Prof. Wielomski: Polska i Ukraina są skazane na wrogość? To Niemcy i Rosja zaciskają na nas obcęgi, a Kijów jest tylko jednym z ramion tych kleszczy

Profesor Adam Wielomski w obszernym wykładzie na własnym kanale przedstawił tezę, że konflikt polsko-ukraiński nie jest przypadkowym epizodem wywołanym sporem o UPA, lecz strukturalną, nieuniknioną konsekwencją geopolitycznego położenia obu krajów. Wykład poprzedziła promocja działalności jego Fundacji Pro Vita Bona, prośby o wsparcie finansowe oraz prezentacja trzech książek — napisanych wspólnie z żoną Państwo narodowe i jego wrogowie oraz Nowoczesność, nacjonalizm, naród europejski, dylematy samoidentyfikacji Europejczyków, a także najnowszej, Kres Hegemonii Zachodu. Narodziny świata wielobiegunowego 2022-2026, której pierwszy nakład już się wyprzedał.

Teza postawiona już w 2022 roku — przyjaźń z Ukrainą była niemożliwa od początku

Wielomski przypomniał, że tezę o niemożliwości polsko-ukraińskiego sojuszu głosił już w 2022 roku, zaraz po wybuchu wojny, na półtajnej konferencji zorganizowanej przez profesora Witolda Modzelewskiego. Była ona półtajna, bo — jak to ujął — trwało wówczas polowanie na onuce wszelkiego rodzaju, i wszyscy bali się mówić cokolwiek odbiegającego od obowiązującej narracji, mimo że oficjalnie walczono z Putinem o wolność słowa. Na tej konferencji wygłosił referat zatytułowany Niemcy, Rosja, Ukraina i kwestia polska — nawiązujący nie przez przypadek do klasycznej pracy Romana Dmowskiego Niemcy, Rosja i kwestia polska, tyle że uzupełnionej o nowy element, jakim stała się Ukraina.

Już wówczas twierdził, że Polska i Ukraina przyjaciółmi, mówiąc delikatnie, nie będą i być nie mogą. Ocenił, że obecne wydarzenia — cały spór o banderyzm — w pełni potwierdzają tę tezę: sztucznie klejona przez 4,5 roku przez polskie elity przyjaźń rozpadła się z wielkim hukiem. Zastrzegł przy tym, że mówi „niestety” — bo to nieprzyjemne mieć sąsiada, z którym nie da się utrzymywać przyjacielskich stosunków. Wyodrębnił pięć powodów, dla których uważa taką przyjaźń za niemożliwą.

Powód pierwszy, najważniejszy — Ukraina jako naród niehistoryczny w rozumieniu Engelsa

Wielomski rozwinął najobszerniej pierwszy, jego zdaniem zdecydowanie najważniejszy argument, oparty na koncepcji Fryderyka Engelsa. Engels zauważył w XIX wieku, że hasło prawa narodów do samostanowienia, potraktowane dosłownie, mogłoby doprowadzić do tego, że każda najmniejsza grupa etniczna — Ślązacy, Kaszubi, Mazowszanie — rościłaby sobie prawo do własnego państwa, co zamieniłoby mapę Europy w totalną anarchię i rozsadziło wszystkie istniejące państwa. Dlatego Engels rozróżnił narody historyczne — posiadające setki lat tradycji państwowej, elity polityczne i język literacki — od narodów niehistorycznych, pozbawionych takiej tradycji. Engels, mimo sporu z kosmopolitycznie nastawionym Karolem Marksem, uznawał na przykład prawo Polaków do własnego państwa jako narodu historycznego. Z kolei takie grupy jak XIX-wieczni Słowacy, w porównaniu z historycznymi Czechami, czy ówcześni Katalończycy i Baskowie, były przykładami narodów niehistorycznych — „niemrawych”, nieartykułujących dążeń niepodległościowych, pozbawionych elit politycznych i intelektualnych zdolnych taką ideę propagować. Stąd wzięło się późniejsze socjologiczne rozróżnienie na narody i narodowości — te drugie nie miały woli stworzenia własnego państwa, w odróżnieniu od narodów gotowych przelewać krew za niepodległość.

Wielomski zaproponował uzupełnienie tej koncepcji o jeden element, kluczowy w przypadku Ukrainy: czasami w obrębie narodu niehistorycznego, czy raczej grupy etnicznej (jak się dziś mówi, etnii), nagle pojawia się chęć stworzenia narodu. Problem w tym, że sama chęć to jedno, a tradycja historyczna, z której trzeba czerpać, to drugie. Narody niehistoryczne zwykle nie mają własnych idei narodowych, bohaterów, wzorców, dynastii, instytucji — i są raczej grupami separatystycznymi wobec większych całości, w obrębie których funkcjonowały przez stulecia.

Zdaniem Wielomskiego dokładnie takim zjawiskiem jest Ukraina, która przez całe stulecia nie istniała jako odrębny byt narodowy — nie było nawet pojęcia Ukraińców jako odrębnej narodowości. Samo słowo „Ukraina” po rosyjsku oznacza dokładnie to samo, co polskie słowo „kresy” — coś znajdującego się na krańcu, u skraju. Była to grupa etniczna istniejąca przez wieki, która nagle została wzbudzona do aktywności politycznej. Ponieważ nie posiada własnych bohaterów narodowych, musiała sięgnąć po jakichkolwiek dostępnych w historii — i tu pojawia się problem, bo gdy się na nich spojrzy, to są to Stepan Bandera, Roman Szuchewycz, Andrij Melnyk — czyli upowcy, banderyzm, mówiąc wprost mordercy i ludobójcy.

Z drugiej strony, jak zauważył Wielomski, Zełenski promuje teraz postać Iwana Mazepy — ciekawą, ale równie problematyczną. Mazepa był polskim szlachcicem, który zdradził Polskę, przeszedł na stronę rosyjską, potem zdradził Rosję, przeszedł na stronę szwedzką, a gdy Szwedzi przegrali bitwę pod Połtawą, skończył marnie na emigracji w Turcji. Człowiek, który nigdy nie walczył o żadną Ukrainę, lecz o własne interesy osobisto-rodzinne, próbując zostać wielkorządcą typu magnackiego na Siczy — nie dlatego, że czuł się Ukraińcem, tylko dlatego że marzyła mu się władza. Podobnie Bohdan Chmielnicki, kolejna postać z polską krwią na rękach — wraz ze swoimi kozakami wpadał na ziemie Rzeczypospolitej, głównie szerząc pożogę. Innymi słowy, podsumował Wielomski, wszyscy bohaterowie Ukrainy z polskiego punktu widzenia są wrogami — i z rosyjskiego punktu widzenia zresztą też. Przyznał, że pewnie przy dokładniejszych poszukiwaniach znalazłoby się kilka postaci pozytywnych, ale prawdopodobnie mniej znanych wśród samych Ukraińców.

Chęć władz w Kijowie do znalezienia jakiejś ideologii nacjonalistycznej, a właściwie szowinistycznej, prowadzi do sięgania po elementy najbardziej ekstremalne — postacie, jak to ujął, mające krew po kostki, polską, rosyjską, żydowską.

Wielomski postawił pytanie, czy tak musiało się stać, i odpowiedział twierdząco. Ukraiński nacjonalizm jest, jego zdaniem, przede wszystkim separatyzmem — ideologią buntu wobec starych panów (Polaków) i nowych panów (Rosjan). To nie jest nacjonalizm pozytywny w sensie budowania własnego państwa, lecz nacjonalizm typu chłopskiego buntu, ruchawki nienawidzącej wszystkich, którzy kiedykolwiek byli panami. W tym kontekście wiara polskich „elitek infantylno-agenturalnych” — jak to ujął — że naród powstały z takiego separatyzmu może być sympatycznie nastawiony do Polski, jest kompletnym nieporozumieniem. Taki nacjonalizm może istnieć wyłącznie jako „nie-Rosja” i „nie-Polska”. Gdyby państwo ukraińskie istniało, dajmy na to, sto lat, prawdopodobnie zdążyłoby wykształcić własny panteon polityków i myślicieli. Ponieważ ma jednak bardzo krótką historię, sięgnęło po ekstremistów — bo inni, łagodniejsi bohaterowie historyczni, nie wywoływali odpowiednio silnych emocji potrzebnych do mobilizacji. Ten nacjonalizm może więc funkcjonować, dopóki — być może za sto lat — nie ukształtuje się jako normalny, dojrzały nacjonalizm; na razie może istnieć tylko w skrajnej opozycji do wszystkiego co rosyjskie i co polskie.

Sojusz z Polską był więc, zdaniem Wielomskiego, absolutnie od początku niemożliwy. Przywołał z ironią postać Jarosława Gowina i koncepcję „Ukropolu” — wspólnego państwa polsko-ukraińskiego, w którym Ukraińcy mieliby stać się przyszłą elitą Polski. Ukraińcy, jego zdaniem, patrzyli na takich polityków jak na wariatów — ale dopóki płynęły czołgi, pieniądze i samoloty, brali je bez wahania. Nie wyszli jednak ze Związku Radzieckiego po to, by teraz tworzyć jakiś „Ukropol” z Polską, którą traktują jako swojego wielosetletniego ciemiężyciela. Wielomski przyznał, że to budzi kontrowersje, bo postacie historyczne najbardziej znienawidzone przez Ukraińców — magnaci kresowi z Jeremim Wiśniowieckim na czele — byli w rzeczywistości spolonizowaną szlachtą ruską, czyli, jakby to ująć, spolonizowanymi Ukraińcami, mówiącymi po polsku i wychowanymi w polskiej kulturze. Praktyki takie jak wbijanie na pal, którymi z kolei Wiśniowiecki słynął w odwecie, Wielomski określił jako typowo wschodni, orientalny sposób sprawowania władzy — przywołując kategorię „turańszczyzny” Feliksa Konecznego.

Powód drugi — Ukraina potrzebuje silnego sojusznika, a Polska nim nie jest

Wielomski argumentował, że jeśli przyjąć, że największym zagrożeniem dla istnienia Ukrainy jest dziś Federacja Rosyjska, mająca problem z pogodzeniem się z samym istnieniem niepodległej Ukrainy, zwłaszcza w obecnych granicach — to Ukraina dramatycznie potrzebuje sojusznika z potencjałem politycznym, ekonomicznym i militarnym, zdolnego nie tylko zachować jej odrębność, ale najlepiej pomóc odbić Donbas i Krym. Wielomski zaznaczył na podstawie własnych rozmów z ukraińskimi studentami, że z utratą Krymu Ukraińcy się już pogodzili, ale z Donbasem absolutnie nie.

Polska, zdaniem Wielomskiego, nie posiada ani potencjału ekonomicznego, by sfinansować odbicie tych terenów, ani militarnego, by w tym pomóc. Ukraińcy rozglądali się za innym sojusznikiem — przez pewien czas wierzyli, że pomogą Amerykanie, ale dziś już widzą, że nie ma na to szans, skoro Amerykanie nie chcą ich nawet wpuścić do NATO. Zostały więc Niemcy, ewentualnie Wielka Brytania — choć ta, jak zauważył Wielomski, słynie z chętnego wysyłania do walki sojuszników, a nie własnych żołnierzy.

W tej sytuacji Ukraińcy doszli, jego zdaniem, do wniosku, że mają dwie możliwości: pozostać w strefie wpływów Imperium Rosyjskiego jako państwo buforowe, tampon między Unią Europejską a Rosją, albo doszlusować do niemieckiej Mitteleuropy. Niemcy są obecnie jedynym państwem europejskim mogącym dać Ukrainie choćby nadzieję na zachowanie odrębności od Rosji — nie militarnie, bo nie mają takiego potencjału, by odzyskać utracone ziemie, ale przynajmniej dającym szansę, że Ukraina nie straci więcej.

Ponieważ Polska nie ma odpowiedniego potencjału, a Polaków — jak ujął to Wielomski — Ukraińcy po prostu nie lubią, bo ich tożsamość zbudowana jest na antypolskości politycznej, Ukraina w sposób naturalny zwraca się ku Berlinowi. Przywołał ponownie Romana Dmowskiego, który ponad sto lat temu pisał, że jeśli powstanie państwo ukraińskie, będzie ono naturalnym sojusznikiem Niemiec. Po 4,5 roku wojny wielu polityków PiS-u zaczęło o tym mówić — Wielomski przypomniał z pewną satysfakcją, że gdy on sam mówił to samo na początku wojny, był za to nazywany onucą. To jednak po prostu logika polityki — i oznacza, że by przypodobać się Niemcom, Kijów będzie prowadził politykę antypolską, dociskającą Polskę od wschodu.

Powód trzeci — geopolityczne kleszcze: Niemcy z zachodu, Ukraina ze wschodu

Z powyższego Wielomski wyprowadził obraz „wielkich obcęgów” zaciskających się na Polsce — Niemcy od zachodu, Ukraina od wschodu — mających na celu utrzymanie Polski jako „wagonika” przyczepionego do pociągu ciągniętego przez Berlin, bez możliwości odłączenia się. Wbrew temu, co się w Polsce powszechnie mówi, Ukraina, zdaniem Wielomskiego, wcale nie walczy o niepodległość — walczy o to, w czyjej strefie wpływów się znajdzie: rosyjskiej czy niemieckiej, czy będzie „bliską zagranicą” dla Moskwy, czy Mitteleuropą dla Niemiec. Tylko o to naprawdę toczy się ta gra. A Polska będzie dla Ukrainy zawsze państwem traktowanym wrogo — po to, by dyscyplinować Polskę i przypodobać się Berlinowi.

Trzecim elementem tych kleszczy jest, według Wielomskiego, fakt, że Ukraina na pewno nie wejdzie do NATO — to absolutnie oczywiste, mimo że Zełenski wciąż o tym opowiada. Putin od początku stawiał jako warunek sine qua non jakiegokolwiek pokoju neutralny status Ukrainy i zakaz stacjonowania obcych wojsk. Donald Trump mówi to samo. Nawet bardzo proukraiński Joe Biden wykluczał przyjęcie Ukrainy do NATO. Ukraina będzie więc zamiast tego dążyć do wejścia do Unii Europejskiej — nie tylko z powodów ekonomicznych, choć Wielomski zauważył przy okazji, że dla Ukrainy wejście do UE oznaczałoby w istocie całkowite wykupienie resztek majątku narodowego przez zachodnich inwestorów — ale przede wszystkim po to, by przekształcić Unię w sojusz obronny.

Jeśli Ukraina nie może liczyć na pomoc NATO w odzyskaniu Donbasu i Krymu, jedyną nadzieją pozostają Niemcy, które razem z Francją naciskają na federalizację UE ze wspólną polityką zagraniczną i obronną — a ta wcześniej czy później doprowadzi do koncepcji wspólnej Armii Europejskiej, złożonej z Polaków, Niemców, Francuzów, Portugalczyków i Ukraińców. Po co Ukrainie taka armia? Po Donieck, Ługańsk, Krym. Wielomski przywołał wypowiedź Zełenskiego z Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa w styczniu 2022 roku, w której miał on powiedzieć wprost, że Ukraina chce wejść do NATO, by NATO pomogło jej odbić Donbas i Krym — i miesiąc później wybuchła wojna. Według relacji, którą przywołał Wielomski, niemieccy politycy mieli wtedy podbiec do Zełenskiego z prośbą, by odwołał te słowa, bo w istocie wypowiedział wojnę Rosji — a Zełenski miał nie zrozumieć wagi tego, co powiedział, choć efekt, jak zauważył Wielomski, faktycznie wywołał.

Skoro Ukraina nie może wejść do NATO, będzie więc dążyć do wejścia do UE i przekształcenia jej w pakt obronny poprzez federalizację. To jest, zdaniem Wielomskiego, absolutnie sprzeczne z polskim interesem narodowym, rozumianym jako przetrwanie jako państwo suwerenne, a nie składowa część jakichś „Stanów Zjednoczonych Europy”. Ukraina godzi się z góry na to, że nie będzie państwem w pełni niepodległym — podczas gdy Polacy o tę niepodległość walczą. W tej kwestii Ukraina będzie więc zawsze państwem wrogim wobec Polski, popierającym federalizację i budowę wspólnej armii — bo nasze interesy są w tym względzie sprzeczne.

Powód czwarty — ekonomia i rolnictwo

Każdy rolnik wie, zdaniem Wielomskiego, że po wejściu Ukrainy do UE polskie rolnictwo skazane jest na zagładę. Wielkoobszarowe, antyfundialne ukraińskie rolnictwo, należące w dużej mierze do oligarchów, funduszy typu BlackRock i wielkich korporacji, działające na gigantycznych folwarkach na czarnoziemach — zdecydowanie najlepszych możliwych glebach — będzie nieporównanie bardziej konkurencyjne niż polskie rolnictwo. Polska jest więc naturalnie niezainteresowana stworzeniem wspólnego rynku rolnego (i pewnie nie tylko rolnego) z Ukrainą.

Co więcej, wejście Ukrainy do UE oznaczałoby dla Polski znaczące zmniejszenie środków unijnych, bo trzeba by je przekierować na Ukrainę — Polska automatycznie stałaby się płatnikiem netto, dopłacającym do budżetu unijnego. Ktoś mógłby powiedzieć, że w takiej sytuacji Polska po prostu wyjdzie z Unii — ale tu właśnie pojawia się problem opisanych wcześniej obcęgów. Polska graniczy od południa z należącymi do UE Słowacją i Czechami, od północy z Litwą — po wejściu Ukrainy do Unii jedynymi sąsiadami Polski spoza UE pozostałyby Rosja (przez Kaliningrad) i Białoruś. Dla Polski oznacza to, że marzenia o polexicie staną się jeszcze trudniejsze do realizacji ze względów komunikacyjnych i handlowych niż są obecnie.

Powód piąty — banderyzm jako narzędzie mobilizacyjne, nie autentyczny cel

W ostatniej, najbardziej spekulatywnej części wykładu Wielomski postawił tezę, że za banderyzmem promowanym dziś przez władze w Kijowie kryje się zupełnie inny projekt. Zapytał wprost: czy ktoś naprawdę wierzy, że Wołodymyr Zełenski — biorąc pod uwagę jego pochodzenie — jest neonazistą? Albo że Kyryło Budanow, obecny szef jego kancelarii, tego samego pochodzenia, serio marzy o byciu drugim Stepanem Banderą? Bez żartów, podkreślił Wielomski — cały ten banderyzm jest obecnie wyłącznie ideologią służącą maksymalnej mobilizacji społecznej, wyciągnięciu ostatnich zasobów ludzkich i materialnych pod hasłami szowinistycznymi. To nie jest, jego zdaniem, docelowy projekt obecnych elit kijowskich.

Wielomski przywołał wypowiedź Budanowa o gigantycznych stratach ludnościowych Ukrainy na froncie, do czego doszły ucieczki młodych ludzi za granicę. Z 23 milionów osób pozostających, według własnej oceny władz ukraińskich, pod kontrolą Kijowa, 11 milionów to emeryci — co oznacza, że w wieku nieemerytalnym zostało 12 milionów ludzi, z czego znaczna część mężczyzn nie wróci z frontu, a większość emigrantów też najprawdopodobniej nie wróci do kraju. W tej sytuacji Budanow miał powiedzieć wprost, że ktoś musi odbudować Ukrainę, i wskazać, że trzeba będzie ściągnąć — jak to ujęto — „inżynierów i doktorów”. Wielomski powiązał to z wcześniejszymi doniesieniami, które początkowo brał za rosyjską dezinformację, o naborach chętnych do osiedlenia się na Ukrainie prowadzonych w Demokratycznej Republice Konga w środkowej Afryce — po wypowiedzi Budanowa uznał, że to jednak realny, poważny plan.

Innymi słowy, pod paradoksalnymi hasłami szowinizmu ukraińskiego i banderyzmu mobilizuje się społeczeństwo do ponoszenia gigantycznych strat ludzkich, a w ich miejsce planuje się sprowadzenie ludności etnicznie zupełnie odrębnej i budowę w przyszłości społeczeństwa typu multikulti. Cały ten „siermiężny banderyzm” okazuje się więc, zdaniem Wielomskiego, niczym innym jak ideologią wojenną, za którą kryje się projekt typowo globalistyczny — podmiana ludności, określana we Francji terminem grand remplacement, czyli wielka podmiana, sprowadzenie na miejsce ubytków milionów ludzi z zewnątrz.

W efekcie powstałoby państwo stanowiące dziwaczny melanż — trochę banderyzmu, trochę wielokulturowości — które, zdaniem Wielomskiego, prawdopodobnie nie będzie w stanie ze sobą współistnieć. Któraś z tych tendencji będzie musiała ostatecznie zwyciężyć: albo ekipa kijowska przeprowadzi swój projekt multietniczny, albo szowinistyczna opozycja po zakończeniu wojny dojdzie do władzy i ten projekt siłą skasuje — niekoniecznie w sposób pokojowy. Niezależnie jednak od tego, czy zwycięży Ukraina szowinistyczna, czy Ukraina multikulti, żadna z tych wersji nie będzie, zdaniem Wielomskiego, partnerem, z którym Polska mogłaby realnie współpracować — obie pozostaną elementem niemiecko-ukraińskich obcęgów zaciskających się na Polsce w imię budowy federalnego państwa unijnego.

Konkluzja — sprzeciw wobec federalizacji UE musi oznaczać sprzeciw wobec akcesji Ukrainy

Wielomski zakończył wykład jednoznaczną konkluzją polityczną: każdy, kto jest przeciwny federalnemu państwu unijnemu, zniesieniu zasady jednomyślności na rzecz większości głosów, budowie wspólnej Armii Europejskiej i wspólnej polityce unijnej, musi z logicznej konieczności być automatycznie przeciwny wejściu Ukrainy do Unii Europejskiej — bo te dwie sprawy są ze sobą nierozerwalnie powiązane.

Polecił widzom najbardziej swoją książkę Nowoczesność, nacjonalizm, naród europejski jako pogłębienie przedstawionych w wykładzie rozważań o mechanizmach powstawania narodów, problemach narodów niehistorycznych, powstawaniu nacjonalizmów oraz o tym, czym różnią się — jego zdaniem — zdrowe narody od tych tworzonych ad hoc na hasłach szowinistycznych, stanowiących zagrożenie dla otoczenia.


Wykład wygłosił prof. Adam Wielomski. Materiał dostępny na kanale autorskim Prof. Adam Wielomski. Naukowo o polityce na YouTube, liczącym 53 tysiące subskrybentów. Opublikowany 29 czerwca 2026 roku.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *