Daniel Lewakowski ze stowarzyszenia PowerBus, wolontariusz jeżdżący z pomocą humanitarną na Ukrainę od pierwszych dni wojny, rozmawiał z Kubą Kucharskim w programie Momenty o swoich pierwszych wyjazdach, zdobyciu akredytacji Sił Zbrojnych Ukrainy, niebezpiecznych sytuacjach na froncie i w jego pobliżu, oraz o tym, jak naprawdę myślą mieszkańcy wschodniej Ukrainy o wojnie i o władzy.
24 lutego 2022 — pierwszy wyjazd od razu na Ukrainę, nie na granicę
Lewakowski dokładnie pamięta dzień wybuchu wojny — wracał wtedy z wyjazdu biznesowego do Holandii, swojego pierwszego wyjazdu po chorobie. Gdy wrócił z żoną, zaczęli się zastanawiać, co robić. Stwierdzili, że mogą pomóc jakiejś rodzinie, dając im dach nad głową — mieli wolne mieszkanie, które i tak nie przyniosłoby zysku w tym sezonie. Lewakowski, czując się już na siłach, zdecydował też pojechać po ludzi na granicę, korzystając z transportu organizowanego przez Caritas. Pierwszy kurs okazał się jednak nie kursem na granicę, lecz bezpośrednio na Ukrainę — do miasta Stryj, około 100 kilometrów od granicy.
Na początku wojny przejścia graniczne, zwłaszcza przez Lwów, były zablokowane przez ogromne kolejki i mnóstwo blokpostów, dlatego Lewakowski wybrał małe przejście w Krościenku na samym południu Polski, jadąc okrężnymi drogami. Spodziewał się, że wojna zacznie się od razu za granicą — tymczasem dotarł na miejsce około 21, w trakcie częstych alarmów, ale szybko zrealizował misję: dowiózł pomoc humanitarną i zabrał ludzi.
Kolejki uciekinierów, przeładowane samochody, matki idące pieszo w zimie
Lewakowski opisał, jak obraz wojny zmieniał się z tygodnia na tydzień. Na początku przy przejściach granicznych, nawet tych małych, kolejki samochodów ciągnęły się 30-40 kilometrów. Ci, którzy nie mieli samochodu, szli pieszo w zimowy chłód — matki z dziećmi i torbami, niosąc tyle, ile zdołały spakować i udźwignąć. Wolontariusze przeładowywali samochody blisko granicy, żeby zmieścić jak najwięcej osób — zdarzało się, że w jednym aucie jechało 15 osób, byle tylko dowieźć ludzi do granicy. Jeździli innymi pasami, omijając korki.
Akredytacja Sił Zbrojnych Ukrainy — dzięki dawnej pracy w brytyjskim wywiadzie
Po pierwszych dwóch-trzech wyjazdach na ślepo, Lewakowski szybko uzyskał akredytację Sił Zbrojnych Ukrainy, którą posiada do dziś — musi ją przedłużać co pół roku i jest regularnie sprawdzany w obu krajach. Pomogła mu w tym wcześniejsza praca w Wielkiej Brytanii — jest, jak to ujął, w stanie spoczynku w brytyjskiej służbie bezpieczeństwa do 50. roku życia. Polscy ludzie ze służb byli w Kijowie już dwa dni przed wybuchem wojny, w roli informacyjnej, nie pomocowej — i to oni, widząc że Lewakowski regularnie wjeżdża na Ukrainę, sami się z nim skontaktowali, co pomogło mu zdobyć akredytację.
Dzięki temu dokumentowi może swobodniej się poruszać — nie obowiązuje go godzina policyjna, może przekraczać linię frontu i jeździć praktycznie wszędzie. Zgłasza swoją obecność lokalnym administracjom wojskowym, różnym dla każdego regionu, podając informacje o samochodzie i trasie.
Punktem zwrotnym było zaangażowanie się w wywożenie z Ukrainy dzieci związanych ze służbami bezpieczeństwa i osobami bliżej najwyższych władz — to wtedy zaufano mu na tyle, by przyznać akredytację.
Brak nawigacji, zakłócony sygnał, tragiczna śmierć wolontariusza z Australii
Im bliżej frontu, tym bardziej zakłócony jest sygnał telefoniczny i internetowy — zarówno przez stronę rosyjską, jak i ukraińską. Nawigacja samochodowa przestała działać całkowicie — trasę trzeba znać na pamięć, znaki drogowe są zakryte lub zdjęte. Pomylenie kierunku może skończyć się wjazdem na teren kontrolowany przez Rosjan.
Lewakowski opowiedział o tragicznej śmierci wolontariusza z Australii w okolicach Bachmutu i Kramatorska, który pomylił drogi i wjechał w stronę rosyjską. Został zatrzymany i — jak Lewakowski widział w opublikowanych nagraniach — torturowany, ponieważ był ubrany w strój wojskowy, mimo że był wolontariuszem. Rosjanie podejrzewali w nim najemnika. Lewakowski jednoznacznie skrytykował taką praktykę — wolontariusze, jeśli nie są żołnierzami, powinni zostawać w stroju cywilnym, bo ubiór wojskowy uniemożliwia wytłumaczenie się w razie zatrzymania. Potwierdził też, że osobiście spotykał na miejscu zagranicznych najemników — jest ich, jego zdaniem, znacznie więcej, niż się o tym mówi, i są obecni od samego początku wojny.
Odłamek rakiety w samochodzie
Lewakowski opisał własne najbardziej niebezpieczne doświadczenie — nie na samej linii frontu, lecz już 200-300 kilometrów za nią, przy wyjeździe z Odessy. Tankowali paliwo, słysząc nadlatujące rakiety i drony zestrzeliwane w powietrzu. Ruszyli szybko w drogę, a podczas ostrzału do samochodu wpadł odłamek — przebił szybę i wylądował centralnie między fotelem kierowcy a pasażera. Mały, dwu-trzycentymetrowy fragment, ale gdyby trafił w głowę jego lub jadącego z nim ukraińskiego kolegi-dziennikarza, najprawdopodobniej skończyłoby się śmiercią. Lewakowski zaznaczył, że żadnych formalnych szkoleń przed takimi wyjazdami nie przechodził — całą wiedzę zdobywa się w praktyce, na bieżąco, podczas kolejnych wyjazdów.
Wojna o surowce, nie o miłość do Ukrainy — świadomość mieszkańców Donbasu
Lewakowski podzielił się swoją oceną tego, co rozumieją sami Ukraińcy o naturze wojny. Mają świadomość, że to nie jest prosta wojna Rosja-Ukraina o terytorium z miłości do ziemi — bo gdyby Ukraina miała inne położenie i inne zasoby naturalne, nikt by jej tak nie „kochał”. Gdy pierwszy raz pojechał na Donbas i poczytał, jakie złoża tam są, od razu połączył fakty. Rosja od trzydziestu lat straszyła świat dostępem do paliw kopalnych — teraz, gdy świat odchodzi w stronę elektryfikacji i baterii, na Donbasie znajdują się jedne z największych na świecie złóż litu, surowca kluczowego do produkcji baterii. To może nie być dziś najważniejsze, ale za kilka lat stanie się kolejnym globalnym straszakiem. Również Trump, dążąc do pokoju, ma w tym konkretny interes — pomoc za darmo nie jest jego stylem.
Na wschodzie zostali ci, których nie stać było uciekać
Na pytanie o nastroje ludzi na samym froncie, Lewakowski wyjaśnił, że pozostali tam głównie ci, których nie było stać na ucieczkę, oraz osoby starsze. Front jest bardzo daleko od granicy z Polską — najbliższy odcinek to około 1200 kilometrów, najdalszy nawet 2000-2500 kilometrów. Żeby stamtąd wyjechać, potrzeba pieniędzy, a wschodnia Ukraina jest znacznie biedniejsza od zachodniej. Dla wielu ludzi majątkiem jest dobry samochód, czasem nawet tylko telewizor — i przy niskich dochodach po prostu nie mieli jak wyjechać.
Obojętność polityczna — dwie flagi w szufladzie
Lewakowski opisał uderzające zjawisko wśród części mieszkańców terenów przyfrontowych — obojętność co do tego, kto sprawuje władzę. Dla wielu, zwłaszcza starszych osób, nie ma znaczenia, czy rządzi Putin, czy Zełenski, czy ktoś, kto kiedyś Zełenskiego zastąpi — bo chcą po prostu dożyć w spokoju. Strona rosyjska pokazuje to zjawisko propagandowo jako dowód, że tacy ludzie „mają dwie flagi przygotowane” w zależności od tego, kto się pojawi. Lewakowski zastrzegł jednak, że nie można nazwać tych ludzi chwiejnymi czy oportunistycznymi — w większości to starsi ludzie, którzy pamiętają jeszcze Związek Radziecki, i ich postawy są bardziej skomplikowane niż prosta kalkulacja polityczna. Część jest podzielona, część jednoznacznie za Ukrainą, część za Rosją, ale jest też spora grupa, dla której władza po prostu nie ma znaczenia — jedyne, co realnie zmieniłoby ich życie, to nastanie pokoju.
Lewakowski nigdy nie spotkał się jednak z głośnymi deklaracjami chęci przyłączenia do Rosji — tego się tam głośno nie mówi. Sam unika polityki w swojej pracy — pomaga ludziom, nie politykom, i nie jest jednoznacznie po żadnej stronie. Określił siebie jako od zawsze „wschodoluba”, zainteresowanego całym Wschodem, nie tylko relacją Rosja-Ukraina — co ciągnęło go do regionu jeszcze przed wojną, podobnie jak fascynowały go w młodości konflikty na Bałkanach (Kosowo, Bośnia i Hercegowina), choć wtedy był za młody, by się zaangażować. Z tych samych powodów chciał kiedyś pomagać przy powodzi w Polsce w latach 90., ale i wtedy nie spełniał wymogu wieku.
Pomoc Ukrainie to kontynuacja, nie przypadek
Prowadzący zauważył, że zaangażowanie Lewakowskiego w pomoc na Ukrainie nie wzięło się znikąd — przypomniał, że Lewakowski jeździł też pomagać przy ostatniej powodzi w Polsce. Lewakowski potwierdził — to po prostu naturalna kontynuacja jego skłonności do niesienia pomocy, mimo świadomości, że jeden człowiek nie jest w stanie pomóc wszystkim wszędzie.
Rozmowę przeprowadził Kuba Kucharski. Materiał dostępny na kanale Momenty na YouTube, liczącym ponad 49,6 tysiąca subskrybentów. Opublikowany 29 czerwca 2026 roku.