Engelgard, Piasta i Piskorski w Myśli Polskiej: konferencja w Gdańsku była cyrkiem o niczym. Sadowy powinien zostać zatrzymany na granicy

Jan Engelgard, Przemysław Piasta i Mateusz Piskorski rozmawiali w programie Minął Tydzień w Myśli Polskiej o konferencji URC w Gdańsku, nieobecności Zełenskiego, skandalicznej wizycie mera Lwowa Andrija Sadowego, sprawie firmy Control Process, penetracji polskiego rynku przez kapitał ukraiński, wieloletnim przemilczaniu przez polskie elity kultu banderowskiego, wypowiedziach byłego ambasadora Cichockiego, inicjatywie zwrotu zbiorów Ossolineum oraz o sytuacji wewnętrznej w Polsce.

Konferencja w Gdańsku — cyrk o niczym, abstrakcja i listy intencyjne zamiast umów

Piskorski ocenił jednoznacznie: konferencja w Gdańsku jest wydarzeniem niewiele znaczącym, wbrew pozorom. Może być reprezentacyjny skład, może być dużo VIP-ów i bicia piany, może być rozdrażnienie biednych mieszkańców Gdańska, którzy musieli borykać się z jeszcze bardziej zakorkowanym miastem — ale summa summarum te konferencje, bo to jest seria konferencji, nie wnoszą żadnych konkretnych treści i nie wiążą się z żadnymi konkretnymi umowami. Zazwyczaj są to tylko i wyłącznie listy intencyjne, które się w różnych sprawach podpisuje. Jest to okazja do antyrosyjskiego, prokijowskiego sabatu, który przy okazji dorocznych imprez tego rodzaju ma miejsce.

O surrealizmie tych obietnic świadczy treść deklaracji pierwszej konferencji — odbytej w roku 2022, kilka miesięcy po wybuchu obecnej fazy wojny. Z inicjatywy ukraińskiej Polska otrzymała wówczas Donbas — jako ten region, za którego odbudowę będzie odpowiadać i na którym będzie zarabiać. Brzmi dzisiaj zupełnie surrealistycznie, bo poza jedną niewielką stosunkowo aglomeracją całą resztę Donbasu Rosjanie kontrolują już od dawna — zresztą zdecydowaną większość kontrolowali już wtedy. Taki jest poziom abstrakcji, idei i projektów omawianych na tego rodzaju konferencjach.

Ta abstrakcyjność tematyczna wiąże się z tym, że mamy do czynienia z wojną — z coraz bardziej gorącą fazą konfliktu, który nie wiadomo kiedy się skończy. Niektórzy mówią, że kilka lat, inni kilkanaście. Andriej Bezrukow, jeden z dawnych asów rosyjskiego wywiadu, a dziś ekspert i wykładowca, mówi, że na dwa pokolenia. Kiedy będą warunki do odbudowywania jakiegokolwiek skrawka Ukrainy — naprawdę nie wiemy. Może to obiecywanie gruszek na wierzbie, może obiecywanie czegoś, czego robić będą już wnuki, bo on sam tego nie dożyje.

Deklaracje finansowe, które przy okazji padają, wiążą się z dodatkowym obciążeniem kieszeni polskich podatników jako donorów i sponsorów Ukrainy — a wyciągnąć stamtąd cokolwiek to przedsięwzięcie wręcz niemożliwe. Ukraina jest bankrutem. Funkcjonuje wyłącznie na kroplówce unijnej. Gdyby nie pożyczka w wysokości 90 miliardów euro — w której partycypuje Polska, choć nie Słowacja, nie Węgry, nie Czechy — aparat państwowy Ukrainy by nie funkcjonował. Nie mówimy w tej chwili o kraju, który będzie miał miliardy czy biliony na odbudowę — chyba że uwierzymy w bajkę o rosyjskich reparacjach. Jest to tak mało prawdopodobne jak wypłacenie przez współczesną Republikę Federalną Niemiec reparacji Polsce, których domaga się Mularczyk i reszta PiS. Fantazmagoria.

Polski biznes mówi otwarcie, że nawet przy teoretycznym wsparciu państwa polskiego — którego w praktyce nie ma — nie jest w stanie przebić się przez gąszcz barier administracyjnych na Ukrainie ani przez gąszcz korupcyjnych powiązań. Skuteczniej radzą sobie tam ci, którzy są mocniejsi kapitałowo, mają miejscowych partnerów albo są politycznie tak poukładani, że nie muszą płacić pod stołem w kopercie. Polscy przedsiębiorcy muszą — więc żadnej korzyści z organizowania tego rodzaju spędów Piskorski nie widzi.

Piasta zgodził się w całości i dodał wprost: konferencja jest całkowicie bez sensu. Polska całkowicie niepotrzebnie poniosła koszty jej organizacji. Ta konferencja z definicji nie miała przynieść Polsce żadnych korzyści — miała przynieść korzyść Ukrainie, która nie jest naszym przyjacielem i która jest z nami w jawny sposób skonfliktowana. Politycy inteligentni — a Donald Tusk niezależnie od tego co robi jest inteligentnym politykiem — doskonale wiedzieli, że na tej konferencji Polska nie zrobi żadnego interesu. Być może jakiś wizerunkowy interes własny próbował ugrać Donald Tusk — ale to był jego interes, a nie interes państwa polskiego. Jedyne, z czego Piasta wyraża niezadowolenie, to że jako podatnik dołożył kilka swoich groszy do organizacji tej całkowicie absurdalnej imprezy — i że potencjalnie mógł dołożyć całą masę pieniędzy niewdzięcznej, asertywnej do poziomu chamstwa Ukrainie.

Engelgard wskazał na konkrety — a przynajmniej to, co za konkrety jest podawane. Prezes Banku Światowego powiedział, że na odbudowę Ukrainy będzie potrzeba 580 miliardów dolarów w ciągu dekady — ale nie powiedział, że bank to wyłoży, tylko zarysował skalę problemu. Jeśli chodzi o Polskę — polskie koncerny energetyczne PGE, Orlen, Enea i Tauron podpisały list intencyjny dotyczący współpracy przy realizacji przyszłych projektów energetycznych w Ukrainie. Dokument podpisano w obecności ministra Wojciecha Balczuna — tego, który pojawił się na memie piątej kolumny ukraińskiej. Co ciekawe, nie ma żadnej informacji, kto ze strony ukraińskiej ten list intencyjny podpisał. To tak wygląda: to nasze życzenie, nie umowa.

Sadowy powinien zostać zatrzymany na granicy — zamiast tego krążył po konferencji podpisując kontrakty z całą Europą poza Polską

Engelgard wskazał na skandal, który media głównego nurtu praktycznie pominęły — obecność mera Lwowa Andrija Sadowego, który na swoich mediach społecznościowych obwieścił, że przyjechał do Gdańska i zawarł umowy z sześcioma firmami, głównie z Europy Zachodniej — szwedzkimi, niemieckimi — na łączną kwotę 2,5 miliarda euro. Nie podpisał żadnego kontraktu z żadną polską firmą.

Sadowy to nie tylko mer Lwowa. Wyróżnia się wyjątkowo zajadłym kultywowaniem tradycji banderowskiej. We Lwowie stoi gigantyczny pomnik Stepana Bandery, on regularnie bierze udział w różnych uroczystościach — czy to urodzin Bandery, czy rocznicy powstania UPA — i nie kryje się z tym. Nawet jak na standardy ukraińskie jest wyjątkowo radykalny w tej kwestii. A tymczasem przez ostatnie lata był wielokrotnie gościem polskich instytucji i uczelni — fetowany jako przyjaciel Polski, bo zna język polski. Teraz przyjechał do Gdańska bez żadnych przeszkód.

Piasta był jednoznaczny: Sadowy powinien zostać do Polski nie wpuszczony, a jeśli już został wpuszczony — powinien zostać w Polsce zatrzymany jako osoba podejrzana o popełnienie przestępstwa. Sadowy nie jest dyplomatą. Nie chroni go w żaden sposób immunitet dyplomatyczny. To jest po prostu obywatel sąsiedniego państwa, który z dużą dozą prawdopodobieństwa dopuścił się nielegalnego działania wobec polskiej firmy. Czy złamał prawo z polskiego punktu widzenia? Sprawa jest dyskusyjna — ale od tego mamy aparat państwa, żeby tego sprawdzał. Tymczasem facet krążył sobie po konferencji w Gdańsku i jakby nigdy nic — podpisywał kontrakty na kolejne miliony euro z najróżniejszymi podmiotami z najróżniejszych państw, z wyjątkiem jednego. Naszego. Oczywiście mer lwowski nie podpisał żadnego kontraktu z żadną polską firmą. Może i lepiej — nie będzie kolejnych oszukanych firm. Ale zobaczcie, jak bardzo gardzą, jak grają nam na nosie, jak ostentacyjnie pokazują swój stosunek do nas. Dopóki będziemy sobie pozwalali pluć w twarz — tacy Sadowi i tacy Zełenscy będą to robić. Bo są to ludzie o mentalności sowieckiej, rozumiejący tylko i wyłącznie język siły. Tę siłę należy im pokazać. W tej chwili Polska Donalda Tuska, tak samo jak Polska Mateusza Morawieckiego, pokazywała tylko i wyłącznie słabość. Politycy są mocni wyłącznie w sferze werbalnej — oddają jakiś medal, order, odznaczenie, bo to nic nie kosztuje — ale na Boga, niech zaczną dbać o nasze interesy, bo żyją z naszych podatków.

Piskorski dodał, że Sadowy jest od lat pupilem mediów głównego nurtu w Polsce — ukazywany jako nowoczesny modernizator, typowy samorządowiec. Jeden ze znanych polskich specjalistów od marketingu politycznego stał za jego pierwszymi wyborami na mera Lwowa. Miał przeróżne powiązania — biznesowe i osobiste — z polską sferą polityczną. Jest pionierem publicznego czczenia Stepana Bandery i neobanderowskiego nacjonalizmu — odsłaniał pomnik, uczestniczy w uroczystościach, co roku składa kwiaty 1 stycznia w rocznicę urodzin Bandery. Zbudował lokalny układ lwowski, skorumpowany skrajnie według mediów ukraińskich. Takich merów jak Sadowy jest na całej Ukrainie bardzo wielu — to jest wręcz pewien model. Ktoś, kto naiwnie myślał, że pojedzie na Ukrainę, wygra uczciwie przetarg i w nieskrępowany sposób przeprowadzi inwestycję — jest po prostu oderwany od rzeczywistości. Mamy setki, tysiące doświadczeń opisanych i zrelacjonowanych, mówiących jak funkcjonują zamówienia publiczne na Ukrainie. Mówimy o państwie — niektórzy mówią quasi-państwie — w którym nie da się prowadzić żadnych normalnych interesów. Przykład Sławomira Nowaka zarządzającego Ukravtodorem — głośna sprawa. Oraz Wojciecha Balczuna, który jak Piskorski wyczytał z niedawnego tekstu w Do Rzeczy, miał spółkę z udziałami w wydobywaniu bursztynu na Wołyniu — jednej z najbardziej podatnych na wpływy przestępcze branż na Ukrainie, gdzie kopalnie odbierano sobie z kałasznikowami w ręku.

Sprawa Control Process — siedem wyroków arbitrażowych, 40 milionów euro i ani złamanego grosza

Engelgard przypomniał szczegóły sprawy Control Process S.A. — polskiej firmy, która budowała dla Lwowa zakład przetwarzania odpadów. Gdy inwestycja była ukończona w 95%, kontrakt został zerwany i firma nie otrzymała pieniędzy za praktycznie wybudowany obiekt. Wygrała siedem razy przed Międzynarodowym Trybunałem Arbitrażowym — i nadal nie dostała ani złamanego grosza. Prezes firmy żalił się w jednej z rozgłośni radiowych — dziennikarz mówił, może da się coś załatwić, prezes odpowiadał że może, będzie w Gdańsku, może porozmawia na ten temat. To jest typowy przypadek — nie pierwszy — sparzenia się polskich przedsiębiorców na Ukrainie. Engelgard przywołał książkę Zbigniewa Parafianowicza o Zełenskim, gdzie anonimowy minister mówi wprost: nikt nas tam nie chce, i gdzie przedsiębiorcy mówią, że nie da się tam robić interesu. A tymczasem słuchając entuzjastycznych relacji z Gdańska — tam kokosy trzymają.

Piasta podkreślił skalę — wartość kontraktu to do 40 milionów euro, ponad 170 milionów złotych. Firma poniosła koszty pracownicze, podwykonawców, urządzeń — i nie zobaczyła ani złamanego procenta. To jest po prostu oszustwo gigantycznej skali. Potencjalny oszust — bo nikt go jeszcze nie skazał — pan Sadowy krąży sobie po Polsce, mimo że organom wiadomo, że jest podejrzany o oszustwo na kwotę 40 milionów euro. To jest odlot, to jest obłęd.

Polskie firmy na Ukrainie — know-how polega na wiedzy, komu posmarować i ile

Engelgard zadał pytanie, co Polska uzyskuje w zamian na Ukrainie — skoro ukraiński kapitał wchodzi do Polski, skupuje firmy, Poroszenko sprzedaje czekolady, Ursus wykupiony. Jeden ze znajomych mu ludzi branży kolejowej powiedział wprost: trzeba być durniem, żeby tam zajmować się interesami.

Piskorski podsumował brutalnie: to nie jest tylko Ukraina — to jest standard postsowiecki, Rosja, Białoruś, Azja Centralna — wszędzie identyczny. Są polskie firmy, które mają know-how — wiedzą komu posmarować, jak i ile — i w ten sposób to funkcjonuje. Jeżeli tego nie wiesz, dostajesz po głowie. Tak działają firmy polskie i każda inna firma, bo tylko w ten sposób można się tam utrzymać na rynku. Polscy przedsiębiorcy, jeśli nas jacyś słuchają — zanim dokonacie inwestycji i uwierzycie w bajeczki PiS czy Platformy, że tam jest świetnie i będziecie tyle zarabiać — zweryfikujcie to. Porozmawiajcie z ludźmi, którzy tam już wcześniej operowali, poczytajcie o barierach administracyjnych i korupcyjnych. I dopiero wtedy, jeśli stać was na to, decydujcie się na projekty wysokiego ryzyka. Na Ukrainie tak było od 1991 roku — i stawia prognozę, że tak będzie. Absolutnie nic tam pod tym kątem się nie zmieni. Uczciwi przedsiębiorcy, jeśli nie chcą generować strat w swoich spółkach, w ogóle nie powinni tam niczego szukać.

123 tysiące firm ukraińskich w Polsce — oligarchiczny kapitał spenetrował rynek

Piasta przedstawił liczby. Od 2022 roku w Polsce założono ponad 123 tysiące jednoosobowych działalności gospodarczych przez obywateli Ukrainy oraz 27 tysięcy spółek z kapitałem ukraińskim — całościowo lub częściowo. Przy czym jednoosobowa działalność gospodarcza to tylko forma prawna — taki przedsiębiorca może zatrudniać 100 albo 300 osób, więc to nie są małe podmioty.

Kapitał ukraiński bardzo mocno spenetrował Polskę. Nie chodzi o tych pojedynczych Ukraińców zakładających małe firmy i pracujących jako podwykonawcy — chodzi o gruby kapitał, który inwestuje duże pieniądze i skupuje nieruchomości. Ukraińska gospodarka jest gospodarką o charakterze oligarchicznym — niewielka liczba bardzo dużych graczy, przyzwyczajonych do funkcjonowania w warunkach powszechnej korupcji, bandytyzmu i powiązania świata biznesu ze światem polityki. Gdy taki podejrzany, nie do końca legalny kapitał trafia do Polski razem z jego posiadaczami — bardzo często stanowi poważne i nieuczciwe zagrożenie wobec polskich przedsiębiorców.

Szczególnie że w pierwszym okresie po wybuchu wojny Polacy przychylali Ukraińcom nieba. Powiedzmy sobie brutalnie szczerze: Ukraińcy mieli lepiej w Polsce niż Polacy mieli w Polsce. Polski rząd nagle zmobilizował zasoby, nagle się okazało, że można — wszelkie imposybilityzmy, które zatruwały polską przestrzeń publiczną, nagle zniknęły. Ukraińcy z tego skorzystali i żyją jak pączki w maśle. Tak to wygląda w tę stronę. Jak wygląda w drugą — tak to wygląda jak przeżyła, zobaczymy czy przeżyła, firma Control Process, która wykonała gigantyczną inwestycję, miała na tym zarobić do 40 milionów euro, poniosła koszty pracownicze, podwykonawców, urządzeń — i nie zobaczyła ani złamanego procenta.

Polskie elity przez lata przemilczały i tolerowały kult banderowski — sami sobie to zgotowaliśmy

Engelgard postawił pytanie, czy zgadzają się z tezą chorwackiego publicysty, że Polska sama sobie winna, bo gloryfikacja Bandery trwa od lat 90. i nigdy polska strona twardo tej kwestii nie postawiła. Jako symbol wskazał, że Order Orła Białego dostali wszyscy prezydenci Ukrainy z jednym wyjątkiem — Wiktora Janukowycza, który jako jedyny prezydent Ukrainy unieważnił dekret Juszczenki o nadaniu Banderze tytułu bohatera Ukrainy. Jaka była opinia o Janukowyczu w Polsce? Że jest sługą Rosji. Jedyny, który nie dostał — i jedyny, który podjął właściwe decyzje wobec kultu banderowskiego.

Piskorski potwierdził i rozszerzył — Leonid Kuczma pod koniec lat 90. i na początku lat 2000 mówił dość wyraźnie, że tradycja neobanderowska i upowska jest nie do przyjęcia. I to wprost. Dzisiaj te jego wypowiedzi krążą w sieci. A Kuczma — i Juszczenko, który jest otwartym banderowcem i neobanderowcem — zostali odznaczeni przez prezydenta Kwaśniewskiego, czyli z tak zwanej lewicy, z socjaldemokracji. Wszystkie obozy polityczne, które do tej pory w Polsce rządziły, zajmowały się hurtowym nagradzaniem i głaskaniem po głowie za neobanderyzm i propagowanie tej ideologii. Widocznie był taki konsensus.

I nie chodzi tylko o to, że nie reagowały — one to popierały. Świadomie. Lech Kaczyński — wznoszony na piedestały — nawoływał niemal wprost do darowania sobie tematu ludobójstwa na Kresach. Co więcej, Piskorski znalazł jego wypowiedzi, gdzie używa sformułowania tragedia wołyńska — dokładnie takiego jak narracja nacjonalistyczna ukraińska, sugerującego wzajemny konflikt narodowościowy zamiast ludobójstwa. Na pomniki neobanderowskie i neonazistowskie na Podkarpaciu, na bajki o braterstwie broni z UPA przez podawanie jednostkowego przykładu Hrubieszowa — było nie tylko przyzwolenie, ale wręcz zachęcanie. Czemu się więc mamy dziwić?

Engelgard uzupełnił przykładami: Bronisław Komorowski jako marszałek Sejmu w 2008 roku powiedział publicznie w wywiadzie dla Rzeczpospolitej, że za rzezie na Wołyniu odpowiadają Sowieci, którzy przebierali za UPA, żeby wywołać konflikt polsko-ukraiński. Potem już tego nie powtarzał, bo by się ośmieszył — ale to padło oficjalnie. Był też artykuł w Gazecie Wyborczej z 2013 roku twierdzący, że piekło na Wołyniu wywołała Moskwa. W 2013 roku były poważne obchody — pochód kilku do siedmiu tysięcy ludzi, uchwała Sejmu — a ukraiński deputowany Kolesniczenko zebrał 148 podpisów pod petycją do Rady Najwyższej, żeby Polska potępiła UPA za ludobójstwo. Co zrobiły polskie władze? Powiedziały, że nic takiego nie wpłynęło i nie będzie procedowane. Krycie i przemilczanie.

Piskorski wspomniał też artykuł Ann Applebaum z The New Republic z 2015 roku nawołujący wprost do tego, żeby Ukraina była ultramocno nacjonalistyczna — bo tego jej trzeba. Myśli, że oni to chcieli — świadomie popierali te trendy. Piskorski zamieścił ostatnio w swoich mediach społecznościowych fragmenty wywiadu, który przeprowadził z nim pierwszy kanał rosyjskiej telewizji — i pojawiła się chmara komentarzy w języku ukraińskim. Część groziła śmiercią, ale dużo było takich: pomścimy ukraińskie ofiary katów i zabójców z Armii Krajowej. Wyglądało to na skoordynowaną kampanię tych środowisk. Na to wszystko w Polsce było nie tylko przyzwolenie, ale zachęcanie.

Piasta zwrócił uwagę na inny element — nie ma czegoś takiego jak polska dyplomacja. Politycy zamiast realizować agendę Warszawy realizowali agendę miejsca pobytu. Piekłek jako ambasador w Kijowie — to nie był polityk polski ani dyplomata polski. Mała Litwa, słabsza niż województwo podlaskie, gra nam na nosie — gnębi mniejszość polską niezgodnie ze standardami unijnymi, nie ma podwójnych nazw miejscowości, Polacy mieli problem z pisaniem własnych nazwisk noszonych od stuleci. Jeśli mała Litwa może grać nam na nosie, to czemu się dziwić, że robi to Ukraina — skoro nikt z polskiej klasy politycznej nawet nie próbował przywrócić żadnego z tych państw do ustawień fabrycznych

Były ambasador Cichocki — Polacy dyskryminowani na Ukrainie systemowo, możliwe zerwanie stosunków

Engelgard przywołał wypowiedź byłego ambasadora Bartosza Cichockiego, który nagle stał się bardzo krytyczny wobec Ukrainy — choć gdy był w Kijowie, krytyczny nie był. Cichocki stwierdził, że Polacy są na Ukrainie systemowo dyskryminowani — wierni nie mają prawa odzyskać kościołów, szkolnictwo polskie jest ograniczane i tak dalej. Polskie władze zazwyczaj nie podnosiły tego na szczeblu państwowym w imię jakiegoś większego dobra, ale wszyscy, którzy podróżują i mają kontakty rodzinne, doskonale to wiedzą. Im bliżej granicy z Polską, tym gorzej — czyli obwód lwowski jest najgorszy, im dalej na wschód, było lepiej.

Engelgard wskazał też na inny wątek z wypowiedzi Cichockiego — 27 maja, dzień po podpisaniu przez Zełenskiego dekretu o bohaterach UPA, na Cyprze spotkali się wicepremier Radosław Sikorski z ministrem Andrejem Sybichą. Sfotografowali się, uśmiechnęli z nową książką premiera Sikorskiego — i prawdopodobnie temat gloryfikacji tego, co nie powinno być w Europie w XXI wieku gloryfikowane, znowu nie był podnoszony. Jaki wniosek może wyciągnąć strona ukraińska? Że Polaków to nie interesuje i Polska nie będzie zajmowała stanowiska. Stanowisko zajęto dopiero wtedy, gdy zrobiła się wrzawa w Polsce i gdy sondaże wykazały, że to dla Polaków przestaje być obojętne.

Piskorski skomentował ostro — ciekawi go, dlaczego Cichocki mówi o tym dopiero teraz, gdy nie jest już ambasadorem. On jako pracownik lub współpracownik Agencji Wywiadu doskonale zna realia — nie był ślepy. Dlaczego wówczas nie meldował do Warszawy? A może meldował, ale go nie słuchano? To nagłe przebudzenie następuje dlatego — i tutaj środowisko Myśli Polskiej może bez fałszywej skromności powiedzieć, że dorzuciło do tego jakąś cegiełkę — że przebrała się miarka cierpliwości polskiego społeczeństwa. Cała klasa polityczna poszłaby na zieloną trawkę, gdyby tego nie zauważyła.

Piskorski przywołał dwie znamienne konkluzje z wypowiedzi Cichockiego. Po pierwsze — Cichocki spodziewa się, że Zełenski będzie z nami bardzo, bardzo długo. Nie mówi wprost czemu — ale oznacza to, że nie będzie żadnej demokracji na Ukrainie, bo nie będzie wyborów, dopóki trwa i będzie trwać ta wojna. Po drugie — Cichocki mówi, że jak tak dalej pójdzie, może dojść do zerwania stosunków dyplomatycznych między Kijowem a Warszawą. Piskorski stwierdził, że dopóki u władzy są ci ludzie co teraz — po obu stronach — cieszyłby się, gdyby ta przepowiednia się ziściła. Chciałby zerwania tych stosunków albo ograniczenia ich do minimalnego, czysto technicznego poziomu.

Piasta nie podzielił tego poglądu — ocenił, że stosunki dyplomatyczne warto utrzymywać, o ile wysyłamy na placówki dyplomatów realizujących agendę Warszawy, a nie miejsca pobytu.

Polskie elity — cynizm, nie odwaga. Pamiętajcie kto był kim jeszcze miesiąc temu

Piasta ocenił, że politycy, którzy teraz nagle są odważni i głośno mówią o banderyzm, UPA i ludobójstwie — nie są odważni. Są najzwyczajniej w świecie cyniczni. Tak samo cyniczni jak byli wcześniej. Najzwyczajniej kłamią, wiedząc, że polski wyborca ma pamięć jak jętka jednodniówka. Bezmyślnie wierzy bez refleksji, jakby wczoraj nie istniało.

Przypomniał dwa przykłady: pan Jasina z cytatem Jesteśmy sługami narodu ukraińskiego — i pani Gosiewska z Nasze poparcie dla Ukrainy jest bezwarunkowe. Gosiewska — jego zdaniem szczególnie obrzydliwa persona — jeżdżąca po okopach, obłapiająca się z banderowcami — była jednym z czołowych, najbardziej eksponowanych polskich polityków w czasie rządów PiS. Zupełnie kuriozalna sytuacja i zupełnie kuriozalna postać.

Nie należy wierzyć tym, którzy jeszcze wczoraj byli sługami Ukrainy — nie tylko spod znaku PiS, ale wszystkich partii. Dolary przeciw orzechom: jeśli trend społeczny się utrzyma, Donald Tusk za chwilę też zacznie inaczej śpiewać, bo Tusk mówi to co mówią mu sondaże. A sondaże są bezwzględne — nawet znacząca część elektoratu KO nie jest entuzjastycznie nastawiona do kwestii ukraińskiej. Zełenski przegiął zbyt ostro. Wahadło wychylone zbyt mocno ma tendencję do przegięcia w drugą stronę przed powrotem do równowagi.

Środowisko Myśli Polskiej było jednym z pierwszych i jednym z najbardziej represjonowanych wśród tych, którzy swoje trzy grosze dokładali. To jest w jakimś stopniu ich sukces — w syzyfowej pracy budowania realistycznego myślenia wśród Polaków. Naszym obowiązkiem jest kultywować pamięć w narodzie — pamiętać, kto jak się zachowywał, kto reprezentował interesy Ukrainy w większym stopniu niż interesy Polski. Kto mówił ruska onuca — a to było najłagodniejsze określenie. Byli ich dziesiątki, cała niemal klasa polityczna. Polityków zachowujących się przyzwoicie była dosłownie garstka — kilkunastu, kilkudziesięciu, i w znakomitej większości siedzą w obu konfederacjach.

Naszym obowiązkiem jest nie dopuścić, żeby Polacy po raz kolejny zaufali tym ludziom. Bo jeśli zapomnimy o tym co mówili politycy PiS, Platformy, KO, PSL i innych partii wtedy, a co mówią teraz — nie będziemy ofiarami polityków, którzy nas oszukują. Będziemy współsprawcami własnego nieszczęścia.

Naiwność polska — chcieliśmy narzucić Ukrainie własnych bohaterów

Engelgard zauważył, że polska naiwność polegała na myśleniu, że Ukrainie można narzucić polską wizję historii — Petlura, Wychowski, Mazepa, Sahajdaczny — politycy kozaccy i ukraińscy wchodzący w sojusze z Polską. Ale Ukraińcy takich bohaterów nie chcą. Petlura nie jest tam żadną figurą — bo oddał Galicję Wschodnią i wcale nie jest bohaterem. Politycy naiwnie uważali, że Ukraińcy rzucą się nam na szyję gdy im wskażemy — oto wasi bohaterowie. Ostatnio Marek Sawicki z PSL powiedział, że przecież Ukraina ma obrońców Mariupola jako bohaterów — żeby się odciąć od UPA. Kto to byli obrońcy Mariupola? Formacje Azow — neobanderowskie i neonazistowskie. Czy Sawicki tego nie wie?

Piasta skomentował, że postawa PSL jest dla niego szczególnie bolesna — bo tam ciągle jest kilku polityków starszej generacji zachowujących przyzwoitość, jak Tadeusz Samborski czy dawniej Franciszek Jerzy Stefaniuk, który w 2013 roku wygłosił bardzo ostre przemówienie na obchodach rocznicy rzezi wołyńskiej. Ale w tej chwili w PSL rządzą czterdziesto-pięćdziesięciolatkowie i jest to zupełnie inny rodzaj partii — egzotyczny wariant Platformy skrojony na wyborce profesjonalnego. Stary PSL miał wady, ale miał też zalety — w sprawie Kresowych przez całe dekady był uczciwy i w forpoczcie. Dopiero w ostatnich czasach zostało to poświęcone dla mglistych i podejrzanych interesów.

Inicjatywa zwrotu zbiorów Ossolineum — apel do prezydenta Nawrockiego

Piasta poinformował o inicjatywie, którą z kolegą Łukaszem Jastrzębskim skierowano do prezydenta Nawrockiego — apel o zwrot Polsce zbiorów Ossolineum przebywających we Lwowie. To zbiory wytworzone w Polsce — donacja na rzecz narodu polskiego, a nie ukraińskiego, bo narodu ukraińskiego wtedy jeszcze nie było. Są tam książki, obrazy, monety, rozmaite obiekty zabytkowe. Piskorski podejrzewa, że monet tam już nie ma — zostały przetopione na złote serdece, które lubują się ukraińscy politycy. Ale to co zostało — należy odzyskać. Podpisały się dziesiątki, jeśli nie setki osób — ludzie kultury, nauki, publicyści, politycy. Środowisko Myśli Polskiej zachęca do wsparcia tej inicjatywy i złożenia listu na biurko prezydenta.

Afera szpitalna — próba przykrycia jej absurdalnym atakiem na Dudę

Piasta skomentował, że fajnopolackie media próbują przykryć aferę z młodym lekarzem-radnym z KO, zarabiającym skromne 1,6 miliona złotych rocznie — ujawnieniem sensacji, że Andrzej Duda kupił Porsche. Czym niby ma jeździć — Trabantem? Jako europoseł i dwukadencyjny prezydent mógł parę złotych odłożyć. Gdy nie ma się prawdziwych afer, trzeba wykroić jakieś z ziemniaka lub banana. Tymczasem Donald Tusk ma problem realny — dwudziestokilkulatek zarabiający półtora miliona rocznie, plus posłanka wpychająca się bezczelnie w kolejkę do lekarza, to gotowy przepis na katastrofę. Misterna konstrukcja koalicji zaczyna się brzydko chwiać — a zbudowana z kart, jak się pochwieje jeszcze trochę, może się cała zawalić. Pycha zgubiła tego młodego człowieka — gdyby nie zapragnął zostać radnym dzielnicy Ursus, jego majątek nigdy nie wyszedłby na światło dzienne. Jako radny musiał ujawnić swój majątek — i nagle się okazało, że zarabia zaskakujące kwoty.

Na koniec — rosyjska tęsknota za Stalinem jako przestroga

Piskorski na zakończenie programu zaprezentował bijący rekordy popularności w Rosji filmik wytworzony przez sztuczną inteligencję — ilustrujący narastającą rosyjską tęsknotę za Stalinem jako symbolem walki z korupcją, gdy społeczeństwo ma dosyć prozachodnich elit. Im bardziej Zachód naciska na Rosjan, im bardziej mówi że są barbarzyńcami i muszą się cywilizować, tym bardziej mają dosyć wzorowanych na Zachodzie elit i tym bardziej niepokojące są wnioski, do których dochodzą.

Engelgard skomentował — Stalin rzeczywiście był przeciwnikiem korupcji, zrugał nawet Żukowa za przywiezienie z Berlina dwóch wagonów dywanów i greckiej ceramiki. Ale kij ma dwa końce — Stalin miał inne, mniej pozytywne cechy. Polska analogia: ekipa Gierka była oskarżana o złodziejstwo. Potem był generał Jaruzelski — asceta, człowiek skromny. I jakie hasło pojawiło się wśród ludu? Wracaj Gierek z nami kwita, lepszy złodziej niż bandyta. Opinia publiczna jest zmienna. A tendencja widoczna w tych rosyjskich filmikach — narastający fundamentalizm połączony z odrzuceniem zachodniego modelu — jest niepokojąca i warta obserwacji.


Program dostępny na kanale Myśl Polska TV na YouTube, liczącym ponad 30 tysięcy subskrybentów. Materiał opublikowany 28 czerwca 2026 roku.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *