Rosyjskie czołgi wracają na pole walki, a dron zmienia rolę piechoty — płk Piotr Lewandowski w Kanale Otwartym
Płk Piotr Lewandowski, oficer rezerwy i wykładowca Szkoły Przywództwa Instytutu Wolności, był gościem Kanału Otwartego, gdzie omawiał sytuację na froncie w Ukrainie. Rozmowa dotyczyła przebiegu ukraińskiego natarcia prowadzonego przez III Korpus Armijny, rosnącej odporności rosyjskich czołgów na drony oraz lekcji płynących z wojny dla armii NATO i Polski. Pułkownik odniósł się także do szans na zamrożenie konfliktu, dalszych planów Kremla wobec Zachodu oraz patologii trawiących armię rosyjską i ukraińską.
Natarcie III Korpusu: drugi etap już trwa
Prowadzący zapytał na wstępie o ukraińską ofensywę określaną jako „Vivaldi”: na ile Ukraińcy faktycznie odbijają tereny i jak wygląda sytuacja w terenie. Lewandowski potwierdził, że Ukraińcy odzyskują teren, i podkreślił, że w tej sprawie zgodne są zarówno ukraińskie, jak i rosyjskie źródła analityczne. Operacja zaczepna III Korpusu Armijnego, nazywanego azowskim, trwa, co według niego jest w pełni potwierdzone. Potwierdzony jest również start jej drugiego etapu. Pierwszy polegał w dużej mierze na zajęciu części ziemi niczyjej i wyparciu Rosjan z pasa przesłaniania, który znajdował się za nią, czyli na likwidacji rozproszonych posterunków, i ten cel udało się osiągnąć. W drugim etapie Rosjanie zdążyli już skonsolidować obronę, dlatego działania mają charakter przełamujący. Rozmówca zwrócił uwagę, że po obu stronach zaczęły się pojawiać czołgi, choć skala ich użycia jest daleka od pierwszego okresu wojny.
Od Awdijiwki do powrotu broni pancernej
Pułkownik ocenił, że ostatnie prawdziwe starcia pancerne miały miejsce podczas bitwy o Awdijiwkę. Rosjanie po raz ostatni użyli tam większych zgrupowań pancernych i ponieśli tak duże straty, że nigdy później nie powtórzyli działań pancerno-zmechanizowanych w podobnej skali. Wyjaśnił, że już wtedy na polu walki dominowały drony. Pełniły one rolę nie tylko uderzeniową, ale też rozpoznawczą, służąc do koordynowania ognia artylerii. Teraz jednak po stronie ukraińskiej pojawiły się informacje potwierdzające wcześniejsze rosyjskie deklaracje, że rosyjskie czołgi stały się na tyle odporne na drony, iż można powoli myśleć o przywróceniu manewru z użyciem broni pancernej. Lewandowski zastrzegł, że na mówienie o tym w większej skali jest za wcześnie. Ukraińcy potwierdzili jednak, że Rosjanie kilkakrotnie skutecznie użyli czołgów, choć chodzi na razie dosłownie o pojedyncze maszyny.
Systemy „hard kill” na rosyjskich czołgach
Pytany, co Rosjanie zmienili w swoich czołgach, analityk wskazał przede wszystkim na systemy aktywnej ochrony typu „hard kill”, czyli montowane na czołgach urządzenia zestrzeliwujące drony. Wyjaśnił, że system samodzielnie wykrywa zbliżającego się drona i niszczy go, w zależności od rozwiązania, na przykład wystrzeliwując kulki lub kontrładunek. Stąd nazwa: niszczenie „na twardo”. Ochrona typu „soft kill” obejmuje natomiast pancerze, siatki i podobne zabezpieczenia. Rozmówca przypomniał, że początkowo pojawiały się informacje o nieskuteczności rosyjskich systemów, a materiały filmowe zdawały się to potwierdzać. Jego zdaniem część tych nagrań została jednak zmontowana przez stronę ukraińską tak, by pokazać, że systemy nie działają. Przyznał, że nie wszystkie zadziałały, ale Rosjanie nieustannie je testują i wiele wskazuje na to, że będą dążyć do przywrócenia manewru broni pancernej. Nie potrafił przesądzić, czy im się to uda. Pojedyncze próby zakończyły się jednak częściowym powodzeniem. Czołg nie odzyskał roli głównej siły przełamującej, ale wrócił jako licząca się broń, która pozwala piechocie dotrzeć do linii styczności z przeciwnikiem. Przez długi czas piechota nie była w stanie nawet zbliżyć się na odległość bezpośredniego kontaktu ogniowego z broni ręcznej. Teraz wsparcie czołgów kilka razy to umożliwiło, a dalszy rozwój sytuacji trzeba obserwować.
NATO nie skopiuje ukraińskiego modelu wojny
Lewandowski podkreślił, że NATO z pewnością idzie w tym samym kierunku. Tak tłumaczył szeroko nagłośnione ćwiczenia, podczas których dziesięciu ukraińskich operatorów miało rozbić dziesięć brygad Sojuszu. Wyjaśnił, że były to świadomie zaplanowane przez państwa NATO ćwiczenia, służące ocenie rzeczywistych możliwości dronów nie na podstawie filmików z TikToka, lecz uderzeń prowadzonych przez ukraińskich weteranów. Efektowne opisy, że jeden ukraiński operator zniszczył 15 czołgów i bojowych wozów, wymagają według niego wyjaśnienia. Często używano tego samego drona, a chodziło o odegranie sytuacji, w której takich operatorów byłoby pięć czy dziesięć razy więcej, czyli o symulację masowego użycia dronów. Pułkownik zaznaczył, że NATO nie zamierza kopiować rozwiązań ukraińskich, bo Ukraińcy nie wymyślili nowej wojny. Dostosowali się do niej, znakomicie kompensując własne liczne braki i ograniczenia zdolnościowe. Takie rozwiązania byłyby w czasie pokoju w zasadzie nie do utrzymania, bo nikt w czasie pokoju nie będzie produkował pięciu milionów dronów.
Kolejna wojna będzie wyglądać inaczej
Prowadzący dopytywał o prace nad elektronicznymi metodami eliminowania dronów, które mogłyby przywrócić ciężki sprzęt na pole walki. Gość odpowiedział, że takie prace trwają, ale w grę wchodzą też drony sterowane światłowodem i coraz szerzej wykorzystywane drony lądowe. Wkrótce pojawią się drony sterowane przez sztuczną inteligencję. Bez pilota będą one znacznie mniej podatne na systemy walki radioelektronicznej. Wszystko to stworzy nowy obraz pola walki, ale nie wymyślony przez armię ukraińską. Przyznał, że pole walki przeszło bardzo silną ewolucję, ale kolejna wojna nie będzie wyglądać tak jak obecna. Przygotowując się do wojny w ukraińskim kształcie, przygotowywano by się do wojny, która już była. Gdy prowadzący zauważył, że nikt nie wie, jak będzie wyglądać następna, Lewandowski przypomniał, że każda armia przygotowuje się do minionej wojny, a skokowy rozwój wywołują dopiero konflikty długotrwałe. Jest pewien, że Rosjanie będą dążyć do utrzymania zdolności zmasowanego rażenia z powietrza relatywnie tanimi środkami. Bezzałogowców będzie mniej, ale będą bardziej zaawansowane i skuteczniejsze. Równocześnie Rosja będzie zmierzać do przywrócenia manewru wojsk pancerno-zmechanizowanych dzięki zaawansowanym systemom ochrony biernej i czynnej. Dlatego pułkownik odrzucił tezę, że czołgi są już niepotrzebne. Są potrzebne, ale wpisane w zupełnie nowy komponent, a Polska musi uważnie śledzić rosyjskie wysiłki. Zaapelował, by o dronizacji pola walki myśleć tak: wszystko, co dotąd robił żołnierz, a co może dziś zrobić dron, należy powierzać dronom, bo oszczędza to najcenniejszy zasób, czyli ludzkie życie.
Polska i wojska dronowe
Zapytany o miejsce Polski na tej drodze, komentator przypomniał, że zmieniono dowódcę wojsk dronowych. Zaznaczył, że nie wyraża własnej opinii, lecz powtarza panujące przekonanie, iż dotychczasowy rozwój był zbyt wolny. Nowym dowódcą został jego dobry kolega, któremu mocno kibicuje. Czeka go olbrzymie wyzwanie, ale pułkownik opisał go jako człowieka bardzo kompetentnego, inteligentnego i o dużej wiedzy. Prowadzący przypomniał, że odsunięto poprzedniego dowódcę. Lewandowski odparł, że nie miał okazji go poznać, więc nie potrafi się wypowiedzieć.
Front: zażegnane zagrożenie od Izium
Wracając do ofensywy, pułkownik zastrzegł, że III Korpus nie pokonał trzech rosyjskich armii. Działa na obszarze, na którym rozmieszczone są trzy rosyjskie armie: jedna pancerna i dwie ogólnowojskowe. Armie te rozlokowane są jednak na większości ogromnego obwodu charkowskiego i częściowo w Donbasie, a ukraiński korpus naciera na odcinku szerokości od 20 do 30 kilometrów. Przestrzegł więc przed wizją, w której jeden korpus rozbija trzy rosyjskie armie. Uderzenie zlikwidowało jednak zagrożenie głębokiego oskrzydlenia aglomeracji słowiańsko-kramatorskiej od północnego wschodu, czyli rosyjskiego natarcia w kierunku Izium. Przypomniał, że w pierwszym roku wojny Rosjanie przeprowadzili już takie uderzenie z powodzeniem, co było dla Ukraińców bardzo groźne. Później nastąpiła najbardziej udana ukraińska kontrofensywa, w której wyzwolono Izium i Łyman. Rosjanie nie zdobyli wprawdzie ponownie Łymania, ale zaczęli go głęboko obchodzić, zagrażając Kramatorskowi i Słowiańskowi. Uderzenie formacji azowskiej to zagrożenie usunęło.
Trzy aktywne kierunki rosyjskich uderzeń
Rozmówca zaznaczył, że Rosjanie atakują Kramatorsk i Słowiańsk jeszcze z trzech innych kierunków, a zlikwidowany został dopiero czwarty z nich. Od strony Kostiantynówki natarcie idzie słabo. Rosjanie miasto zdobyli, ale go nie kontrolują: zatknęli flagi, jednak ukraińskie grupy wciąż dość swobodnie przenikają do miasta, a walki toczą się w jego obrębie. Bez skonsolidowania kontroli nad Kostiantynówką Rosjanie nie mogą pójść dalej, więc na tym kierunku natarcie utknęło. Kolejne uderzenie wymierzone jest w Ołeksijewo-Drużkiwkę, którą Rosjanie obchodzą od wschodu i zachodu. Jeden z tych kierunków opierał się wcześniej na Siewiersku. Pułkownik przypomniał, że po upadku Siewierska był przekonany o poważnych konsekwencjach dla ukraińskiego frontu i niestety tak się stało, bo stamtąd wychodzi uderzenie na Słowiańsk i Kramatorsk. Ukraińcy skutecznie kontratakują więc na skrzydle, ale nie osłabia to zdolności rosyjskich sił na innych kierunkach do realizacji głównego wysiłku. Istnieje też kierunek wspomagający o wysokim priorytecie, czyli uderzenie na północ od Pokrowska, na Dobropole, które prowadzący zna z własnego pobytu. Wersje są tu rozbieżne. Ukraińcy twierdzą, że do oskrzydlenia miasta nie doszło, Rosjanie twierdzą coś przeciwnego, a jednoznacznych materiałów brakuje. Pewne jest, że Rosjanie pojawili się dość głęboko po obu stronach miasta. Na razie nie da się ocenić, czy to tylko zatknięcie flagi i wycofanie się, czy obecność stała, co powinno wyjaśnić się w ciągu tygodnia. Sytuacja Ukraińców w Dobropolu jest jednak bez wątpienia gorsza niż miesiąc wcześniej, więc rosyjskie postępy są faktem.
Łyman, las serebrjański i flagi za premie
Prowadzący wspomniał rozmowy o Łymaniu z gen. Skrzypczakiem z pierwszej fazy wojny. Opowiedział też, że dwukrotnie był w tym mieście, rozwożąc sprzęt około 7 kilometrów od linii zero, o czym wcześniej nie mógł mówić. Za drugim razem front był tam wyraźnie słychać, a wtedy można było podjeżdżać znacznie bliżej linii frontu niż obecnie. Zauważył, że po dwóch, trzech latach wciąż mówi się o walkach w okolicach Łymania. Lewandowski przypomniał, że miasto już raz upadło, w drugim etapie wojny. Po wycofaniu się spod Kijowa Rosjanie skonsolidowali siły, zwiększyli zgrupowanie, rozwinęli logistykę i przeprowadzili kolejne uderzenie, w którym padły Łyman i Izium. Ukraińska kontrofensywa wyzwoliła oba miasta i zepchnęła Rosjan za rzeki Oskił i Żerebeć. Rosjanie zaczęli jednak wracać, a w lesie serebrjańskim walki trwały latami. Do samego Łymania wdarli się, co pokazały nagrania z walk w mieście, ale zostali wyparci. Pułkownik wyjaśnił, że na tym odcinku walczy rosyjska Grupa Wojsk „Południe”, dla której kluczowy jest kierunek słowiańsko-kramatorski. Skoro Ukraińcy ściągnęli rezerwy wystarczające do zatrzymania Rosjan pod Łymaniem, Rosjanie nie przerzucą sił z głównego kierunku, wolą utrzymać tam inicjatywę. Za szczególnie interesujące uznał działania III Korpusu, w których po raz pierwszy w natarciu na taką skalę wykorzystano drony powietrzne oraz bezzałogowce lądowe, w tym szturmowe. Śledzi to uważnie, bo pokazuje, w jakim stopniu w działaniach zaczepnych można już zastąpić żołnierza dronem, na przykład przy zajmowaniu terenu. Dron powietrzny umożliwia na razie piechocie przejęcie terenu, często w pasie przesłaniania, czyli w strefie, gdzie nie wiadomo, kto wiesza flagę, bo jedni nocą się cofają, a rano wisi flaga przeciwnika. Wyjaśnił przy tym, skąd bierze się zatykanie flag. Obie strony płacą żołnierzom za skuteczne działania szturmowe, a podstawą wypłaty premii jest zawieszenie flagi. Nie chodzi więc o patriotyzm, tylko o pieniądze.
Piechur wobec drona FPV jest bezbronny
Na pytanie widza o najlepsze metody walki pojedynczego piechura z dronami FPV pułkownik odpowiedział wprost: jeśli nie działa rozwinięty system ochrony, pojedynczy żołnierz jest tylko ofiarą. Dodał, że dokładnie przyglądał się temu zagadnieniu i uczestniczył w testach strzelby i karabinka. Doświadczony bojowy pilot drona, działający od miesięcy i wykonujący 20–30 uderzeń na dobę, posługuje się dronem FPV z taką sprawnością, że pojedynczy żołnierz nie ma szans go zestrzelić, cokolwiek miałby przy sobie. Bez systemu, który go chroni, i bez rozbudowy inżynieryjnej pozwalającej ukrywać się w kilku punktach tak, by operator nie wiedział, gdzie żołnierz się schował i gdzie wyjdzie, piechur będzie ofiarą. Lewandowski nazwał to tragedią i dodał, że strach przed dronami jest powszechny po obu stronach. Prowadzący uznał go za w pełni uzasadniony. Gość przyznał, że sam tego strachu nie zna, a obecny obraz walki jest mu równie obcy jak każdemu, kto nigdy nie walczył. Dlatego ma coraz więcej pokory wobec własnych możliwości komentowania pola walki, które staje mu się coraz bardziej obce.
Armia ukraińska po 2014 roku i doświadczenia z misji
Prowadzący przypomniał wcześniejszą wypowiedź gościa, że najpewniej czułby się u boku żołnierzy fińskich, a także francuskich, brytyjskich i przede wszystkim amerykańskich. Zapytał, gdzie w tym zestawieniu umieściłby Ukraińców, dziś zapewne najbardziej doświadczonych. Lewandowski wyjaśnił, że pracował z ukraińskimi żołnierzami w 2002 i 2006 roku. Była to jednak armia, która w 2014 roku nie potrafiła obronić Krymu, więc jego wspomnienia nie przystają do obecnej rzeczywistości. Na uwagę, że może to bardziej świadczy o politykach, którzy wpuścili tam Rosjan, odparł, że nie należy się oszukiwać. Wielu oficerów przeszło wtedy na rosyjską stronę, czasem z całymi pododdziałami, i trzeba o tym mówić szczerze. Dopiero po wybuchu wojny nastąpiła naturalna selekcja i przebudzenie, a ukraińska armia jako narodowa siła zbrojna zaczęła w praktyce powstawać po 2014 roku. Zaznaczył, że wcześniej współpracował z bardzo dobrymi ukraińskimi oficerami, ale kontyngenty jako całość pamięta inaczej i cieszy się, że armia jest dziś zupełnie inna. Ukraińców nie wymienił, bo z nową armią nie działał w warunkach bojowych, a wskazywał żołnierzy, których znał z Iraku i Afganistanu, oraz wyłącznie armie natowskie. Spoza NATO wspomniał świetną współpracę z Mongołami: po Iraku przez kilka miesięcy podlegała mu kompania mongolska, której żołnierzy nazwał rewelacyjnymi. Z Izraelczykami nie służył, ale uczestniczył w prowadzonym przez nich kursie, jednym z najbardziej profesjonalnych w jego karierze. Jako oficer łącznikowy w Libanie zdarzały mu się z izraelskimi żołnierzami scysje, które obie strony traktowały jednak profesjonalnie, jako element służbowych obowiązków.
Model 44: mniej czołgów, więcej dronów
Odpowiadając na pytanie widza o proponowany model batalionu oznaczony liczbą 44, pułkownik wyjaśnił, że zakłada on mniejszą liczbę czołgów i kompanię bezzałogowców w miejsce części z nich. Jego zdaniem to jedyna droga do przywrócenia manewru. Same czołgi muszą jednak zostać doposażone, a według jego wiedzy planowany jest prawdopodobnie izraelski system ochrony przed dronami. Wskazał, że drony zapewniają przejrzystość pola walki. Czołgi sprawnie współdziałające z operatorami dronów będą widzieć nie na 2 tysiące metrów, lecz na 20 kilometrów, co jest kluczowe dla planowania manewru. Wpięte w system drony zapewnią też czołgom wsparcie lotnicze i artyleryjskie. Analityk przywołał siłę armii niemieckiej z lat 1939–1941, która w innych warunkach polegała na współdziałaniu rodzajów wojsk: pancernych, piechoty i artylerii. Połączenie dronów, dających obserwację pola walki w czasie rzeczywistym, identyfikację celów oraz uderzenia średniego i krótkiego zasięgu, z czołgiem o zwiększonej odporności pozwoliłoby nie powielać obecnej rzezi piechoty na ukraińskim froncie. Umożliwiłoby powrót sztuki operacyjnej: manewru, koncentracji sił i połączenia ognia z manewrem pod parasolem radioelektronicznym i dronowym. Zauważył, że także Rosjanie dążą do przywrócenia manewru zamiast wielomiesięcznego tkwienia naprzeciw siebie. W wojnie na wyniszczenie rozstrzyga zdolność do uzupełniania strat i logistyki, a front przesuwa się rzadko, chyba że tak jak w przypadku III Korpusu pole walki zostanie stopniowo przygotowane, między innymi dronami. Nadal jednak dominuje walka drona z piechurem, który wykryty na otwartym polu jest najczęściej całkowicie bezbronny. Koncepcja zwiększonych batalionów czołgów bardzo mu się podoba, choć merytorycznie nie potrafi jej jeszcze ocenić, bo rozwiązanie jest testowane. Kierunek uznał za słuszny. Drony powinny docelowo trafić w wojskach pancernych do szczebla kompanii, nawet mniejszych, ale każdej wyposażonej w bezzałogowce. W piechocie powinny dotrzeć aż do drużyny, czyli najniższego szczebla dowodzenia, bo przejmują część zadań żołnierza, takich jak rozpoznanie, i pozwalają razić cele na dystansie, na którym piechota musiałaby wzywać artylerię.
Apache i liczba czołgów
Pułkownik ocenił, że użycie śmigłowców Apache w sytuacji, gdy przeciwnik dysponuje przenośnymi zestawami przeciwlotniczymi, nie jest dobrym pomysłem. Śmigłowce sprawdzą się przy zestrzeliwaniu dronów, choć użycie do tego niezwykle drogiej w zakupie i eksploatacji maszyny, przeznaczonej do zwalczania czołgów, nie jest optymalne. Wyposażone w przeciwpancerne pociski dalekiego zasięgu mogą skutecznie działać jako latająca artyleria, ale roli sprzed dekady jego zdaniem już nie odzyskają. Zaznaczył, że jest zwolennikiem Apache w konfliktach asymetrycznych, w których te maszyny faktycznie „robiły robotę”. Ma jednak poważne wątpliwości, czy ich zakup był najbardziej priorytetowy, choć zastrzegł, że nie zna pełnej koncepcji rozwoju sił zbrojnych. Zapytany o czołgi, ocenił na podstawie obserwacji ukraińskiego frontu, że rozsądną liczbą byłoby około 800 maszyn w pierwszej linii i co najmniej 400–600 w rezerwie jako uzupełnienie. Część uzbrojenia proponuje przechowywać w magazynach długoterminowych, niekoniecznie w Polsce, ale w miejscach trudnych do zniszczenia. Nie widzi potrzeby utrzymywania na przykład 1500 czołgów w bieżącej eksploatacji. Zwrócił też uwagę na kwestię, której bez dostępu do niejawnych danych nie potrafi ocenić: czy znajdą się chętni do obsadzenia takiej liczby czołgów. Obrazy z wojny w Ukrainie działają na wyobraźnię, a praca czołgisty na polu walki jest wyjątkowo niewdzięczna.
Kreml nie myśli o zamrożeniu wojny
Prowadzący przypomniał, że Wołodymyr Zełenski rozmawiał w Stanach Zjednoczonych, przy okazji posiedzenia ONZ, z Donaldem Trumpem, który wcześniej wysyłał swoich wysłanników do Moskwy i Kijowa. Zapytał, czy Putin ma dziś powody, by myśleć o zamrożeniu konfliktu. Lewandowski odpowiedział, że powody zapewne istnieją, ale Kreml je ignoruje i obecnie nie jest gotowy na żadne postępy pokojowe. W Moskwie wciąż panuje przekonanie, że drogą militarną uda się osiągnąć przynajmniej znaczną część wyznaczonych celów. Swoją ocenę opiera na obserwacji frontu i rosyjskiej przestrzeni wojskowej. Przyznał, że Ukraińcy boleśnie uderzają w rosyjskie zdolności przerobu paliw i w magazyny. Rosyjska odpowiedź była jednak miażdżąca: mówi się, że Ukraina straciła obecnie 90 procent swoich magazynów wielkopowierzchniowych. Pokazuje to, że Rosja na każdy cios odpowiada jeszcze silniejszym. Ponieważ Ukraina praktycznie całe paliwo importuje, Rosjanie nie mogą uderzyć w ukraińskie rafinerie, więc niszczą stacje benzynowe. Robią to dość skutecznie dronami różnego typu, a na bliższe cele wystarczają nawet stosunkowo tanie Mołnie. Celem kolejno stawały się stacje w Charkowie, Połtawie, a teraz w Kijowie. Pułkownik podkreślił, że to uderzenie w cywilów, bo armii stacje benzynowe nie są potrzebne. Skoro Rosjanie muszą stać w kolejkach po paliwo, odpowiedź Moskwy brzmi: Ukraińcy nie będą mieli stacji wcale. Świadczy to jego zdaniem o konsekwentnym dążeniu Rosji do militarnego pokonania Ukrainy.
Rosja planuje kolejne ruchy wobec NATO
Prowadzący zauważył, że Rosja ponosi ogromne koszty i ma zaangażowaną gigantyczną część armii. Zapytał, czy oznacza to, że dopóki trwa wojna, nie dojdzie do poważniejszego ataku na państwa bałtyckie i region, mimo ciągłych sygnałów o zagrożeniu i ataków niekinetycznych. Lewandowski zaczął od pytania, co uznać za poważny atak. Wtargnięcie do Polski około 20 dronów-wabików było z jego perspektywy bardzo poważne, choć Rosjanie nie powtórzyli tego w takiej skali. Ocenił, że był to test, którego celem była zapewne nie tyle reakcja Polski, ile reakcja NATO. Zgodził się z przywołaną przez prowadzącego opinią jednego z ekspertów, że obecnie trwa „faza zero”, w której Rosja sprawdza reakcje państw i przygotowuje się do kolejnych kroków. Podkreślił, że Rosja nie prowadzi piąty rok wojny po to, by zdobyć Donbas, lecz po to, by przebudować porządek światowy, zaczynając od europejskiego. Nie po to straciła ponad milion ludzi: przy około 250 tysiącach potwierdzonych poległych łączne straty, wliczając ciężko rannych, z pewnością przekroczyły milion. Podejrzewa, że po stronie ukraińskiej nie jest ich dużo mniej. Nie po to też Rosja przestawiła przemysł na tryb wojenny i godzi się z najniższym od dwóch dekad wolumenem przerobu, by zająć Donbas. Na uwagę, że Donbasu nie potrafi zdobyć, odparł, że w końcu go zdobędzie, prawdopodobnie do końca roku albo wiosną następnego. Słowiańsk i Kramatorsk nie są jednak celem operacji angażującej półmilionową armię.
Celem jest rozbicie Sojuszu
Prowadzący przypomniał, że na razie Rosja doprowadziła do wstąpienia do NATO Finlandii i Szwecji. Pułkownik przyznał, że efekty są odwrotne do zamierzonych i Rosja dawno nie była w tak fatalnym położeniu geostrategicznym, dlatego nie może na tym poprzestać. Uznał, że spór o to, czy to faza zero, czy pierwsza, zależy od przyjętej metodologii. Pewne jest natomiast, że Rosja, prowadząc wojnę z Ukrainą, planuje kolejne ruchy. Nie potrafi określić, kiedy je wykona ani jakie będą. Mogą być kinetyczne, niekinetyczne, niekonwencjonalne czy hybrydowe, a spektrum jest ogromne. Jest jednak pewien, że do nich dojdzie, a ich głównym celem będzie rozbicie NATO. Może to być atak na Estonię, który ma pokazać nieskuteczność Sojuszu, albo wykorzystanie zmian sympatii politycznych na Zachodzie i sponsorowanie określonych ruchów, czym skutecznie posługiwał się już Związek Radziecki. Rzeczywistość bezpieczeństwa zmieniła się nieodwracalnie, a czasy, gdy Europa Zachodnia traktowała kontynent jak piaskownicę do zabawy, nie wrócą, dopóki Rosja nie osiągnie swoich celów. Moskwa nie zaakceptuje bowiem wrogiej Ukrainy i półokrążenia przez NATO.
Wyposażenie rosyjskiego żołnierza
Zapytany o zmiany w wyposażeniu rosyjskiej armii od początku wojny, Lewandowski ocenił je jako drastyczne. Podstawowe wyposażenie nie jest najnowsze ani z najwyższej półki, ale nie odbiega od podstawowego standardu NATO. Czasy prowizorycznego oporządzenia minęły. Rosyjska zbrojeniówka zatrudnia 3,5 miliona ludzi i stać ją na masową produkcję dobrego jakościowo sprzętu. Zauważalnie słabiej wygląda nasycenie systemami optoelektronicznymi, choć i w Polsce sytuacja nie jest jeszcze dobra. Poziom ten odbiega od standardu, do którego dąży Polska i który ma wiele armii NATO. Pułkownik tłumaczył to częściowo tym, że takie wyposażenie wymaga kultury technicznej. Z przekąsem dodał, że Rosjanie zapewne świadomie uznają, iż spośród dwóch żołnierzy jeden sprzęt zepsuje, a drugi go zgubi. Rosyjskie siły specjalne i wyselekcjonowane oddziały szturmowe dysponują jednak optoelektroniką i naprawdę nowoczesnym oporządzeniem, bo przemysł się przestawił, a nie jest to technologia z kosmosu. Rosyjski żołnierz jest więc dziś znacznie lepiej wyposażony niż na początku wojny, choć nadal ma fatalne buty. Z rosyjskich forów wynika, że żołnierze masowo zamieniają służbowe obuwie na prywatne.
Korupcja i fala w armii rosyjskiej
Prowadzący zapytał, czy w rosyjskiej armii zmieniła się kultura korupcji i okłamywania przełożonych, która przyczyniła się do klęsk z początku wojny. Gość odpowiedział, że nie, bo to potężne źródło dochodu. Żołnierze jednostek szturmowych po obu stronach zarabiają duże pieniądze w porównaniu ze średnią krajową. Po rosyjskiej stronie od początku działa proceder fałszowania raportów, by wypłacać stawki jak dla oddziałów szturmowych. Zyskiem dzielą się żołnierz, który otrzymuje pieniądze, osoba fałszująca raport i ta, która go zatwierdza, i mechanizm ten nadal funkcjonuje. Po stronie ukraińskiej zjawisko jest mniejsze, bo prasa jest znacznie bardziej wolna i takie przypadki szybko wychodzą na jaw. Przykładem są pułki szturmowe, gdzie znęcanie się nad żołnierzami zakończyło się listą zarzutów, a gen. Mychajło Drapatyj wstrzymał w ogóle nabór do tych pułków. W armii rosyjskiej takie traktowanie żołnierzy jest natomiast instytucją wręcz uzasadnianą tradycją, bo nigdy nie pozbyto się fali. Zanikła ona jedynie w jednostkach kontraktowych, takich jak wojska powietrznodesantowe i kilka elitarnych brygad. Szeregowego żołnierza wciąż traktuje się dosłownie jak towar, który ma przynosić dochód.
Patologie po ukraińskiej stronie
Prowadzący przypomniał, że początkowo obraz Ukrainy i jej armii był mocno wyidealizowany, a najlepsi oficerowie szkoleni przez NATO ginęli. Zapytał, czy patologie, o których dużo się dziś słyszy, trawią też armię. Lewandowski odpowiedział, że Mychajło Fedorow walczył z nimi mocno i dość skutecznie, choć, jak dodał prowadzący, krótko. Skoro Fedorow stracił stanowisko, pułkownik zakłada, że lobby pilnujące zysków nadal działa, a wraz z nim korupcja. Przypomniał prowadzącemu jego wyjazdy z pomocą. Żołnierze prosili wówczas, by dowozić sprzęt bezpośrednio do batalionów, bo pozostawiony w sztabie brygady trafi do nich najwyżej w najgorszej części albo wcale. Prowadzący potwierdził tę zasadę. Opowiedział, że Mateusz Wodziński, wolontariusz znany jako „Exen”, z którym jeździł i który wciąż regularnie wozi pomoc, miał jedną żelazną regułę. Samochody zawsze trafiały do rąk tych, którzy mieli ich używać, a każde przekazanie było dokumentowane zdjęciami, podpisami i dokumentami jako dowód, że pojazdy posłużą na froncie. Pułkownik zwrócił też uwagę na pojawiające się w ukraińskiej narracji skargi, że niektóre brygady szybko otrzymywały dużo nowego sprzętu, a inne niemal nic. Zakłada, że to się nie zmieniło. Jedną z pierwszych osób, które gen. Drapatyj usunął ze stanowiska, był bowiem szef logistyki armii, odpowiedzialny za dystrybucję zaopatrzenia. Lewandowski uznał, że Drapatyj, który przez znaczną część służby nie był ulubieńcem logistyków i zapewne często nie dostawał sprzętu, w pierwszej kolejności zwolnił osobę za to odpowiedzialną, a odpowiedzi nasuwają się same.
Ukraina na garnuszku Zachodu
Pod koniec rozmowy prowadzący przytoczył komentarz widza z San Francisco. Przyzwyczailiśmy się do myśli, że Rosja nie podbije Ukrainy, ale co z tego, skoro Ukraina pozostaje zależna od Zachodu, a Rosję wciąż stać na podtrzymywanie i sianie chaosu. Pułkownik uznał tę uwagę za trafną. Ukraina jeszcze długo będzie na utrzymaniu głównie Unii Europejskiej. Wprawdzie walczy z korupcją, ale jej skala sięga prokuratora generalnego i jego zastępcy. NABU z tym walczy, jednak skoro Zełenski chciał ograniczyć samodzielność tego biura, to z perspektywy obecnych władz w Kijowie nie jest ono narzędziem pomagającym utrzymać władzę. Rozmówca zaznaczył, że ocenia po faktach: korupcja jest zwalczana, ale nadal ma się dobrze. Pomoc musi jednak płynąć, bo nawet jeśli część zostanie zdefraudowana, większość trafi do żołnierzy i potrzebujących. Ukraina nie jest więc w praktyce państwem niezależnym. Prowadzący przytoczył kolejny komentarz, że Europa jest coraz mniej chętna do finansowania wojny, podobnie jak Ameryka. Lewandowski ocenił, że chęć jest na razie wystarczająca, ale będzie maleć. Zniechęcenie Zachodu do pomocy finansowej jest dziś głównym obszarem działań Rosji. Budżet i armia Ukrainy opierają się na zachodnich dostawach, a ukraiński sposób prowadzenia wojny jest możliwy tylko dzięki czynnemu wsparciu militarnemu, technologicznemu i sprzętowemu około 30 państw i finansowemu łącznie około 50. Gdyby Ukraińcy musieli sfinansować miliony dronów z własnego budżetu, życzyłby im powodzenia.
Wojenne rozwiązania nie przetrwają pokoju
Gdy prowadzący zauważył, że Polska także wciąż wspiera Ukrainę, pułkownik zastrzegł, że nie krytykuje tego wsparcia. Chce jedynie uświadomić, że w Polsce rozpowszechnia się przekonanie, iż Ukraińcy pokazali, jak pokonać Rosjan, i wystarczy produkować miliony dronów. To rozwiązanie wojenne, wspierane przez kilkadziesiąt państw, które w czasie pokoju w dużej mierze okaże się niefunkcjonalne. Prowadzący wyraził nadzieję, że ten moment nastąpi w Ukrainie jak najszybciej, choć się na to nie zapowiada. Lewandowski zadał wówczas pytanie, czy zakończenie wojny leży obecnie w interesie europejskiej części NATO. Uznał je za temat na kolejną rozmowę, na co prowadzący przystał. Na zakończenie gospodarz przypomniał, że pytania płk. Lewandowskiemu można zadawać także w Szkole Przywództwa Instytutu Wolności, do której rekrutacja na najbliższą edycję trwała do końca tygodnia.
Materiał „Płk Piotr Lewandowski: Rosyjskie czołgi coraz bardziej odporne na ukraińskie drony? – fragment live” opublikowany na kanale Kanał Otwarty (225 tys. subskrybentów) na YouTube, 30 września 2026.










