Zbigniew Parafianowicz, dziennikarz Wirtualnej Polski i autor książki „Kłopot z Zełenskim”, był gościem audycji „Nasz Świat, Nasze Uniwersum” w Radiu Olsztyn. Rozmowa dotyczyła kryzysu w relacjach polsko-ukraińskich po decyzji Zełenskiego o nadaniu jednostce wojskowej imienia „bohaterów UPA”.
Decyzja bez kalkulacji polskiej
Parafianowicz ocenił, że kalkulacja polska w ogóle nie wchodziła w grę przy tej decyzji. Jednocześnie podkreślił, że emocje w polityce są faktem politycznym i abstrahować od nich nie można. Wskazał dwa wymiary decyzji — zewnętrzny, rujnujący relacje z Polską, oraz wewnętrzny — grę na elektorat galicyjski i nacjonalistyczny, którego na Ukrainie jest coraz więcej, oraz odwoływanie się do mitów założycielskich współczesnego państwa ukraińskiego: Bandery, Melnyka, Szuchewycza, Kłyma Sawura.
Brunatna fala w ukraińskich siłach zbrojnych
Parafianowicz zaznaczył, że ma obszerną dokumentację fotograficzną jednostek ukraińskich nawiązujących do batalionu Nachtigall, Rolanda, SS Galizien, używających Balkenkreuza czy symboli Totenkopf. Wskazał, że nacjonalizm integralny w wersji light staje się de facto ideologią państwową i wojskową Ukrainy. „To nie jest zjawisko niszowe już w tym momencie” — ocenił.
Zełenski jako „sowieto-liberał”
Dziennikarz użył terminu „sowieto-liberał” — ukutego przez jednego z jego rozmówców — dla opisania człowieka, który potrafi w Brukseli zapewniać o trosce o prawa mniejszości, a równocześnie wszystkich przeciwników określać wulgarnymi epitetami. Ten cynizm sowiecki w połączeniu z polityką ponowoczesną, sondażową — to według Parafianowicza istota fenomenu Zełenskiego.
Zderzenie dwóch ego — Zełenski i Trump
Parafianowicz opisał konflikt ukraińsko-amerykański jako zderzenie dwóch bardzo podobnych osobowości — eskalacyjnych, łatwo się odpalających, niepotrafiących się zatrzymać. „W Białym Domu nie starczyło miejsca w tym pokoju dla tak dwóch potężnych ego” — stwierdził. Dodał, że Zełenski trafił po prostu na większego chama od siebie.
Polska — kraj przelotowy
Według Parafianowicza, powołującego się na słowa Bartosza Cichockiego, przed wojną Polska była dla ukraińskich elit i biznesu tak zwanym flyover country — krajem, nad którym się przelatywało do Berlina, Londynu czy Waszyngtonu. Po wybuchu wojny stała się krajem, z którego się wylatuje, bo przestrzeń powietrzna nad Ukrainą jest zamknięta. Polska nigdy nie była dla Ukrainy państwem istotnym — bywała jedynie potrzebna w momentach kryzysowych: pomarańczowej rewolucji, Majdanu i pierwszych stu dni pełnoskalowej inwazji.
Parafianowicz ujawnił też, że prośba o wsadzenie Tuska do oddzielnego pociągu podczas podróży do Kijowa przyszła z Berlina — to ludzie Merca poprosili Zełenskiego o ten prestiżowy pstryczek. Niemcy do dziś pamiętają incydent z Steinmayerem i sposób, w jaki Polska zareagowała na jego niezaproszenie do Kijowa.
Odbudowa Ukrainy — tylko biznes
Jeden z rozmówców Parafianowicza ujawnił, że Polacy mylą się sądząc, że w odbudowie Ukrainy uczestniczyć będzie wyłącznie Zachód. Dzień po zawarciu rozejmu do gry wejdą Białoruś i Węgry — i Ukraina na to pozwoli. „Dla nich to, jak w Ojcu Chrzestnym, nic osobistego. To tylko biznes” — cytuje dziennikarz. Jako przykład podał, że Ukraina przez lata kupowała diesel z rosyjskiej ropy przerabianej na Słowacji Roberta Fico i trafiającej do czołgów ukraińskich, a podczas blackoutów kupowała prąd z Węgier wytwarzany na paliwie i technologii Rosatomu.
Polska nie jest bezbronna
Parafianowicz ocenił, że Polska ma narzędzia w relacjach z Ukrainą — i powinna po nie sięgać. Wymienił: sterowanie temperaturą rozmów akcesyjnych z Unią Europejską, warunkowanie dostaw broni deklaracjami, że nie trafi ona do jednostek odwołujących się do symboliki UPA, czy wreszcie kwestię lądowania samolotu Zełenskiego — zamiast na Jasionkę, mógłby latać z Koszyc. „Nie jesteśmy bezbronni w tych relacjach” — podkreślił.
Polska agresja skierowana na siebie
Parafianowicz zauważył, że charakterystyczną cechą polskiej polityki jest kierowanie agresji do wewnątrz — na siebie nawzajem — zamiast na zewnątrz, wobec tych, którzy Polskę krzywdzą. Jako przykład podał zachowanie ministra Sikorskiego, który przy okazji kryzysu z Zełenskim wyciągnął argument o Smoleńsku, chcąc wyprowadzić PiS z równowagi — zamiast skoncentrować się na relacji z Kijowem.