Prof. Grzegorz Motyka, historyk specjalizujący się w relacjach polsko-ukraińskich, był gościem Marcina Mellera w programie „Mellina” na kanale ESKA ROCK. Rozmowa dotyczyła dekretu prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego z 26 maja 2026 roku, nadającego elitarnej jednostce wojskowej nazwę „Bohaterów UPA”, oraz szerzej — historii i współczesnego kryzysu w relacjach polsko-ukraińskich.
„To jest katastrofa” — zerwany dialog historyczny
Motyka ocenił obecną sytuację w relacjach polsko-ukraińskich jako katastrofę, podkreślając, że nie było tak źle od bardzo dawna. Przypomniał, że tuż przed decyzją Zełenskiego udało się osiągnąć dwa istotne postępy: zniesienie faktycznego zakazu ekshumacji (wynegocjowanego przez zespół prof. Pawła Kowala) oraz wznowienie, po raz pierwszy od 2017 roku, dialogu polskich i ukraińskich historyków podczas kongresu na początku maja, w którym wzięło udział około stu badaczy z obu krajów. Obrady kongresu celowo transmitowano online, by uniknąć oskarżeń o „porozumienie pod stołem” ze strony radykałów po obu stronach. Zdaniem Motyki te dwa fakty realnie zdjęły temat historyczny ze stołu politycznego na czas wojny — dekret Zełenskiego z 26 maja te wysiłki, jego zdaniem, przekreślił.
Zaniedbania epoki PiS: od zerwania dialogu do zakazu ekshumacji
Odpowiadając na prośbę o doprecyzowanie okresu „sprzątania pisowskich gruzów”, Motyka wyjaśnił, że miał na myśli lata 2015-2023. Przypomniał, że rząd PiS rozpoczął od zdecydowanego zaostrzenia relacji historycznych: uchwał sejmowych, przymykania oka na działalność najpewniej inspirowanych przez Rosję nacjonalistycznych bojówek niszczących ukraińskie upamiętnienia w Polsce, faktycznego zawieszenia dialogu historyków (komisje historyczne kolejno obumierały) oraz wprowadzonego w 2017 roku zakazu ekshumacji. Ocenił, że strona rządowa grała wówczas tym tematem dwuznacznie — deklarując stały dialog z Ukraińcami, a jednocześnie niemal nigdy nie podejmując poważnych rozmów. Jedyne realne porozumienie, wynegocjowane przez Zełenskiego z prezydentem Andrzejem Dudą, PiS — zdaniem Motyki — nie zamierzał dotrzymywać, a Duda „machnął na to ręką”.
Pochwała dla reakcji 2022 roku — „pierwsze powstanie humanitarne”
Mimo tej krytyki Motyka podkreślił z uznaniem, że gdy wybuchła pełnoskalowa wojna, rząd premiera Mateusza Morawieckiego, minister Michał Dworczyk oraz prezydent Andrzej Duda podjęli trudne i kontrowersyjne decyzje o skierowaniu na Ukrainę ogromnej ilości sprzętu wojskowego, za co wyraził im osobisty szacunek. Określił polską reakcję społeczną z lutego 2022 roku jako „pierwsze w naszej historii powstanie humanitarne” — pierwszy raz, gdy Polacy mogli pomóc bez konieczności chwytania za broń. Meller w tym miejscu podzielił się własnym wspomnieniem z wyjazdów na granicę polsko-ukraińską w 2022 roku, gdzie — jak zapamiętał — bywały dni, kiedy liczba Polaków oferujących pomoc przekraczała liczbę przekraczających granicę potrzebujących Ukraińców, mimo że uchodźcy mieli już zorganizowany transport i rodziny czekające po drugiej stronie.
Elity, nie zwykli ludzie, ponoszą odpowiedzialność za konflikt
Motyka zaapelował o wyraźne rozróżnienie: konflikt dotyczy elit ukraińskich i polskich władz, a nie zwykłych Ukraińców pracujących w Polsce, którzy — jak podkreślił — w żaden sposób nie odpowiadają za decyzje prezydenta Zełenskiego i w większości bardzo doceniają pomoc, jaką otrzymali od Polaków. Stanowczo sprzeciwił się przenoszeniu niechęci politycznej na relacje z pojedynczymi napotkanymi Ukraińcami, określając takie zachowania jako niewłaściwe, a w skrajnych przypadkach chamskie i w żaden sposób nieusprawiedliwione — w odróżnieniu od uzasadnionego żalu i pretensji kierowanych wobec samego prezydenta Zełenskiego i władz ukraińskich, które postąpiły, jego zdaniem, „nie fair”.
Dlaczego nazwa „Bohaterowie UPA” jest tak newralgiczna
Profesor wyjaśnił, że decyzja nie była przypadkowa: chodzi o antypolską akcję UPA (nazwa zaczerpnięta z dokumentów źródłowych) prowadzoną od lutego 1943 do maja 1945 roku, w wyniku której zginęło około 100 tysięcy Polaków, w większości na Wołyniu, gdzie działało zgrupowanie UPA „Piwnicz” (Północ) — a nazwaną jednostkę wojskową również określono mianem „Piwnicz”, co rodzi jednoznaczne skojarzenia. Zaznaczył, że nawet gdyby ograniczono się do przywoływania walki UPA z Sowietami, sam ten gest miałby inny wydźwięk — jednak nazwa w obecnej formie honoruje całą formację en bloc.
Struktura dowodzenia UPA — nie da się oddzielić „dobrych” od „złych”
Motyka odrzucił popularną w polskich mediach narrację o możliwości oddzielenia odpowiedzialności pojedynczych dowódców od całej formacji. Wymienił czterech głównych dowódców zgrupowania UPA-Północ — Dmytra Klaczkiwskiego „Kłyma Sawura” oraz jego podwładnych Iwana Łytwynczuka „Dubowego”, Petra Olijnyka „Eneja” i Jurija Stelmaszczuka „Rudego” — wskazując, że wszyscy jednocześnie prowadzili antypolskie czystki i walczyli z Sowietami, giną z rąk Sowietów. Uznał to za dowód, że UPA jako formacja odpowiada za zbrodnie na Polakach, niezależnie od jej działań przeciw NKWD.
Motywacja Zełenskiego — konsolidacja obozu, nie błąd
Profesor odrzucił tezę, jakoby Zełenski nie wiedział, jakie emocje wywoła jego decyzja, wskazując na jego późniejsze wypowiedzi (w tym o otrzymanych książkach o Wołyniu) jako dowód pełnej świadomości konsekwencji. Uznał za bardziej prawdopodobne, że prezydent Ukrainy świadomie wykorzystał temat do konsolidacji ponadpartyjnego poparcia przed ewentualną drugą kadencją. Zauważył przy tym, że decyzja okazała się „politycznym złotem” również dla prezydenta Karola Nawrockiego, który — zdaniem Motyki — dzięki twardej reakcji zyskał poparcie znacznej części polskiej opinii publicznej, jednocześnie stawiając w niezręcznej sytuacji rząd koalicji 15 października, co dodatkowo mogło sprawiać mu satysfakcję, biorąc pod uwagę napięte relacje z premierem Tuskiem.
Argument pragmatyczny Bartosiaka a odpowiedź Motyki
Prowadzący przywołał odmienny, niemoralny, lecz pragmatyczny argument publicysty Jacka Bartosiaka, który ocenił reakcję Polski jako szkodzącą własnym interesom, ponieważ w polskim interesie leży kontynuacja walki Ukrainy z Rosją, a pogarszanie relacji z Kijowem jest w tym kontekście nierozsądne. Motyka odpowiedział, że nikt poważny — ani obecny rząd, ani PiS (w odróżnieniu od Konfederacji) — nie postuluje wstrzymania transportów broni, amunicji czy łączności dla Ukrainy, więc materialne wsparcie obronne pozostaje poza sporem. Zwrócił jednak uwagę na szerszy kontekst: według jednej z hipotez oczekuje się, że wojna może zakończyć się do zimy wobec wyczerpania możliwości Rosji po ostatnich atakach, w tym na Moskwę, co otworzy „wielką grę” o pozycję Ukrainy w Europie Środkowo-Wschodniej — grę, w której znaczenie będzie mieć również to, po której stronie poszczególne państwa i narody stały podczas II wojny światowej, podobnie jak przy każdym wcześniejszym procesie akcesyjnym do Unii Europejskiej.
Asymetria reakcji: pełna zgoda na Ukrainie, spór w Polsce
Prowadzący zwrócił uwagę na różnicę: podczas gdy na Ukrainie decyzja Zełenskiego zyskała niemal powszechne poparcie ponad podziałami politycznymi, w Polsce, mimo że większość popiera reakcję Nawrockiego, istnieje też silny nurt opinii bardziej wyrozumiały wobec Ukrainy. Motyka ocenił krytycznie wypowiedzi części polskich komentatorów relatywizujących różnicę między UPA a Armią Krajową, pytając retorycznie, czy naprawdę nie ma różnicy między pomnikiem powstania warszawskiego a pomnikami Szuchewycza czy Bandery. Podkreślił, że nie ma pretensji do samych Ukraińców za ich skojarzenia (nie mają obowiązku znać historii AK), ale krytykuje Polaków głoszących taką symetrię za lekceważenie własnej historii.
Dlaczego akurat ta nazwa, skoro pomniki UPA istniały już wcześniej
Prowadzący zapytał, dlaczego wcześniejsze upamiętnienia — ulice Bandery, ulice Kłyma Sawura, liczne pomniki — budziły w Polsce jedynie punktowe oburzenie, natomiast decyzja o nazwaniu jednostki wojskowej wywołała prawdziwą eksplozję. Motyka wyjaśnił, że nazwa „Bohaterowie UPA” stanowi swoiste „kremdekrem” wszystkich dotychczasowych upamiętnień — nie jest pojedynczym gestem, lecz zbiorczym, szczególnie uroczystym uhonorowaniem całej formacji, dokonanym w dodatku w środku wojny, w momencie gdy przez polskie terytorium wciąż nieprzerwanie płyną transporty pomocy wojskowej. Ocenił, że strona ukraińska być może nie doceniła skali potencjalnej reakcji, ale nie jest wiarygodne, by nie spodziewała się żadnych emocji — przywołał analogiczny wcześniejszy przypadek, gdy godzinę po przemówieniu Bronisława Komorowskiego Rada Najwyższa Ukrainy uznała członków OUN za bohaterów narodowych, co również tłumaczono jako przypadkową zbieżność czasową, w co — jak zauważył sarkastycznie — wiele osób w Polsce naiwnie uwierzyło.
Sprytna narracja ukraińska: zlanie opresji II RP ze zbrodnią wojenną
Meller podzielił się własną obserwacją z lektury ukraińskich komentarzy: zauważył szczególnie sprytny zabieg retoryczny, w którym rzeczywista opresyjność międzywojennej II Rzeczpospolitej wobec mniejszości ukraińskiej zostaje w narracji zlana z mordami z lat 1943-1945, tworząc wrażenie ciągłości i współmierności, a cześć oddawana Armii Krajowej stawiana jest na równi z kultem UPA. Ocenił, że w tych wypowiedziach dostrzega zarówno cyniczny pragmatyzm polityczny, jak i szczerą, choć naiwną, dobrą wolę młodszych komentatorów przekonanych, że „wojna miała dwie strony”.
AK a UPA — zasadnicze różnice
Na prośbę o rekapitulację różnic profesor wyjaśnił kluczowe rozbieżności: Armia Krajowa była armią całego narodu, otwartą dla obywateli o różnych poglądach politycznych (narodowcy, liberałowie, socjaliści, ludowcy), uznaną przez aliantów za formację kombatancką, której żołnierze szli do niewoli niemieckiej jako regularni jeńcy wojenni. UPA była natomiast bojówką partyjną OUN-B, nigdy nieuznaną przez aliantów, a przez pewien czas (od lata 1944 roku) formalnie współpracującą taktycznie z Niemcami, które zwolniły Banderę z więzienia i dostarczały UPA broń. Podkreślił zasadę, że mordowanie nie jest równe mordowaniu — porównując to do bombardowań alianckich, które mimo swojej brutalności nie są prawnie utożsamiane ze zbrodniami III Rzeszy — oraz przypomniał, że w definicji ludobójstwa Rafała Lemkina kluczowa jest intencja sprawców, udokumentowana w przypadku UPA decyzją o systematycznej depolonizacji terenów.
Dowody z „Litopisu UPA” — słowa samego Szuchewycza
Jako dowód zorganizowanego charakteru zbrodni profesor przywołał 26. tom wydawnictwa źródłowego „Litopys UPA” (wydanego przez byłych członków OUN i UPA w Toronto i Lwowie), zawierający zapis debaty Ukraińskiej Głównej Rady Wyzwoleńczej z lipca 1944 roku, podczas której Roman Szuchewycz miał wprost mówić o likwidacji ludności polskiej na Wołyniu i rozkazach „wyczyszczenia” Galicji Wschodniej pod groźbą śmierci — dotyczącej według ówczesnych danych niemieckich ponad 900 tysięcy Polaków w tym regionie.
Polskie zbrodnie odwetowe — inna skala, inny mechanizm
Motyka przyznał, że po polskiej stronie także dochodziło do zbrodni wymagających potępienia, takich jak pacyfikacja Sachrynia, ale podkreślił zasadniczą różnicę: były to decyzje lokalnych dowódców na poziomie powiatu, nie całych regionów, często podejmowane z logiki odwetu, a dowództwo Armii Krajowej wprost ostrzegało lokalnych sprawców, że po wojnie będą odpowiadać przed polskim sądem za te czyny. Zwrócił uwagę na asymetrię publikacji naukowych: po stronie polskiej istnieją osobne książki poświęcone konkretnym wymordowanym wsiom ukraińskim (Wierzchowiny, Piskorowice, Sachryń), podczas gdy po stronie ukraińskiej analogicznych publikacji o empatycznym podejściu do polskich ofiar brakuje — pytanie, dlaczego tak jest, profesor przekierował do samej strony ukraińskiej.
Symetryzm i usprawiedliwianie zbrodni po obu stronach
Profesor przyznał, że również w Polsce zdarzają się próby usprawiedliwiania zbrodni popełnionych przez polskie podziemie, przywołując przykład Akcji Wisła — komunistycznej zbrodni na obywatelach polskich pochodzenia ukraińskiego, której według niego IPN w pewnym momencie de facto bronił w sposób nieprofesjonalny i nieetyczny. Ocenił, że mechanizmy usprawiedliwiania własnych zbrodni są uderzająco podobne niezależnie od narodowości — polskiej, ukraińskiej, rosyjskiej, niemieckiej czy francuskiej.
Optymistyczny scenariusz sprzed 26 maja
Zapytany, na co liczył przed decyzją Zełenskiego, Motyka przyznał się do pewnej naiwności — liczył, że po kongresie historyków nastąpi okres spokoju do końca wojny, w trakcie którego po stronie ukraińskiej dojrzeje świadomość konieczności rozliczenia z czarną kartą historii UPA poprzez stopniowe gesty: otwarte wypowiedzi polityków, zgodę na płynne prowadzenie ekshumacji i pochówków, co stopniowo budowałoby wzajemną empatię.
Zapowiedź nowej książki i relacja z Wiatrowyczem
Profesor zapowiedział premierę swojej nowej książki, wywiadu rzeki przeprowadzonego przez Andrzeja Brzezieckiego, zaplanowaną na 8 lipca 2026 roku. Odniósł się też do wcześniejszego wywiadu, jaki wspólnie z byłym szefem ukraińskiego IPN Wołodymyrem Wiatrowyczem przeprowadziła dla Onetu Magdalena Rigamonti w Kijowie w lipcu 2023 roku, dzień po bombardowaniu miasta — określając relację z Wiatrowyczem jako funkcjonowanie w pewnym sensie w „równoległych światach” pod względem interpretacji historii, przy zachowaniu wzajemnego szacunku zawodowego.
Podkreślił wartość takich bezpośrednich, nawet brutalnie szczerych rozmów jako jedynej drogi do stopniowego „ucierania kantów” międzynarodowego sporu, porównując go żartobliwie do sąsiedzkiego sporu Kargula z Pawlakiem — sprawy, w którą nie powinny wtrącać się osoby trzecie chcące skłócić obie strony.
Bandera i Konowalec czekają na pochówek — kwestia kontrasygnaty
Motyka zwrócił uwagę, że sytuacja ma charakter dynamiczny, a nie jednorazowy: przypomniał, że pogrzeb Andrija Melnyka przeszedł w Polsce niemal niezauważony (silniej protestowali Izraelczycy), a w najbliższej przyszłości należy spodziewać się uroczystych pochówków Jewhena Konowalca, a docelowo również samego Stepana Bandery. W tym kontekście skomentował krytycznie głosy części komentatorów wzywających premiera Tuska do odmowy kontrasygnaty decyzji prezydenta Nawrockiego o odebraniu orderu — zasugerował ironicznie, by autorzy takich apeli od razu przygotowali uzasadnienie tłumaczące, dlaczego taki brak kontrasygnaty miałby nie być odczytany jako milcząca zgoda na uroczysty pochówek Bandery w Kijowie.
Sprawa zablokowanej książki o Chorwacji i analogia z ustaszami
Motyka ujawnił, że jego książka dotycząca roli Chorwacji i reżimu ustaszów w szkoleniu ukraińskich nacjonalistów została zablokowana przed wydaniem w języku angielskim decyzją ministra Przemysława Czarnka, mimo że publikacja zdobyła wcześniej nagrody naukowe. Ocenił to jako przejaw hipokryzji — z jednej strony deklarowano wsparcie dla polskich publikacji historycznych za granicą, z drugiej zablokowano pracę pokazującą wspólne korzenie ideologiczne OUN i chorwackich ustaszów.
Odnosząc się do pytania o współczesną Chorwację jako możliwy model dla przyszłości Ukrainy, profesor wskazał na paradoks chorwacki: formalny zakaz symboliki ustaszowskiej współistnieje tam z fenomenem popularności piosenkarza Marko Perkovicia „Thompsona”, którego koncerty gromadzą setki tysięcy widzów mimo używania przez niego pozdrowień nawiązujących do ustaszów. Ocenił taki model — państwowego ograniczenia kultu przy społecznym trwaniu pewnych sentymentów — jako realistyczny, możliwy do osiągnięcia scenariusz również dla Ukrainy, pod warunkiem jednoznacznego potępienia zbrodni na Polakach, a nie pustych formuł przeprosin bez konkretnego wskazania, za co się przeprasza.
Szacunki liczbowe: kto mordował i ilu Ukraińców zginęło z rąk UPA
Profesor przedstawił szczegółowe szacunki: w bezpośrednich mordach na Polakach brało udział od 40 do 50 tysięcy osób z ponad pięciomilionowej społeczności zachodnioukraińskiej, w zdecydowanej większości członkowie zmobilizowani przez OUN i UPA. Podkreślił, że to obala mit pełnej społecznej akceptacji dla mordów — wielu zwykłych Ukraińców było wstrząśniętych tym, co działo się z ich polskimi sąsiadami, akceptując walkę z polskimi urzędnikami czy policjantami, ale nie mordy na cywilach. Przywołał wstrząsającą relację z akt śledztwa IPN, w której ukraiński chłop, ukrywający polską rodzinę, został zmobilizowany siłą przez oddział UPA do wykonania egzekucji na Polakach siekierą, co przeżył jako osobisty dramat. Przypomniał również list greckokatolickiego episkopatu z początku 1944 roku, potępiający mordy na ludności polskiej, uznany przez samych banderowców za skandaliczny.
Odpowiadając na pytanie o liczbę Ukraińców zabitych przez UPA za pomoc udzielaną Polakom, profesor oszacował ją na kilkaset osób, przywołując Kresową Księgę Sprawiedliwych, dokumentującą około półtora tysiąca uratowanych Polaków i kilkuset zabitych za taką pomoc Ukraińców. Oddzielił od tego liczbę ponad 30 tysięcy osób zabitych przez UPA w latach 1944 – początek lat 50. w walce z władzą sowiecką (połowa to funkcjonariusze i żołnierze, połowa cywile podejrzewani o kolaborację z Sowietami, z czego część to Polacy wliczani do ogólnej liczby około 100 tysięcy ofiar antypolskiej akcji).
Stereotyp „Rezuna” odrzucony — ilu Ukraińców zabiła UPA za pomoc Polakom
Rozwijając wątek liczb, Motyka zdecydowanie odrzucił stereotyp Ukraińca-mordercy („Rezuna”), podkreślając, że w mordach na Polakach uczestniczył niewielki odsetek całej społeczności zachodnioukraińskiej, co wywoływało wśród zwykłych Ukraińców silny opór. Przywołał list greckokatolickiego episkopatu z początku 1944 roku, potępiający mordy na Polakach, uznany przez samych banderowców za skandaliczny akt arcybiskupa Andrija Szeptyckiego. Podkreślił, że nie odnalazł ani jednego udokumentowanego przypadku wymordowania polskiej wsi przez niezorganizowanych, spontanicznie zbuntowanych chłopów — zawsze za zbrodnią stały zorganizowane formacje banderowskie, czasem przymuszające do udziału miejscową ludność pod groźbą śmierci.
Litwini kontra Ukraińcy — kto był bardziej brutalny wobec własnych
Odpowiadając na pytanie o liczbę Ukraińców zabitych przez samą UPA za współpracę z władzą sowiecką po 1944 roku, profesor oszacował ją na ponad 30 tysięcy osób (połowa to funkcjonariusze i żołnierze, połowa cywile podejrzewani o zdradę, wliczając w to również ofiary polskie). Zwrócił uwagę na swoisty, pośredni „spór” prowadzony w literaturze naukowej między historykami litewskimi a ukraińskimi o to, która z powojennych formacji partyzanckich — litewscy „leśni bracia” czy ukraińscy „łupowcy” — była bardziej bezwzględna wobec własnych rodaków podejrzewanych o kolaborację z Sowietami, zastrzegając jednak, że nie uważa dostępnych szacunków za wystarczająco precyzyjne, by rozstrzygnąć ten spór jednoznacznie. Dodał ogólną obserwację socjologiczną, że w każdym ruchu podziemnym — czy to UPA, IRA czy Hamas — najliczniejszą grupę ofiar stanowią zazwyczaj członkowie własnej społeczności podejrzewani o zdradę.
Polecenie: „Sprawiedliwi zdrajcy” Witolda Szabłowskiego
Meller przypomniał, że poznał profesora 13 lat wcześniej przy okazji panelu towarzyszącego premierze reporterskiej książki Witolda Szabłowskiego „Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia”, którą Motyka określił jako jedną z najlepszych publikacji reporterskich na ten temat, polecając jej nowe wydanie, obecnie dostępne bezpośrednio od autora.
Czy Ukraina mogła wybrać inną tradycję historyczną?
W odpowiedzi na pytanie, czy niepodległa Ukraina mogła oprzeć swoją tożsamość na innej tradycji niż kult UPA, Motyka ocenił, że do pewnego stopnia było to nieuniknione — w latach 1944-1953 w ramach zwalczania UPA władza sowiecka zabiła, deportowała lub aresztowała pół miliona zachodnich Ukraińców, co wymusiło na całej społeczności przyjęcie tej tradycji jako własnej, z wyparciem zbrodni na Polakach jako mechanizmem obronnym wobec sowieckiego terroru. Ocenił jednak jako szczególnie niepokojące zjawisko ostatnich lat: przejście od milczenia o zbrodniach na Polakach do świadomego, urzędowego promowania narracji o rzekomo symetrycznych, wzajemnych mordach dwóch formacji, negującej w ogóle istnienie zorganizowanej antypolskiej akcji. Podkreślił, że to właśnie ta narracja — a nie sam kult UPA jako taki — leży u podstaw oburzenia wielu Polaków, w tym jego samego, decyzją Zełenskiego, ponieważ w jego odczuciu stanowi ona faktyczne zaprzeczenie istnienia zbrodniczej karty w historii UPA.
Program dostępny w ramach cyklu „Mellina”, prowadzonego przez Marcina Mellera, na kanale ESKA ROCK na YouTube, liczącym dziewięćdziesiąt cztery tysiące dwieście subskrybentów. Opublikowany 2 lipca 2026.