Autor kanału Damazy Travels, wracając z konwojem humanitarnym, który zawiózł dary na Donbas, porozmawiał w drodze z Iziumu z Tomkiem, medykiem pola walki z Fundacji W Międzyczasie, który właśnie kończył miesięczną rotację na froncie. Tomek opowiedział, jak trafił do fundacji, jak wygląda praca w punktach stabilizacyjnych i w ewakuacji, z jakimi ranami mierzą się dziś medycy, dlaczego zachodnie wytyczne medycyny pola walki nie przystają do wojny w Ukrainie i jak traktowani są ranni rosyjscy jeńcy. Stanowczo zaprzeczył stereotypowi „niewdzięcznych Ukraińców”, opisał skutki rosyjskiej indoktrynacji wśród cywilów na Donbasie i skrytykował brak systemowego wykorzystania doświadczeń fundacji przez polskie państwo.
Przewodnik górski na froncie
Prowadzący opowiedział, że wracają już drugi dzień, słuchając Wysockiego i Kaczmarskiego, a ich gość opowiada tak ciekawe rzeczy, że postanowił się nimi podzielić z widzami. Tomek zaczął od żartu, że jest „człowiekiem”, a zawodowo pracuje w szeroko pojętej turystyce: jest przewodnikiem górskim i pilotem wycieczek po Polsce, Europie i tak dalekich krajach jak Stany Zjednoczone czy Indie. Na front trafił z ramienia Fundacji W Międzyczasie, polskiej organizacji zrzeszającej medyków bojowych, i nie tylko, która pełni dyżury w strefie przyfrontowej, ratując ukraińskich żołnierzy broniących swojego kraju. Ze względu na bezpieczeństwo nie mógł powiedzieć, gdzie dokładnie przebywali, poza tym, że chodzi o szeroko pojęty Donbas, obwód doniecki. Podkreślił, że to służba wolontariacka, za którą nikt nie pobiera pieniędzy. Część członków to zawodowi medycy, a pozostali mają inne zawody. Celem jest też zdobywanie doświadczenia, by potem przekazywać je polskim służbom mundurowym.
Od jednoosobowej akcji do fundacji
Pytany o motywację, Tomek odpowiedział, że nie ma jednego czynnika i każdy ma swoje powody, a jego własne z czasem ewoluowały. Jeździ na front od prawie dwóch i pół roku, od pierwszej rotacji w grudniu 2023 roku. Na początku wojny każdy chciał pomóc Ukrainie na swój sposób: jedni jeździli z konwojami, inni pomagali na granicy albo przyjmowali uchodźców do domów. On uznał, że ze względu na konstrukcję psychiczną i umiejętności może zrobić coś więcej. Gdy Damian Duda, który początkowo działał w pojedynkę, założył fundację i ogłosił pierwszy nabór, Tomek złożył dokumenty, przeszedł szkolenia i w grudniu 2023 roku po raz pierwszy trafił na Donbas.
„Przywykniesz albo zginiesz”
Tomek wyjaśnił, że typowy dzień medyka pola walki nie istnieje, bo wiele zależy od jednostki, kierunku i tego, czy pracuje się w ewakuacji, czy w punkcie stabilizacyjnym. W ewakuacji typowy dzień to czekanie w ziemiance lub punkcie oczekiwania na sygnał przez radio, że są ranni. W punkcie stabilizacyjnym czeka się na wiadomość, że ranni są w drodze, i trwa pełna gotowość. Na pierwszej linii czeka się, aż „coś przyleci”, i jeśli nie trafi w samych medyków, tylko w osłanianych żołnierzy, ewakuuje się rannych dalej. Medycyna pola walki działa wieloetapowo, od miejsca zranienia przez kolejne punkty stabilizacyjne po specjalistyczne szpitale. Pytany, czy da się przywyknąć do warunków frontowych, przytoczył rosyjskie powiedzenie: przywykniesz, a jak nie przywykniesz, to zginiesz. Przy pierwszym pobycie każda bliska eksplozja, przylot czy wylot, sprawia, że człowiek podskakuje, ale po jakimś czasie trudno bez tego zasnąć. Poza sylwestrem nikt nam w codziennym życiu nie strzela nad głową. W końcu człowiek uświadamia sobie, że to tylko dźwięk i fala przechodząca przez ciało, a gdyby pocisk był „jego”, już by go nie usłyszał, i wtedy robi się spokojniej na duszy.
Powrót do normalności i opieka psychologów
Każdy ma według Tomka swoją granicę i każdy przeżywa powrót inaczej. Fundacja zapewnia „niesamowitą” opiekę psychologiczną, a Tomek pozdrowił jej „psycho-team”: po powrocie nikt nie zostaje sam. Jedni oddychają z ulgą dopiero po przekroczeniu granicy polsko-ukraińskiej, inni już po opuszczeniu obwodów donieckiego, ługańskiego czy charkowskiego, gdzie kończą się siatki przeciwdronowe i widoki spalonych budynków. On sam takiej granicy nie ma. We Lwowie czuje się bardzo bezpiecznie i trochę jak w domu, choć teoretycznie i tam może coś przylecieć. W Kijowie uderza go kontrast, że cywilów jest więcej niż żołnierzy, odwrotnie niż na Donbasie. Podkreślił, że dobrze odnajduje się w warunkach przyfrontowych, a to cenna umiejętność, niezależna od samego poczucia bezpieczeństwa.
Sześć dni bez słońca
Tomek zwrócił uwagę na różnicę w doktrynie: Wojsko Polskie zakłada punkty stabilizacyjne daleko od linii frontu, tymczasem ukraińskie realia pokazują, że im szybciej żołnierz dostanie specjalistyczną pomoc chirurgiczną z anestezjologiem, tym lepiej. Ukraińcy przesuwają więc punkty jak najbliżej frontu, co zwiększa ryzyko dla personelu, ale i przeżywalność rannych. Według Tomka opanowali to do perfekcji. Punkt stabilizacyjny może się mieścić w piwnicy zniszczonego budynku i mieć pełną diagnostykę RTG i USG, przetaczać krew i przeprowadzać operacje. Może też być ukryty w perfekcyjnie zamaskowanych ziemiankach w lesie, z mniejszą załogą i mniej specjalistycznymi zabiegami. Bywa, że medycy wchodzą na sześć dni do punktu tak bliskiego frontu, że ruch na zewnątrz jest ograniczony ze względu na bezpieczeństwo i ryzyko wykrycia, i przez ten czas nie widzą słońca, tylko sztuczne światło i wzmocnione ściany. Gdy walki są intensywne, bywa „ciepło” i brakuje łóżek, a człowiek nie wie, na kim najpierw położyć ręce. Gdy jest spokojniej, sprawdza się powiedzenie, że wojna to czekanie, i przez dwa dni można patrzeć w ścianę, bo walki toczą się na sąsiednim odcinku albo żołnierze mają szczęście i nie trafiają pod drona.
Odłamki, kulki z łożysk i barotrauma
Pytany o najczęstsze rany, Tomek wskazał dwa podstawowe typy: odłamkowe oraz barotraumę akustyczną, czyli kontuzje. Są one charakterystyczne dla wojny dronowej i ostrzału artyleryjskiego, gdy dron spada, wykonuje zrzut, w żargonie „skid”, albo spada pocisk artyleryjski. Duże odłamki powodują rany amputacyjne, szarpiąc ręce i nogi. Masa drobnych odłamków daje rany „siekane”, z mnóstwem małych kawałków metalu w kończynie. Ładunki zrzucane z dronów są często oklejane stalowymi kulkami z łożysk, które zostają w kończynach, i wtedy przydają się magnesy neodymowe. Barotrauma akustyczna to skutek bliskiej eksplozji: wstrząśnienia mózgu, pęknięte bębenki i inne urazy od działania wysokiego ciśnienia lub bardzo głośnego impulsu na głowę.
„Polacy, wy nie płacicie”
Relacje z ukraińskimi żołnierzami Tomek nazwał bardzo dobrymi. Ukraińcy szanują Polaków, i to nie tylko za to, że medycy są na froncie, a słowo „dziękuję” słychać od lat. Bolą go komentarze o „niewdzięcznych Ukraińcach”: tej wdzięczności, której Polacy się od Ukraińców domagają, jego zdaniem nie brakuje, i jest ona niesamowita. Opowiedział prywatną historię ze Lwowa, gdzie był bez munduru, z naszywką, przy czym nie pamiętał, czy była to zwykła biało-czerwona flaga, czy flaga przechodząca z biało-czerwonej w niebiesko-żółtą. Zaczepił go młody żołnierz i chciał postawić mu kawę tylko dlatego, że jest Polakiem, żeby mu podziękować. Na Donbasie zdarzało się, że gdy kupowali naszywki czy sprzęt warty setki hrywien, kasjerka mówiła: „Polacy, wy nie płacicie”. Prowadzący uznał to za ważne świadectwo i ocenił, że złe nastroje w Polsce to w dużej mierze robota fejkowych farm trolli, a „rzeczywistość”, jak sam przyznał z autoironią, „masło maślane”, wygląda zgoła inaczej.
Babcia i „pociski bumerangi”
O cywilach w strefie frontowej Tomek powiedział, że Donbas ma duży odsetek ludności prorosyjskiej i nastroje są bardzo różne, choć sam rzadko spotykał się z nienawiścią, częściej z niechęcią. Opisał sytuację sprzed roku spod Pokrowska, na terenach dziś zajętych przez Rosjan, gdzie fundacja zabezpieczała medycznie policyjną ekipę „Aniołów” ewakuującą cywilów, w tym dzieci, w warunkach spadających pocisków. Podeszła do nich staruszka o lasce i powiedziała, że lepiej by było, gdyby ich tu nie było, bo wtedy Rosjanie by nie strzelali. Gdy medycy tłumaczyli, że Rosjanie strzelają w mieszkańców, odparła, że to Ukraińcy strzelają, bo spadają tu ukraińskie pociski. Zapytana, czy widzi, z którego kierunku nadlatują, upierała się, że Ukraińcy mają specjalne pociski, które tylko mają wyglądać na rosyjskie. Tomek nazwał je „pociskami bumerangami”. Podsumował, że rosyjska indoktrynacja „zrobiła niestety dobrą robotę”. Można być prorosyjskim, ale czym innym jest wciąż wierzyć w „wyzwalającą” rosyjską armię po zobaczeniu okupacji na własne oczy. Gdy prowadzący przypomniał słowa rzecznika Kremla Dmitrija Pieskowa, że Rosja w całej historii nigdy na nikogo nie napadła, Tomek opisał efekt wyparcia: ludzie stoją nad świeżymi masowymi grobami, wiedząc, że dwa dni wcześniej byli tam Rosjanie, i twierdzą, że zrobili to Ukraińcy pół roku temu. Ostrzegł, że to siła propagandy, przed którą musimy się bronić, bo w Polsce ona też „robi niesamowitą robotę”.
Medyk i żołnierz w jednej osobie
Pytany o kluczowe umiejętności, Tomek zażartował, że ma „taką naukową odpowiedź: to zależy”. Wyjaśnił, że medyk pola walki łączy dwie role: medyka i w pewnym sensie żołnierza. Medycy fundacji nie używają broni i nie są aktywną stroną konfliktu, ale muszą znać taktykę i uzbrojenie, choćby po to, by rozbroić rannego żołnierza i zabezpieczyć jego broń. Muszą odróżniać batalion od brygady, rozumieć funkcjonowanie armii i szturmu, by podczas działań na pierwszej linii nie przeszkadzać i nie stwarzać dodatkowego zagrożenia, a więc przejść szkolenie wojskowe, by nie być ciężarem. Muszą też znać procedury medyczne i aktualne wytyczne, które w tej wojnie zmieniają się błyskawicznie wraz z charakterem walk. Przypomniał zasadę z ratownictwa cywilnego, że dobry medyk to żywy medyk, i dodał, że na froncie działa ona podwójnie: medyk, który się naraża, nie tylko nie pomoże innym, ale sam będzie potrzebował pomocy i odciągnie ludzi, którzy będą musieli go wyciągać. Szczegóły procedur, jak usuwanie odłamków czy odbarczanie odmy, odesłał do wytycznych TCCC (Tactical Combat Casualty Care), czyli taktycznej opieki nad rannym na polu walki. W polskim kręgu kulturowym ta nazwa oznacza całą medycynę pola walki, opartą na standardach NATO, które wprowadzają i standaryzują europejskie i natowskie komitety. Wojna w Ukrainie pokazuje jednak, że „fajnie, fajnie, ale to tak nie działa”. Zgodził się z prowadzącym, że „życie jak zwykle weryfikuje przepisy”. Wytyczne powstały po wojnach w Iraku i Afganistanie, w których Amerykanie mieli przewagę w powietrzu, a konflikt był asymetryczny. W wojnie symetrycznej, w której żadna strona nie panuje w powietrzu, takie elementy jak standardowe wezwanie ewakuacji medycznej śmigłowcem brzmią abstrakcyjnie. Tomek ironizował, że już widzi śmigłowiec lecący na linię frontu, któremu trzeba zameldować potrzebę wyciągarki i respiratora.
Ranni Rosjanie też dostają pomoc
Sam nie udzielał pomocy rannym jeńcom, ale takie sytuacje się zdarzają, gdy w czasie ewakuacji ranny rosyjski żołnierz trafia w ręce medyków. Na uwagę prowadzącego, że „jak tam pobiją gdzieś na tyłach, to różnie się może dziać”, Tomek odpowiedział, że to już poza zasięgiem medyków. Rannego jeńca zabezpiecza się medycznie na tyle, na ile pozwalają środki, i ewakuuje na tyły, gdzie przejmuje go SBU, przez żołnierzy nazywana żartobliwie „Służbą Bożą”. Relacja z takiej ewakuacji sprzed ponad roku jest na facebookowym profilu fundacji. Tomek podkreślił, że rosyjskich żołnierzy nie rozstrzeliwuje się na miejscu, „jak niektórzy uparcie chcą twierdzić”, tylko udziela im się pomocy, oczywiście ze środkami przymusu, bo jeniec jest związany, a nie leży wygodnie na łóżku. Wróg nie ma według niego umierać tylko dlatego, że jest wrogiem. Ocenił, że armia ukraińska, wbrew temu, co chce się w Polsce uważać, jest bardzo humanitarna i w wielu przypadkach mogła zrobić coś łatwiej, a zrobiła tak, jak trzeba w cywilizowanej armii.
Państwo bierze z doświadczeń fundacji tylko oddolnie
Prowadzący zauważył, że fundacja zrzesza kilkudziesięciu medyków, a Tomek dodał, że to nie tylko ekipy wyjazdowe, ale też zaplecze w kraju: sekcja psychologiczna, mechanicy dbający o flotę pojazdów i szkoleniowcy. Pojazdy w warunkach frontowych szybko się psują, a jeden z patroli dwukrotnie oberwał, raz od artylerii, raz od drona. Nawet wjazd w dziurę podczas ewakuacji potrafi uszkodzić zawieszenie. Pytany, czy państwo polskie systemowo korzysta z doświadczeń fundacji, Tomek się uśmiechnął, a prowadzący zażartował o „pomidorze”. Tomek odesłał do ostatnich wywiadów „naszego wodza” Damiana Dudy i wyjaśnił, że nie jest tak, iż nic się nie dzieje albo wojsko nie współpracuje, ale chodzi głównie o oddolne inicjatywy dowódców jednostek, a nie o działania systemowe. Z MON trwają rozmowy, a na profilu fundacji jest apel, że „można by to zrobić troszeczkę lepiej”. Fundacja szkoli policję, w tym jednostki specjalne, współpracowała z poszczególnymi jednostkami WOT i rozbudowuje własne centrum szkoleniowe z salą wykładową. Powstaje tam pas taktyczny maksymalnie odwzorowujący ukraińskie warunki: okopy, ziemianki, wóz bojowy i wozy ewakuacyjne. Tomek podkreślił, że gdyby „odpukać” coś wydarzyło się w Polsce, obowiązywałyby nie standardy natowskie, lecz te, które dziś działają na wschodzie. Prowadzący dodał, że zawsze przygotowujemy się do poprzedniej wojny.
Ryś „Sobol” i jak pomóc
Fundację można wesprzeć przez jej stronę internetową i profil na Facebooku, gdzie co kilka dni pojawiają się relacje z frontu, szkoleń i projektów. Obecnie fundacja rozbudowuje centrum szkoleniowe i odbudowuje flotę pojazdów: jeden samochód jest rozbity, drugi w kapitalnym remoncie. Przystosowuje też do służby nowy kołowy transporter opancerzony Ryś, kupiony w dużej mierze ze zbiórki, za co Tomek przesłał „cześć i chwałę” wszystkim, którzy się do niej dołożyli. Transporter otrzyma nazwę „Sobol” na cześć zmarłego medyka fundacji i będzie wyposażony w systemy elektrooptyczne oraz sprzęt podtrzymujący życie: kardiomonitory, koncentratory tlenu i respiratory, by dowozić pacjentów żywych do kolejnego etapu. Do fundacji można też dołączyć, bo mniej więcej raz w roku odbywa się rekrutacja. Praca na wschodzie wymaga kwalifikacji i cech osobowości weryfikowanych przez sekcję psychologiczną i szkolenia medyczno-taktyczne, ale fundacja szuka też ludzi do pracy w kraju: mechaników, prawników, księgowych, szkoleniowców, lekarzy, chirurgów i wojskowych. Tomek przypomniał powiedzenie, że za jednym żołnierzem na froncie stoi około 20 na tyłach, od kucharzy po kwatermistrza. W fundacji nie jest to taka skala, ale praca w kraju jest równie ważna. Na koniec prowadzący życzył mu jak najmniej pracy. Tomek odpowiedział, że tego trzeba życzyć przede wszystkim ukraińskim żołnierzom, bo kiedy medycy żartują, że nie mają co robić, oznacza to, że wszyscy są cali.
Materiał „Polski medyk na Ukrainie” dostępny na kanale Damazy Travels na YouTube, liczącym 3,23 tys. subskrybentów. Opublikowany 22 maja 2026.