Polska armia odrzuca doświadczenie z Ukrainy — Damian Duda o systemowej opieszałości i „szpiegomanii”

Polska armia w dużej mierze bezrefleksyjnie odrzuca doświadczenia płynące z wojny w Ukrainie, mimo że nowoczesny sprzęt zachodni bez odpowiedniej doktryny walki niewiele znaczy na współczesnym polu walki — ocenił Damian Duda, kapitan rezerwy i prezes Fundacji „W Międzyczasie”, w rozmowie z Dorotą Roman w podcaście Gazety Wyborczej „Przysposobienie Obronne”. Duda, polski medyk bojowy działający na wojnie w Ukrainie od 2014 roku, opowiedział o tym, jak bardzo szybko zmienia się charakter współczesnej wojny, dlaczego polskie struktury wojskowe blokują wykorzystanie zdobytego przez ochotników doświadczenia oraz jak wygląda dziś stan przygotowania polskiej armii i społeczeństwa na ewentualny konflikt.

Dwa tygodnie przerwy po ataku na medyka

Duda poinformował, że jego zespół ma obecnie dwutygodniową przerwę w pracy na Ukrainie, po tym jak jeden z medyków fundacji został raniony przez drona pułapkę podczas wycofywania się ze strefy walk. Po kilkunastu dniach udało się go ewakuować — obecnie przebywa w Polsce na rekonwalescencji. Czas przerwy zespół wykorzystuje na doszkolenie ludzi i aktualizację wiedzy o bieżącej sytuacji na froncie, zanim wczesną jesienią wróci do pracy na linii frontu.

Wojna zmienia się w ciągu kilku miesięcy nie do poznania

Duda podkreślił, że tempo zmian technologicznych na współczesnym polu walki jest tak duże, że nawet doświadczony uczestnik konfliktu, wracając po kilku miesiącach nieobecności, ląduje niemalże na innej wojnie. Wymaga to nieustannego uczenia się zarówno nowych technologii własnych — jak roboty naziemne czy systemy monitorowania przestrzeni powietrznej — jak i technologii przeciwnika, w tym zasięgu i możliwości wykorzystywanych przez niego dronów.

Zapytany o to, co Rosja szykuje na jesień, wskazał na trzy płaszczyzny zmian: coraz nowocześniejsze środki rażenia (drony FPV, które kiedyś działały do 10 kilometrów, dziś sięgają nawet 30 kilometrów w głąb zaplecza), powszechność stosowania ciężkich bomb lotniczych, które dziś dosłownie „orają” całą strefę śmierci — w efekcie czego, jak zaznaczył, Kramatorsk stopniowo znika, a wkrótce podobny los czeka Słowiańsk — oraz rosnące, codzienne doświadczenie obu stron w zwalczaniu sprzętu NATO, którym posługuje się Ukraina.

Technologia dronowa nie zniknie z pola walki

Duda ocenił, że drony, podobnie jak wcześniej broń palna, na stałe zagościły na polu walki i będą coraz bardziej miniaturyzowane, autonomiczne i wspierane sztuczną inteligencją — choć pełnego wykorzystania AI w dronach na Ukrainie osobiście jeszcze nie widział, uznał to za kwestię bliskiej przyszłości. Podkreślił, że wyścig „dronizacji” trwa już na całym świecie, nie tylko w Ukrainie, ale też na Bliskim Wschodzie i w Afryce — i że wielu polskich ochotników, którzy zdobyli doświadczenie jako operatorzy dronów w armii ukraińskiej (posiadając zgodę polskiego MON), po powrocie nie zostało przyjętych do polskiej armii mimo takiej chęci, i dziś realizuje kontrakty w Afryce oraz na Bliskim Wschodzie, gdzie ich wiedza jest wysoko ceniona. Skrytykował sposób, w jaki w Polsce rozwija się tego typu technologię — projektowo i laboratoryjnie, z programami badawczymi rozpisanymi na kolejne pięć lat, co jego zdaniem nie nadąża za tempem realnych zmian na polu walki.

Nowoczesny sprzęt bez odpowiedniej doktryny to za mało

Odnosząc się do defilady z okazji Święta Wojska Polskiego 15 sierpnia, Duda docenił fakt pozyskiwania przez Polskę nowoczesnego sprzętu, w tym samolotów F-35, ale zaznaczył, że sprzęt ten sprawdzi się tylko w ramach odpowiedniego systemu i doktryny zapewniającej mu przetrwanie na polu walki. Jako przykład przywołał osobiście obserwowaną kontrofensywę zaporoską, podczas której Ukraina, mimo posiadania dużych ilości sprzętu zachodniego, straciła go już w pierwszym tygodniu walk, ponieważ — jak to ujął — „sprzętem natowskim walczyła po sowiecku”. Ostrzegł, że jeśli Polska będzie próbowała wykorzystywać nowoczesny sprzęt w oparciu o przestarzałą doktrynę, nieuwzględniającą realiów wojny dronowej — łącznie z planowaniem rozkładania punktów stabilizacyjnych czy sztabów w namiotach zaledwie 4 kilometry od przeciwnika — to efekt może być katastrofalny.

Doświadczenie implementowane za późno i tylko cząstkowo

Zapytany wprost, czy polskie struktury wojskowe nie chcą się uczyć z doświadczeń Ukrainy, czy po prostu robią to zbyt późno, Duda ocenił, że wiedza ta jest implementowana spóźnione, wybiórczo i jedynie na poziomie pojedynczych jednostek, a nie sztabów czy dowództw — co oznacza, że nawet gdy pojedyncza jednostka zdobędzie dobre praktyki, i tak zostaną one przykryte odgórnie narzuconymi, przestarzałymi regulaminami walki. Jako przykład podał brak jakiejkolwiek taktyki zwalczania dronów na szczeblu taktycznym w Wojsku Polskim oraz toczącą się wciąż dyskusję o tym, czy polskiego żołnierza stać na więcej niż jedną opaskę uciskową — sztab generalny blokuje wprowadzenie do wyposażenia żołnierza czterech opasek, uznając to za zbędny wydatek, mimo że jest to podstawowy element ratujący życie na współczesnym polu walki. Zaznaczył, że nie jest to wyłącznie jego prywatna opinia, lecz również stanowisko wojskowych jednostek eksperckich, które — jak twierdzi — nie mogą wypowiadać się publicznie ze względu na obowiązującą je służbową dyscyplinę.

Duda wskazał trzy główne przyczyny tej sytuacji: przekonanie wyższych kadr dowódczych, że przynależność do NATO gwarantuje inny, lepszy przebieg ewentualnego konfliktu, co skutkuje bezrefleksyjnym odrzucaniem doświadczeń ukraińskich bez zaproponowania w zamian własnych rozwiązań; działanie lobby zbrojeniowego, produkującego od dekad te same, przestarzałe rozwiązania, podtrzymywane zamówieniami i powiązaniami politycznymi; oraz zjawisko, które określił jako „szpiegomanię” — nadmierną podejrzliwość polskich służb wobec ochotników wracających z Ukrainy, mimo że to oni przynoszą wiedzę do jednostek wojskowych, a nie wynoszą jej na zewnątrz.

Blokady na poziomie służb kontrwywiadowczych

Duda potwierdził, że osoby z jego środowiska, które chciały wstąpić do polskiej armii po powrocie z Ukrainy, napotykały formalne blokady na różnych etapach procesu wcielenia, a same pozostają na tzw. czarnych listach utrudniających im służbę. Zastrzegł jednocześnie, że wcielenie takich osób do wojska nie leżałoby nawet w interesie państwa, ponieważ ich aktualna wiedza z pola walki szybko traci na aktualności, a będąc żołnierzami, nie mogliby już wracać na Ukrainę po nowe doświadczenie.

Wyjaśnił mechanizm blokowania współpracy szkoleniowej — mimo deklarowanej woli współpracy ze strony wiceministra obrony Cezarego Tomczyka i oczekiwania na formalne porozumienie z premierem i ministrem Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, na poziomie poszczególnych jednostek wojskowych sprawa utyka. Służby kontrwywiadowcze formalnie nie zabraniają współpracy, lecz gdy dowódca jednostki zwraca się o rekomendację, otrzymuje odpowiedź w rodzaju „róbcie, co uważacie, ale my tego nie rekomendujemy” — co w praktyce skutecznie zniechęca dowódców do podejmowania takiego ryzyka zawodowego. Duda ocenił to jako przejaw instytucjonalnej obrony status quo armii przed „obcymi elementami” wnoszącymi wiedzę łamiącą utrwalone schematy myślenia.

Coraz mniej ochotników, coraz większa presja społeczna

Duda przyznał, że liczba osób gotowych do długoterminowego, wolontariackiego zaangażowania w pomoc Ukrainie systematycznie maleje — kończy się, jak to określił, „karnawał pomocy Ukrainie”, a wolontariusze coraz częściej padają ofiarą nagonki, nie tylko w mediach społecznościowych, ale też ze strony polskich służb, próbujących przypisać im różnego rodzaju zarzuty.

Wojna nie skończy się szybko

Odpowiadając na pytanie o perspektywy zakończenia wojny w Ukrainie, Duda ocenił, że realnie nie zakończy się ona, dopóki w rosyjskiej mentalności nie wygaśnie „gen imperializmu” — przekonanie, że tereny na zachód od obecnej granicy Rosji, w tym Ukraina, kraje bałtyckie i Polska, stanowią część należnej jej spuścizny. Porównał sytuację Ukrainy do Izraela, który uczynił z militaryzacji fundament swojej niepodległości — Ukraińcy, jego zdaniem, mają świadomość, że nie mają innego wyjścia niż utrzymywanie silnie zmilitaryzowanego państwa, ponieważ każde ustępstwo terytorialne oznaczałoby jedynie kolejny krok naprzód armii rosyjskiej.

Zapytany o przekonanie części Ukraińców, że Rosja może w przyszłości uderzyć również na Polskę czy państwa bałtyckie, Duda ocenił, że wynika ono nie tyle z głębokiej analizy strategicznej, co z chęci podkreślenia wagi wsparcia dla Ukrainy („dziś my, jutro wy”) oraz z całkowitego zaniku zaufania do Rosji w ukraińskim społeczeństwie — również wśród osób rosyjskojęzycznych, które przed pełnoskalową inwazją bywały określane jako prorosyjskie.

Duda przywołał w tym kontekście wypowiedź szefa Sztabu Generalnego, generała Wiesława Kukuły, sprzed dwóch lat, w której ten otwarcie przyznał, że napięcia geopolityczne są dziś na tyle silne, iż Polska nie uniknie konfliktu zbrojnego. Roman przypomniała okoliczności tej wypowiedzi — padła ona we Wrocławiu podczas spotkania z podchorążymi, wywołując poruszenie wśród słuchaczy, a sam generał doczekał się za nią oficjalnej reprymendy ze strony Ministerstwa Obrony Narodowej.

System ostrzegania w Polsce od lat się nie zmienił

Odnosząc się do niedawnego incydentu z rosyjską rakietą, która spadła i eksplodowała na terytorium Polski bez uruchomienia systemu alarmowania ludności, Duda — jako były rzecznik Rządowego Centrum Bezpieczeństwa odpowiedzialny wcześniej za obsługę alertów RCB — przyznał, że o ograniczeniach tego systemu wiadomo było już w momencie wybuchu pełnoskalowej wojny w 2022 roku. Porównał to zjawisko do przeciążenia sieci komórkowej w sylwestrową noc — w sytuacji masowego, nagłego alarmowania system po prostu się „zapycha”. Ocenił, że przez cztery lata praktycznie nic nie zrobiono, by ten system usprawnić lub znaleźć dla niego alternatywy, mimo że wojna trwa dosłownie „za naszym płotem”.

Polska nie jest gotowa na to, że wojna wróciła na dobre

Duda przyznał, że o ile wcześniej kontrast między realiami frontowymi a normalnym życiem cywilnym budził w nim frustrację i wręcz agresję, z czasem zrozumiał, że żołnierze walczą właśnie po to, by inni mogli żyć normalnie — przywołując analogię do okupowanej Polski, gdzie mimo wojny ludzie brali śluby i chodzili do teatru.

Polska medycyna wojskowa nie zrobiła postępu

Pytany, czy w ciągu ostatniego roku poprawiła się wiedza polskich żołnierzy i lekarzy cywilnych o medycynie pola walki, Duda odpowiedział jednoznacznie: nie zrobiła żadnego postępu. Lekarze w mundurach wciąż pytają go o długość dyżurów, myśląc kategoriami polskich szpitali, podczas gdy na Ukrainie lekarz pracujący w punkcie stabilizacyjnym pod ziemią może spędzić w strefie zagrożenia, praktycznie bez dostępu do światła dziennego, od trzech miesięcy do pół roku. Ocenił, że polskie ćwiczenia i poligony mają w dużej mierze charakter teatru — są z góry zaaranżowane według ustalonych scenariuszy, co daje złudne poczucie przygotowania, podczas gdy prawdziwą miarą gotowości jednostek i medyków jest zdolność do funkcjonowania w warunkach realnego stresu, przedłużającego się wyczerpania i skrajnie ograniczonych zasobów.

Zaznaczył, że choć nie da się wysłać polskich lekarzy na Ukrainę w celach szkoleniowych, można stworzyć na krajowych poligonach scenariusze maksymalnie zbliżone do realiów tamtej wojny, wyciągające uczestników ze strefy komfortu. Polecił też widzom obejrzenie filmu dokumentalnego „20 dni w Mariupolu”, pokazującego pracę oblężonego szpitala i codzienne realia, z którymi mierzył się tamtejszy personel medyczny.

Brak powszechnego szkolenia z pierwszej pomocy bojowej

Duda wskazał, że w polskiej armii, w przeciwieństwie do ukraińskiej czy amerykańskiej, nie funkcjonuje powszechny kurs medycyny pola walki dla każdego żołnierza (odpowiednik amerykańskiego CLS – Combat Lifesaver). W Polsce kurs tego typu (CLS) przechodzą jedynie żołnierze na etatach ratowniczych, i to pod warunkiem, że dana jednostka dysponuje wystarczającymi mocami przerobowymi Wojskowego Centrum Kształcenia Medycznego, które — mimo dobrej pracy — nie jest w stanie przeszkolić wszystkich żołnierzy. W praktyce szkolenie większości żołnierzy ogranicza się do podstawowej obsługi opaski uciskowej, opatrunku czasu W (który często nie znajduje się nawet w indywidualnych pakietach medycznych) oraz zgłaszania meldunku o ewakuacji medycznej. Duda zaznaczył, że żołnierze rzadko wcześniej otwierają zaplombowane apteczki, więc nie wiedzą, co się w nich znajduje ani jak z nich korzystać — a doświadczenie wojny w Ukrainie pokazuje, że przy malejących zasobach ratowników i wydłużającej się nawet o tygodnie ewakuacji przeżywalność rannych w ogromnej mierze zależy właśnie od samopomocy i pomocy koleżeńskiej.

Poinformował również, że wcześniejsza propozycja fundacji, by wprowadzić elementy medycyny pola walki do obowiązkowych szkoleń z Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej organizowanych przez samorządy, została odrzucona przez MSWiA jako „zbyt wyspecjalizowana”, z rekomendacją ograniczenia się do nauki podstawowej resuscytacji krążeniowo-oddechowej (RKO).

Powolna, ale rosnąca świadomość zagrożenia

Zapytany o pozytywne sygnały, Duda wskazał na stopniowo rosnącą społeczną akceptację faktu realnego zagrożenia wojną. Przywołał wydany jeszcze przez Rządowe Centrum Bezpieczeństwa pierwszy skromny poradnik przygotowania na czas kryzysu i wojny, który wywołał wówczas mieszane, częściowo krytyczne reakcje społeczne — w przeciwieństwie do późniejszego, bardziej rozbudowanego poradnika opracowanego wspólnie przez MSWiA, MON i RCB, który mimo krytyki został już przyjęty ze zrozumieniem konieczności przygotowania na scenariusze kryzysowe. Ocenił to jako dobry sygnał, zastrzegając jednak, że same rozmowy o zagrożeniu muszą przełożyć się na konkretne, systemowe działania.

Na zakończenie Duda potwierdził, że zainteresowanie jego doświadczeniem i wiedzą zgłaszały wcześniej także armie sojusznicze w ramach NATO, jednak podobnie jak w przypadku polskich jednostek, brak pozytywnej rekomendacji ze strony odpowiednich instytucji skutecznie ucinał te kontakty. Na sam koniec rozmowy Roman zasugerowała żartobliwie, że skoro trudno przebić się z tym tematem w Polsce, może warto zwrócić się bezpośrednio do ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce — Duda odpowiedział, że nie wyklucza takiej możliwości.


Podcast „Przysposobienie Obronne” dostępny na kanale Gazeta Wyborcza na YouTube, liczącym 51,2 tys. subskrybentów. Opublikowany 18 sierpnia 2026 roku. Oryginalny tytuł materiału: „Polska armia odrzuca doświadczenie Ukrainy. Damian Duda, medyk pola walki”.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *