Prof. Leszczyński w Polsat News: Wołyń był tylko zapalnikiem. Rosyjska propaganda latami pracowała nad tym tematem, bo zahaczał o autentyczne emocje

Prof. Adam Leszczyński — historyk, socjolog, dyrektor Instytutu Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza — był gościem programu Najważniejsze Pytania w Polsat News, gdzie rozmawiał z Przemysławem Szubartowiczem i Karoliną Olejak o sporze polsko-ukraińskim wokół UPA i orderu Orła Białego, roli rosyjskiej propagandy, polskiej polityce historycznej oraz o konflikcie klasowym w polskiej historii i współczesności.

Spór o UPA jako zapalnik, nie przyczyna

Leszczyński ocenił, że konflikt wokół nadania ukraińskiej jednostce imienia bohaterów UPA był tylko „spustem” uruchamiającym lawinę narastającą od dłuższego czasu. Rozchodzenie się dróg polsko-ukraińskich było widoczne wcześniej — w narastających nastrojach antyukraińskich w Polsce i w polityce rządu ukraińskiego, mniej liczącej się z polskim zdaniem. Sytuacja nie wynikła nagle, lecz kształtowała się przez dłuższy czas. Ocenił to jako niesłychanie przykry widok, bo strategiczne interesy Polski i Ukrainy — zwłaszcza wobec Rosji — są w dużym stopniu tożsame, a ich naruszenie byłoby wielką stratą.

Zwrócił uwagę, że strona polska dawała Ukrainie kilka okazji do deeskalacji — sygnalizowano niezadowolenie z decyzji o jednostce, zarówno ze strony prezydenckiej, jak i rządowej, a potem prezydent Nawrocki dał dłuższy czas na reakcję przed odebraniem orderu. Mimo to strategia ukraińska wydaje się obliczona na eskalację — co Leszczyński tłumaczy najpewniej kwestią ukraińskiej polityki wewnętrznej. Polityka zagraniczna bywa zakładnikiem wewnętrznej, a Zełenski może w ten sposób zyskiwać poparcie bardziej nacjonalistycznie nastawionej części opinii publicznej.
Rosyjska propaganda jako wieloletni, konsekwentny projekt

Jako były członek rządowej Komisji ds. Rosyjskich Wpływów, Leszczyński opisał, jak wyraźnie widać było w licznych raportach i monitoringu mediów społecznościowych, że dla Rosjan podsycanie kwestii wołyńskiej było strategicznym celem, realizowanym konsekwentnie od 2014 roku. Zastrzegł, że temat miał w Polsce autentyczny rezonans — propaganda działa najskuteczniej, gdy zaczepia o prawdziwe emocje, które można podgrzać i wykorzystać politycznie. Zauważalna była stopniowa zmiana nastawienia polskiej opinii publicznej od euforii proukraińskiej w 2022 roku w przeciwnym kierunku, a Wołyń był tylko elementem tego procesu — biorąc krwawe, tragiczne i niedostatecznie symbolicznie domknięte wydarzenie z historii, próbowano na nim budować wzajemną niechęć. Co istotne, Rosjanie prowadzili tę grę po obu stronach, nie tylko wobec Polaków.

Zastrzegł, że nie wini wyłącznie propagandy — była ona tylko elementem, wymagającym jednak sporej pracy: przypominania, odnawiania, upominania się o wydarzenia sprzed 80 lat. Skrytykował też, że do polskich elit długo nie docierało, iż po stronie ukraińskiej nie ma przesadnej chęci do dyskusji na ten temat — przywołał obserwację pisarza Ziemowita Szczerka, że Polacy mówili Ukraińcom o pojednaniu wołyńskim, a ci „tylko kiwali głowami”. Wola porozumienia nie była symetryczna.

Skąd bierze się podatny grunt — konkurencja o zasoby i absurdalne plotki

Na pytanie, dlaczego ta propagandowa iskra trafiła na podatny grunt społeczny, mimo początkowego entuzjazmu wobec uchodźców w 2022 roku, Leszczyński wskazał, że kampania antyukraińska w mediach społecznościowych — często wspierana przez Rosję — opierała się nie tylko na historii, ale na domniemanej konkurencji o zasoby: miejsce w kolejce do lekarza, w przedszkolu, miejsca pracy. Przywołał konkretny przykład rosyjskiej dezinformacji — absurdalną plotkę, jakoby Ukrainki odbierały mężów polskim kobietom. Podkreślił, że tego typu przekazy, powtarzane wielokrotnie, normalizują się — ludzie zaczynają wierzyć, że „wolno tak mówić”, a po pewnym czasie nie odróżniają już ich od własnych przekonań.

Szubartowicz zwrócił uwagę, że tożsamość historyczna wydaje się Polakom ważniejsza niż to, co dzieje się współcześnie — jeszcze niedawno większość polityków nie interesowała się kwestią UPA, mimo wieloletnich działań takich postaci jak ksiądz Isakowicz-Zaleski. Dziś trudno znaleźć polityka, który nie robi z tego sprawy numer jeden.

Syndrom narodu długo pozbawionego państwowości

Leszczyński ocenił, że podobny mechanizm działa w Polsce i na Ukrainie — to syndrom narodu bardzo długo uciskanego, pozbawionego własnej państwowości, dla którego krótkie okresy walki zbrojnej, jak czas II wojny światowej, są wartościowane zupełnie inaczej niż w Polsce. W stanie wojny zawsze rosną nastroje nacjonalistyczne — ludzie czujący się zagrożeni przywiązują się do twardych postaw, co jest psychologicznie zrozumiałe. Dodał, że edukacja na temat Wołynia na Ukrainie była bardzo niedostateczna — wielu Ukraińców albo nie wie, co się wydarzyło, albo uważa to za marginalne, albo traktuje jako symetryczny konflikt, w którym „jedni zabijali, drudzy zabijali”. Z polskiej perspektywy — przywołał tu autorytet profesora Grzegorza Motyki — to czystka etniczna o ludobójczym charakterze, bez żadnej symetrii, co jest bardzo trudne do pogodzenia.

Dlaczego Polska nie domknęła sprawy Wołynia przez dekady

Na pytanie, dlaczego Polska przez lata nie prowadziła skutecznej polityki historycznej w tej sprawie, mimo świadomości, jak temat jest wykorzystywany przez Rosję, Leszczyński odpowiedział, że kolejne rządy wolały tej sprawy nie ruszać, bo zawsze były ważniejsze, bardziej aktualne sprawy strategiczne w relacjach z Ukrainą. Kwestia ekshumacji tliła się latami, napotykając opór ukraińskich partnerów — to sytuacja, która czekała, aż ktoś ją podpali. Ciekawe dla niego pozostaje pytanie, dlaczego akurat Zełenski, który powinien doskonale wiedzieć, co robi, przyłożył do tego zapałkę.

Polityka historyczna PiS i zmiana akcentów po 2023 roku

Leszczyński przedstawił własną interpretację ewolucji polskiej polityki historycznej. Samo pojęcie „polityka historyczna” było wynalazkiem intelektualistów konserwatywnych sprzed dwudziestu kilku lat, pomyślanym jako przywracanie dumy narodowej — choć w jego ocenie Polacy nigdy tej dumy nie stracili. Polityka historyczna PiS w ciągu ośmiu lat rządów akcentowała polskie poświęcenie, męczeństwo, martyrologię, rolę Polaków ratujących Żydów — przy jednoczesnym minimalizowaniu wątków uznawanych za wstydliwe.

Ocenił, że w ciągu ostatnich dwóch i pół roku rządów Koalicji Obywatelskiej i jej partnerów doszło raczej do przesunięcia akcentów niż rewolucji — większy nacisk na to, że Polska jest elementem rodziny krajów demokratycznych i Zachodu, mniejsze wypieranie trudnych momentów przeszłości.

Szubartowicz przypomniał, że to właśnie zarzut „pedagogiki wstydu” był sztandarowym argumentem prawicy przeciwko zajmowaniu się Jedwabnem czy pogromem kieleckim. Leszczyński odpowiedział, że żadnej pedagogiki wstydu nigdy realnie nie było — uważa, że to pojęcie zostało wymyślone jako pretekst. Pod względem dumy z własnej tożsamości panuje w Polsce, jego zdaniem, porozumienie ponad podziałami — różnica dotyczy tylko tego, z czego można być dumnym. Jego strona sporu uważa, że duma powinna być budowana na prawdzie i wyważonych proporcjach, a nie na wypieraniu przeszłości.

Instytucje pamięci — ciągłość czy zmiana

Olejak zapytała wprost o przykład z „własnego podwórka” Leszczyńskiego — zastąpienie Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Paderewskiego (kierowanego przez Jana Żaryna) Instytutem Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza, którym kieruje Leszczyński. Zapytała, czy to ciągłość, czy zastępowanie jednego nurtu drugim.

Leszczyński określił to jako próbę przekształcenia instytutu funkcjonującego jako „kościół jednej opcji politycznej” w placówkę zajmującą się polską myślą polityczną szerzej i bardziej pluralistycznie — jako przykład podał planowane wydanie pism księdza Popiełuszki, który nie był myślicielem lewicowym. Zaznaczył, że to były wicepremier Piotr Gliński osobiście obiecał mu likwidację Instytutu Narutowicza po ewentualnej zmianie władzy — z przymrużeniem oka skomentował, że „politycy obiecują różne rzeczy, a potem ich nie realizują”.

Podkreślił, że instytucje pamięci — muzea, instytuty — cechują się dużą ciągłością niezależną od bieżącej polityki, bo budowa ich ekspozycji to praca na więcej niż jedną kadencję. Przywołał przykład samego Karola Nawrockiego, który jako dyrektor Muzeum II Wojny Światowej miał za zadanie zmienić wymowę ekspozycji, a realnie zdołał zmienić jedynie kilka plansz.

Odnosząc się do zarzutu „rugowania Dmowskiego”, Leszczyński przypomniał, że to nie Dmowski, lecz Gabriel Narutowicz był pierwszym demokratycznie wybranym prezydentem RP, zamordowanym wkrótce po objęciu urzędu przez zwolennika skrajnej prawicy, wcześniej będącym obiektem nagonki prasy prawicowej. Przypomnienie tej historii nie jest, jego zdaniem, elementem „pedagogiki wstydu”, lecz skłania do refleksji nad kruchością demokracji.

Fenomen chłopomanii i ludowej historii Polski

Szubartowicz zapytał o nagłą modę na historię chłopską, wskazując na książkę „Chłopki” jako współczesny bestseller, oraz na własną książkę Leszczyńskiego „Ludowa historia Polski”. Leszczyński opisał to jako fascynujące dla niego samego zjawisko — po publikacji książki dostał kilkadziesiąt listów od czytelników dziękujących mu za „przywrócenie godności”. Pisali, że wstydzili się swojego chłopskiego pochodzenia, a książka pozwoliła im poczuć dumę z własnych korzeni — bo, jak zaznaczył Leszczyński, jedynie mniejszość Polaków ma korzenie szlacheckie, większość wywodzi się z chłopstwa.

Olejak przywołała zarzuty formułowane wobec książki przez historyków takich jak Michał Kopczyński czy Piotr Guzowski (publikowane m.in. w Klubie Jagiellońskim) — że Leszczyński stosuje kalkę marksistowską, opisując zjawiska niespecyficznie polskie jako element budowania ideologii. Leszczyński odpowiedział, że samo mówienie o konflikcie społecznym nie czyni kogoś marksistą — teksty o pańszczyźnie czy położeniu robotników pisali historycy niemarksiści jeszcze przed II wojną światową. Zarzut wynika, jego zdaniem, z głęboko konserwatywnego przekonania, że Polacy są „jedną wielką rodziną”, w której konflikty są zawsze przenoszone przez „obcych”, a nie wewnętrzne.

Obrońcy pańszczyzny — argumenty sprzed dwóch wieków powracające dziś

Leszczyński szerzej omówił swoją kolejną książkę „Obrońcy pańszczyzny”, opisującą argumentację XIX-wiecznych konserwatystów broniących systemu pańszczyźnianego. Opisał, jak budowali oni ideologiczne uzasadnienie własnego interesu materialnego, przedstawiając chłopa pańszczyźnianego jako z natury leniwego, nieodpowiedzialnego, niezdolnego do samodzielnego życia i wymagającego opieki — w analogii do dziecka, gdzie pan dworu pełni rolę ojca rodziny.

Wyjaśnił mechanizm, na czym polegało to nieporozumienie: z perspektywy właściciela majątku chłop, który celowo pracował mało, był po prostu leniwy z natury. Z perspektywy chłopa rozliczanego z czasu pracy, a nie jej efektów, niepłacenie się starannej pracy było całkowicie racjonalną strategią — gdy chłopi dostawali własne gospodarstwa, ich „lenistwo” natychmiast się ulatniało.

Szubartowicz zauważył uderzające podobieństwo tych argumentów do współczesnej debaty o świadczeniach socjalnych, np. programie 500+. Leszczyński potwierdził — przywołał badania z Brazylii i krajów afrykańskich pokazujące, że ludzie otrzymujący bezpośrednie transfery pieniężne w przeważającej mierze inwestują je w dzieci, a fantazmat o „przepijaniu” pieniędzy okazał się nieprawdziwy. Postawił hipotezę, że tego typu przekonania są tak odporne na argumenty, bo służą przede wszystkim uzasadnieniu własnej pozycji społecznej i poczucia wyższości tych, którzy je głoszą.

Czym jest dziś konflikt klasowy w Polsce

Olejak przywołała kontrargument profesora Janusza Majcherka, według którego program 500+ wprawdzie daje ludziom poczucie godności, ale jednocześnie uzależnia obywateli od państwa, co stoi w sprzeczności z samym pojęciem godności. Leszczyński odpowiedział, że to kwestia preferencji — można być godnym i biednym albo nieco zależnym od państwa i mniej biednym, a Polacy wybrali dość wyraźnie.

Szubartowicz zapytał, o co toczy się dzisiejszy konflikt klasowy — czy wciąż o ekonomię. Leszczyński wskazał na przykład dostępu do służby zdrowia jako realny, współczesny konflikt o zasoby — kto ma dostęp do tomografii, a kto musi czekać znacznie dłużej.

W tym kontekście doszło do bezpośredniej polemiki ze Szubartowiczem, który nie zgodził się z koncepcją promowaną — jego zdaniem — w mediach, jakoby „elity gardziły ludem”, uznając ją za nadmiernie ideologiczną, skoro nikt w studiu „nie gardzi ludem”. Leszczyński odpowiedział, że nie mówi o emocjonalnym aspekcie pogardy, lecz o funkcji takiej narracji — opowieść o tym, że ktoś jest „gorszy, mniej dorosły, mniej kompetentny” zawsze służy uzasadnieniu hierarchii społecznej i podległości, niezależnie od epoki — te same argumenty stosowali zarówno polscy posiadacze ziemscy wobec chłopów, jak i obrońcy niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych wobec niewolników.

Szubartowicz przywołał też zarzut wobec książek Leszczyńskiego, że porównanie polskiego systemu pańszczyźnianego do niewolnictwa jest nadużyciem. Leszczyński odpowiedział, że takich porównań dokonywali już sami XIX-wieczni obrońcy pańszczyzny, twierdząc, że polska forma „niewoli” jest łagodniejsza, bo oparta na opiekuńczej relacji.

Kto dziś jest elitą — i dlaczego nikt nie chce się do tego przyznać

Na zakończenie rozmowy Olejak zapytała wprost, kto w Polsce jest dziś elitą, zauważając, że nikt — łącznie z uczestnikami rozmowy, mimo ich stanowisk — nie chce się do tego miana przyznać, mimo że konflikt lud-elita wciąż napędza polskie wybory. Leszczyński podsumował, że jego badania dotyczyły przede wszystkim konfliktu o podłożu ekonomicznym — w dawnej gospodarce rolnej producent pierwotny oddawał dużą część wytworzonych dóbr elicie na jej utrzymanie, co rodziło naturalny, zrozumiały opór.

Rozmowę zamknęła refleksja, że mechanizmy narracyjne uzasadniające hierarchię społeczną zmieniają formę na przestrzeni wieków, ale ich funkcja pozostaje zaskakująco stała — emocje i sentyment działały politycznie od czasów starożytnego Rzymu, a polityk, niezależnie od epoki, stara się je wykorzystywać.


Rozmowę przeprowadzili Przemysław Szubartowicz i Karolina Olejak. Program dostępny na kanale polsatnews.pl na YouTube, liczącym 500 tysięcy subskrybentów. Wyemitowany 30 czerwca 2026 roku.


You may also like

Page 1 of 54
Page 1 of 54

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *