Zychowicz u Lachowskiego: Polska ma realne lewary wobec Ukrainy, ale nie potrafi ich użyć. Rozmowa o kryzysie i historii

Piotr Zychowicz, publicysta i autor serii książek o narodach Europy Wschodniej, gościł na kanale Mateusza Lachowskiego Korespondent.pl w obszernej rozmowie poświęconej kryzysowi w relacjach polsko-ukraińskich. Obaj dziennikarze omówili chronologię wydarzeń, ocenili zapowiedź prezydenta Nawrockiego dotyczącą odebrania orderu Zełenskiemu, weszli głęboko w historyczne tło sporu i zastanawiali się, jak Polska powinna budować relacje z Ukrainą — nie na romantycznych uniesieniach, lecz na chłodnym rachunku interesów.

Gest symboliczny zamiast realnego nacisku

Zychowicz nie ukrywał swojej oceny: zapowiedź odebrania Zełenskiemu Orderu Orła Białego to gest symboliczny, który w żaden sposób nie zaszkodzi ukraińskiemu prezydentowi. Zełenski prawdopodobnie zapomniał, że ten order w ogóle dostał. Co więcej, Polska nawet tego gestu nie była w stanie porządnie wyegzekwować — kapituła orderu się podzieliła. Zaznaczył jednak, że skoro prezydent już to zapowiedział, wycofanie się byłoby jeszcze bardziej kompromitujące. Błąd leżał w samym pomyśle.

Lachowski podzielił tę ocenę, dodając własny argument: order był nadany symbolicznie całemu narodowi ukraińskiemu walczącemu z rosyjską agresją — a naród ten nadal walczy i należy mu się szacunek. Ewentualne odebranie orderu nie zmieni nic w kwestii nazwy jednostki — ta nadal będzie brzmieć Bohaterowie UPA — a kryzys się pogłębi.

Dlaczego Zełenski to zrobił

Zychowicz postawił pytanie, które sam uznał za kluczowe: skoro wszyscy — ukraiński MSZ, byli ambasadorowie, komentatorzy — wiedzą, że konflikty polsko-ukraińskie służą Rosji, to dlaczego Zełenski świadomie je wywołał?

Odpowiedź była jednoznaczna: Zełenski uznał, że mu się upiecze. Że Polacy pogadają, pokłócą się między sobą jak zwykle i nic z tego nie wyniknie. Przy okazji przykryje narastające wewnętrzne problemy — aferę korupcyjną w swoim otoczeniu, aresztowanie Jermaka, ucieczkę Mindycza. Decyzja o nazwie jednostki była mu potrzebna do konsolidacji elektoratu wokół tematu zastępczego.

Zychowicz dodał, że Zełenski nie spadł z księżyca — był na spotkaniu z Nawrockim, doskonale zna polską wrażliwość historyczną, jego doradcy go ostrzegli. Mimo to podjął tę decyzję, bo ocenił, że koszty będą minimalne. Polska musi mu udowodnić, że się mylił.

Realne lewary, których Polska nie używa

Obaj rozmówcy zgodzili się, że Polska dysponuje znacznie poważniejszymi instrumentami nacisku niż odbieranie orderów — i żadnego z nich dotąd nie użyła.
Zychowicz wymienił je jeden po drugim. Akcesja Ukrainy do Unii Europejskiej wymaga jednomyślności wszystkich państw członkowskich — Polska ma realne veto i może je warunkować konkretnymi ustępstwami w kwestiach historycznych. Węgry już zapowiedziały referendum w sprawie akcesji, dając sygnał, że dbają o nastroje społeczne. Polska mogła zrobić to samo.

Kolejne lewary to zakaz wjazdu do Polski dla konkretnych polityków ukraińskich aktywnie gloryfikujących UPA. Można też sięgnąć po instrumenty gospodarcze: utrudnienia przy tranzycie przez polskie porty, kwestie lotniskowe, tematy transportowe — branża TSL odpowiada za kilka procent polskiego PKB i od lat cierpi z powodu nieuczciwej konkurencji ukraińskich firm, które nie muszą spełniać unijnych wymogów pakietu mobilności. Zychowicz wspomniał też o Starlinkach i możliwości strajku włoskiego na kontenerach idących przez Gdańsk.

Lachowski dodał, że rozmawiał z jednym z polskich polityków, który powiedział wprost: jesteśmy wkurzeni i powiedzieliśmy to Ukraińcom, bo naruszyli niepisaną zasadę. Ale wkurzenie bez instrumentów nacisku pozostaje jedynie retoryką.

Historia sporu — bez symetrii, ale z całą prawdą

Zychowicz, autor książki Wołyń zdradzony, poświęcił dużą część rozmowy historycznemu tłu konfliktu. Krytycznie odniósł się do narracji pojawiających się po stronie ukraińskiej.

Pierwsza z nich mówi, że rzeź wołyńska była spontanicznym buntem chłopskim — efektem narastającego przez wieki ucisku polskich panów wobec ukraińskich chłopów. Zychowicz obalił ten argument: ofiarami ludobójstwa nie było żadne ziemiaństwo — polscy ziemianie uciekli lub zostali deportowani w 1939 roku. Ginęli chłopi, ludzie z wiosek, bez żadnego związku z polskim dworem.

Druga narracja mówi o obopólnych mordach i konieczności wzajemnego rozliczenia. Zychowicz przyznał wprost, że polskie zbrodnie odwetowe były realne i nie zamierza ich ukrywać. Sachryń, Wierzchowiny, Pawłokoma — łącznie około tysiąca ofiar ukraińskich z rąk polskiego podziemia. Ale ludobójstwo na Wołyniu pochłonęło sto razy więcej ludzi. Nie można stawiać między tymi wydarzeniami znaku równości.

Trzecia narracja — którą Zychowicz spotkał nawet w artykule opublikowanym w dużej polskiej gazecie — mówi, że skoro Polacy czczą żołnierzy wyklętych, to Ukraińcy mają prawo czcić UPA. To porównanie uznał za absurdalne: żołnierze wyklęci nie realizowali żadnego planu etnicznej eksterminacji, a OUN był ruchem faszyzującym, porównywanym przez historyków — m.in. profesora Motykę — do chorwackich Ustaszy.

Decyzja o ludobójstwie na Wołyniu zapadła na poziomie kierownictwa OUN i UPA. Inicjatorem był Dmytro Kłaczkiwśkyj, a Suchewycz jako szef całej organizacji ją zatwierdził. Cel był precyzyjny: etnicznie oczyścić tereny sporne, by Polska na konferencji pokojowej po II wojnie światowej nie mogła się powołać na obecność polskiej ludności w czterech województwach wschodnich. To nie był bunt, to był plan.

Złożona historia, którą obaj noszą osobiście

Lachowski podzielił się własnym doświadczeniem rodzinnym: jego dziadek uciekał z Wołynia i przeżył m.in. dzięki Ukraińcom, którzy ostrzegli jego rodzinę — ale część rodziny zginęła. To samo, co mówił Zychowicz: nie ma dobrych i złych narodów, są dobrzy i źli ludzie — i ta zasada obowiązuje obie strony.

Zychowicz przywołał anegdotę o Ukraince, która przyjechała do Polski wiele lat temu. Jej babcia, słysząc o tym wyborze, powiedziała z przerażeniem: do Polski? Oni się tam zamordują. Bo w jej wsi w latach 40. oddział Armii Krajowej dokonał odwetu. Te traumy z obu stron są wciąż żywe — a decyzja Zełenskiego je ponownie rozbudziła.

Zychowicz sięgnął też po szerszy kontekst historyczny: ludność zamieszkująca Wołyń i Galicję Wschodnią przez wieki mówiła tym samym językiem, miała te same obyczaje, zawierała mieszane małżeństwa w 25% przypadków. Dopiero narodziny nowoczesnych nacjonalizmów pod koniec XIX wieku i rywalizacja między polskim a ukraińskim projektem państwowym o tę samą ludność doprowadziły do tragedii. W tym sensie cały konflikt był — jak stwierdził Zychowicz — nie tylko krwawy i straszny, ale też głęboko nielogiczny.

Co powinna zrobić Polska

Obaj rozmówcy byli zgodni, że nie ma dobrego wyjścia dla Zełenskiego: wycofanie się z decyzji o nazwie jednostki oznaczałoby bycie postrzeganym na Ukrainie jako marionetka w rękach Polaków. Pozostanie przy niej oznacza dalszy kryzys w relacjach z Polską. Sam się zapędził do narożnika.

Dla Polski Zychowicz zaproponował podejście pragmatyczne, oparte na myśli geopolitycznej Adolfa Bocheńskiego: wspierać Ukrainę, bo suwerenna Ukraina jest buforem między Polską a Rosją i leży to w żywotnym interesie Rzeczypospolitej. Ale jednocześnie traktować Ukrainę jak dorosłe, poważne państwo — nie jak młodszego brata, któremu wszystko wolno — i twardo egzekwować własne interesy tam, gdzie są rozbieżne. W kwestiach historycznych, rolnych, transportowych i akcesyjnych.

Zychowicz zacytował profesora Mearsheimera, z którym rozmawiał w Chicago: nie ma dwóch państw na świecie, które miałyby stuprocentowo zbieżne interesy. W jednych sprawach Polska i Ukraina będą sojusznikami, w innych rywalami. To nie jest żadna zdrada — to normalność stosunków międzynarodowych.

Lachowski zakończył rozmowę pozytywną informacją: ukraiński MSZ zadeklarował gotowość do kontynuowania ekshumacji i poszukiwań na Wołyniu oraz do dialogu historycznego prowadzonego przez ekspertów. To dobry sygnał — choć obaj rozmówcy ocenili, że po ostatnich wydarzeniach zdecydowanie niewystarczający.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *