Prof. Grzegorz Motyka w Polsat News: Ukraina musi przyznać, kto odpowiada za zbrodnie na Wołyniu

Karolina Olejak i Przemysław Szubartowicz rozmawiali w programie „Najważniejsze pytania” na antenie Polsat News z prof. Grzegorzem Motyką, historykiem, członkiem kolegium Instytutu Pamięci Narodowej i dyrektorem Wojskowego Biura Historycznego, o warunkach zamknięcia sporu wołyńskiego, ekshumacjach, decyzji prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednostce wojskowej imienia UPA, rocznicy zbrodni w Jedwabnem oraz o kontrowersjach wokół akcji „Wisła”.

Dwa warunki zamknięcia sprawy Wołynia

Zapytany, kiedy będzie można powiedzieć, że kwestia Wołynia jest zamknięta, prof. Motyka wskazał dwa niezbędne warunki. Pierwszy to dokończenie ekshumacji i godnych pochówków ofiar – świadomość, że ludzie leżą w nieoznakowanych mogiłach, budzi niepokój nie tylko rodzin, ale całej opinii publicznej, co utrudnia porozumienie. Drugi warunek, istotny przede wszystkim dla Polaków, to jednoznaczne przyznanie przez stronę ukraińską, że doszło do masowych zbrodni popełnionych przez Ukraińską Powstańczą Armię, wraz z krótkim stwierdzeniem potępienia tych zbrodni – tego typu deklaracji, wbrew obiegowej opinii, nigdy nie usłyszano z ust ukraińskich urzędników.

Ekshumacje: co mogłyby ujawnić

Odnosząc się do argumentu, że Ukraina obawia się ekshumacji, ponieważ ujawniony ogrom okrucieństwa mógłby zaszkodzić jej międzynarodowemu wizerunkowi, profesor podkreślił wysiłek ministra Pawła Kowala w tej sprawie, zaznaczając przy tym mocno, że to właśnie za prezydentury Andrzeja Dudy – jedynego prezydenta III RP od Lecha Wałęsy po Karola Nawrockiego – ekshumacje i pochówki ofiar zbrodni wołyńskiej całkowicie się nie odbywały, podczas gdy za wszystkich pozostałych prezydentów proces ten trwał. Dzięki zdjęciu zakazu ekshumacji przez zespół Kowala proces wznowiono w tempie znacznie intensywniejszym niż w poprzednich dekadach.

Co do samej treści ewentualnych odkryć, profesor ocenił, że ogólny obraz wydarzeń zmieniłby się niewiele – przełomowe były już pierwsze ekshumacje z początku lat 90. prowadzone przez dr. Leona Popka, gdy odnalezienie ciał zabitych łomem czy maczugą w masowych egzekucjach potwierdziło wiarygodność relacji ocalałych świadków, w które część historyków wcześniej powątpiewała. Podkreślił jednak, że ekshumacje są potrzebne na tej samej zasadzie, na jakiej każdy człowiek potrzebuje pochować bliskich i przejść przez żałobę – to rytuał niezbędny całej wspólnocie narodowej, by przejść do etapu traktowania tych wydarzeń jako domkniętej historii.

Czy pamięć historyczna może się „oczyścić”

Na wątpliwość, czy pełny proces ekshumacyjny rzeczywiście może „oczyścić” relacje polsko-ukraińskie, skoro debata o Wołyniu wciąż budzi żywe, uwspółcześnione emocje mimo że fakty były znane od dawna (prezydent Nawrocki jako szef IPN już wcześniej mówił, że „nie będziemy wybierać bohaterów w Ukrainie”), profesor odróżnił dwa osobne problemy: sam proces ekshumacji i toczącą się debatę publiczną. Odwrócił logikę pytania – to właśnie dlatego, że ofiary wciąż leżą w nieoznakowanych mogiłach, dyskusja o wydarzeniach sprzed 80 lat pozostaje tak żywa, analogicznie do sytuacji, w której komuś bliskiemu odmawiano by odebrania ciała z kostnicy przez lata.

Prowadząca zauważyła, że problemem jest sam sposób prowadzenia debaty historycznej w Polsce – wulgarny, agresywny, nienawistny, jakby wydarzenia sprzed 80 lat rozgrywały się 15 minut temu. Profesor przyznał, że decyzja prezydenta Zełenskiego nieodwołalnie upolityczniła temat – doszło do zderzenia dwóch polityk historycznych, polskiej i ukraińskiej, którego nie rozwiążą już sami historycy, lecz politycy. Ubolewał, że do 26 maja istniała jeszcze możliwość gabinetowego rozwiązania problemu przy pomocy ciał eksperckich, obecnie uważa to za niemożliwe – zwłaszcza że obozom prezydenckim po obu stronach polaryzacja tego sporu jest wręcz politycznie korzystna.

Prognoza: Bandera spocznie w panteonie

Pytany o możliwe kolejne kroki prezydenta Zełenskiego, profesor przewidział, że można spodziewać się wszystkiego, co może podnieść jego notowania – ostrzegł przed naiwnością komentatorów sugerujących, że spór można zakończyć jednostronną „gałązką oliwną”, skoro nie ma żadnej gwarancji, że wkrótce nie nadejdzie informacja o pochówku Stepana Bandery w kijowskim panteonie – z artykułów prasowych wynika, że jedyną przeszkodą jest obecnie niezgoda rodziny na ekshumację ciała, przy czym sama rodzina nie jest temu przeciwna, a jedynie zastanawia się, czy czas wojny jest odpowiednim momentem. Profesor wyraził przekonanie, że Bandera ostatecznie w panteonie spocznie, a kult UPA pozostanie trwałym elementem ukraińskiej pamięci historycznej. Podkreślił, że dla niego jako historyka kluczowe jest, by informowanie o przeszłości opierało się na faktach – decyzja Zełenskiego o nadaniu jednostce imienia UPA oznacza de facto oficjalne stanowisko państwa ukraińskiego, jakoby gigantycznej antypolskiej czystki o charakterze ludobójczym, która pochłonęła dziesiątki tysięcy Polaków, w ogóle nie było.

Spór elit, nie społeczeństw

Na uwagę, że zderzenie dwóch nieprzejednanych polityk historycznych przypomina starcie dwóch nacjonalizmów, gdzie żadna ze stron nie ustąpi, profesor zdecydowanie podkreślił, że jest to spór elit i polityków, nie społeczeństw – Ukraińcy, zarówno na Ukrainie, jak i w Polsce, w żaden sposób nie odpowiadają za decyzję Zełenskiego. Stanowczo potępił chuligańskie wybryki wobec ciężko pracujących w Polsce Ukraińców jako niemające żadnego usprawiedliwienia, opowiadając się za bezwzględnym ściganiem takich zachowań przez organy państwowe, podkreślając wielonarodową i wielokolorową tradycję Polski.

Odpowiadając na pytanie o możliwość kompromisu, wskazał, że wymaga on gestów z obu stron: po stronie polskiej – zrozumienia, że pewne symbole (czerwono-czarne flagi, banderowskie zawołania w nazewnictwie jednostek) się nie zmienią, choćby ich oficjalna interpretacja mogła ulec modyfikacji; po stronie polskiej jednocześnie nie można zrezygnować z oczekiwania, by państwo ukraińskie powiedziało prawdę o ludobójczej czystce przeprowadzonej z rozkazu najwyższych dowódców UPA – Romana Szuchewycza i Stepana Bandery – której ofiarą padło 100 tysięcy Polaków oraz kilka tysięcy Żydów, polskich obywateli również bezwzględnie mordowanych przez UPA. Podkreślił, że rezygnacja z takiego oczekiwania oznaczałaby przyzwolenie na prowadzenie polityki państwowej za pomocą ludobójczej czystki, usprawiedliwionej i „zalanej lukrem” przy okazji ewentualnej akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej.

Umiędzynarodowienie sporu i analogia do Ustaszy

Prowadząca zaproponowała, że najlepszą strategią polskiego rządu byłoby umiędzynarodowienie konfliktu, pokazanie uniwersalnego charakteru zasad, o które chodzi. Profesor przyznał jej rację, chwaląc inicjatywę polskich europosłów, dzięki której przeszła uchwała Parlamentu Europejskiego – porównał to do wcześniejszych oczekiwań Unii Europejskiej wobec Chorwacji w sprawie rezygnacji z kultu Ustaszy. Wskazał na bliźniacze podobieństwo zbrodni na Wołyniu i w Galicji Wschodniej do tego, co Ustasze zrobili Serbom i Żydom w czasie II wojny światowej, zaznaczając, że Ustasze byli w organizacyjnie lepszej sytuacji, ponieważ Hitler pozwolił im utworzyć własne państwo, czego odmówił Banderze. Przywołał postać instruktora Ustaszy wywodzącego się z OUN, który – gdyby nie został rozstrzelany przez Węgrów w 1939 roku – zapewne dowodziłby UPA; to on opracował plan powstania przeciwko Polsce, Niemcom i ZSRR, zakładający masowe zbrodnie na ludności polskiej i żydowskiej, zrealizowany od 1943 roku na Wołyniu.

Czy kult UPA to sprawa tylko zachodniej Ukrainy

Na pytanie, czy kult Bandery i UPA ogranicza się wyłącznie do zachodniej Ukrainy, profesor odpowiedział, że taka teza była prawdziwa mniej więcej do 2015 roku, gdy Rada Najwyższa Ukrainy uchwaliła ustawę uznającą OUN i UPA za organizacje niepodległościowe zasługujące na pełny kult państwowy w całym kraju. Od tego momentu, także w związku z zagrożeniem rosyjskim i toczącą się wojną, kult ten stał się coraz bardziej obecny w formacjach wojskowych, paramilitarnych oraz wśród ludności cywilnej na całym terytorium Ukrainy, mimo naturalnych różnic między zachodem a wschodem kraju.

Ewolucja treści kultu UPA

Wyjaśniając naturę tego kultu, profesor podkreślił, że jest to zjawisko dynamiczne. W latach 90. i do 2015 roku jego podstawą była naturalna reakcja zachodnich Ukraińców na represje sowieckie – po wojnie UPA walczyła z władzą sowiecką do początku lat 50., a w odpowiedzi Sowieci zabili, wsadzili do łagrów lub zesłali pół miliona zachodnich Ukraińców, czyli co dziesiątego mieszkańca tych terenów. Dla nich naturalne było czczenie bliskich, którzy jednocześnie cierpieli i walczyli o niepodległość. Jednak zwłaszcza po 2015 roku do tej opowieści coraz mocniej wpisywano w oficjalną narrację państwową twierdzenie, że mordów na Polakach w ogóle nie było, a co najwyżej doszło do symetrycznej „wojny” między UPA a Armią Krajową, w której obie strony popełniały zbrodnie.

Mechanizm wypierania trudnej przeszłości – uniwersalne zjawisko

Zapytany, czy to celowe zakłamywanie i wybielanie własnej historii, profesor unikał tego określenia, wskazując, że każda wspólnota narodowa, także polska, ma tendencję do wybielania i relatywizowania zbrodni popełnionych przez swoich członków – przywołał jako przykład skandaliczne, jego zdaniem, zachowanie IPN wobec ewidentnej zbrodni komunistycznej, jaką była akcja „Wisła”, i próby jej usprawiedliwiania. Podobne mechanizmy wypierania, niedowierzania i odrzucania świadomości występują w reakcji na zbrodnie UPA.

Dyskusja przeszła w tym miejscu do rocznicy zbrodni w Jedwabnem, obchodzonej tego samego dnia. Prowadząca zapytała, dlaczego Polakom, mimo istnienia precedensu przeprosin prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, wciąż trudno mierzyć się z takimi dramatami, przywołując słowa księdza profesora Tischnera o tym, że religijny człowiek nie twierdziłby, iż jest bezgrzeszny. Profesor zauważył przy okazji, że sam ksiądz Tischner w bardzo pastelowych barwach przedstawiał postać Józefa Kurasia „Ognia”, który był bohaterem jego młodości – co dobrze ilustruje mechanizm wybiórczej pamięci obecny w każdej wspólnocie. Wskazał na wciąż istniejące w części polskiej opinii publicznej odrzucanie faktu, że – jak ustalili prokuratorzy IPN – bezpośrednimi sprawcami zbrodni w Jedwabnem byli Polacy, działający wprawdzie w kontekście niemieckiego przyzwolenia, bez którego zbrodni by nie dokonano. Zaznaczył prawidłowość: wspólnoty narodowe, które otwarcie rozliczają się z własnych zbrodni, często na tym politycznie tracą, podczas gdy te zaprzeczające i twierdzące, że dowody są sfabrykowane, zyskują poparcie wyborcze.

Prowadząca zaproponowała inną interpretację – że żadne państwo nie buduje „muzeum szmalcowników” i naturalne jest niechętne mówienie o niechlubnych kartach historii na zewnątrz, podczas gdy wewnętrzna debata naukowa mimo wszystko w Polsce jest możliwa, w przeciwieństwie do Ukrainy, gdzie sprawy takie jak Wołyń są oficjalnie eksponowane przez administrację państwową. Profesor w dużej mierze się z tym zgodził, podkreślając uniwersalność i ponadnarodowość tych mechanizmów – Ukraińcy nie są w tym sensie „szczególnie źli”. Wskazał jednak na konkretną asymetrię: po polskiej stronie w ciągu ostatnich trzydziestu kilku lat powstało wiele monografii poświęconych osobno zbrodniom popełnionym przez polskie oddziały partyzanckie na poszczególnych ukraińskich wioskach, podczas gdy po stronie ukraińskiej nie powstała żadna analogiczna praca poświęcona choćby jednej polskiej wsi. Zdemaskował konkretne fałszerstwo krążące ostatnio w ukraińskiej przestrzeni medialnej – przypadek sotennego UPA pseudonim „Orzeł”, rozstrzelanego przez własne dowództwo i przedstawianego jako rzekomy dowód, że UPA nie prowadziła zorganizowanej czystki antypolskiej. Profesor sprostował, powołując się na materiał opublikowany ćwierć wieku temu przez kwartalnik „Karta”: „Orzeł” został rozstrzelany za samowolne, niezgodne z rozkazem centralnego Prowidu OUN, podjęcie rozmów z niemieckim starostą w celu wynegocjowania wsparcia przy napadach na Polaków – a więc dokładnie odwrotnie, niż sugerowała fałszywa narracja.

Ukraiński IPN: mniej pieniędzy, ale konsekwentna polityka historyczna

Na pytanie, czy słabsze wyniki badawcze ukraińskiego IPN wynikają z problemów organizacyjnych, a nie celowego zaniedbania, profesor przyznał, że nierzadko drażni go protekcjonalny stosunek – zarówno nacjonalistyczny, jak i liberalny – wobec ukraińskich kolegów. Podkreślił, że mimo znacznie skromniejszych środków finansowych w porównaniu z polskim IPN, cele ukraińskiej polityki historycznej są, jego zdaniem, imponująco realizowane. Przywołał anegdotę: kilka lat temu urzędnik polskiego MSZ lekceważąco skwitował jego uwagi o konsekwentnej ukraińskiej polityce historycznej stwierdzeniem, że „to państwo się sypie” – dokładnie z takiej samej błędnej diagnozy wyszedł Władimir Putin w 2022 roku, przekonany, że wystarczy „tupnąć nogą”, by państwo ukraińskie się rozpadło. Tymczasem armia ukraińska okazała się świetna, obywatelska i skuteczna także w prowadzeniu propagandy w najlepszym tego słowa znaczeniu – jako przykład podał wzruszające obrazki ratowania kotów z gruzów czy rozdawane za darmo w pociągach komiksy dla dzieci ostrzegające przed niebezpiecznymi przedmiotami przypominającymi zabawki, które mogą być bombami – z czego, jego zdaniem, Polska mogłaby się uczyć.

„Pedagogika wstydu” i porównania AK do UPA

Nawiązując do własnej książki „Gry pamięcią”, prowadząca zapytała o balans między pamięcią a nienawiścią, przywołując koncepcję „pedagogiki wstydu” ukutą przez publicystę Piotra Zarembę oraz kontrargument o „pedagogice bez wstydu”. Profesor podkreślił, że każde państwo, niezależnie od ekipy rządzącej, prowadzi jakąś politykę historyczną – może ona być nacjonalistyczna, liberalna czy socjalistyczna, ale brak świadomości, że taka polityka w ogóle istnieje, oznacza, że będą ją prowadzić za rządzących inni. Zauważył, że prezydent Nawrocki – niezależnie od osobistej oceny profesora tego faktu – rozumie tę zasadę i podczas ostatniego spotkania w Ankarze z prezydentem Zełenskim wyraźnie zademonstrował, że dysponuje „złotym kluczem” do porozumienia. Sam opowiedział się za polityką liberalno-demokratyczną, maksymalnie zbliżoną do prawdy historycznej, bez ukrywania wstydliwych faktów, ale też bez epatowania nimi kosztem powodów do dumy.

Skrytykował jako szkodliwe dla polskiej polityki historycznej porównania AK do UPA, nawet jeśli intencją mówiących jest wskazanie na podobieństwo walki z sowieckim okupantem – posłużył się metaforą dwóch osób jadących do Warszawy, jednej rowerem, drugiej samochodem: obie dojadą, ale to nie znaczy, że mają to samo. Armia Krajowa była formacją ponadpolityczną, uznaną przez aliantów, w której nawet zdarzające się zbrodnie wojenne polscy historycy w miarę uczciwie opisywali jako niezgodne z prawem polskim – przywołał przykład pacyfikacji Zahrynia przez oddział AK, po której dowódca okręgu jasno poinformował swoich ludzi, że po wojnie będą rozliczani przez polski sąd. UPA natomiast była zbrojnym ramieniem jednej partii politycznej, która przeprowadziła gigantyczną operację czystki etnicznej – wydano de facto wyrok śmierci na ponad milion Polaków: około 100 tysięcy zamordowano, 300–400 tysięcy UPA wypędziła, a pozostałe 800 tysięcy wywieźli Sowieci w latach 1944–1946.

Odnosząc się do sugerowanego porównania UPA raczej do żołnierzy wyklętych niż do samej AK, profesor ocenił to porównanie jako bardziej uzasadnione, biorąc pod uwagę, że OUN-UPA wywodziła się z formacji nastawionej na współpracę z Niemcami, podobnie jak część powojennego podziemia antykomunistycznego – zaznaczył jednak stanowczo, że tego typu porównania nie mogą oznaczać relatywizowania samej zbrodni wołyńskiej. Wskazał na różnicę intencji jako kluczową: gdy Wołodymyr Wiatrowicz używa terminu „wojna polsko-ukraińska”, nie samo określenie budzi jego sprzeciw, lecz fakt, że Wiatrowicz używa go, by wykluczyć kwalifikację tych wydarzeń jako ludobójstwa.

Zaniechania rządów PiS i prezydenta Dudy

Prowadząca przywołała żal księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego z 2023 roku, że mimo obietnic prawicy sprawa ekshumacji pozostała niedokończona, pytając o mechanizmy blokujące rozwiązanie problemu od lat 90. Profesor zaznaczył, że mimo częstej polemiki z księdzem Isakowiczem-Zaleskim (m.in. w ocenie metropolity Andrzeja Szeptyckiego, którego beatyfikację profesor by powitał z radością, doceniając jego potępienie zbrodni na Żydach i Polakach), podziela jego krytykę zaniechań rządów PiS. Wskazał, że wcześniejsze rządy od lat 90. borykały się z problemami finansowymi i niechęcią urzędników, a strona ukraińska konsekwentnie się ociągała – uznał za prawdopodobne, że u podstaw tej zwłoki leżała kalkulacja, iż odnalezienie ciał, w tym szczątków dzieci, utrudniłoby ukraińskim władzom wytłumaczenie własnym obywatelom, dlaczego UPA jest czczona jako formacja bohaterska.

Za szczególnie karygodne uznał dwie rzeczy z okresu rządów PiS: powołaną przez ministra Piotra Glińskiego polsko-ukraińską komisję dwóch ministrów kultury, która przez ponad rok istnienia ani razu się nie spotkała, tworząc jedynie pozory zaangażowania; oraz postawę prezydenta Andrzeja Dudy, który wypracował z prezydentem Zełenskim rozsądny kompromis, wyrzucony następnie do kosza przez IPN i samo PiS za pomocą odpowiednich ekspertyz, przy czym prezydent Duda nie upierał się przy dowiezieniu tego kompromisu do końca. Profesor ocenił krytycznie zawarte później „porozumienie o wstrzemięźliwości” w kwestiach historycznych – gdyby rządzącym rzeczywiście zależało na ekshumacjach, nic nie stało na przeszkodzie, by dołożyć zniesienie zakazu ekshumacji jako dodatkowy element tego porozumienia. Przypomniano też wypowiedzi z okresu prezydentury Dudy sugerujące, że „nie Ukraina zabijała, tylko konkretni ludzie” jako formę rozmywania odpowiedzialności. Profesor podsumował ostro, że podpisując tekst z Zełenskim, prezydent Duda w gruncie rzeczy przyznał rację interpretacji historii forsowanej przez Wołodymyra Wiatrowicza, a nie księdza Isakowicza-Zaleskiego.

Czy jest szansa na porozumienie

Na pytanie o przyszłość i możliwość rozwiązania sporu, mimo że oba obozy prezydenckie – polski i ukraiński – politycznie zyskują na polaryzacji, profesor podkreślił, że przyszłość pozostaje otwarta i zależy od konkretnych decyzji polityków, nie tylko słów, choć słowa również potrafią kształtować rzeczywistość, zwłaszcza wyborczą. Zaznaczył, że porozumienie wymagałoby uznania przez obie strony wzajemnej wrażliwości historycznej, przy czym bez wyraźnego potępienia zbrodni przez stronę ukraińską trudno mu wyobrazić sobie takie porozumienie. Wskazał na niekorzystny kontekst czasowy: zbliżające się wybory parlamentarne w Polsce za rok oraz spodziewane wybory na Ukrainie po ewentualnym zawarciu pokoju – w takich warunkach politykom bardziej opłaca się podbijać polaryzację i grać na nucie narodowej niż szukać kompromisu. Podsumował szczerze, bez upiększania rzeczywistości, że decyzja prezydenta Zełenskiego kompletnie wywróciła stolik polsko-ukraińskiego dialogu, zmieniając reguły gry w sposób, którego skutków jeszcze nie znamy.

Akcja „Wisła” jako zbrodnia komunistyczna

Po przerwie prowadzący Przemysław Szubartowicz przyznał, że otrzymał od widzów krytyczne komentarze za brak reakcji na wcześniejszą wzmiankę profesora o akcji „Wisła” – w tym sugestię, że „może nie jest Polakiem”. Profesor podziękował za pytanie, podkreślając, że akcja „Wisła” była jedyną w tysiącletniej historii państwa polskiego zbrodnią planowej, celowej polityki wynarodowienia mniejszości narodowej, prowadzonej przez pięć lat (1947–1952) przez komunistyczne, stalinowskie państwo polskie, począwszy od uchwały Biura Politycznego PPR aż po uchwałę Biura Politycznego PZPR kończącą tę politykę. Wyjaśnił genezę decyzji: po tym, jak w 1947 roku podczas inspekcji zginął gen. Karol Świerczewski, Biuro Polityczne PPR na fali wściekłości zdecydowało nie tylko o wysiedleniu wszystkich Ukraińców, Łemków i Bojków, ale też rodzin mieszanych, w których choćby dziadkowie byli grekokatolikami – z terenów południowo-wschodniej Polski na ziemie zachodnie i północne. W ciągu trzech miesięcy przesiedlono 140 tysięcy ludzi, w tym, jak liczą historycy, kilkanaście tysięcy etnicznych Polaków.

Profesor podkreślił zbrodniczy charakter operacji: przesiedlonym odebrano swobodę zmiany miejsca zamieszkania, około tysiąca najstarszych i najbardziej samotnych przymusowo osadzono w domach starców, gdzie zmarli w nędzy i zapomnieniu, a przez pięć lat całą populację poddawano nadzorowi milicji, UB i administracji cywilnej, zakazując mówienia po ukraińsku, modlitwy oraz samego obrządku grekokatolickiego. Dopiero w 1952 roku, obawiając się kolejnej fali stalinowskich represji przed spodziewanym wybuchem III wojny światowej, władze zrezygnowały z tej polityki asymilacyjnej. Podkreślił, że z punktu widzenia ustawy o IPN jest to jednoznacznie zbrodnia komunistyczna, i wyraził ubolewanie nad decyzją prokuratury, która – jego zdaniem – powielała stalinowskie usprawiedliwienia tej operacji, sprzeniewierzając się misji Instytutu. Przypomniał, że Stanisław Mikołajczyk i politycy PSL już wówczas żądali powołania komisji śledczej w tej sprawie, w opozycji do decyzji Bolesława Bieruta i Władysława Gomułki – zaznaczając, że współcześni obrońcy akcji „Wisła” stają w tamtym sporze po stronie Bieruta, nie Mikołajczyka.

Znaczenie akcji „Wisła” dla relacji polsko-ukraińskich

W odpowiedzi na pytanie prowadzącej o współczesne znaczenie tej pamięci, profesor podkreślił, że dla obywateli polskich pochodzenia ukraińskiego i łemkowskiego, których rodziny ucierpiały, jest to sprawa fundamentalna – z uznaniem podkreślił, że podziemna Solidarność, a potem pierwszy demokratycznie wybrany Senat potępiły tę akcję, czyniąc z tego potępienia część polskiego dziedzictwa demokratycznego, istotną dla wewnętrznej dyskusji o charakterze polskiej państwowości – etnicznie jednorodnym czy wielonarodowym, tolerancyjnym, w duchu Rzeczpospolitej Jagiellonów, Batorego czy Sobieskiego. Zaznaczył jednak, że wśród samych Ukraińców wiedza o akcji „Wisła” długo pozostawała nikła, często mylona z powojennymi wysiedleniami Ukraińców na Ukrainę – dziś bywa natomiast instrumentalnie wykorzystywana przez ukraińskich polityków (jako przykład podał wypowiedź jednego z ukraińskich ministrów – Dmytra Kuleby) w charakterze odpowiedzi na polskie pretensje o Wołyń, tworząc niebezpieczne „równoważenie” dwóch różnych zbrodni.

Bogactwo ukraińskich bohaterów poza Banderą

Odnosząc się do popularnego argumentu, że Ukraińcy sięgają po kult Bandery, bo nie mają innych bohaterów narodowych, profesor zdecydowanie zaprzeczył, ponownie wskazując na polski protekcjonalizm w tej ocenie. Wymienił bogatą galerię postaci z tysiącletniej historii ukraińskiej: Włodzimierza Wielkiego, Jarosława Mądrego, hetmanów kozackich, metropolitę Andrzeja Szeptyckiego, atamana Symona Petlurę, a także – niestety – rosnącą dziś rzeszę bohaterów współczesnej wojny, każdego żołnierza ukraińskiego poległego w obronie niepodległości.

Panteon narodowy: czy Bandery da się uniknąć

Odnosząc się do planowanego ukraińskiego panteonu narodowego, prowadzący przywołał wypowiedź ambasadora Ukrainy w Polsce Wasyla Bodnara, sugerującą, że lista nazwisk nie jest jeszcze przesądzona i będzie podlegać kontroli instytucjonalnej, w tym głosowaniu Rady Najwyższej. Profesor przyznał, że formalno-prawnie ambasador Bodnar mówi prawdę o samej procedurze, ale ocenił jego zapewnienia z rosnącym niedowierzaniem w świetle wydarzeń po 26 maja – zaznaczył, że w Kijowie już pochowano Andrija Melnyka, przywódcę frakcji melnykowskiej OUN, a planowany jest pochówek Jewhena Konowalca, założyciela Ukraińskiej Organizacji Wojskowej. Wyraził osobiste przekonanie, że byłby zaskoczony, gdyby ostatecznie w panteonie zabrakło Stepana Bandery, biorąc pod uwagę, że odpowiednie rozmowy już trwają.

Jak powinna wyglądać dobra odpowiedź Polski

Pytany o właściwą reakcję Polski na decyzję Zełenskiego – padła propozycja nadania lotnisku w Jasionce imienia Ukraińców ratujących Polaków na Wołyniu jako symbolicznej riposty – profesor pochwalił przyjętą uchwałę polskiego parlamentu, podkreślając, że skoro decyzja Zełenskiego była w istocie stwierdzeniem, że masowa śmierć Polaków na Wołyniu i w Galicji Wschodniej „nas nie obchodzi”, tym większa odpowiedzialność spoczywa dziś na Polsce, by o tych ofiarach pamiętać. Przywołał wymowny przykład: do jego Wojskowego Biura Historycznego napłynęła niedawno prośba z Norwegii o pomoc w odnalezieniu ciał dwojga Norwegów – członkini ruchu oporu zmarłej prawdopodobnie w obozie Stutthof oraz żołnierza z obozu Gross-Rosen. Skontrastował to z głosami w Polsce bagatelizującymi problem stu tysięcy niepochowanych rodaków, podkreślając, że troska o godny pochówek własnych obywateli lepiej buduje międzynarodowy wizerunek państwa niż jej brak.

Odnosząc się do argumentu, że sprawę ekshumacji należałoby odłożyć na czas po zakończeniu wojny, profesor zdecydowanie zaprzeczył, wskazując, że dzięki zespołowi ministra Kowala oraz wysiłkom Centrum Mieroszewskiego i wznowieniu dialogu historyków ten postulat został już częściowo spełniony jeszcze w trakcie trwającej wojny – to właśnie prezydent Zełenski, jego zdaniem, „zrzucił ze stołu” możliwość odłożenia tematu na później. Przedstawił hipotetyczny, prowokacyjny przykład: w 2015 roku, gdy Rada Najwyższa Ukrainy uznała OUN i UPA za organizacje niepodległościowe zaledwie godzinę po proukraińskim przemówieniu prezydenta Bronisława Komorowskiego, wywołało to gremialne oburzenie Polaków. Profesor ocenił, że gdyby wówczas Komorowski, zamiast unikać reakcji, postąpił tak jak prezydent Nawrocki – odbierając Order Orła Białego – prawdopodobnie wygrałby reelekcję mimo innych błędów swojej prezydentury. Jako krytyk efektów prezydentury Andrzeja Dudy przyznał wprost, że uważa, iż Polska wyszłaby na tym lepiej, nawet kosztem tego symbolicznego gestu.

Ekshumacje możliwe nawet w czasie wojny

Na zakończenie rozmowy profesor odniósł się do argumentu, że trwająca wojna uniemożliwia prowadzenie prac ekshumacyjnych. Przypomniał, że Niemcy już po rosyjskiej inwazji ekshumowali na Ukrainie dwa tysiące ciał swoich żołnierzy z czasów II wojny światowej – to jest więc możliwe i realne. Opisał osobisty udział w pracach zespołu prof. Krzysztofa Szwagrzyka w Hucie Pieniackiej, gdzie odnaleziono mogiłę zbiorową 100–200 spośród około 800 mieszkańców zamordowanych w lutym 1944 roku – określił to jako poruszające psychologicznie doświadczenie bezpośredniej bliskości masowego grobu. Wyjaśnił trudności logistyczne tej pracy: oddalone lokalizacje wymagające wielogodzinnego dojazdu bezdrożami, całodniowa praca w szczerym polu bez zaplecza sanitarnego, świadomość realnego ryzyka nalotu czy prowokacji w kraju ogarniętym wojną, a także skomplikowane kwestie administracyjne – wyraził przy tym ogromny szacunek dla ekipy realizującej tę misję, określając ją jako jedną z najjaśniejszych stron działalności IPN.


Gościem programu „Najważniejsze pytania”, prowadzonego przez Karolinę Olejak i Przemysława Szubartowicza na antenie Polsat News, był prof. Grzegorz Motyka, historyk, członek kolegium IPN i dyrektor Wojskowego Biura Historycznego. Materiał na kanale polsatnews.pl na YouTube, liczącym 506 tys. subskrybentów. Opublikowany 11 lipca 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *