Marek Budzisz — analityk Strategy&Future, autor książek Samotność strategiczna Polski, Pauza strategiczna, Wszystko jest wojną i Obywatelska Armia Rzeczypospolitej — rozmawiał z Piotrem Zychowiczem o kryzysie polsko-ukraińskim, pomyśle zablokowania akcesji Ukrainy do UE, ukraińskim Panteonie Narodowym, biernej polskiej dyplomacji, sporze o przywództwo regionalne, własnych doświadczeniach rodzinnych związanych z Wołyniem oraz o toczącej się rozgrywce o Białoruś.
Opcja atomowa — pokazuje bezmiar ignorancji polskich polityków
Zychowicz zapytał o pomysł niektórych polskich polityków, by zablokować aspiracje Ukrainy do UE, jeśli nie przestanie gloryfikować UPA. Budzisz ocenił to jednoznacznie negatywnie — ta odkrywcza myśl pokazuje bezmiar ignorancji. Po oświadczeniu kanclerza Merza sprzed około trzech tygodni, proponującym Ukrainie nową formułę nie tyle członkostwa, co stowarzyszenia z Unią, dziś praktycznie nikt w Europie poważnie nie wierzy, że Ukraina wejdzie do wspólnoty — poza samymi Ukraińcami, i to tylko na poziomie oficjalnej narracji dla maluczkich.
Budzisz wątpi nawet, czy Zełenskiemu i jego ekipie obecnie na tym zależy. Ukrainie zależy na dostępie do europejskiego rynku — w tym dla artykułów żywnościowych, na czym zależy też Niemcom jako importerowi netto żywności — ale nie na przyspieszeniu samego członkostwa.
Jesienią ubiegłego roku ukraiński wicepremier Kaczka podpisał porozumienie ze słoweńską komisarz UE ds. rozszerzenia, przewidujące sekwencję reform do zrealizowania w ciągu 12 miesięcy. Po pół roku sam Kaczka samokrytycznie przyznał, że zrealizowano 12-15% planu. Reformy stanęły w miejscu — Ukraińcy nie spieszą się z wdrażaniem niewygodnych dla siebie ograniczeń, bo uważają, że już wygrali to, o co toczyła się gra: stałe dofinansowywanie wysiłku zbrojnego przez kredyty, które w praktyce są subwencjami, bo Ukraina nie ma zdolności ich spłaty.
Zełenski podpisał w zeszłym tygodniu dekret zwiększający wydatki na kontynuowanie wojny do 100 miliardów dolarów w tym roku — przy PKB Ukrainy szacowanym na około 220 miliardów dolarów, wciąż niższym niż w 2021 roku w ujęciu realnym. To oznacza, że niemal połowę PKB Ukraina wydaje na wojnę, co jest niemożliwe bez stałych, dużych subsydiów europejskich. Po przełamaniu weta Węgier i zatwierdzeniu 90-miliardowego planu wsparcia, Ukraina straciła jakąkolwiek motywację do bolesnych reform, w tym walki z korupcją.
Budzisz podkreślił też prawny aspekt sprawy — ustawodawstwo francuskie, o czym od lat mówi prof. Żurawski vel Grajewski, przewiduje referendum ogólnokrajowe we Francji przesądzające o ratyfikacji akcesji tak dużego państwa jak Ukraina. Dziś nie widać we Francji sił politycznych chętnych na takie referendum. W Polsce takiego obowiązku nie ma, ale Budzisz uważa, że nawet ratyfikowany w normalnym trybie parlamentarnym traktat akcesyjny nie zdobędzie w Polsce poparcia większości — zwłaszcza przy pogarszających się relacjach polsko-ukraińskich.
Panteon Narodowy — ustawa napisana tak, by dawała Zełenskiemu wolną rękę
Budzisz przeczytał projekt ustawy o Panteonie Bohaterów wniesiony przez Zełenskiego do Rady Najwyższej i ocenił, że jest napisany tak nieprecyzyjnie, że można go interpretować dowolnie. Jeśli władza Ukrainy będzie chciała, Panteon może powstać za trzy miesiące z Szuchewyczem czy Kłymem Sawurem jako pierwszymi upamiętnionymi. Ale ta sama ustawa może być interpretowana tak, że Panteon powstanie za pięć lat, będzie liczył dwa tysiące bohaterów, i wspomniane kontrowersyjne postacie wcale się tam nie znajdą. To narzędzie do grania polityką upamiętnień, zwiększania lub osłabiania presji na państwa ościenne, w tym Polskę — co Budzisz uznał za zrozumiałe i niebudzące oburzenia otworzenie pola gry.
Istotniejsze jest to, co mówili przy okazji ogłoszenia ustawy zarówno Zełenski, jak i szef jego administracji Budanow — że skończyły się czasy, gdy ktokolwiek mógł wpływać na ukraiński Panteon Bohaterów. Budzisz, śledzący uważnie rozkład opinii ukraińskich, ocenił, że to zapowiedź twardej gry z Polską — w dominującej na Ukrainie narracji Polacy muszą zrozumieć, że nie są żadnym przewodnikiem Ukrainy do Europy, mogą myśleć o sojuszu, ale muszą uznać prawo Ukrainy do całkowitej suwerenności w sferze pamięci. Jeśli ma być sojusz strategiczny, to nie powinny mu przeszkadzać pomniki Bandery i Szuchewycza — takie są dziś nastroje na Ukrainie. Opcja atomowa nie robi na Ukraińcach żadnego wrażenia — jest świadectwem bezradności polskiej klasy politycznej, która wyżywa się w mówieniu, a w działaniu wypada bardzo słabo.
Ukraina w Unii czy poza Unią — co lepsze dla Polski
Zychowicz zapytał wprost, czy z perspektywy polskich interesów lepiej, by Ukraina była w UE, czy poza nią. Budzisz odpowiedział, że z punktu widzenia polskiego biznesu lepiej, by Ukraina była w Unii i musiała wdrażać unijne zasady — bo obecny stan, gdy ma dostęp do rynku europejskiego bez konieczności przestrzegania reguł, prowadzi do sytuacji jak z polską firmą budującą spalarnię śmieci we Lwowie, która nie otrzymała honorarium. Ukraina w sposób planowy nie realizuje reform, które uczyniłyby tamtejszy obrót gospodarczy przejrzystym i bezpiecznym, jednocześnie skutecznie zabiegając o dostęp swoich producentów do rynku europejskiego.
Polska ma dziś znaczną nadwyżkę handlową z Ukrainą i jest jej głównym partnerem handlowym — podczas gdy Ukraina dla Polski to zaledwie 3% obrotów handlowych, szóste lub siódme miejsce. To nie jest tak, że ukraińska konkurencja zniszczy polskie rolnictwo — bo konkurencji w produkcji commodities (zboże, nasiona oleiste) i tak nie wygrają gospodarstwa pięćdziesięciohektarowe z gospodarstwami pięciotysięcznymi po drugiej stronie. Polskie rolnictwo musi się przesuwać w stronę produktów o wyższej marży — nabiał, wędliny, przetwory mleczne — które są obecne na rynku ukraińskim.
Problemem jest co innego — przy braku akcesji Ukrainy do UE polskie firmy są pozbawione ochrony, jaką dają inni partnerzy europejscy (Niemcy, Francuzi, Duńczycy, Czesi), wykorzystujący mechanizm znaczonych pieniędzy: finansują projekty na Ukrainie, ale domagają się i skutecznie egzekwują preferencje dla własnych firm. Tymczasem polska dyplomacja jest całkowicie bezczynna — mamy słabego ambasadora w Kijowie i bardzo słaby Departament Polityki Wschodniej w MSZ. Bez tej ochrony polscy inwestorzy są w gorszej sytuacji nie wobec konkurencji ukraińskiej, lecz wobec niemieckiej, skandynawskiej czy francuskiej.
Pozostawienie Ukrainy w „przedpokoju” Unii jest więc dla Polski groźne i niekorzystne — tym bardziej, że Ukraińcy zaczną pytać, dlaczego ich droga do Unii została zablokowana, a działania Zełenskiego mają też na celu pokazanie, że to Polacy są głównymi winowajcami. Polscy politycy, jak ocenił Budzisz, bardzo chętnie dają się ustawić w tej roli.
Słowacja i Węgry zacieśniają relacje z Ukrainą — Polska zostaje sama
Budzisz ujawnił, że niedługo odbędzie się wspólne posiedzenie rządów Ukrainy i Słowacji — uzgodnione podczas rozmów wicepremiera Słowacji z premier Swyrydenko w Gdańsku, wraz z planowaną wizytą Zełenskiego w Bratysławie. Relacje między Zełenskim a Ficem są dziś znacznie lepsze niż między Zełenskim a Orbanem. To sprzężenie zwrotne — Ukraina, pogarszając relacje z Polską, jednocześnie dąży do poprawy relacji ze Słowacją i Węgrami, pokazując że problemem są Polacy, a nie ona sama.
Budzisz zwrócił też uwagę na pewien sygnał — na szczycie wschodniej flanki NATO przy okazji Gdańska wzięli udział prezydent Rumunii Nikuszor Dan i reprezentant Szwecji, ale nie uczestniczyli w Kongresie Odbudowy Ukrainy. To sygnał delikatnego wsparcia dla pozycji Polski. Podobnie odczytuje deklarację władz Litwy proponujących formułę negocjacyjną. Czas, by Polska zaczęła budować regionalne formaty wzmacniające jej pozycję — co wymagałoby odejścia od paradygmatu przyjaźni i miłości na rzecz twardej gry o własne interesy. Budzisz wątpi jednak, czy obecny rząd jest do tego zdolny.
Czy chodzi o rywalizację o przywództwo w regionie?
Zychowicz zaproponował tezę, że cały spór UPA/order jest tylko objawem głębszego problemu — rywalizacji polsko-ukraińskiej o przywództwo w przestrzeni międzymorza po wojnie. Budzisz się z tym nie zgodził, choć przyznał, że czytał bardzo wiele jednostronnych wpisów liderów ukraińskiej opinii publicznej, obwiniających wyłącznie Polskę — także wśród byłych ministrów spraw zagranicznych z opozycji, jak Kuleba czy Prystajko, którzy mówią, że gdyby mieli polskie odznaczenia, też by je oddali.
Jądrem ukraińskiego myślenia są dwa wątki. Po pierwsze — możliwość współpracy tylko na warunkach równoprawnych, bez formuły przywództwa Polski, co może było dopuszczalne w 2022 roku, gdy Ukraina walczyła o przetrwanie, ale dziś Ukraina jest przekonana, że tej wojny nie przegra. Po drugie — zarzut, że Polska jest bezczynna. Prystajko, były ambasador Ukrainy przy NATO, mówił otwarcie, że Polska tylko na poziomie narracji prezentuje wolę przywództwa regionalnego, a w praktyce nic nie robi — nawet nie wyciąga wniosków z ukraińskich doświadczeń w produkcji dronów (fabryki powstają w Danii, na Łotwie, Słowacji, w Niemczech, ale słabo w Polsce), nie buduje relacji północ-południe, nie pokazuje zaangażowania wojskowego.
Na jakiej podstawie więc Polska rości sobie pretensje do roli przywódczej — pytają Ukraińcy — na podstawie tego, że kiedyś istniała I Rzeczpospolita, rządzona przez dynastię litewską? Ukraina dziś czuje się państwem, które ustało — ma relację z Europą Zachodnią, która płaci za kontynuację walki, jest aktywna w projekcji siły (ultimatum wobec Łukaszenki), buduje osie współpracy ze Szwedami, Skandynawami, Bałtami, Turkami. A Polska tylko niewolniczo trzyma się sojuszu amerykańskiego, choć po spotkaniu w Białym Domu, z którego wyproszono Zełenskiego, na Ukrainie nie ma już złudzeń co do amerykańskiego zaangażowania — i proamerykańskość polskiej dyplomacji jest tam postrzegana nie jako atut, lecz jako obciążenie.
To wyjaśnia, dlaczego Ukraińcy uznali zaognienie relacji z Polską za wygodne i skuteczne — Polska jest bezczynna, osamotniona, wewnętrznie podzielona, bez planu i bez klasy przywódczej, która zamiast realnych narzędzi proponuje opcje atomowe budzące śmiech, a nie strach. Budzisz przypomniał, że w 2022 roku Polska miała bardzo dobrą pozycję wyjściową — mówiło się nawet o podpisaniu nowego Paktu o Przyjaźni Polsko-Ukraińskiej na rocznicę powstania styczniowego w 2023 roku. Nic z tego nie wyszło. Zełenski w styczniu tego roku, przemawiając na rocznicy powstania styczniowego, zaczął realizować politykę wobec Cichanouskiej i radykalnej części diaspory białoruskiej — przejmując aktywa, które wcześniej należały do polskiej polityki na kierunku białoruskim. Sześć lat po 2020 roku Polska nawet w polityce białoruskiej przestała być czynnikiem, z którym ktokolwiek się liczy.
Skąd bierze się wielkość polskiego PKB — i dlaczego to nie zasługa polityków
Zychowicz zaproponował alternatywną interpretację — że polscy politycy czują się predestynowani do roli lidera dzięki przewadze gospodarczej, demograficznej i organizacyjnej, podobnie jak Niemcy w Europie. Budzisz odpowiedział, że to mylne rozumowanie — wielkość polskiego PKB nie jest zasługą polityków, lecz Polaków, którzy ciężko pracując sprawili, że Polska stała się atrakcyjnym rynkiem dla zachodnich inwestorów, oferującym spokój, bezpieczeństwo i zaangażowanych pracowników niezrzeszonych w związkach zawodowych. Polacy pracują ponad siły, więcej niż społeczeństwa Europy Zachodniej. Część regulacji budujących to bezpieczeństwo została narzucona przez Unię Europejską.
Zasługi polityków mierzy się zdolnością do realizowania trudnych reform — a o tym mówi się dziś krytycznie zarówno w Wielkiej Brytanii, jak w Niemczech i Francji, gdzie liderzy ostatnich 20 lat nie potrafili wdrożyć niepopularnych reform dających nowy impuls rozwojowy. Zadłużenie publiczne Wielkiej Brytanii wzrosło trzykrotnie w ciągu ostatnich 24 lat, podobnie we Francji i Niemczech. Polska miała przewagę startu z niższego poziomu — obywatele godzili się na niższe wynagrodzenia i gorsze warunki pracy. To nie zasługa polityków.
Gdyby polscy politycy chcieli wykorzystać tę dźwignię, by reformując państwo nadać nowy impuls rozwojowy na rzecz przyszłego pokolenia, mogliby mówić o predestynacji do roli lidera regionu. Budzisz przyznał, że odczuwa frustrację, widząc niewykorzystane szanse i potencjał wobec skali błędów. MSZ zamiast oddawać 100 milionów złotych na potrzeby Ukrainy powinno dostać kolejne 2 miliardy złotych z budżetu i rozbudować obecność w kluczowych państwach — Białorusi, krajach bałtyckich, skandynawskich, Turcji, i oczywiście na Ukrainie. Polska w gruncie rzeczy nie zna tego państwa — nie wie, kto naprawdę sprawuje tam władzę, bo premier Swyrydenko formalnie ma niewiele do powiedzenia. Podobnie słaba jest wiedza o elicie władzy białoruskiej, zarówno na poziomie rządowym, jak i opozycyjnym.
Oba dominujące nurty polskiej polityki, po krachu AWS-u, uznały że reformy są groźne, lepiej skoncentrować się na wojnie narracyjno-symbolicznej. Mamy narzędzia i potencjał, tylko nie mamy klasy politycznej, która byłaby w stanie to wykorzystać.
Dlaczego Polacy nie wymieniają swoich polityków na lepszych
Zychowicz przywołał wniosek, że polscy politycy nie spełniają aspiracji Polaków. Budzisz odpowiedział, że w całym rozwiniętym świecie niezadowoleni wyborcy po prostu wymieniają klasę polityczną na lepszą — przywołał Meloni we Włoszech, Reform UK w Wielkiej Brytanii, rosnące poparcie dla France Insoumise lub Zjednoczenia Narodowego we Francji, stałe wzrosty AfD w Niemczech. W Polsce tego nie ma. Budzisz upatruje przyczyny w tym, że Polacy nie umieją używać państwa jako narzędzia — koncentrują energię na życiu prywatnym, rodzinnym, zawodowym, lokalnym (stąd sukces reformy samorządowej), ale państwo traktują jako coś zewnętrznego, na co nie chcą poświęcać energii. Dlatego kolejne polityczne alternatywy, jakie pojawiały się w ostatnich latach, okazywały się gorsze niż oryginały — co nie przełamuje impasu.
Osobiste doświadczenie — rodzina Budzisza i Wołyń
Zychowicz, przywołując wcześniejsze rozmowy z widzami chwalącymi rzeczowość i chłodne podejście Budzisza, zapytał wprost o osobistą perspektywę — bo rodzina Budzisza doświadczyła zbrodni wołyńskiej. Budzisz przyznał, że emocje się pojawiły, bo nie jest maszyną. Na Wołyniu zamordowano w brutalny sposób jego pradziadka, prababcię i ciotkę babci. Jego wiedza na ten temat jest jednak ograniczona, bo w rodzinie nie kultywowano tej pamięci — dziadkowie mieszkali na Starym Mieście w Warszawie i przeszli przez powstanie warszawskie, Pruszków, Buchenwald. Ojciec Budzisza, urodzony w 1935 roku, miał 9 lat w czasie powstania i do dziś nie jest w stanie opowiedzieć, co przeżył, mimo namów rodziny. Druga babcia mieszkała pod Koninem, gdzie Niemcy trzykrotnie stawiali ją pod ścianą.
Budzisz zwrócił uwagę na fundamentalną różnicę w przeżywaniu historii między Polską a Ukrainą. Przywołał rozmowę z ukraińskim przyjacielem, który śledził polską debatę parlamentarną o odległych wydarzeniach historycznych i był zaskoczony nie tym, że poseł o tym mówi, lecz tym, że wszyscy inni rozumieją, o czym mówi — na Ukrainie wiedza historyczna nie jest tak głęboka jak w Polsce. To nie usprawiedliwienie, lecz dostrzeżenie różnicy. Polacy traktują historię jako naukę polityczną wskazującą drogi postępowania — co może być interesujące, ale nie powinno być instrukcyjne (z faktu, że sojusznicy w 1939 roku zawiedli, nie wynika, że tak będzie zawsze).
Historia odgrywa w samoświadomości Polaków zupełnie inną rolę niż u sąsiadów. W Niemczech jest tłumiona, bo nie ma się czym chwalić. Na Ukrainie jest znacznie mniej istotna. Budzisz nie zgadza się z postulatem Aleksandra Kwaśniewskiego, by wybierać przyszłość zamiast przeszłości — choć rozumie go, biorąc pod uwagę jego komunistyczną przeszłość. Polacy będą myśleć historycznie, i to muszą zrozumieć Ukraińcy.
Konserwatywna Polska a nacjonalistyczna Ukraina
Budzisz podkreślił kolejną zasadniczą różnicę — polska opinia publiczna jest w gruncie rzeczy dość konserwatywna, nawet zwolennicy liberałów żyją tradycyjnym modelem życia. Poza Kwaśniewskim żaden polityk kojarzony z lewicą nie wygrał wyborów powszechnych w Polsce, nawet Bronisław Komorowski był na prawym skrzydle PO. To się nie zawsze przekłada na większość rządzącą, ale nastroje będą zawsze dość konserwatywne i prawicowe.
Ukraińcy muszą to zrozumieć, jeśli chcą strategicznego partnerstwa — nie da się go zbudować, mając pokusę współpracy tylko z jedną opcją polityczną. Deklaracje ukraińskich polityków kierowane wyłącznie do premiera Tuska i pragmatycznej części polskiej opinii publicznej są drogą donikąd, bo polska prawica nie zniknie z dnia na dzień. To pytanie też dla Polski — jak budować relacje z Ukrainą, gdzie coraz silniejsze są głosy suwerenistyczne, nacjonalistyczne, mówiące że „lachy nie będą budować nam Panteonu Narodowego” — to dziś dość powszechny pogląd na Ukrainie.
Co Polska może realnie zrobić — kluczowym państwem jest dziś Białoruś
Zychowicz zapytał o scenariusz, w którym za kilka miesięcy w Panteonie znajdą się Bandera i Szuchewycz — jakie instrumenty ma wtedy Polska, skoro gesty symboliczne nie działają, a unijny lewar jest tępy?
Budzisz odpowiedział nieoczywiście — trzeba przemyśleć całą mapę strategiczną regionu i zadać pytanie, które państwo jest dziś najważniejsze. To nieprawda, że jest nim Ukraina. Gdyby Ukraina przegrała wojnę i weszła w „ruski mir”, byłoby to dla Polski bardzo niekorzystne, ale dziś ten scenariusz jest coraz mniej prawdopodobny — nie mamy do czynienia z sytuacją z 2022 roku. Ukraina ma dziś duże szanse zakończenia wojny na akceptowalnych warunkach, a paradoksalnie jej znaczenie strategiczne w tej geografii dlatego maleje, a nie rośnie — ustabilizowana sytuacja oznacza, że Ukraina przestaje być aż tak kluczowym państwem z polskiej perspektywy.
Kluczowym państwem z punktu widzenia powojennego ładu bezpieczeństwa w Europie Środkowej jest dziś Białoruś. Budzisz przeanalizował trzy linie polityki wobec niej.
Linia warszawska to całkowita bezczynność i bierność — błędne przekonanie z 2020 roku, że rewolucja na Białorusi wygra, doprowadziło do błędnej strategii. Budzisz przyznał, że był wtedy sceptyczny i napisał na ten temat książkę.
Linia amerykańska wyciąga wnioski z błędów 2019-2020 roku — Amerykanie kładą dziś nacisk nie na demokratyzację Białorusi, lecz na jej niezależność od Federacji Rosyjskiej, otwierając kanały kooperacji ekonomicznej. To nawiązanie do koncepcji nieżyjącego już Władimira Macieja, byłego szefa MSZ Białorusi, mówiącego o pozablokowym statusie Białorusi — jedna trzecia gospodarki na Rosję, jedna trzecia na Zachód, jedna trzecia na globalne południe. Amerykanie znieśli sankcje na Biełkali (koncern wydobycia soli potasowych) i banki obsługujące te transakcje, wywierając presję na Litwę, Polskę i Ukrainę, by też odblokowały handel z Białorusią. Cel — zwiększenie niezależności Łukaszenki wobec Putina, co zwiększa niepewność Rosji co do tego, czy Białoruś w momencie krytycznym zachowa się zgodnie z rosyjskimi interesami (np. jako platforma ataku na Ukrainę czy korytarz do Obwodu Kaliningradzkiego). Budzisz przypomniał, że protesty prodemokratyczne na Białorusi w 2020 roku załamały się m.in. dlatego, że robotnicy wielkich przedsiębiorstw państwowych nie poparli ich w wystarczającym stopniu, nie mając pewności co do własnej przyszłości w razie wstrząsów gospodarczych — stąd amerykańska strategia budowania ekonomicznych „poduszek bezpieczeństwa”.
Trzecia linia to linia ukraińska — Zełenski sformułował ultimatum wobec Łukaszenki, żądając wyłączenia czterech retransmiterów naprowadzania dronów rosyjskich (dwóch w obwodzie brzeskim, dwóch w homelskim), co się stało, oraz zażądał zaprzestania wspierania rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego przez białoruskie firmy i rafinerie.
Budzisz opisał zaskakującą sekwencję wydarzeń — Łukaszenko na spotkaniu z gubernatorem obwodu moskiewskiego niespodziewanie powiedział publicznie, że spotkał się z wysłannikami Zełenskiego, i że „Białoruś to nie Rosja, nie ma tu co krzyczeć”, krytykując przy okazji rosyjskiego ambasadora w Mińsku Gryzłowa za próby wciągnięcia Białorusi do wojny. Podobnie pojednawczo wypowiadał się w wywiadzie dla Al Arabiya. Format Miński Dialog, prowadzony przez Jocheniego Preichermanna, opublikował w Al Jazeera propozycję kanału deeskalacyjnego dla Polski i Bałtów, obsługiwanego przez wojskowych jako bardziej pragmatycznych niż politycy.
Łukaszenko poleciał potem do Moskwy na dwudniowe rozmowy z Putinem w Wałdaju. Putin w wywiadzie dla dziennikarza Zarubina ujawnił, że Łukaszenko przywiózł od Zełenskiego propozycję ograniczenia działań wojennych wyłącznie do czterech obwodów południa Ukrainy — co Putin odrzucił, ale co wiązałoby się z zupełnie innym statusem geostrategicznym Białorusi jako państwa stojącego z boku, nie będącego platformą rosyjskiego ataku.
Tego samego dnia, jak poinformował Budzisz, Łukaszenko poleciał do Pekinu na spotkanie z Xi Jinpingiem. Chiński MSZ wydał oświadczenie popierające utrzymanie przez Białoruś suwerenności, odwołujące się dwukrotnie do koncepcji globalnego bezpieczeństwa Xi Jinpinga z kwietnia 2022 roku — utrzymania suwerenności państw, niebudowania własnego bezpieczeństwa kosztem innych (co sugerowałoby pewne ograniczenie potencjału wojskowego Ukrainy), oraz wielostronnych formatów rozwiązywania problemów bezpieczeństwa zamiast bezpośrednich negocjacji.
Budzisz ocenił to jako własną grę Łukaszenki, dążącego do większej niezależności od Rosji i wielostronnych kanałów negocjacyjnych. Z kolei Zełenski buduje narrację rychłego zagrożenia wciągnięcia Białorusi do wojny — co jest dla niego scenariuszem typu win-win: albo to się zmaterializuje i Europa zrozumie, że musi współpracować z Ukrainą zamiast zajmować się polityką historyczną, albo Łukaszenko ustąpi pod ultimatywnymi żądaniami, co umocni pozycję Ukrainy jako faktycznego gwaranta bezpieczeństwa Bałtów w powojennym układzie i pokaże, że to nie zaoceaniczny hegemon, lecz aktywne regionalne państwo decyduje o ładzie w Europie Środkowej.
Budzisz zakończył gorzką konstatacją — ta rozgrywka wchodzi w interesującą fazę, ale w Polsce niemal nikt jej nie śledzi, bo klasa polityczna i tak nie ma nic do powiedzenia w sprawie Białorusi. Polska nie zbudowała dedykowanego ośrodka analitycznego ds. Białorusi, w przeciwieństwie do białoruskich ośrodków emigracyjnych publikujących zaawansowane raporty o funkcjonowaniu administracji Łukaszenki. Tam, gdzie Polska jest pasywna, inni są aktywni i budują na tym swoją przewagę.
Rozmowę przeprowadził Piotr Zychowicz. Program dostępny na kanale Historia Realna na YouTube, liczącym ponad 769 tysięcy subskrybentów. Materiał opublikowany 29 czerwca 2026 roku.