Aldona Hartwińska, dziennikarka, reporterka i wolontariuszka, była gościem Polskiego Radia dla Zagranicy w programie „Temat Dnia”, w cyklu „Polska Pomaga”, gdzie opowiedziała o psychicznych i fizycznych kosztach regularnych wyjazdów na front, o zmaganiach z internetowym hejtem oraz o tym, dlaczego mimo zagrożenia od trzech lat nie opuściła ani jednego miesiąca bez wyjazdu na Ukrainę.
Podziękowania od Ukraińców i podział odpowiedzialności
Hartwińska przyznała, że ze strony Ukraińców spotyka się z bardzo dużym uznaniem — czasem, jak żartobliwie zauważyła, wręcz nadmiernym, wyrażanym poprzez dyplomy, odznaczenia i medale. Podkreśliła jednak, że wszystkie te podziękowania traktuje jako należne nie sobie, lecz setkom, a nawet tysiącom Polaków, którzy wspierają jej działalność finansowo i logistycznie — bez nich, jak zaznaczyła, nie byłaby w stanie robić tego, co robi. Określiła siebie jako reprezentantkę tej szerszej grupy ludzi dobrej woli.
Hejt, boty i mechanizm algorytmów Facebooka
Zapytana o reakcje polskiej strony internetu, Hartwińska rozróżniła komentarze prawdziwych ludzi od działań botów i trolli, zaznaczając, że stara się nie przejmować obelgami — w tym komentarzami odnoszącymi się do jej wyglądu, w tym do żydowskiego pochodzenia jej dziadka, urodzonego w rodzinie żydowskiej na terenie Ukrainy. Oceniła, że ataki tego typu wynikają z chęci uderzenia kobietę w najbardziej bolesny sposób — przez wygląd. Zaznaczyła, że jedyne, co rzeczywiście ją rusza, to hejt kierowany w stronę jej rodziny — dlatego celowo nie ujawnia szczegółów swojego życia prywatnego, w tym nazwisk rodziców czy informacji o rodzeństwie, częściowo z powodów bezpieczeństwa.
Przyznała, że w gronie osób mocno zaangażowanych w sprawę ukraińską rozważali nawet czasowe wycofanie się z publicznych wystąpień, jednak decyzja ta przetrwała zaledwie dwa dni — po tym czasie zorganizowali ruch „Dobry Sąsiad”, zainicjowany przez Dmitra Hałkę, Białorusina i uciekiniera politycznego z Białorusi, który stawia sobie za cel pogodzenie Polaków i Ukraińców. Hartwińska podsumowała to krótko: byli już z powrotem pod Kolumną Zygmunta, bo „inaczej się nie da”.
Hartwińska opisała mechanizm działania algorytmów Mety, o którym dowiedziała się podczas spotkania redakcyjnego poświęconego dezinformacji — platforma promuje posty wywołujące najwięcej reakcji, a obecnie są to głównie treści antyukraińskie. Podkreśliła, że nawet reagowanie na taki komentarz w obronie Ukrainy paradoksalnie podbija jego widoczność, ucząc algorytm, że dana treść jest „ciekawa”. Zaapelowała o świadome niekomentowanie i blokowanie takich wpisów, a zamiast tego pisanie codziennie czegoś pozytywnego — nawet drobnej obserwacji, jak uśmiech sprzedawczyni z Ukrainy w lokalnym sklepie — by zrównoważyć algorytmiczną promocję negatywnych treści.
Przyznała przy tym, że kiedyś sama analizowała profile hejterów bardziej dokładnie — wchodziła na ich konta i sprawdzała choćby zdjęcia z wnukami, zadając sobie w duchu pytanie, czy te wnuczki byłyby dumne z takiego dziadka. Dziś uznaje to za bezcelowe szarpanie sobie nerwów i po prostu blokuje takie konta bez wchodzenia w analizę czy dyskusję — zwłaszcza gdy komentarz zaczyna się od słów takich jak „UPA” czy „Bandera”, nawet nie czytając go do końca.
Życie „jedną nogą” na wojnie
Hartwińska podkreśliła, że mimo powrotów do Polski psychicznie wciąż funkcjonuje w trybie wojennym, będąc — jak to ujęła — „jedną nogą tam”. Przyznała, że korzysta z terapii psychologicznej, świadoma, że prawdziwe załamanie emocjonalne może przyjść dopiero po zakończeniu wojny, gdy zniknie stałe napięcie, w którym obecnie funkcjonuje. Zaznaczyła, że jej wyjazdy nie są anonimową misją humanitarną, lecz wizytami u konkretnych znajomych, poznanych jeszcze w okresie upadku Bachmutu — ludzi, których rodziny, dzieci i bliskich zna osobiście i o których codziennie się dopytuje.
Przyznała, że sama idea obrony Polski poprzez pomoc Ukrainie, obecna na początku wojny, z czasem przestała być dla niej głównym motywatorem — dziś ważniejsza jest osobista więź z konkretnymi ludźmi. Zaznaczyła też, że wielu wolontariuszy z czasem zrezygnowało z tej działalności, co określiła jako całkowicie normalne, niebędące oznaką słabości.
Nazwała swoją niesłabnącą potrzebę pomagania wprost „syndromem Samarytanina” — wewnętrznym przymusem niesienia pomocy słabszym, obecnym u niej od zawsze, czy to wobec zwierząt ze schronisk, czy starszych ludzi. Zażartowała przy tym, że jako najmłodsza z trójki rodzeństwa zawsze musiała walczyć o swoje, bo „chleb ma dwie piętki, a było nas troje” — i uznała, że to psychologiczne ukształtowanie sprawia, że trudniej ją dziś złamać, także wobec fali hejtu.
Problemy logistyczne ukraińskiej armii
Hartwińska zwróciła uwagę na skalę problemów logistycznych ukraińskiej armii, liczącej dziś ponad milion żołnierzy — nawet elitarne brygady miewają przerwy w dostawach jedzenia, a standardem bywa wydawanie żołnierzom mundurów w niewłaściwych rozmiarach. Wyjaśniła, że dlatego jej organizacja regularnie przygotowuje się z wyprzedzeniem do kolejnych sezonów — już w sierpniu, mimo panujących upałów, kompletuje zimowe kurtki i buty na nadchodzącą zimę, o której krążą sprzeczne prognozy co do jej surowości.
Zapachy, dźwięki i mozaika wspomnień z frontu
Zapytana, co najbardziej utkwiło jej w pamięci, Hartwińska opisała wizytę w Iziumie, trzy miesiące po wyzwoleniu miasta spod rosyjskiej okupacji — leżące w śniegu, splamione krwią rosyjskie mundury, spalone czołgi i wyczuwalny, choć racjonalnie niemożliwy w tych warunkach, zapach krwi. Podkreśliła, że pamięć zapachów stała się elementem jej warsztatu dziennikarskiego — przy pisaniu książki, której główną postacią uczyniła Damiana Dudę z Fundacji W Międzyczasie, świadomie towarzyszyła mu w terenie, by móc opisać wojnę zmysłowo, nie tylko faktograficznie. Wspomniała też zapach sosen zmieszany ze spalenizną podczas szybkiego przemieszczania się do bunkra w Lesie Serebriańskim.
Zaznaczyła, że po latach doświadczenie na froncie stało się dla niej w dużej mierze zautomatyzowane — wie, na co zwracać uwagę, gdzie nie jechać, czego unikać — ale ostrzegła, że ta rutyna bywa niebezpieczna, ponieważ wojna zmienia się błyskawicznie: sprzęt uznawany za nowoczesny pół roku wcześniej bywa już całkowicie przestarzały. Podsumowała krótko, że przekroczenie granicy ukraińskiej, nawet we Lwowie, oznacza już znalezienie się w realnym śmiertelnym zagrożeniu.
Trzy lata bez przerwy: geneza zaangażowania
Hartwińska po raz pierwszy pojechała na Ukrainę w grudniu 2022 roku, na festiwal filmowy Molodist w Kijowie — mieście wówczas pozbawionym prądu, funkcjonującym na generatorach. Miesiąc później odwiedziła już Konstantynówkę, a od 2023 roku nie było miesiąca bez wyjazdu. Oceniła, że to świadectwo tego, że wielu Polaków wciąż traktuje tę wojnę jako w pewnym sensie „swoją”. Wyjaśniła, że możliwość wykonywania tej pracy na pełen etat zapewnia jej łączenie współpracy z Sestrami UA oraz wsparcie czytelników za pośrednictwem serwisu Patronite. Podkreśliła to bez ogródek: życie kosztuje, trzeba coś jeść, a „misją się nie najem” — samo poświęcenie i dobra wola nie opłacają rachunków, a finansowe wsparcie czytelników jest niezbędnym uzupełnieniem, dzięki któremu może organizować wyjazdy, zbiórki, sesje zdjęciowe i produkcję naszywek bez konieczności utrzymywania się z innego źródła dochodu.
Zranienie i adrenalina jako mechanizm przetrwania
Prowadzący nawiązał do wcześniejszej przerwy w kontakcie, spowodowanej zranieniem Hartwińskiej, którą starała się ukryć makijażem. Zapytana, czy obawia się pogorszenia sytuacji, przyznała, że tylko głupiec się nie boi, ale opisała mechanizm, który — jej zdaniem — pozwala jej kontynuować tę pracę: wysoki poziom adrenaliny i kortyzolu, działający niemal jak uzależnienie. Powtórzyła swoje przekonanie, że „kto raz zobaczył wojnę, nigdy z niej nie wraca”, wymieniając grono osób o podobnym doświadczeniu — Olgę Solarz mieszkającą stale w przyfrontowym Zaporożu, Karolinę Kuzemę, Michała Przydackiego oraz Marcina Strzyżewskiego — łącząc ich wspólnym mianownikiem wysokiej tolerancji na poziom adrenaliny.
Historia z Andrijem: kilka minut od tragedii
Hartwińska opisała szczególnie bliskie starcie ze śmiercią sprzed roku, podczas przejazdu z Charkowa do Kramatorska. Na punkcie kontrolnym jej ekipa zabrała autostopem żołnierza o imieniu Andrij, spóźnionego na ostatnią marszrutkę do Iziumu — weterana obrony Mariupola, uratowanego niegdyś przez polskich ratowników medycznych. W trakcie półtoragodzinnej wspólnej podróży zdążyli się zaprzyjaźnić na tyle, że zatrzymali się, by poznać jego żonę na przystanku. Kilkanaście minut po pożegnaniu, tuż przed wjazdem do Kramatorska, usłyszeli nadlatujący samolot i zobaczyli czerwoną łunę uderzenia dokładnie w miejscu, którym mieliby jechać, gdyby nie ten nieplanowany postój. Hartwińska podkreśliła, że gdyby nie przypadkowe spotkanie z Andrijem, z całą pewnością sama znalazłaby się w tym miejscu w chwili uderzenia. Wspomniała też o podobnym, równie bliskim zdarzeniu w Kurachowem (obecnie pod okupacją rosyjską), gdzie tuż po pożegnaniu z żołnierzami zobaczyła w lusterku wybuch rakiety w miejscu, które przed chwilą opuściła.
Co wojna odebrała bezpowrotnie
Na pytanie, czego wojna pozbawiła ją bezpowrotnie, Hartwińska odpowiedziała bez wahania: ludzi. Wskazała, że najboleśniejsze jest nie tylko to, że wojna zabrała niektórych z jej otoczenia fizycznie, ale że innych pozostawiła przy życiu, jednocześnie odbierając im dawną tożsamość — opisała to jako spotkania z ludźmi, niegdyś pełnymi życia (wspomniała muzyków), u których dziś widać jedynie pustkę w oczach. Określiła to zjawisko jako swoisty rodzaj „śmierci w żywym człowieku” — najstraszniejszy, jej zdaniem, skutek wojny.
Rozmowę przeprowadziło Polskie Radio dla Zagranicy w ramach cyklu „Polska Pomaga”, programu „Temat Dnia”. Materiał opublikowany na kanale Polskie Radio dla Zagranicy – Redakcja Polska (8,23 tys. subskrybentów) na YouTube, 26 sierpnia 2026 roku.