PRZEkanał: Cztery lata wyjazdów na Ukrainę. Pomoc humanitarna idzie w gwizdek, a Niemcy kupują sobie przychylność Ukraińców

Adam Zawadzki, prezes Fundacji „Dziękujemy za wolność”, regularnie jeździ na Ukrainę z pomocą medyczną od początku pełnoskalowej inwazji. W rozmowie z Karolem Darmorosem na PRZEkanale opowiedział o tym, czego nie widać w medialnym obrazie wojny — o korupcji przy transporcie pomocy humanitarnej, zmarnowanym potencjale polsko-ukraińskim, realiach życia w kraju ogarniętym konfliktem i lekcjach, jakie cztery lata wyjazdów dały mu jako człowiekowi i wolontariuszowi.

Granica to matrix

Zawadzki zaczął od obrazu, który towarzyszy mu od lat: granicy polsko-ukraińskiej. Jak mówi, to miejsce, gdzie nigdy nie wiadomo, co się wydarzy — w zależności od zmiany celników, miejsca przejścia i zawartości transportu. To nie tylko kwestia formalności. Podczas licznych przejazdów z pomocą medyczną zdarzało mu się, że ukraińscy celnicy pytali, czy mogą wziąć sobie dwie apteczki albo trochę medykamentów. Odpowiedź była zawsze stanowcza: jeśli idziesz na front, przywiozę ci 200 apteczek, ale musisz walczyć. Tego typu sytuacje — małe wymuszenia, próby uszczknięcia czegoś z transportu — traktuje jako ilustrację szerszego problemu.

Dwa nurty pomocy: bezpośredni i instytucjonalny

Zawadzki wyraźnie rozróżnia dwa modele pomocy humanitarnej. Pierwszy — bezpośredni, trafiający prosto do żołnierzy, konkretnych jednostek, wolontariuszy na froncie — ocenia jako skuteczny i przejrzysty. Organizacje, które go stosują, dokumentują każdą dostawę zdjęciami, pokazują konkretnego żołnierza, konkretną jednostkę. To uczciwe i weryfikowalne.

Drugi nurt — instytucjonalny, przepływający przez samorządy i struktury państwowe — budzi jego poważne zastrzeżenia. Podczas wyjazdów do Dniepra i Zaporoża rozmawiał z wolontariuszami działającymi bezpośrednio na froncie. Ich reakcje na informacje o agregatorach wysyłanych do Kijowa były ironiczne — sami nie mają często na chleb i światła, a pomoc trafia do stolicy, gdzie rządzi Kliczko i gdzie w ciągu dnia normalne sklepy i hipermarkety działają, a te same agregatory stoją na półkach, tyle że w wywindowanych cenach.

Akcja Ciepło dla Kijowa i pytania o transparentność

Zawadzki odniósł się do głośnej akcji zbiórkowej na rzecz Kijowa, nie wymieniając wprost jej organizatorów. Wskazał jednak na mechanizm, który jego zdaniem jest problematyczny: zbieranie dziesiątek milionów złotych na pomoc dla ludności cywilnej, a następnie kierowanie jej również do wojska — bez jasnego poinformowania darczyńców o proporcjach. Darczyńca wpłacający pieniądze z myślą o cywilach dowiaduje się po fakcie, że część środków trafiła do sił zbrojnych. Samo to nie jest złe — wojsko potrzebuje pomocy — ale brak przejrzystości jest.

Powołał się na przypadki z mediów społecznościowych, gdzie zbiórki po zakończeniu nie były rozliczane, a na portalach pojawiały się ogłoszenia sprzedaży karetek przywiezionych z Polski. Na początku wojny tego rodzaju wyłudzenia zdarzały się stosunkowo często. Fundacji Zawadzkiego — jak zaznaczył — szczęśliwie to nie spotkało, bo od początku dzielili pomoc między wiele sprawdzonych organizacji zamiast kierować ją w jedno źródło.

10 milionów złotych — co za to można kupić

Zawadzki przełożył kwotę 10 milionów złotych na realne potrzeby frontu. Jedna staza taktyczna — opaska zaciskowa ratująca życie przy utracie krwi — kosztuje około 170 złotych. Zapotrzebowanie, jakie dostaje od partnerów, to nierzadko 2000 sztuk naraz. Żołnierze przy froncie muszą wynajmować kwatery — w zależności od miejsca, 10-30 tysięcy hrywien miesięcznie — które po miesiącu lub dwóch przestają istnieć zniszczone przez ostrzał. Samochody na froncie o długości ponad 1500 kilometrów mają żywot jednego dnia albo kilku godzin. To są realne potrzeby, do których te pieniądze mogłyby trafić — i Zawadzki nie podważa samej idei zbiórki, tylko stawia pytanie o celowość i transparentność.

Niemcy wchodzą, Polska się wycofała

Jedną z najbardziej wyrazistych obserwacji Zawadzkiego jest rosnąca przewaga Niemiec w budowaniu relacji z Ukrainą — zarówno na poziomie pomocy humanitarnej, jak i gospodarczym. Podczas wyjazdów widział już na własne oczy, jak w różnych ukraińskich miejscowościach zaczynają działać duże niemieckie firmy. Organizacje protestanckie przywożą pomoc — agregatory, przenośne szpitale polowe za miliony — budując zaufanie i przyczółki do późniejszej działalności biznesowej. Niemcy — jak to ujął Zawadzki — pomału kupują sobie przychylność Ukraińców. I widać to już w sondażach: w badaniu zaufania Ukraińców do krajów sojuszniczych Niemcy uplasowały się wyżej niż Polska.

Polska tymczasem — jego zdaniem — zmarnowała początkowy kapitał. Pierwsza faza pomocy była spontaniczna, serdeczna, masowa — ludzie przyjmowali uchodźców, otwierali domy, dawali schronienie. Ale na poziomie politycznym i strategicznym nie przełożyło się to na nic trwałego. Polskie działania rządowe Zawadzki ocenia jako czysto wizerunkowe, pozbawione realnej wizji. Polska utknęła między dwoma obozami — jednym głoszącym wyłącznie miłość do Ukrainy, drugim wyłącznie nienawiść — i żaden z tych obozów nie służy polskim interesom.

Ukraina z trzech części

Z czterech lat regularnych wyjazdów Zawadzki wyniósł obraz Ukrainy złożonej z trzech odrębnych światów, różniących się kulturą, mentalnością i poziomem życia.

Zachodnia Ukraina jest kulturowo i architektonicznie najbliższa Polsce — podobna zabudowa, podobne obyczaje, silny patriotyzm zakorzeniony w grekokatolicyzmie. To region, z którym Polska powinna mieć naturalnie najbliższe więzi, choć paradoksalnie to właśnie tu kult UPA i Bandery jest najsilniejszy.

Centralna Ukraina z Kijowem to Ukraina elit — z aspiracjami europejskimi, dużymi miastami, europejskim stylem życia. Patriotyzm tego regionu Zawadzki określa jako letni w porównaniu z resztą kraju.

Wschodnia Ukraina to autentyczna bieda — przy froncie wsie przypominające XIX wiek, wielkie miasta w stylu PRL-u wyrastające nagle z niczego, ceny mieszkań w Zaporożu dorównujące kijowskim, bo spekulanci zarabiają na wojnie. Zawadzki osobiście przeżył trzy naloty w Kijowie — dźwięk lecącej rakiety, jak mówi, zostaje z człowiekiem na długo.
Wspólnym mianownikiem wszystkich trzech regionów jest antyrosyjskość — Rosja przyszła do domu, morduje bliskich i to jest odczuwalne wszędzie, niezależnie od języka czy regionu.

Rzeź wołyńska: nie wiedzą, ale można tłumaczyć

Zawadzki odniósł się do kwestii, która w Polsce budzi największe emocje — rzezi wołyńskiej i kultu UPA. Jego doświadczenie jest inne niż to, co dominuje w debacie publicznej: wielu Ukraińców, z którymi rozmawiał podczas długich wyjazdów, po prostu nie wiedziało, o co chodzi. Pytali wprost: dlaczego Polacy tak bardzo o tym mówią? Co się stało?

Zawadzki tłumaczy to sowieckim dziedzictwem — system wychowywał ludzi bez tożsamości i pamięci historycznej, a to, co wiedzieli o UPA i Banderze, to narracja o bohaterach walczących z Sowietami. Nie usprawiedliwia tego, ale uważa, że wymuszone przeprosiny nic nie dadzą. Jego zdaniem realnym sukcesem byłoby umożliwienie rodzinom ofiar zapalenia świeczki i modlitwy na grobach bliskich. Sam tłumaczył ukraińskim znajomym ze zachodniej Ukrainy, dlaczego rzeź wołyńska jest dla Polaków ciągle krwawiącą raną — i twierdzi, że to działa, jeśli rozmawia się spokojnie, bez stawiania swojej racji jako jedynej słusznej.

Jednocześnie ostrzega przed pułapką: ciągłe przypominanie o historii bez żadnych ukraińskich gestów ze strony i tak może wpisywać się w rosyjską narrację, która tymi bolesnymi sprawami doskonale potrafi rozgrywać obydwa narody.

Zełenski, korupcja i następne wybory

Zawadzki wspomniał o narastającym zmęczeniu Ukraińców obecnym prezydentem i aferze korupcyjnej w jego otoczeniu, którą obserwował podczas pobytu w Kijowie w listopadzie. Część rozmówców w metrze mówiła wprost, że gdyby doszło do pokoju na warunkach oddania Donbasu i strategicznych miast, wyjdą na kolejny Majdan. Wśród potencjalnych następców Zełenskiego wymienia się Witalija Kliczkę i generała Załużnego — choć Zawadzki zaznacza, że Ukraińcy sami mają obawy przed opcjami zakamuflowanymi przez Rosję.

Przytoczył też obserwację: żaden z dotychczasowych prezydentów Ukrainy nie wygrał drugiej kadencji — co może być wskazówką co do przyszłości obecnego.

Ukraińcy w Polsce: dwie grupy, dwa obrazy

Zawadzki rozróżnił dwie grupy Ukraińców w Polsce. Pierwsza to ludzie pracujący, zakładający firmy, płacący podatki, wykonujący prace, które Polacy wykonywali kiedyś na emigracji na Zachodzie. Spotykają się z ludzką zazdrością i niechęcią, która ich boli — bo przyjechali tu pracować, nie żyć z zasiłków.

Druga to zamożniejsi Ukraińcy widoczni na ulicach dużych miast — i to ich widok najbardziej denerwuje Polaków. Zawadzki zauważa, że i sami Ukraińcy na Ukrainie nie lubią tych rodaków, którzy za granicą przynoszą wstyd krajowi. Z kolei ci, którzy zostali w kraju i żyją pod bombami i syrenami, mają żal do tych, którzy wyjechali — choć jeśli ci emigranci pomagają, przesyłając pieniądze, starlinki czy samochody, są za to wdzięczni.

Lekcje z czterech lat

Na pytanie o najważniejszą lekcję czterech lat wyjazdów Zawadzki odpowiedział bez wahania: pokora. Każdy wyjazd uczy, że człowiek ma naprawdę bardzo dobrze i nie potrafi tego docenić. Ciepła woda, prąd, naładowany telefon — rzeczy, które na Ukrainie bywają luksusem. Wdzięczność za parę butów wojskowych, pas, zupkę chińską wrzuconą z drona do okopu — te reakcje człowiek pamięta długo po powrocie.

Nauczyła go też ostrożność w przekazywaniu pomocy: najlepiej trafia ta, którą wkłada się bezpośrednio w ręce konkretnych osób — żołnierzy, medyków, wolontariuszy. Nie przez instytucje, nie przez struktury państwowe.

Polska powinna prowadzić realpolitikę

Zawadzki zakończył apelem — zarówno do polityków, jak i do zwykłych obywateli. Nie trzeba kochać Ukraińców, nie trzeba ślepo wierzyć w każdą narrację. Ale trzeba myśleć samodzielnie, czytać różne źródła i nie ulegać dezinformacji — zarówno tej prorosyjskiej, jak i bezkrytycznie proukraińskiej.

Na poziomie politycznym Polska powinna w końcu zacząć prowadzić realpolitikę: stawiać pytania o celowość pomocy, egzekwować wzajemność, budować konkretne interesy gospodarcze. Polscy przedsiębiorcy mają kontakty i zaplecze — współpraca handlowa z Ukrainą trwała i trwa. Fundament istnieje. Brakuje polityków, którzy to wykorzystają, zanim zrobią to Niemcy.


You may also like

Strona 1 z 76
Strona 1 z 76

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *