Adam Zawadzki z Fundacji Dziękujemy za Wolność był gościem Polskiego Radia dla Zagranicy w programie „Temat Dnia”, w cyklu „Polska Pomaga”, gdzie mówił o malejącej skali pomocy dla Ukrainy, kosztach prowadzenia regularnych konwojów humanitarnych oraz o coraz trudniejszych relacjach polsko-ukraińskich podsycanych przez internetową dezinformację.
Co trafia do Ukrainy: apteczki, plecaki medyczne i konwoje
Zawadzki wyjaśnił, że fundacja dostarcza żołnierzom osobiste apteczki wyposażone przede wszystkim w stazy taktyczne typu CAT-7, a także nożyczki, bandaże i opatrunki hemostatyczne — sprzęt, który w ekstremalnych warunkach może wykorzystać każda osoba. Medykom na froncie fundacja przekazuje z kolei bardziej specjalistyczne plecaki medyczne, których zawartość ustalana jest na podstawie konkretnych próśb od partnerów na miejscu.
Fundacja od roku regularnie, co trzy tygodnie, uczestniczy w konwojach humanitarnych, które przewożą samochody na front i odbierają uszkodzone pojazdy z powrotem, a dodatkowo dostarczają żołnierzom żywność — w tym domowe wypieki przygotowywane m.in. w Kuchni Wolontariackiej pod Lwowem — oraz pozornie proste, ale niezbędne materiały, jak szeroka taśma samoprzylepna używana do przygotowywania paczek zrzucanych żołnierzom w okopach z dronów, folie, siatki maskujące czy kartony. Sam koszt paliwa do jednego takiego konwoju wynosi około 50 tysięcy złotych — i to bez uwzględnienia kosztów samego wyposażenia i pomocy.
Zawadzki zaznaczył, że po czterech latach współpracy fundacja wypracowała sobie stałe kontakty z konkretnymi oddziałami i brygadami, którym dostarcza pomoc bezpośrednio. Przywołał osobistą refleksję — dokładnie cztery lata wcześniej odwiedzał Krzywy Róg, i porównując skalę ówczesnej i obecnej pomocy, zauważa wyraźny spadek, choć nie wynika on z braku chęci ze strony fundacji, lecz z tego, że polskie społeczeństwo stopniowo zapomina o trwającej wojnie.
Zmęczenie wojną: paralela z pandemią COVID-19
Pytany, co obecnie jest trudniejsze — zdobycie pieniędzy czy ludzi gotowych zaangażować się w pomoc — Zawadzki wskazał przede wszystkim na rosnące ceny paliwa, pochłaniające znaczną część budżetu wolontariuszy. Zaznaczył jednak, że od maja 2026 roku obserwuje systematyczny spadek gotowości ludzi do pomocy, mimo że fundacja stara się utrzymać dotychczasowy poziom działań. Porównał to zjawisko do reakcji społecznej na pandemię COVID-19 — początkowa panika i chęć niesienia pomocy z czasem ustąpiły miejsca obojętności, mimo że zagrożenie nie zniknęło. Ocenił, że podobny mechanizm przyzwyczajenia zachodzi dziś wobec wojny w Ukrainie, mimo że konflikt toczy się tuż za polską granicą, a na to nakłada się jeszcze zmieniająca się sytuacja geopolityczna.
Podkreślił jednak, że nawet drobne wpłaty mają realne znaczenie — przywołał przykład znajomych Ukraińców mieszkających w Mińsku Mazowieckim i powiecie mińskim, gdzie 10 złotych pomnożone przez 100 osób daje kwotę wystarczającą na dojazd do konkretnego punktu pomocy.
Internet jako główne zagrożenie: dezinformacja i fałszywe konta
Zawadzki ocenił, że internet stał się dziś głównym zagrożeniem dla pracy wolontariackiej — zarówno z powodu rosyjskiej dezinformacji, jak i wzajemnej agresji w komentarzach po polskiej i ukraińskiej stronie, generowanej często przez fałszywe konta lub osoby niezwiązane z żadną ze stron konfliktu. Skrytykował też rolę mediów, które jego zdaniem podkręcają atmosferę, eksponując kolejne akty agresji wobec Ukraińców w Polsce — mimo że licząca około 2 milionów osób ukraińska diaspora w Polsce generuje, w jego ocenie, jedynie pojedyncze incydenty. Przywołał dane, według których do czerwca 2026 roku oficjalnie zgłoszono 180 przypadków agresji wobec Ukraińców w Polsce — liczbę, którą określił jako promil w skali całej społeczności, niepozwalającą mówić o powszechnej niechęci Polaków wobec Ukraińców.
Zaapelował o weryfikowanie każdej informacji w kilku niezależnych, oficjalnych źródłach, zauważając też — na sugestię prowadzącego — że media i politycy z obu stron stosują podwójne standardy językowe w opisywaniu sprawców incydentów w zależności od ich narodowości, co dodatkowo pogłębia wzajemne resentymenty. Odpowiedzialność za to wprost i bez owijania w bawełnę złożył na polityków — zarówno po polskiej, jak i po ukraińskiej stronie — podsumowując swoje podejście stwierdzeniem, że Polacy i Ukraińcy „nie muszą się lubić”, ale mogą się szanować.
Syndrom „oblężonej twierdzy” i osobiste doświadczenia Zawadzkiego
Zawadzki podzielił się własnym doświadczeniem funkcjonowania na styku obu narodowości. Przyznał, że sam spotyka się z atakami z obu stron naraz, ale o odwrotnym charakterze: ze strony Polaków słyszy pytania w tonie oskarżycielskim, po co w ogóle jeździ na Ukrainę, a jego fundacyjną działalność część rodaków określa jako „niepolską”, nazywając go przy tym „synem Bandery”. Z drugiej strony, od Ukraińców słyszy zarzuty odwrotne — że jako Polak, „Lach”, za mało pomaga i się nie zna, mimo że nigdy nie był na miejscu.
Określił to jako pewien syndrom „oblężonej twierdzy” obecny wśród części ukraińskiego społeczeństwa, wynikający ze zmęczenia wojną i wewnętrznych podziałów — nawet wypowiedzi w dobrej wierze bywają odbierane jako atak wymagający obrony. Podkreślił jednak, że nie każdy Polak chce kogoś zaatakować, a na tego typu emocje najlepszą odpowiedzią jest zachowanie spokoju. Zaznaczył, że fundacja świadomie nie pomaga „całej Ukrainie” w abstrakcyjnym sensie, lecz konkretnym, znanym osobiście ludziom, z którymi buduje relacje bliskie przyjaźni, poznając nawet ich rodziny.
Historia fundacji i komu dziękują za wolność
Zawadzki opowiedział o genezie organizacji, która wywodzi się z inicjatywy związanej z Muzeum Powstania Warszawskiego, założonym przy udziale śp. Lecha Kaczyńskiego — polityka, który już podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 roku ostrzegał, że podobne zagrożenie może dotrzeć przez Ukrainę i kraje bałtyckie aż do Polski. Fundacja Dziękujemy za Wolność działa od 2016 roku, zajmując się zarówno pomocą humanitarną, jak i nowoczesnym kultywowaniem pamięci historycznej Polski.
Zawadzki wymienił, komu fundacja dziękuje za wolność: żołnierzom na pierwszej linii frontu, medykom — ze szczególnym uznaniem dla kobiet pełniących tę rolę — ukraińskim wolontariuszom zmagającym się z podobnymi trudnościami logistycznymi (w tym rosnącymi kosztami paliwa), a także ludności cywilnej pozostającej w rejonach przyfrontowych, takich jak Pokrowsk, która mimo zagrożenia nie opuszcza swoich domów i wspiera żołnierzy żywnością wyprodukowaną własnymi siłami. Podkreślił również narastający problem psychicznych konsekwencji wojny dla powracających z frontu weteranów, w tym mężczyzn po pięćdziesiątym roku życia, którzy — w przeciwieństwie do cywilów żyjących swoim codziennym życiem — pozostają mentalnie „zatrzymani” w czasie walki.
Odnosząc się do zarzutów o korupcję w Ukrainie, jakie czasem pojawiają się pod adresem organizacji działających na tym rynku, Zawadzki nie zaprzeczył wprost istnieniu takiego problemu w kraju — przyznał, że korupcja „zapewne jest” — zastrzegł jednak stanowczo, że przez cztery lata działalności fundacja nie odnotowała ani jednego takiego przypadku przy własnych dostawach, co buduje jej wiarygodność i wiarygodność jej partnerów.
Czego brakuje najbardziej: nie rzeczy, lecz życzliwości
Zapytany, czego obecnie najbardziej potrzebuje fundacja, Zawadzki po chwili namysłu odpowiedział, że nie chodzi o rzeczy materialne, które da się zdobyć, lecz o dobre słowo i motywację do dalszego działania. Największym problemem, z jakim mierzą się on i jego partnerzy, jest rosnąca ludzka obojętność wobec przedłużającego się konfliktu. Przywołał piosenkę Czesława Niemena, wyrażając przekonanie, że ludzi dobrej woli jest więcej, niż mogłoby się wydawać, choć zaznaczył, że odpowiedzialności za budowanie życzliwości nie wezmą na siebie ani politycy, ani media — to zależy od każdego z osobna.
Rosja jako zagrożenie cywilizacyjne, nie tylko dla Polski
Odnosząc się do pytania, czy pomoc dla Ukrainy oznacza jednocześnie obronę granic Polski, Zawadzki rozszerzył tę perspektywę na zagrożenie cywilizacyjne dla całego Zachodu. Opisał Rosję — niezależnie od tego, czy nazwie się ją sowiecką czy rosyjską — jako państwo o głęboko zakorzenionej mentalności niewolniczej, ukształtowanej przez wieki caratu i władzy autorytarnej. Nawiązując do zbliżającej się rocznicy Bitwy Warszawskiej z 1920 roku, ocenił, że ta „czerwona zaraza” stanowiła, stanowi i będzie stanowić realne zagrożenie nie tylko dla Ukrainy i Polski, ale dla całej cywilizacji zachodniej, przywołując przy tym starożytną maksymę „chcesz pokoju, szykuj się do wojny”. Jako przykład takiego zagrożenia wskazał państwa bałtyckie, wystawione dziś na rosyjskie prowokacje.
Relacje polsko-ukraińskie na tle europejskiej polityki migracyjnej
Na pytanie o przyszłość relacji polsko-ukraińskich, Zawadzki ocenił, że będzie ona trudna, ale zauważył paradoksalnie, że Polakom bliżej jest dziś do Ukraińców niż do migrantów przybywających z Afryki — kontynentu, na którym, jak zaznaczył, toczy się mało nagłaśniana wojna związana z ekspansją Rosji poszukującej złóż surowców potrzebnych do produkcji elektroniki. Ocenił, że kryzys migracyjny widoczny w stolicach Europy Zachodniej, takich jak Paryż czy Londyn, na szczęście nie dotyka Polski w podobnej skali. Wyjaśnił tę różnicę odmienną historyczną mentalnością — Polska i Ukraina, jako kraje postsowieckiego bloku wschodniego, ukształtowane przez doświadczenie władzy autorytarnej, wykształciły inny rodzaj relacji międzyludzkich niż społeczeństwa Europy Zachodniej, które po II wojnie światowej budowały dobrobyt i kapitalizm bez porównywalnych doświadczeń — konkludując przysłowiem, że „najedzony nie zrozumie głodnego”.
Na zakończenie rozmowy Zawadzki przekazał pozdrowienia wszystkim wolontariuszom działającym w Polsce i na Ukrainie, w tym tym pomagającym zwierzętom, podkreślając, że wszystkie te działania mają wspólny mianownik — pomoc drugiemu człowiekowi.
Rozmowę przeprowadziło Polskie Radio dla Zagranicy w ramach cyklu „Polska Pomaga”, programu „Temat Dnia”. Materiał opublikowany na kanale Polskie Radio dla Zagranicy – Redakcja Polska (8,23 tys. subskrybentów) na YouTube, 2 września 2026 roku.