się pod tezą, lecz o myślenie „out of the box” i rozważanie różnych scenariuszy. Sam uważa reset za niemożliwy, właśnie dlatego, że Rosjanie nie myślą w kategoriach win-win, zwłaszcza w strefie, którą uważają za swoją: byłego ZSRR i dawnych demoludów, które chcą zdemilitaryzować i pozbawić amerykańskiej obecności. Takie rozważania są jednak naturalne w świecie anglosaskim, w Niemczech i we Francji, gdzie obok dostaw broni działają poufne kanały komunikacji przez wywiady. Przyklejanie sobie łatek „proukraińskich szurów” i „prorosyjskich szurów” nazwał chorobą polskiej debaty, która nie sprzyja trzeźwej ocenie rzeczywistości.

Zychowicz przywołał II wojnę światową, gdy uważano, że polska opinia publiczna powinna być jednym blokiem wierzącym w Anglię. Publicystów takich jak Stanisław Cat-Mackiewicz czy Adam Doboszyński, „choć to nie z formacji ideowej mi bliskiej”, ostrzegających, że Anglia może Polskę „wyrolować”, odsądzano od czci i wiary jako zdrajców, a potem przyszła Jałta i wszyscy byli zdziwieni. Parafianowicz nazwał to stadnym, „lemingowym” myśleniem i dodał, że nawet ich rozmowa pokazuje, iż współczesna wojna nie ma rozwiązań zero-jedynkowych, tylko odcienie szarości.

Wartości w euro i dolarach

Zychowicz ocenił, że polscy politycy wierzą, iż polityka opiera się na wartościach. Świat jest wtedy prosty: Rosja to imperium zła, Ameryka to imperium dobra, z demokracją, prawami człowieka i filmami o Rambo. Wydawało się, że zawsze będzie jak w zimnej wojnie, a teraz przychodzi zaskoczenie. Przeprosił, że się rozgadał, „ale wkurza mnie to mocno”, i dodał, że nie chodzi nawet o brak woli Ameryki, lecz o jej ograniczenia. Polska oficjalnie przyznała, że są opóźnienia w dostawach pocisków PAC-3, bo po wojnie z Iranem USA fizycznie nie są w stanie ich wyprodukować.

Parafianowicz nie zgodził się w jednym punkcie. Jest „wielkim zwolennikiem tezy”, że polityka to domena wartości: wartości wyrażonych w euro i dolarach, oznaczonych banknotami narodowych banków albo Europejskiego Banku Centralnego. Przykładem jest Korea Południowa, która jeszcze niedawno współpracowała z Ukrainą, a jednocześnie sprzedaje Rosji na dużą skalę paliwa, w tym kerozynę potrzebną rosyjskim samolotom, i sprzedaje sprzęt wojskowy państwom takim jak Polska.

Zauważył przy tym, że może Polacy są zbyt surowi wobec swojej klasy politycznej. W rozmowach „off the record” przedstawiciele rządu i opozycji szybciej niż dziennikarze dojrzewają do myślenia o polityce jako domenie transakcji i interesów. Ograniczają ich jednak niemożności państwa i role wizerunkowe, których nie mogą przekroczyć bez szkody dla sondaży.

Fort Trump: wzmocnienie, nie gwarancja

Zychowicz przytoczył wiceminister obrony narodowej Magdalenę Sobkowiak-Czarnecką. Zapytana, czy potwierdza słowa Trumpa, że za Fort Trump zapłacą Polacy, przyznała, że tak, bo „za bezpieczeństwo trzeba płacić”. Zychowicz przypomniał, że mowa o 17 miliardach „na dzień dobry”, i zapytał, czy ktoś rozsądny może uważać amerykańską bazę na granicy polsko-niemieckiej za stuprocentową gwarancję bezpieczeństwa na lata.

Parafianowicz odpowiedział, że baza wzmacnia polskie bezpieczeństwo, ale nie jest jego żelazną gwarancją. Taką gwarancją są dofinansowane, sprawne, dobrze dowodzone siły zbrojne i służby specjalne oraz naród gotowy bronić niepodległości. Fort Trump jest elementem istotnym, ale niekoniecznie najważniejszym.

Zychowicz ironizował, że gdyby baza miała w czymś pomóc, budowano by ją pod Białymstokiem, a nie pod Zieloną Górą. Przypomniał, że któryś z polityków mówił o jej lokalizacji „w strefie bezpiecznej i pewnej dla Amerykanów”. Parafianowicz wyjaśnił, że na krótkiej liście są Poznań i Powidz. W Powidzu są amerykańskie magazyny APS z wyposażeniem dla brygady pancernej lub zmechanizowanej, przy czym Amerykanie nie przywiązują wagi do tych „określeń z Wyższej Szkoły Oficerskiej we Wrocławiu”. W Poznaniu jest Camp Kościuszko z elementami V Korpusu. Politycy oficjalnie nie zawężają jednak listy i trzymają na niej jeszcze Wrocław i Bydgoszcz, bo tak łatwiej „czarować” wyborców.

Baza jako lewar

Zychowicz odparł, że to raczej „Trampinio” czaruje Polaków. Ma przeczucie, że Fort Trump jest żetonem w rozmowach z Rosją: „jak będzie rabacik 5 procent na gaz, to nie będzie Fort Trump”. Zwrócił też uwagę na wątek pomijany w debacie publicznej. Gdyby baza jednak powstała, Amerykanie zyskaliby lewar na polskich polityków, którzy boją się porzucenia przez USA. Gdyby przyszły rząd chciał opodatkować Big Techy, ambasador mógłby przyjść i zapowiedzieć zamknięcie bazy.

Parafianowicz uznał to za realny scenariusz, niezależnie od tego, kto będzie rządził w Waszyngtonie, i przypomniał, że to nie Trump powiedział, iż „zajrzał głęboko w oczy” Putinowi i zobaczył szczerego demokratę. Trzeba też będzie dokładnie policzyć żołnierzy, którzy trafią do bazy, bo zależy to od przeglądu obecności wojsk USA w Europie prowadzonego przez Elbridge’a Colby’ego. Dokument ma być opublikowany w listopadzie, jeśli termin się nie przesunie, i przewiduje zapewne znaczne redukcje w innych państwach, co zmniejsza głębię strategiczną na wypadek wojny z Rosją. Parafianowicz podkreślił, że jest wielkim zwolennikiem obecności amerykańskiej w Polsce, ale nie traktuje jej jako żelaznej gwarancji, a Fort Trump trzeba ocenić w kontekście dokumentów Colby’ego.

Zdrada? Pojęcie nieadekwatne

Na koniec Zychowicz zapytał, czy Polska może za 5, 10 czy 15 lat zostać potraktowana przez USA tak jak dziś Ukraina, czy też chronią ją członkostwo w NATO i wspaniała przeszłość relacji polsko-amerykańskich. Parafianowicz zaczął od ironii: „Nie no, oczywiście, że nie. A Kościuszko, a Pułaski? Przecież tradycje Polonii w Chicago. Jak Stany Zjednoczone mogłyby nas zdradzić?”.

Mówiąc poważnie, uznał samo pojęcie zdrady za nieadekwatne w stosunkach międzynarodowych, podobnie jak pojęcie wdzięczności. Państwa współpracują, dopóki im się to opłaca, a współpraca z Polską nie zawsze musi się opłacać Stanom Zjednoczonym. Polska wchodzi z nimi w deal atomowy, buduje „nieszczęsny” Fort Trump i kupuje u nich sprzęt właśnie po to, by opłacało się im to jak najdłużej. Amerykańska potęga będzie się jednak kurczyć, „jeszcze szybciej niż teraz”, a wspólnota interesów ze Starym Kontynentem nie musi być wieczna.

„To nie jest kwestia zdrady, tylko tego, że te interesy mogą się w pewnym momencie rozjechać” – podsumował Parafianowicz. Dodał, że dlatego „w Historii Realnej dobrze jest nie używać określeń wdzięczność czy zdrada, bo nie opisują rzeczywistości w stosunkach międzynarodowych”. Zychowicz zamknął rozmowę stwierdzeniem, że był to jeden z najbardziej realistycznych odcinków Historii Realnej.


Rozmowę przeprowadził Piotr Zychowicz. Materiał „Cios w plecy! Trump porzuca Ukrainę. Polska będzie kolejna? — Zbigniew Parafianowicz i Zychowicz” dostępny na kanale Historia Realna na YouTube, liczącym 776 tys. subskrybentów. Opublikowany 15 października 2026.


You may also like

Strona 1 z 127
Strona 1 z 127

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *