Krzysztof Wojczal, prawnik, publicysta i autor książki „Polska do potęgi”, był gościem Mateusza Grzeszczuka w podcaście „Podróż bez Paszportu”. Rozmowa dotyczyła sytuacji na froncie ukraińskim, napięć polsko-ukraińskich, kalkulacji politycznych Donalda Trumpa, ryzyka rosyjskiej prowokacji wobec NATO oraz konfliktu USA-Iran.
Napięcia polsko-ukraińskie jako efekt polityki Kijowa
Grzeszczuk otworzył rozmowę, przywołując parafrazowaną myśl (przypisywaną Witoldowi Juraszowi), że jeszcze dwa-trzy lata temu nikt by się nie spodziewał, iż polscy politycy będą się spierać o to, kto mniej pomógł Ukrainie. Wojczal ocenił, że obecny klimat polityczny jest efektem nie tyle polskich podziałów wewnętrznych, ile polityki zagranicznej prowadzonej przez samą stronę ukraińską.
Grzeszczuk przywołał krążące w przestrzeni informacyjnej spekulacje, że w przyszłości wyszkolone w boju ukraińskie brygady miałyby zastąpić wycofujących się z Europy Amerykanów, czyniąc Ukrainę kluczowym graczem decydującym o bezpieczeństwie wschodniej flanki NATO kosztem znaczenia Polski. Wojczal odrzucił ten scenariusz jako „fantastyczny i nierealny” — armia ukraińska nie jest w stanie obronić nawet samej Ukrainy, wojna wciąż trwa, a na kluczowych odcinkach frontu, zwłaszcza donbaskim, Ukraińcy się cofają. Przyznał, że Ukraina odnosi sukcesy na południu, izolując Krym (który jego zdaniem można w przyszłości odzyskać politycznie, biorąc go „na zakładnika” zamiast odbijać militarnie), oraz w kampanii uderzeń na rosyjską infrastrukturę energetyczną w głębi kraju — wspieranej, jak zaznaczył, wywiadowczo przez Pentagon i CIA.
Ocenił, że nawet jeśli Ukraina zakończy wojnę sukcesem rozumianym jako zachowanie niepodległości (choć terytorialnie okrojona, bez powrotu do granic sprzed 2014 czy 2022 roku), państwo to pozostanie całkowicie zależne finansowo od Zachodu i niezdolne utrzymać obecnej wielkości armii — a mimo to nadal będzie potrzebować bronić bardzo długiej granicy z Rosją. Ewentualne skierowanie ukraińskich żołnierzy do państw wschodniej flanki byłoby, jego zdaniem, jedynie gestem politycznym, a nie realną zdolnością odstraszania — Ukraina będzie raczej biorcą, a nie dawcą bezpieczeństwa, co potwierdza fakt, że to właśnie Kijów zabiegał w negocjacjach pokojowych o gwarancje i obecność zachodnich żołnierzy na własnym terytorium.
Sytuacja na froncie: kto ma inicjatywę
Grzeszczuk zacytował dane Defence24 wskazujące, że w maju Ukraina odzyskała więcej terytorium niż straciła — pierwszy taki miesięczny bilans od 2023 roku. Wojczal, powołując się na ocenę analityków OSINT, w tym Piotra Lewandowskiego, zastrzegł, że liczba kilometrów nie oddaje istoty sprawy — kluczowe są konkretne, strategiczne miejscowości. Wskazał, że Rosjanie posuwają się naprzód w rejonie Kramatorska i Słowiańska — dwóch kluczowych twierdz stanowiących pas umocnień, których utrata oznaczałaby faktyczne zdobycie przez Rosję reszty Donbasu, mimo że Zełenski odmówił jego oddania w negocjacjach pokojowych. Ocenił, że mimo powolnego tempa tych postępów inicjatywa strategiczna wciąż leży po stronie rosyjskiej.
Odnosząc się do pochwał Donalda Trumpa pod adresem ukraińskich sukcesów, Wojczal ocenił to jako naturalny efekt zaangażowania amerykańskich służb we wspieranie ukraińskiej kampanii uderzeniowej — przewidział, że jeśli konflikt zakończy się sukcesem, Trump przypisze to zasługom Ameryki. Ocenił narrację prezydenta USA jako cyniczne narzędzie negocjacyjne, często sprzeczne z faktami, służące doraźnym celom — np. pochwała Erdoğana nie musi oznaczać realnych ustępstw w sprawie myśliwców F-35.
Cyniczna kalkulacja: Polska zyskuje na chłodzie z Ukrainą
Grzeszczuk zapytał, czy ochłodzenie relacji polsko-ukraińskich — w tym przekazanie technologii dronowej Estonii z pominięciem Polski oraz nieobecność Zełenskiego na konferencji odbudowy Ukrainy w Gdańsku — zagraża bezpieczeństwu Polski. Wojczal ocenił, że strona ukraińska celowo wydłuża „rachunek”, jaki Polska będzie mogła jej w przyszłości wystawić, i że spór nie dotyczy w istocie historii, lecz bieżącej, aktualnej polityki zagranicznej administracji Zełenskiego, wymierzonej w polskie interesy — jak w przypadku nazwania jednostki wojskowej imieniem UPA.
Ocenił, że administracja Zełenskiego jest „najlepszą szczepionką” na bezkrytyczne prougraińskie nastroje w polskim społeczeństwie, które się na to uodporniło, co jego zdaniem jest korzystne, bo wymusi na polskich politykach większą asertywność i cynizm w relacjach z Kijowem. Nieobecność Zełenskiego w Gdańsku, na konferencji dotyczącej przyszłych polskich inwestycji w odbudowę Ukrainy, ocenił jako stratę nie Polski, lecz samej Ukrainy — „łaski nam nie robi”. Przewidział, że Polska będzie mogła w przyszłości domagać się od Ukrainy twardych, spisanych na papierze gwarancji i konkretnych korzyści (politycznych lub biznesowych) w zamian za dotychczasową i przyszłą pomoc, właśnie powołując się na obecne zachowanie Kijowa.
Wojczal ocenił, że obecny rząd musiał na nowo, boleśnie nauczyć się „instrukcji obsługi” relacji z Ukrainą, podobnie jak wcześniej zrobił to poprzedni rząd po serii rozczarowań (m.in. sprawa porównania Polski do Rosji w Brukseli, spór o zboże, ingerencja Zełenskiego w polską kampanię parlamentarną) — ale obecnie, jego zdaniem, to Polska ma przewagę, bo to Ukraina będzie potrzebować polskiej pomocy, a nie odwrotnie.
Szczyt NATO w Ankarze: korzystny wiatr historii dla Polski
Grzeszczuk przywołał bieżące ustalenia ze szczytu w Ankarze: deklarację Zełenskiego o niewzięciu udziału w rozmowach w Moskwie ze względu na zagrożenie dronowe, odrzucenie przez Kijów 28-punktowego planu pokojowego Trumpa, zgodę USA na licencję dla Ukrainy na produkcję systemów Patriot oraz współpracę dronową Estonii i Niemiec z Ukrainą. Zapytał, czy warto emocjonować się bieżącymi wydarzeniami szczytu.
Wojczal odpowiedział, że stara się nie kierować emocjami w analizie, ale ocenił samą sytuację geopolityczną jako wyjątkowo korzystną dla Polski — nawiązując do własnego, sprzed lat artykułu „To jest nasza wojna”, w którym porównał obecną sytuację do „Kozaków walczących z Moskalami” na własnym terytorium, osłabiających Rosję, podczas gdy Zachód pokrywa około 90 proc. kosztów tej walki, a Polska w tym czasie spokojnie buduje swoją siłę gospodarczą i militarną. Wymienił korzystne czynniki geopolityczne: bezpieczną granicę morską (w nawiązaniu do potopu szwedzkiego), bezpieczną granicę zachodnią, brak zagrożenia z południa (Imperium Osmańskiego już nie ma) oraz neutralizowane rękami Ukrainy zagrożenie ze wschodu. Ocenił, że w perspektywie średnio- i długoterminowej Rosja już przegrała swoją przyszłość, a Polska powinna wykorzystać ten czas na budowę własnych zdolności i przewag.
Trwałość pokoju i ryzyko trzeciego uderzenia
Odnosząc się do sugestii Trumpa, że zakończenie wojny mogłoby obejść się bez formalnych gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy (poza ewentualnym amerykańskim „zamknięciem nieba”), Wojczal ocenił, że każde zawieszenie broni bez takich gwarancji będzie jedynie tymczasową przerwą, bo Rosjanie są przekonani, że mogą tę wojnę ostatecznie wygrać. Ocenił, że kluczowe pytanie brzmi, komu bardziej przysłuży się taka przerwa — Ukrainie potrzebującej wytchnienia (na co wskazują relacje korespondentów odwiedzających wyczerpane jednostki) czy Rosji przygotowującej kolejne uderzenie. Podkreślił, że odpowiedzialność za przygotowanie Ukrainy na ewentualne „trzecie uderzenie” spadnie wówczas na Zachód.
Ryzyko rosyjskiej prowokacji wobec NATO
Grzeszczuk zapytał o ostrzeżenia szefa MSZ Radosława Sikorskiego dotyczące możliwej rosyjskiej prowokacji wobec Polski lub innych państw NATO. Wojczal potwierdził, że krążą informacje o możliwej ograniczonej operacji hybrydowej, w stylu „zielonych ludzików”, wymierzonej zwłaszcza w państwa bałtyckie, a także o działaniach sabotażowych na wschodniej flance NATO, w tym w Polsce. Połączył to z ukraińskimi ostrzeżeniami o możliwym wykorzystaniu przez Rosję Białorusi do uderzenia na Ukrainę od północy — wskazał na przygotowywaną przez Białoruś infrastrukturę przygraniczną (drogi, umocnienia, pozycje artyleryjskie), niedawną, najwyraźniej wymuszoną wizytę Alaksandra Łukaszenki w Moskwie (po tym jak wyłączył nadajniki naprowadzające rosyjskie drony pod groźbą ataku ze strony Zełenskiego) oraz zamykanie przez Rosję granic kolejowych z państwami bałtyckimi i prośby wobec Gruzji i Kazachstanu o zamknięcie granic — co jego zdaniem może wskazywać na przygotowania do mobilizacji i próbę zapobieżenia panice społecznej i emigracji.
Przywołał historyczną analogię do 1920 roku, gdy przed uderzeniem na Kijów Rosja rok wcześniej przeprowadziła operację hybrydową na granicy z Polską, by związać polskie siły. Ocenił, że scenariusz jednoczesnych działań przeciwko NATO i przeciwko Ukrainie jest w pełni możliwy — celem mogłoby być zaangażowanie sił natowskich na wschodniej flance, by odciągnąć uwagę od nowej eskalacji na Ukrainie. Zastrzegł jednak, że mocno spekuluje, i przyznał, że od kilku lat błędnie przewidywał rosyjską mobilizację, która wciąż nie nastąpiła — ocenił, że Rosja mogła świadomie wybrać strategię wojny na wyczerpanie, choć koszty tej strategii, zwłaszcza po „dronizacji” pola walki, stały się dla niej w ostatnim czasie bardzo dotkliwe. Podtrzymał swoją wcześniejszą prognozę, że Rosja będzie dążyć do zamknięcia konfliktu do 2027 roku ze względu na rosnące koszty.
Odnosząc się do oskarżeń rosyjskiego MSZ wobec państw bałtyckich o przygotowywanie masowych deportacji ludności rosyjskojęzycznej, Wojczal ocenił to jako kolejny element układanki, wskazując na ryzyko, że Rosja po ewentualnej mobilizacji (200-300 tysięcy nowych żołnierzy) mogłaby spróbować przełamać impas na nowych kierunkach, zwłaszcza północnym, wykorzystując przewagę liczebną tam, gdzie ukraińskie zdolności dronowe nie zdążyłyby jej skutecznie „obsłużyć” — co porównał ponownie do sytuacji z 1920 roku.
Prognoza reakcji NATO i USA
Zapytany o spodziewaną reakcję NATO na ewentualną prowokację, Wojczal ocenił, że im bardziej agresywne działania Rosji, tym bardziej stanowcza i ryzykowna byłaby odpowiedź Zachodu — wykluczył otwartą wojnę Rosji z NATO jako scenariusz nie do udźwignięcia przez Moskwę, ale ocenił, że pod tym progiem agresywne działania obróciłyby się przeciwko Rosji. Ocenił Trumpa jako przywódcę zdolnego do bardziej ryzykownych zagrań przeciw Rosji niż jego poprzednik Joe Biden — wskazując jako precedensy amerykańskie działania wobec Iranu i Wenezueli. Podkreślił, że zwiększenie amerykańskiego zaangażowania wojskowego w Polsce przeczy deklaratywnej narracji administracji Trumpa o wycofywaniu się z Europy, co jego zdaniem świadczy o rzeczywistej kalkulacji interesów, nie tylko retoryce.
Opisał styl negocjacyjny Trumpa jako oparty na wykorzystywaniu zależności partnerów — porównując go do gracza świadomego przewagi wynikającej z uzależnienia innych krajów od amerykańskiego bezpieczeństwa, handlu czy tras zaopatrzenia w ropę — i ocenił go jako prostacki, lecz skuteczny dzięki realnej potędze USA.
Iran: dogrywka jest kwestią czasu
Na zakończenie rozmowy Grzeszczuk nawiązał do wznowienia napięcia między USA a Iranem i zapowiedzi Trumpa, że rozejmu nie będzie. Wojczal ocenił, że Amerykanie są przekonani, iż militarnie wygrali starcie z Iranem (podobnie jak Izrael), ale nie udało im się obronić sojuszników z regionu — państwa arabskie okazały się zbyt słabe obronnie i stały się faktycznymi zakładnikami Iranu, zwłaszcza w kontekście cieśniny Ormuz oraz irańskich odwetowych uderzeń w infrastrukturę energetyczną krajów arabskich (Arabii Saudyjskiej i innych), czego Amerykanie się nie spodziewali i na co nie przygotowali sojuszników.
Ocenił, że Stany Zjednoczone mogłyby militarnie „skończyć” Iran, ale powstrzymuje je ryzyko odwetu wymierzonego w kluczowych dla USA sojuszników naftowych. Przewidział z ok. 90-procentowym prawdopodobieństwem powtórkę bombardowań Iranu w ciągu najbliższych kilku lat, oceniając obecną sytuację jako jedynie kolejną przerwę w trwającym od czerwca ubiegłego roku konflikcie, a nie jego trwałe zakończenie.
Krzysztof Wojczal był gościem Mateusza Grzeszczuka w podcaście „Podróż bez Paszportu”. Odcinek opublikowano 9 lipca 2026.