Kilkaset kilometrów od Polski wciąż toczy się regularna wojna, a ranni na ukraińskim froncie wymagają pomocy, którą coraz częściej niosą również polscy wolontariusze. Damian Duda, ratownik pola walki z Fundacji W Międzyczasie, opowiedział Arlecie Bojke o tym, jak zmieniła się natura wojny na Ukrainie, dlaczego ewakuacja rannego może dziś trwać nawet trzy miesiące, czym są tzw. kręgi piekła oraz dlaczego zaangażowanie Polaków w pomoc Ukrainie systematycznie maleje.
Spadające zaangażowanie i rosnąca wrogość
Duda ocenił, że pomoc Ukrainie ze strony osób zaangażowanych od lat systematycznie się kurczy, choć sama wojna z każdym miesiącem się nasila i coraz brutalniej dotyka Ukraińców w głębi kraju. Zaznaczył, że liczba liderów organizacji pomocowych, którzy nieprzerwanie i regularnie angażują się we wsparcie Ukrainy, zmieściłaby się dziś w jednym pomieszczeniu, podczas gdy dwa czy trzy lata temu potrzebna byłaby na to duża hala dworcowa. Wynika to, jego zdaniem, zarówno z wyczerpania możliwości finansowych i osobistych wolontariuszy, jak i z rosnącej polaryzacji społecznej w Polsce oraz narastających nastrojów antyukraińskich.
Jako przykład tej zmiany przywołał sytuację z 1 sierpnia, gdy podczas obchodów rocznicy wybuchu powstania warszawskiego, w których uczestniczyli również ukraińscy weterani niosący ukraińską flagę, po raz pierwszy odczuwał realną obawę przed agresją ze strony przechodniów — w przeciwieństwie do sytuacji sprzed kilku lat, gdy takie gesty budziły raczej sympatię. Zaznaczył, że doszło wówczas do jednego incydentu, szybko jednak zażegnanego przez obecnych na miejscu polskich weteranów i mieszkańców. Podkreślił, że on i jego współpracownicy bywają wprost nazywani zdrajcami i „banderolubami”, mimo że doświadczenie zdobyte na froncie starają się przekazywać polskim służbom mundurowym. Wspomniał też o groźbach kierowanych do wolontariuszy — na razie głównie anonimowych, sugerujących konsekwencje „po wyborach” — a także o kandydatach politycznych, którzy otwarcie deklarują, że po wejściu do Sejmu zajmą się takimi osobami jak on.
Odnosząc się do pomocy międzynarodowej, Duda zaznaczył, że organizacje zagraniczne — głównie skandynawskie, francuskie, niemieckie i amerykańskie — nadal funkcjonują w miarę stabilnie, choć również w mniejszej skali niż na początku wojny, jednak to właśnie w Polsce spadek zaangażowania i wsparcia jest szczególnie widoczny i wyraźnie powiązany z narastającymi nastrojami antyukraińskimi.
Jak zmieniła się wojna — od pola walki do strefy śmierci
Duda podkreślił, że nikt z żołnierzy ani wolontariuszy nie wierzy dziś w trwały pokój — nawet w przypadku ogłoszenia zawieszenia broni, spodziewane jest ono jedynie jako czas na odbudowę sił przed kolejną falą walk. Opisał, jak diametralnie zmienił się charakter działań na przestrzeni ostatnich lat — jeszcze niedawno medycy podchodzili bezpośrednio pod ogień artyleryjski, wynosząc rannych na własnych rękach, dziś jest to praktycznie niemożliwe. Porównał swój pobyt na froncie w Boże Narodzenie i powrót w czerwcu do udziału w dwóch zupełnie różnych wojnach — tempo zmian technologicznych i taktycznych jest, jego zdaniem, bardzo szybkie.
Zaznaczył, że od 2014 roku niezmiennie nie działa międzynarodowe prawo humanitarne konfliktów zbrojnych — oznaczenie medyczne nie chroni, a wręcz przyciąga ataki, ponieważ eliminacja medyka obniża morale całego oddziału. Wyjaśnił, że klasyczna linia frontu przestała istnieć, zastąpiona przez tzw. strefę śmierci — pas o szerokości około 30 kilometrów po obu stronach, w którym wszystko, co znajduje się na powierzchni, jest zagrożone atakiem dronów i artylerii, niezależnie od dokładnej odległości od przeciwnika. Podzielił tę strefę na pięć stref, które sam nazywa „kręgami piekła” — od pierwszego kręgu, obejmującego do dwóch kilometrów od linii styczności, gdzie drony FPV docierają w kilka sekund, po kolejne kręgi na większych dystansach, gdzie ataki następują z opóźnieniem liczonym w minutach. Opisał przypadek, którego był świadkiem, gdy dwóch rosyjskich żołnierzy zostało wykrytych, zidentyfikowanych i zlikwidowanych przez stronę ukraińską w ciągu siedmiu minut przy użyciu dronów zrzucających ładunki oraz dronów FPV.
Wyjaśnił również mechanizm tzw. drona pułapki — urządzenia czekającego na minimalnej baterii, najczęściej sterowanego przez światłowód, gotowego zaatakować dowolny obiekt pojawiający się na drodze, obserwowanego przez operatorów zarówno ukraińskich, jak i rosyjskich, wspieranych dodatkowo przez szersze drony rozpoznawcze. Podkreślił, że rosyjskie podręczniki szkoleniowe dla operatorów dronów zawierają osobne rozdziały poświęcone niszczeniu ewakuacji medycznej, co dodatkowo wydłuża czas dotarcia pomocy do rannych.
Ewakuacja trwająca miesiącami
Duda opisał, jak drastycznie zmieniła się definicja tzw. złotej godziny — w Afganistanie czy Iraku oznaczała ona czas dotarcia rannego żołnierza do szpitala polowego, dziś oznacza jedynie czas, w którym ranny musi sam sobie lub przy pomocy kolegi udzielić pierwszej pomocy, np. założyć opaskę uciskową. Najszybszy obecnie odnotowywany czas dotarcia rannego do punktu stabilizacyjnego wynosi trzy doby, choć nierzadko trwa to trzy tygodnie, a nawet dwa czy trzy miesiące. Wyjaśnił, że przeżywalność najciężej rannych pacjentów w takich warunkach wynosi obecnie zaledwie 10 procent.
Podkreślił, że ranny w skrajnych przypadkach czeka w miejscu urazu przez kilka miesięcy, ponieważ jedynym sposobem na jego wywiezienie pozostają naziemne drony transportowe, które same padają ofiarą ataków przeciwnika — czasem dopiero szósta lub siódma próba dojazdu takiego drona kończy się sukcesem. Wyjaśnił, że przeciwnik celowo niszczy te pojazdy, ponieważ przewożą one nie tylko rannych, ale i kluczową logistykę — paliwo, baterie, środki łączności — od której zależy utrzymanie danego odcinka obrony. Jako przykład podał sytuację swojego medyka, rannego przez drona pułapkę, który mógł opuścić punkt stabilizacyjny dopiero po czterech dniach, ponieważ kolejne pojazdy opancerzone wysyłane po niego były niszczone przez drony FPV, zanim udało się go bezpiecznie odebrać.
Praca i życie w podziemnych ziemiankach
Duda opowiedział o warunkach pracy w trzecim kręgu piekła, gdzie spędził trzy tygodnie na siódmym kilometrze od przeciwnika, mieszkając i pracując pod ziemią. Wyjaśnił, że ziemianki chronią zespoły medyczne jedynie do momentu, aż zostaną zauważone przez wroga i uznane za priorytetowy cel — w przypadku ataku bombami lotniczymi taka ziemianka może stać się grobem. Opisał również istnienie rozbudowanych podziemnych szpitali, liczących nawet szesnaście i więcej pomieszczeń, z korytarzami umożliwiającymi przejazd noszy i łóżek, salami operacyjnymi, ambulatoryjnymi, umywalniami i prysznicami — personel pracujący w takich placówkach bywa odcięty od światła słonecznego przez okres od miesiąca do nawet trzech–czterech miesięcy, co stanowi ogromne obciążenie psychiczne.
Opisując zakres wykonywanych procedur medycznych, Duda zaznaczył, że jako ratownik pola walki nie jest chirurgiem, ale w sytuacjach krytycznych bywa zmuszony do wykonywania czynności wykraczających poza jego formalne kompetencje, ponieważ w danym momencie nie ma nikogo innego, kto mógłby udzielić pomocy. Na punktach stabilizacyjnych, gdzie dostępny jest już pełniejszy personel medyczny — chirurg, anestezjolog, pielęgniarka anestezjologiczna — dochodzi do amputacji, stabilizacji zmiażdżonych kończyn, drenażu klatki piersiowej, sedacji oraz prób reanimacji, choć ta ostatnia u pacjentów urazowych przynosi zwykle niewielki efekt. Podkreślił, że warunki pracy skrajnie odbiegają od standardów szpitalnych, a priorytetem jest skuteczność, nawet kosztem procedur uznawanych za standardowe w warunkach pokojowych.
Fundacja W Międzyczasie i ryzyko pracy wolontariuszy
Duda poinformował, że przez jego fundację przewinęło się dotąd około 50 medyków — od ratowników pola walki po lekarzy i chirurgów, w zależności od poziomu wiedzy medycznej i taktycznej. Zaznaczył, że oznaczenie Czerwonego Krzyża nie chroni wolontariuszy bardziej niż żołnierzy — pojazdy ewakuacyjne fundacji wielokrotnie były niszczone przez drony i artylerię, a choć dotąd nikt z polskiego zespołu nie zginął, są wśród nich ciężko ranni, wciąż walczący o sprawność kończyn. Wyjaśnił, że zespoły pracują zwykle w grupach dwu- do czteroosobowych, celowo rozproszonych w różnych miejscach, by w razie ataku ograniczyć ewentualne straty do jednej, a nie kilku osób jednocześnie.
Opisał fizyczne konsekwencje pracy w takich warunkach — sam podczas trzytygodniowego pobytu na pozycjach schudł około 8 kilogramów, a jeden z żołnierzy, z którym wychodził z okopów po trzech miesiącach, wymagał podłączenia elektrolitów i farmakoterapii, by w ogóle być w stanie samodzielnie się poruszać, mimo braku ran bojowych — wyłącznie na skutek wyczerpania organizmu.
Zapytany, w imię czego wolontariusze podejmują tak duże ryzyko, Duda podkreślił, że każdy ma własne motywacje — część kieruje się sprzeciwem wobec rosyjskiej okupacji, część chęcią zdobycia unikalnego doświadczenia medycznego, którego nie da się uzyskać nigdzie indziej, część potrzebą odnalezienia siebie lub odkupienia wcześniejszego stylu życia. Podkreślił, że jako lider fundacji stara się dbać, by żadna z tych motywacji nie stanowiła zagrożenia ani dla samego wolontariusza, ani dla jego kolegów.
Lekcje z kontrofensywy zaporoskiej
Duda wyjaśnił, że fundacja współpracuje wyłącznie z jednostkami ukraińskimi na zasadzie oficjalnych, jasno określonych warunków — w zamian za ryzykowanie życia na rzecz armii ukraińskiej wymaga traktowania jak partner, dostępu do bieżącej informacji oraz, przede wszystkim, mądrego dowodzenia, które szanuje wartość życia żołnierzy. Jako przykład tego, jak wygląda brak takiego dowodzenia, przywołał kontrofensywę zaporoską latem 2023 roku, w której fundacja brała bezpośredni udział, podjeżdżając pod ogniem przeciwnika po rannych i wyciągając ich za pomocą transporterów opancerzonych wprost z okopów.
Opisał mechanizm, przez który — jego zdaniem — zmarnowano wówczas potencjał świetnie wyposażonej, nowoczesnej armii. Mimo że Ukraina dysponowała już wtedy ogromną ilością sprzętu zachodniego i natowskiego, dowództwo wykorzystywało go w sposób „po sowiecku” — rzucając go do przodu bez rozpoznania i bez oszczędzania. W pierwszym szturmie żołnierze jechali ciężkim sprzętem, który został stracony niemal w całości. Do drugiego szturmu użyto już lżejszego sprzętu — również utraconego. Przy trzecim szturmie nie było już nawet trałów przeciwminowych, bo te zostały zniszczone bez wcześniejszego rozpoznania terenu, więc saperzy rozminowywali pole parami, ręcznie, a żołnierze ostatecznie ruszyli piechotą, bo cały sprzęt już wcześniej stracono.
Kulminacyjnym momentem tej historii był opisany przez Dudę epizod, gdy jeden z dowódców batalionu, z którym współpracowała jego fundacja, postawił się przełożonym i odmówił wysłania swoich ludzi na kolejny szturm, uznając go za czyste samobójstwo. W odpowiedzi na tę odmowę generał Wałerij Załużny, wówczas naczelny dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy, w ciągu jednej godziny osobiście wymienił tego dowódcę na nowego, który — jak podkreślił Duda — nie miał żadnych oporów przed wysyłaniem ludzi na śmierć. Duda wyjaśnił, że celem tamtej ofensywy było wówczas przede wszystkim pokazanie Zachodowi, że przekazany sprzęt „działa” i przynosi sukcesy militarne — tymczasem, jak podsumował, „nie było sukcesów na Zaporożu, była tylko śmierć”, podobnie jak w wielu innych symbolicznych miejscach, w których pracował.
Właśnie to doświadczenie — obserwacja, jak reaguje dowództwo na odmowę wysyłania ludzi na pewną śmierć — było dla zespołu Dudy momentem przełomowym: postanowili wtedy przerwać współpracę z tą jednostką, mówiąc wprost dowódcy, że wolą pracować w szturmach pieszo, bez pancerza, kilka metrów od pozycji rosyjskich, ale pod dowództwem kogoś, kto szanuje ludzkie życie, niż jechać opancerzonym sprzętem pod komendą kogoś, kogo to nie obchodzi.„Nie było sukcesów na Zaporożu, była tylko śmierć” — Damian Duda o zmarnowanej kontrofensywie
Rutyna pracy i rola wolontariuszy jako „układu immunologicznego” oddziału
Duda opisał, że nie istnieje standardowy dzień pracy w strefie śmierci — zespół bywa kierowany do głębszych lub płytszych kręgów piekła w zależności od bieżącej sytuacji: odbierania jeńców, docierania do rannych niemogących samodzielnie wyjechać, poszukiwania nowej ziemianki na punkt stabilizacyjny po wykryciu poprzedniej przez przeciwnika, a nawet do osłaniania dronów naziemnych przed atakami z powietrza przy użyciu broni palnej, mimo że fundacja formalnie nie prowadzi działań stricte bojowych.
Ciężar psychiczny pracy z umierającymi
Zapytany, czy liczy osoby, które zmarły podczas jego pracy, Duda odpowiedział, że nie prowadzi takiej rachuby, ale pamięta większość okoliczności ich śmierci — silne emocje głęboko wrywają się w psychikę. Zaznaczył, że mimo pozornego przyzwyczajenia, nie wyklucza, że traumy te mogą w przyszłości powrócić z dużą siłą. Podkreślił, że w jego fundacji część wolontariuszy sama decyduje o zakończeniu pracy w strefie walk, część zostaje wycofana decyzją psychologów fundacji, po czym część wraca do wsparcia na miejscu w Polsce, np. w szkoleniach. Zaznaczył, że fundacja prowadzi obowiązkowy proces monitorowania stanu psychicznego wolontariuszy przed, w trakcie i po wyjeździe, w tym superwizje po powrocie.
Odnosząc się do pytania, co jest trudniejsze — strach o własne życie czy patrzenie na śmierć innych — Duda przyznał, że osobiście przestał obawiać się własnej śmierci, wypracowując tzw. myślenie tunelowe skoncentrowane na wyjściu z sytuacji cało, natomiast większy niepokój budzi w nim troska o podległych mu ludzi. Przywołał historię kolegi, który mimo poważnego urazu nogi, po dwóch latach leczenia zdecydował się wrócić do strefy śmierci jako kierowca na punkcie stabilizacyjnym, by zmierzyć się z traumą psychiczną, którą uznał za trudniejszą do zniesienia niż fizyczne obrażenia.
Duda podkreślił, że strach uważa za zdrowy mechanizm ochronny — problemem staje się dopiero jego brak lub, przeciwnie, paraliżujący lęk. Opisał wstrząsające doświadczenie z Bachmutu, gdzie osobiście ściągał ciała poległych z ulic, by zapobiec ich rozkładowi i pożeraniu przez zdziczałe zwierzęta, chowając je prowizorycznie w okopach, dokumentując zdjęciami i dokumentami, by po wojnie umożliwić ekshumację i identyfikację. Ocenił, że doświadczenie Bachmutu fundamentalnie zmieniło jego podejście do wojny i motywację — wcześniej napędzały go silne emocje i adrenalina, po Bachmucie zaczął patrzeć na konflikt zupełnie inaczej.
Zapytany, czy ma jakąś formułę wypowiadaną umierającym żołnierzom, Duda przyznał, że mimo iż może to zostać ocenione jako mało profesjonalne, stara się mówić rannym, że będzie dobrze i że zobaczą swoich bliskich, niezależnie od realnego rokowania — w przekonaniu, że jego głos może być ostatnim, jaki taka osoba usłyszy, i chciałby, by był to głos przyjaciela, a nie chłodno relacjonującego fakty medyka.
Polska armia nieprzygotowana na współczesny konflikt
Duda ocenił, że polska armia wciąż mentalnie funkcjonuje w realiach konfliktów typu Afganistan czy Irak, nie rozumiejąc w pełni charakteru współczesnej wojny dronowej — pogląd ten, jak zaznaczył, podzielają również Ukraińcy uczestniczący w szkoleniach i manewrach NATO. Jako przykład podał, że w polskiej doktrynie zabezpieczenia medycznego nie istnieją punkty stabilizacyjne, a jedynie punkty opatrunkowe rozkładane w namiotach zaledwie 4 kilometry od przeciwnika — odległości, na której współczesne drony reagują w ciągu kilku sekund. Zaznaczył, że nie postuluje bezkrytycznego kopiowania rozwiązań ukraińskich, lecz rzetelną analizę tych doświadczeń i wypracowanie lepszych rozwiązań zamiast ignorowania problemu.
Opisał również strukturę obrażeń na współczesnym polu walki — dominują rany odłamkowe kończyn i głowy, podczas gdy rany postrzałowe stanowią margines, ponieważ tors chroniony jest przez kamizelki balistyczne. Zaznaczył, że ukraińscy żołnierze noszą przy sobie od czterech do nawet dwunastu opasek uciskowych, podczas gdy polski Sztab Generalny w ramach programu modernizacyjnego blokuje obecnie zakup więcej niż jednej opaski na żołnierza, argumentując to trwającym okresem pokoju. Podkreślił absurd tej sytuacji, porównując koszt wyposażenia całej armii w odpowiednią liczbę opasek do kosztu jednego czołgu Abrams lub dwóch samolotów, a także wskazał, że Ukraina od 2014 roku produkuje własne, tańsze opaski uciskowe (Siege), mimo braku oficjalnej rekomendacji amerykańskiego komitetu TCCC, podczas gdy Polska nawet nie podjęła próby uruchomienia własnej produkcji tego typu sprzętu.
Ewakuacja poległych i status zaginionych bez wieści
Duda opisał skomplikowany proces ewakuacji ciał poległych żołnierzy — brak możliwości odzyskania ciała skutkuje formalnym statusem osoby zaginionej bez wieści, co pozbawia rodziny dostępu do odszkodowań i świadczeń do czasu odzyskania szczątków, np. w ramach wymiany ciał między Ukrainą a Rosją. Zaznaczył, że w skrajnych sytuacjach żołnierze wycofujący się z pozycji starają się zabrać choćby fragment ciała poległego kolegi, by umożliwić identyfikację genetyczną i potwierdzenie zgonu dla rodziny. Poinformował o niedawnej śmierci lidera organizacji Płac Dąb (dawniej Czarny Tulipan), zajmującej się od 2014 roku ewakuacją zwłok żołnierzy obu stron konfliktu, a wcześniej także ekshumacjami z czasów II wojny światowej — zginął on tydzień wcześniej, najeżdżając na minę podczas ewakuacji zwłok innego żołnierza.
Przeszkody w przekazywaniu doświadczeń polskiej armii
Duda opisał trudności w przekazywaniu zdobytego na froncie doświadczenia polskim strukturom wojskowym — mimo deklarowanej woli współpracy ze strony kierownictwa Ministerstwa Obrony Narodowej oraz licznych zaproszeń ze strony dowódców pojedynczych jednostek, na średnim szczeblu — sztabu generalnego, służb oraz przemysłu zbrojeniowego — napotyka systemowe blokady. Ocenił to jako efekt zarówno oporu wobec kwestionowania przestarzałych doktryn przez osoby, które je stworzyły, jak i działań kontrwywiadowczych — mimo zaproszeń ze strony jednostek, ostateczna zgoda służb na współpracę bywa wstrzymywana bez formalnego zakazu, poprzez brak rekomendacji. Poinformował, że fundacja jest obecnie w trakcie finalizowania porozumienia o współpracy z Ministerstwem Obrony Narodowej, przy wsparciu m.in. wiceministra Cezarego Tomczyka oraz zapowiedziach ze strony premiera i ministra Władysława Kosiniaka-Kamysza. Podkreślił, że dotychczasowe szkolenia polskich żołnierzy i funkcjonariuszy — których liczba sięga już tysięcy — prowadzone były przez fundację całkowicie nieodpłatnie.
Zasady działania fundacji i rekrutacja
Duda wyjaśnił, że praca w Ukrainie ma charakter w pełni wolontarystyczny — nikt nie otrzymuje wynagrodzenia za działania na froncie, co chroni wolontariuszy przed statusem najemnika. Jedynymi wynagradzanymi osobami w fundacji są on sam oraz wiceprezeska, w związku z pracą administracyjną, natomiast praca w strefie działań wojennych wykonywana jest przez nich również nieodpłatnie. Zaznaczył, że fundacja jako jedna z niewielu w Polsce dysponuje unikalnym ubezpieczeniem na wypadek śmierci i obrażeń, stworzonym specjalnie dla jej wolontariuszy, a także zapleczem medycznym i logistycznym w Polsce, w tym gotową całodobowo karetką.
Opisał proces rekrutacji — kandydat musi posiadać minimum podstawowe przeszkolenie medyczne (TCCC/KPP), przejść dobrowolne badanie psychologiczne oraz superwizję, być niekaranym obywatelem polskim (fundacja zasadniczo nie współpracuje z obcokrajowcami, poza wyjątkami, m.in. dwiema Ukrainkami, obecnie służącymi już w armii ukraińskiej), a następnie przejść kilkumiesięczne szkolenia taktyczne, medyczne i psychologiczne, zanim zostanie zakwalifikowany do ewentualnego wyjazdu. Poinformował, że liczba zgłaszających się osób również maleje, oraz że fundację, posiadającą status organizacji pożytku publicznego, można wspierać finansowo (w tym poprzez 1,5 procent podatku), barterem sprzętowym lub bezpośrednim wsparciem armii ukraińskiej — zaznaczył, że dzięki bezpośrednim kontaktom z jednostkami fundacja gwarantuje, że taka pomoc trafia bezpośrednio na linię frontu, bez ryzyka defraudacji.
Problemy z mobilizacją po stronie ukraińskiej
Odnosząc się na koniec do problemów z mobilizacją na Ukrainie, Duda potwierdził, że są one wyraźnie zauważalne — kolejek do punktów rekrutacyjnych już nie ma. Zaznaczył, że skala problemów różni się w zależności od jednostki — te dowodzone przez oficerów dbających o odpowiednie zabezpieczenie medyczne i dobrostan żołnierzy notują wyraźnie mniej dezercji i większą gotowość do służby. Potwierdził, że fundacja obserwuje bezpośrednio niedobory kadrowe na froncie — żołnierze bywają zmuszeni spędzać na pozycjach po kilka miesięcy bez rotacji, ponieważ brakuje osób do zmiany, po czym po krótkiej regeneracji ponownie wracają na pozycje.
Rozmowę przeprowadziła Arleta Bojke. Program dostępny na kanale Koniec Świata – Arleta Bojke na YouTube, liczącym 294 tys. subskrybentów, w ramach cyklu „Bojke rozmawia”. Opublikowany 14 sierpnia 2026 roku. Oryginalny tytuł materiału: „NIE MA JUŻ PIERWSZEJ LINII FRONTU. JEST STREFA ŚMIERCI. WOJNA NA UKRAINIE [DUDA I BOJKE]”