Komu przeszkadzają wnioski z Ukrainy? Medyk frontowy Damian Duda: uderzamy w lobby

Damian Duda, kapitan rezerwy Wojska Polskiego, medyk pola walki i prezes Fundacji W Międzyczasie, był gościem Pawła Pawłowskiego w programie „Żeby Wiedzieć”, gdzie mówił o tym, dlaczego polskie służby niechętnie rekomendują współpracę z ochotnikami wracającymi z ukraińskiego frontu, jak bardzo natowskie procedury medyczne odbiegają od realiów współczesnej wojny, oraz jak ocenia obecną sytuację na froncie i widmo kolejnej rosyjskiej ofensywy.

Spór o słowa pułkownika Siewiery

Rozmowę sprowokowała dyskusja wywołana wypowiedzią byłego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego Jacka Siewiery, który zwrócił się do krytykujących gotowość polskiego wojska ochotników słowami: jeśli chcesz szkolić, masz stopień oficerski, zapraszamy do służby, nie będziesz miał jak narzekać na YouTubie, bo zabrania tego regulamin; a jeśli chcesz robić to w cywilu, okaż szacunek służbie i klientowi. Duda przyznał, że ucieszył się z tych słów, bo stały się przyczynkiem do szerszej dyskusji o tym, w jakim zakresie doświadczenie ukraińskie jest w Polsce w ogóle wykorzystywane. Zaznaczył, że nie odnosi się personalnie do pułkownika Siewiery, którego pozdrowił i wyraził nadzieję na dalszą wspólną pracę dla kraju, lecz do systemu jako całości. Podkreślił, że wielokrotnie spotykał się z podejściem zakładającym alternatywę: albo wejść w system na jego warunkach, albo działać komercyjnie, czyli na warunkach dyktowanych przez płacącego klienta.

Duda przypomniał, że jego fundacja nigdy nie pobierała wynagrodzenia za szkolenia, mimo że mogłaby na tym zarabiać ogromne pieniądze. W ramach fundacji pensję otrzymują tylko dwie osoby zajmujące się jej administracją — nikt nie bierze pieniędzy za pobyt w okopach czy ryzykowanie życia na froncie. Fundacja utrzymuje się wyłącznie ze składek ludzi dobrej woli.

Przywołał też własne doświadczenie sprzed lat jako oficera Brygady Stołecznej Wojsk Obrony Terytorialnej, gdy miał prowadzić szkolenie dla kandydatów na żołnierzy Terytorialnej Służby Wojskowej. Po przedstawieniu realistycznego obrazu pracy medyka bojowego — z okresu, który sam określił jako „wojnę dżentelmenów” z 2022 roku, w porównaniu do tego, co dzieje się dziś — dwóch kandydatów zrezygnowało z dalszej służby, bojąc się zginąć na wojnie, spodziewając się raczej układania worków z piaskiem przy ochronie Warszawy przed powodzią. W efekcie ówczesny dowódca brygady, mimo że pozostali żołnierze chcieli kontynuować szkolenie w czasie wolnym, zakazał Dudzie dalszego prowadzenia zajęć, przekazując decyzję przez podporucznika — nie chciał się z niej wycofać, by nie stracić twarzy. Zdaniem Dudy pokazuje to mechanizm, w którym niewygodna lub niepopularna wiedza, stojąca w sprzeczności z obowiązującymi metodami szkolenia czy dokumentami, bywa „mielona i tłamszona” przez system.

Dlaczego fundacja odrzuca komercjalizację

Duda wyjaśnił, że nawet gdyby fundacja zdecydowała się na komercyjne przekazywanie wiedzy, oznaczałoby to konieczność dostosowania przekazu do oczekiwań płacącego klienta — łącznie ze zmianą protokołów medycznych, gdyby klient tego zażądał. Na to, jak podkreślił, jego zespół nigdy się nie zgodzi, bo oznaczałoby to fałszowanie rzeczywistości i „robienie teatru”. Dodał również, że wejście w system oznaczałoby koniec regularnych wyjazdów na front, a tym samym utratę dostępu do aktualnego doświadczenia bojowego — jako przykład podał, że prezentacja, którą przygotował w kwietniu na podstawie doświadczeń z zimy, w lipcu była już całkowicie nieaktualna wobec tempa zmian na polu walki.

Jak zmienia się wojna: brutalizacja i technologia

Duda ocenił, że wojna brutalizuje się przy równoczesnym gwałtownym skoku technologicznym. Z jednej strony międzynarodowe prawo humanitarne konfliktów zbrojnych praktycznie przestało obowiązywać, z drugiej — głębokie nasycenie dronami sprawiło, że żołnierze pokonują dziś odcinki liczone w stu metrach, a nie w kilometrach, czasem w ciągu wielu godzin oczekiwania.

Opisując ewakuację medyczną, wyjaśnił, że dziś odbywa się ona niemal wyłącznie za pomocą dronów naziemnych, tzw. naziemnych kompleksów robotycznych (NRK). Ranny żołnierz sam wczołguje się na drona, jeśli jego stan na to pozwala, w ustalonym wcześniej miejscu schronienia. Na jednego rannego trzeba czasem wysłać od jednej do sześciu takich maszyn, bo wiele z nich zostaje zniszczonych po drodze przez wrogie drony FPV — pojedynczy dron naziemny kosztuje od 40 do 80 tysięcy złotych, a pojedynczy batalion potrafi stracić trzy lub cztery takie maszyny w ciągu doby.

Na uwagę prowadzącego, że Polska dysponuje Rosomakami pełniącymi funkcję wojskowych karetek, Duda odpowiedział dosadnie, że Rosomaki na piętnastym kilometrze od linii kontaktu „staną się pochodniami” i będą przyciągać drony „jak muchy do jedzenia”. Zaznaczył, że dopiero od piętnastego kilometra w głąb można ryzykować użycie kołowych transporterów, ale i to pozostaje „imprezą wysokiego ryzyka”.

Duda podał również, że pojedynczy atak dronami FPV na jednego żołnierza może angażować nawet osiem takich maszyn, a w przypadku grupy ludzi, robota naziemnego czy pojazdu opancerzonego liczba ta może się podwoić. Opisał przypadek jednego ze swoich medyków, który miesiąc wcześniej został ranny dronem-pułapką w miejscu, gdzie sam Duda przebywał miesiąc wcześniej. Rannego udało się dowieźć do punktu stabilizacyjnego w strefie śmierci, około siedmiu kilometrów od przeciwnika, dzięki przypadkowo przejeżdżającemu pojazdowi, jednak dalsza ewakuacja w głąb strefy była możliwa dopiero po czterech dniach. Duda podkreślił, że gdyby obrażenia były cięższe albo do zdarzenia doszło bliżej linii kontaktu, ranny prawdopodobnie by nie przeżył — przeżywalność ciężko rannych pacjentów wynosi obecnie około 10 procent i systematycznie maleje.

Świadomość sytuacyjna: przepaść technologiczna

Duda zwrócił uwagę na ogromną różnicę w świadomości sytuacyjnej między żołnierzami. W Polsce o nadlatujących rakietach dowiadujemy się z alertów RCB lub syren, zwykle dopiero w momencie uderzenia. Na Ukrainie każdy żołnierz ma dostęp do aplikacji pokazującej w czasie rzeczywistym zagrożenia w jego obszarze działania — od małych dronów FPV po bomby lotnicze typu KAB — wraz z prawdopodobnym kierunkiem i czasem uderzenia większych rakiet. Taki poziom świadomości sytuacyjnej w polskiej armii, jak ocenił Duda, zaczyna się dopiero na szczeblu batalionów.

Podziemne punkty stabilizacyjne zamiast namiotów polowych

Duda ostro skrytykował polskie procedury zakładające rozstawianie punktów medycznych pierwszego poziomu w namiotach około czterech kilometrów od przeciwnika, nazywając to rozwiązanie „wyrokiem śmierci dla medyków” i oderwaniem od realiów współczesnego konfliktu. Zwrócił uwagę, że w warunkach, gdy czas między wykryciem celu a uderzeniem drona wynosi do siedmiu minut na dystansie kilkunastu kilometrów, a w bezpośredniej strefie śmierci liczony jest w sekundach, sam pomysł rozkładania dużego namiotu na piętnastym kilometrze jest fizycznie niewykonalny — pojazd przewożący taki namiot „wyparowałby” zanim zdążyłby się rozłożyć. Przywołał przykład, w którym był świadkiem wykrycia, potwierdzenia tożsamości i zniszczenia dwóch żołnierzy rosyjskich przez ukraińskie drony rozpoznawcze i FPV w ciągu siedmiu minut, między piątym a dziesiątym kilometrem od linii kontaktu.

Wyjaśnił, że na Ukrainie punkty stabilizacyjne budowane są pod ziemią, często w formie w pełni wyposażonych podziemnych szpitali wykopanych w ziemiankach — w najbardziej rozbudowanych przypadkach to kompleksy 16 połączonych szerokimi korytarzami pomieszczeń, z czterema salami operacyjnymi, całkowicie autonomicznych, umożliwiających nawet wykonanie zdjęcia rentgenowskiego pod ziemią. W skromniejszych wariantach organizowane są w piwnicach, ale funkcjonalnie zbliżają się do szpitalnego oddziału ratunkowego, łącznie z możliwością przeprowadzania interwencji chirurgicznych. Ukraina celowo przybliża personel medyczny w głąb strefy śmierci, bo im bliżej rannego znajduje się punkt stabilizacyjny, tym większa jego szansa na przeżycie — jednocześnie takie punkty pozostają narażone na wykrycie i zbombardowanie, co może zamienić je w grób dla samych medyków. Jeden z medyków Dudy, pracujący w takim punkcie, przyznał mu, że przynajmniej trzy lub cztery razy zastanawiał się, czy stamtąd wyjdzie żywy. Personel medyczny, wjeżdżając do takiego punktu, zostaje tam zazwyczaj minimum dwa lub trzy miesiące, bez dostępu do światła słonecznego, ponieważ sam dojazd i wyjazd jest bardziej niebezpieczny niż pozostanie na miejscu.

Na pytanie prowadzącego, skąd pewność, że podobna „strefa śmierci” pojawiłaby się w razie wojny w Polsce, skoro np. polskie F-16 mogłyby uderzyć w głąb Rosji, Duda odpowiedział, że trzeba mieć nadzieję na najlepsze, ale przygotowywać się na najgorsze, i że traktowanie Rosji jako słabego, biednego przeciwnika bez realnych zdolności technologicznych jest poważnym błędem — nawet jeśli Rosjanie masowo używają tanich dronów FPV, wynika to z kalkulacji, a nie z braku zasobów, bo jednocześnie dysponują też drogimi platformami i coraz częściej bombami lotniczymi zrzucanymi na cel, aż ten „wyparuje z powierzchni ziemi”.

Rosyjskie poradniki szkoleniowe i pytanie o polski wywiad

Duda zwrócił uwagę, że Rosja regularnie publikuje dla swoich żołnierzy poradniki oparte na bieżących doświadczeniach z frontu, dotyczące m.in. zwalczania sprzętu natowskiego. Zapytał retorycznie, czy w polskiej lub zachodnich armiach istnieją analogiczne opracowania dotyczące zwalczania nowoczesnej rosyjskiej technologii pojawiającej się na polu walki. Na sugestię prowadzącego, że powinien się tym zajmować wywiad, Duda odpowiedział, że nawet jeśli wywiad działa, informacje pozostają zamknięte w odizolowanych „silosach udzielnych księstw” i rzadko trafiają dalej. Ocenił, że gdyby wywiad i służby rzeczywiście skrupulatnie przekazywały takie dane, nie byłoby tak dużego głodu wiedzy wśród polskich ochotników walczących w Ukrainie.

Drony: krytyka podejścia „poczekamy, aż będzie nowocześniej”

Odnosząc się do pytania o ewentualny model subskrypcyjny produkcji dronów zamiast masowego składowania ich w magazynach, Duda zastrzegł, że nie jest ekspertem technologicznym w tej dziedzinie, ale ocenił jako nonsens podejście zakładające wstrzymywanie się z pozyskiwaniem technologii dronowej w oczekiwaniu na bardziej zaawansowane rozwiązania. Jego zdaniem badanie i pozyskiwanie tej technologii, choćby na niewielką skalę, powinno odbywać się już teraz, by wiedzieć, skąd biorą się nowe zagrożenia i jak działają. Docenił oddolne inicjatywy niektórych polskich jednostek — wymienił Pierwszą Warszawską Brygadę Pancerną z ośrodkiem szkolenia dronowego WESPA oraz Dziewiątą Łódzką Brygadę Obrony Terytorialnej jako jednostki intensywnie rozwijające kompetencje w zakresie dronów FPV — zaznaczając, że mimo tych inicjatyw Polska wciąż pozostaje kilka kroków w tyle wobec tego, co dzieje się na ukraińskim froncie, gdzie Rosjanie już zaczynają wdrażać drony o napędzie odrzutowym.

Krytyka koncepcji inteligentnych opasek dla żołnierzy

Prowadzący przywołał tekst Wojskowego Instytutu Medycznego z maja opisujący wdrażane w NATO urządzenie typu Digital Triage Assistant — noszony na nadgarstku żołnierza gadżet monitorujący jego stan zdrowia i wskazujący medykowi priorytety ewakuacji w razie zranienia. Duda ocenił ten koncept jako typowy dla mentalności „konfliktu ekspedycyjnego”, oderwanej od realiów wojny pełnoskalowej. Wyjaśnił, że medyk bojowy często nie jest w stanie dotrzeć do rannego przez kilkanaście godzin, a nawet kilka dni, bo nie towarzyszy każdemu żołnierzowi z osobna, więc żadnego „odczytywania danych z zegarka” po prostu nie będzie miał okazji wykonać — nie mówiąc o zagłuszaniu łączności przez rozwiniętą rosyjską walkę radioelektroniczną. Podkreślił, że trzy dni oczekiwania na ewakuację to dziś swoisty „ekspres”, odpowiednik dawnej „złotej godziny”, podczas gdy powszechne są przypadki oczekiwania od dwóch do sześciu tygodni. Opisał widziane na punktach stabilizacyjnych kończyny objęte gangreną i larwami much, będące skutkiem zbyt długo utrzymywanych opasek uciskowych, i skontrastował to z ideą technologicznego triażu w czasie rzeczywistym, oceniając ją jako w realiach pełnoskalowego konfliktu praktycznie niemożliwą do zastosowania.

Blokowanie zakupów opasek uciskowych

Duda przywołał konkretny przykład: wojskowa podkomisja do spraw sprzętu medycznego blokuje zakup więcej niż jednej opaski uciskowej na żołnierza, mimo że jest to podstawowy środek tamowania krwotoków, niezbędny na każdą z czterech kończyn, a ukraińscy żołnierze noszą standardowo od czterech do ośmiu takich opasek — także dlatego, że kolega może stracić swoje, lub mogą być potrzebne do wielokrotnej konwersji założenia. Ocenił, że tego rodzaju ograniczenia wynikają z założenia, iż w czasie pokoju nie ma potrzeby zwiększania zapasów, a odpowiednie zakupy nastąpią dopiero po wybuchu wojny. Zaznaczył przy tym gorzko, że Ukraina już to przerabiała — gdy wybuchł konflikt pełnoskalowy, brakowało tam opasek uciskowych, a improwizowane chińskie zamienniki czy prowizoryczne rozwiązania „metodą chałupniczą” kosztowały żołnierzy życie, bo nie spełniały wymaganych parametrów. Ironicznie skomentował też, że medycyna pola walki jest „mniej seksowna” niż inne wydatki zbrojeniowe, bo — jak to ujął — „opaski uciskowe nie przedefilują Wisłostradą”.

Brak ćwiczeń z pełnego łańcucha ewakuacji

Duda przyznał, że poza jednym ćwiczeniem na Akademii Wojsk Lądowych w poprzednim roku, nie spotkał się w polskich wojskach operacyjnych z kompleksowym ćwiczeniem całego łańcucha ewakuacji rannego od okopu przez kolejne poziomy zabezpieczenia medycznego. Zaznaczył, że taki długi proces ćwiczą już polskie wojska specjalne, budując wysunięte zespoły reagowania medycznego — swoisty odpowiednik ukraińskich punktów stabilizacyjnych — jednak w wojskach operacyjnych, w doktrynie, wciąż funkcjonują punkty pierwszego poziomu określane w praktyce jako punkty opatrunkowe, pozbawione pełnych zdolności potrzebnych do stabilizacji życia pacjenta.

Blokowanie szkoleń przez SKW

Duda opisał mechanizm, w którym mimo formalnej zgody na prowadzenie szkoleń ze strony Ministerstwa Obrony Narodowej — w tym wiceministra Cezarego Tomczyka oraz wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza — fundacja wciąż czeka na oficjalne porozumienie o współpracy z resortem. Wyjaśnił, że dowódcy poszczególnych jednostek, chcąc mieć podstawę prawną „czystą w dokumentach”, występują o rekomendację do Służby Kontrwywiadu Wojskowego, która regularnie albo odmawia jej udzielenia, albo w ogóle nie odpowiada na takie zapytania — co dowódcy odczytują jako sygnał ostrzegawczy i w efekcie wstrzymują współpracę. Porównał to do podejścia „ograniczania liczby wypadków drogowych przez zamknięcie drogi”: dla służb liczy się wyłącznie statystyka, nie realny efekt.

Mimo to, jak zaznaczył, część jednostek decyduje się na szkolenia bez formalnej rekomendacji, biorąc odpowiedzialność na siebie — wymienił jednostki policji, wojsk specjalnych oraz pododdziały kontrterrorystyczne, a także Wojskową Akademię Medyczną, gdzie prowadził ostatnio szkolenia dla podchorążych i Legionu Medycznego. Zaznaczył jednak, że równolegle nie może prowadzić szkoleń w innych jednostkach operacyjnych, mimo pozytywnego sygnału płynącego z samego ministerstwa.

Na pytanie, czy jest podejrzewany o szpiegostwo, Duda odpowiedział, że gdyby tak było, już postawiono by mu zarzuty, a z pewnością nie rozmawiałby z nim nikt z kierownictwa Akademii Sztuki Wojennej ani nie stałby wkrótce, jako twarz polskiej pomocy zagranicznej, przed bramą polskiej ambasady w Kijowie w roli ambasadora tej pomocy. Ocenił sytuację jako absurdalną: ukraińscy żołnierze przyjeżdżają na polskie jednostki, szkolą się i są traktowani jako sojusznicy, podczas gdy polscy ochotnicy wracający z frontu na Ukrainie traktowani są z podejrzliwością.

Zapytany, dlaczego służby zachowują się w ten sposób, Duda przywołał usłyszaną kiedyś od wyższego dowódcy sugestię, że „trzeba mieć gdzieś silnego wroga” — jego zdaniem uderza on jednocześnie w wiedzę i sposób funkcjonowania wyższych kadr dowódczych, mocno odstających od współczesnych realiów pola walki, a także w konkretne interesy zbrojeniowe i decyzje zakupowe, które od dawna nie powinny mieć miejsca — jako przykład podał wydane miliony złotych na namioty medyczne montowane na ciężarówkach Jelcz. Nie wykluczył też, że w grę mogą wchodzić działania strony trzeciej, w tym możliwe dezinformujące donosy ze strony Federacji Rosyjskiej, mające przedstawiać go i jego wolontariuszy jako element potencjalnie szkodliwy dla armii — co uznał za nielogiczne, skoro to on przynosi wiedzę do wojska, a nie odwrotnie. Zaznaczył również, że mimo braku jakichkolwiek postępowań wobec niego czy fundacji, dochodzi do działań mających go „podskubać” i sprawdzić, czy uda się coś znaleźć lub go zdyskredytować. Podkreślił, że jest zwolennikiem pełnej ochrony kontrwywiadowczej, jeśli miałaby prowadzić do świadomego dopuszczenia jego zespołu do systemowej współpracy z wojskiem.

Ocena sytuacji na froncie i widmo ofensywy na Kijów

Odnosząc się do wypowiedzi byłego ministra obrony Ukrainy Mychajła Fedorowa, że Ukraina powoli przegrywa wojnę, Duda ocenił, że kluczowe jest zdefiniowanie, co uznaje się za zwycięstwo, a co za porażkę — w przypadku Ukrainy nie jest to jednoznaczne. Przyznał, że reforma dowodzenia i wprowadzenie korpusów, w ramach których silniejsze brygady wspierają słabsze, pozwoliły częściowo ustabilizować linię frontu. Zaznaczył jednak, że rosyjski „walec” wciąż powoli przesuwa się do przodu, a infrastruktura zaplecza Donbasu ulega stopniowemu zniszczeniu — miasta Kramatorsk i Słowiańsk, ostatnie duże ośrodki miejskie pozostające po stronie ukraińskiej w tym regionie, z każdym dniem zamieniają się w gruzy wskutek intensywności rosyjskiego ostrzału. Ocenił, że Ukraina utraciła realne karty przetargowe w ewentualnych negocjacjach, bo Rosja może po prostu przejąć pozostałą część Donbasu, a następnie zdecydować, czy zrobić pauzę operacyjną w zależności od własnych możliwości — w tym zapowiadanej mobilizacji, która przy poprzedniej turze przyniosła Rosji postępy pod Bachmutem i na innych odcinkach frontu. Zaznaczył, że nawet gdy armia ukraińska odzyskuje jakiś teren, są to metry, nie kilometry — poważnych zdolności ofensywnych obecnie nie posiada.

Duda potwierdził, że wśród ukraińskich żołnierzy istnieje realna obawa przed kolejną ofensywą na Kijów, a jednostki oraz infrastruktura obronna są już do takiego scenariusza przygotowywane. Zaznaczył, że obecnie naturalną przeszkodą pozostają cieki wodne, bagna i lasy, kanalizujące ruch wojsk rosyjskich głównymi drogami — ale wraz z nadejściem zimy i zamarznięciem terenu ten kierunek może stać się bardzo prawdopodobnym celem kolejnego uderzenia.

Zapytany o niedawną wizytę szefa CIA w Moskwie, Duda odpowiedział, że tematy wielkiej polityki w okopach mają marginalne znaczenie — dla żołnierza na froncie o wiele istotniejsze jest to, czy miasta takie jak Słowiańsk, Izium czy Kramatorsk wciąż się utrzymują, bo od tego zależy, czy po powrocie z linii frontu będzie mógł wziąć prysznic i zjeść ciepły posiłek po miesiącach głodowania na suchych racjach żywnościowych, a nie to, co dzieje się w Moskwie, Warszawie czy Waszyngtonie.

Ośrodek szkoleniowy fundacji

Na zakończenie rozmowy Duda przedstawił plany budowy własnego ośrodka szkoleniowego fundacji, który ma służyć zarówno przygotowaniu jej kadr do pracy w Ukrainie, jak i przekazywaniu doświadczenia polskim służbom mundurowym i ratowniczym — nie tylko wojsku, ale też straży pożarnej, policji czy służbie więziennej, które w jego ocenie powinny w obliczu ewentualnego konfliktu zbrojnego mieć świadomość zasad współczesnej medycyny pola walki. Duda zaznaczył, że fundacja liczy również na docelowe uzyskanie statusu podmiotu ochrony ludności i obrony cywilnej, na co — jak przyznał — nie ma jeszcze odpowiednich procedur ze strony Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Fundacja złożyła propozycje szkoleń dla ludności cywilnej zarówno do MSWiA, jak i do wojewody mazowieckiego, jednak poza wstępnym entuzjazmem na razie niewiele się wydarzyło; prowadzone są za to regularne szkolenia dla organizacji pozarządowych działających na rzecz społeczeństwa. Duda podkreślił, że cała działalność fundacji, w tym budowa ośrodka, finansowana jest wyłącznie ze zbiórek (m.in. za pośrednictwem serwisu Pomagam) oraz z wpłat 1,5 procent podatku od osób prywatnych, i zaapelował o wsparcie nawet do osób sceptycznie nastawionych wobec Ukrainy, jeśli tylko zależy im na silnej, świadomej współczesnych realiów armii polskiej.


Rozmowę przeprowadził Paweł Pawłowski. Materiał ukazał się w ramach cyklu „Żeby Wiedzieć” na kanale YouTube o tej samej nazwie, liczącym 53,2 tys. subskrybentów. Opublikowany 2 września 2026 roku.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *