Artur Bartkiewicz, szef wydawców strony głównej rp.pl, był gościem Marzeny Tabor-Olszewskiej w podcaście „Rzecz w tym”, gdzie analizował, dlaczego Władimir Putin mimo rosnących strat i wewnętrznego niezadowolenia nie zamierza wycofać się z wojny, lecz raczej stawia na strategię wyniszczenia Ukrainy poprzez zimę, brak zasobów i presję na Zachód.
„Ślepa uliczka” Putina i logika rosyjskiego reżimu
Punktem wyjścia rozmowy była teza tygodnika „The Economist”, według której klucz do zrozumienia decyzji Putina nie leży w geopolityce, lecz w przestępczej logice jego własnego reżimu — takiego, który toleruje przemoc, ale nigdy nie wybacza słabości. Bartkiewicz zgodził się z tą diagnozą, zastrzegając jednocześnie, że nie należy ulegać złudzeniu, iż Rosja jest bliska załamania — przez całą wojnę wielokrotnie pojawiały się zapowiedzi rychłej klęski gospodarczej czy militarnej Rosji, które się nie sprawdziły.
Bartkiewicz przypomniał, że pierwotny plan Putina zakładał błyskawiczne zwycięstwo — upadek Ukrainy w ciągu kilku miesięcy, przejęcie Donbasu i zmianę władzy w Kijowie. Gdy ten plan się nie powiódł, Rosja przeszła do planu B, opartego na przewadze zasobów ludzkich: 140 milionów obywateli Rosji wobec nieco ponad 40 milionów Ukraińców, z których wielu wyjechało z kraju. Porównał tę logikę do rozumowania niektórych niemieckich sztabowców w czasie I wojny światowej, którzy, mimo nieudanego blitzkriegu, liczyli na wygraną dzięki większej liczbie żołnierzy w wojnie na wyniszczenie jeden do jednego.
Kryzys mobilizacyjny Ukrainy kontra rosyjska baza rekrutacyjna
Bartkiewicz ocenił, że Ukraina ma już dziś poważne problemy mobilizacyjne, przywołując teksty publikowane w „Rzeczpospolitej” (m.in. Rusłana Szoszyna) opisujące łapanki poborowych. Wielu młodych Ukraińców wyjechało z kraju, by uniknąć poboru, a żołnierze walczący od początku wojny często nie mogą być rotowani, bo nie ma kim ich zastąpić. To, jego zdaniem, jeden z głównych powodów, dla których trudno spodziewać się dużej ukraińskiej kontrofensywy — do jej przeprowadzenia potrzebne byłyby albo znacznie bardziej zaawansowane technologicznie zdolności dronowe (w tym drony lądowe na dużą skalę), albo rezerwy ludzkie zdolne do przełamania pozycji rosyjskich, a tych Ukraina po prostu nie ma.
Rosja natomiast wciąż dysponuje bazą mobilizacyjną, choć Putin — jak zauważył Bartkiewicz — obawia się kolejnej fali poboru ze względu na narastający opór społeczny. Straty rosyjskie szacowane są na kilkaset tysięcy zabitych i ciężko rannych (Ukraina podaje liczby przekraczające dwa miliony, co Bartkiewicz ocenił jako mocno zawyżone), co musi być odczuwalne społecznie, zwłaszcza poza Moskwą i Petersburgiem. Bartkiewicz zwrócił uwagę na jeszcze jeden, bardziej namacalny sygnał zmęczenia wojną w Rosji — zaczyna tam brakować paliwa, co jest odczuwalne w codziennym życiu zwykłych obywateli. Mimo to pojawiają się sygnały, że Putin rozważa kolejną, prawdopodobnie częściową mobilizację, podobną do tej ogłoszonej w drugiej połowie 2022 roku, obejmującej wówczas około pół miliona osób — co, zdaniem Bartkiewicza, stanowiłoby poważny problem dla Ukrainy.
Brak pocisków przeciwlotniczych i widmo trudnej zimy
Drugim frontem „wojny na zasoby” jest, zdaniem Bartkiewicza, kwestia obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej — Ukrainie wyraźnie brakuje pocisków do systemów takich jak Patriot czy SAMP/T, częściowo dlatego, że znaczna ich część została zużyta w związku z wojną USA z Iranem przez Amerykanów i ich bliskowschodnich sojuszników. Rosja natomiast, jak ocenił, wciąż jest w stanie prowadzić regularne ataki rakietowe i dronowe bez drenowania własnych magazynów. Zachód próbuje zwiększyć produkcję pocisków do Patriotów, ale może to zająć od dwóch do czterech lat — czasu, którego Ukraina może nie mieć, zwłaszcza że nadchodzi kolejna wojenna zima, w trakcie której Rosja najprawdopodobniej ponownie uderzy przede wszystkim w ukraińskie elektrownie i elektrociepłownie.
Bartkiewicz ocenił to jako najgroźniejszy scenariusz, o którym pośrednio mówią zachodni przywódcy, w tym premier Donald Tusk: jeśli cywile zaczną masowo ginąć nie od rosyjskich ataków, lecz od mrozu, władze w Kijowie mogą zostać zmuszone do ustępstw wobec Rosji, by zapobiec fizycznej katastrofie humanitarnej. Na to właśnie liczy Putin, który — jak podkreślił Bartkiewicz — musi wyjść z wojny, mówiąc Rosjanom, że osiągnął swój cel, czyli przejęcie Donbasu i osłabienie Ukrainy, w tym wymuszenie na niej rezygnacji z członkostwa w NATO oraz ograniczenie więzi ze strukturami europejskimi.
Paradoks unijnych ambicji Ukrainy
Bartkiewicz zwrócił uwagę na pozornie zaskakującą akceptację Rosji dla ewentualnego członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej, sugerując, że może to być element strategii mającej wywołać wewnętrzne spory w samej Unii — perspektywa akcesji Ukrainy budzi bowiem w krajach zachodnich więcej kontrowersji gospodarczych (dopłaty rolne, dostosowanie prawa, korupcja) niż perspektywa jej członkostwa w NATO. Cel Putina, jak to ujął Bartkiewicz, mógłby więc sprowadzać się do doprowadzenia do sytuacji, w której Ukraina ostatecznie nie znajdzie się ani w Unii Europejskiej, ani w NATO, straci Donbas i pozostanie trwale narażona na kolejne rosyjskie uderzenia.
„Powieszą mnie” — dlaczego Putin nie może się wycofać
Odnosząc się do przywołanych przez prowadzącą słów Putina, który miał powiedzieć bliskim współpracownikom, że w razie porażki zostanie powieszony, Bartkiewicz wyjaśnił, że legitymacją władzy Putina jest siła. Przypomniał, że Rosja od czasów carskich, poprzez Związek Radziecki, po dziś traktuje nieustanne poszerzanie granic jako swój sens istnienia (przywołując w tym kontekście historyka Simona Sebaga Montefiore), a lata 90. i „rozlazła” Rosja Borysa Jelcyna były w tej narracji traumą. Putin, jego zdaniem, przywrócił Rosji zdolność do ekspansji, stłumił ruchy odśrodkowe (m.in. w Czeczenii), wygrał wojnę z Gruzją i tym samym zbudował swoją legitymację w oczach rosyjskiej elity, która musi widzieć, że konfrontacja z Zachodem „do czegoś prowadzi”.
Bartkiewicz ocenił, że gdyby Putin dziś wycofał się z wojny bez możliwości ogłoszenia zwycięstwa, oznaczałoby to dla niego polityczny remis ze wskazaniem na Ukrainę, co mogłoby otworzyć w rosyjskiej elicie przestrzeń do obarczenia go odpowiedzialnością za porażkę — podobnie jak walki o władzę po śmierci Stalina, gdy zamordowano Ławrientija Berię. Zastrzegł jednak, powołując się na teksty publicysty „Plus Minus” (w transkrypcie nazwisko zniekształcone jako „Uniewski”), że niekoniecznie oznaczałoby to zmianę na lepsze — w rosyjskiej elicie brakuje dziś silnego, liberalnego zaplecza, więc miejsce Putina najprawdopodobniej zająłby kolejny polityk o podobnym, konfrontacyjnym nastawieniu wobec Zachodu.
Czy Rosja przeniesie stolicę za Ural?
Tabor-Olszewska zapytała o powracające doniesienia (przywołany artykuł Rusłana Szoszyna w rp.pl) o możliwym przeniesieniu instytucji rządowych z Moskwy na Ural w związku z rosnącą liczbą ukraińskich ataków dronowych — w samym 2026 roku doszło już do ponad 200 zakłóceń pracy lotnisk w obwodzie moskiewskim, regularnie strącane są drony nad samą Moskwą, a jedno z centrów logistycznych pod stolicą zostało poważnie uszkodzone. Bartkiewicz ocenił, że Moskwa znajduje się już w zasięgu ukraińskich dronów, a Rosjanie obawiają się, że wkrótce znajdzie się też w zasięgu rozwijanych przez Ukrainę pocisków balistycznych, w tym rakiety Flamingo (w transkrypcie: „Flaming”), określanej jako ukraiński odpowiednik Tomahawka.
Mimo to Bartkiewicz ocenił przeniesienie stolicy za mało prawdopodobne w obecnej fazie wojny — byłoby to postrzegane jako przyznanie się do porażki, tym bardziej że nawet w czasie II wojny światowej, gdy Niemcy stały pod Moskwą, ZSRR przeniósł za Ural fabryki, ale nie samą stolicę. Zauważył jednak, że taki krok mógłby stać się w przyszłości symbolicznym sygnałem przesunięcia się Rosji w stronę tożsamości euroazjatyckiej, bliższej Pekinowi niż Europie — zwłaszcza w kontekście rosnącego znaczenia sojuszu chińsko-rosyjskiego oraz rosyjskiej narracji dyplomatycznej, w której Zachód przedstawiany jest jako pogrążony w stagnacji, a Rosja szuka partnerów wśród Chin, Indii i krajów globalnego Południa.
Zagrożenie dla NATO: działania hybrydowe, nie inwazja
Odnosząc się do sobotniej wypowiedzi premiera Donalda Tuska o konieczności przygotowania Polski i NATO na różne scenariusze ze strony Rosji, Bartkiewicz ocenił, że nadchodząca jesień i zima mogą być kluczowe dla dalszego przebiegu konfliktu — nie ze względu na ryzyko przełamania linii frontu, ale ze względu na rosyjską strategię „zamęczenia” Ukrainy: zmrożenia jej, pozbawienia zasobów i zmuszenia do kapitulacji, przy jednoczesnym budowaniu presji na zachodnie społeczeństwa, by skłonić je do zaakceptowania ustępstw wobec Rosji przy ewentualnych przyszłych rozmowach pokojowych — np. wobec pomysłów utworzenia z Donbasu strefy eksterytorialnej czy organizacji plebiscytu.
W tym kontekście Bartkiewicz wymienił niedawne wydarzenia, które mogą być elementem takiej presji: pożar w Skarżysku-Kamiennej, prawdopodobnie w zakładach WB Elektronik (producenta dronów dostarczanych Ukrainie od 2015 roku), a także naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjską rakietę manewrującą Ch-101 pod koniec lipca. Za szczególnie wrażliwy punkt sojuszu wskazał państwa bałtyckie — z uwagi na niewielkie stacjonujące tam siły oraz wąskie korytarze lądowe łączące je z resztą Europy. Zaznaczył przy tym, że spośród państw bałtyckich to właśnie Łotwa, ze względu na dużą mniejszość rosyjską zamieszkującą ten kraj, byłaby terenem najbardziej sprzyjającym tego typu działaniom hybrydowym — takim jak nagłe pojawienie się nieoznakowanych, tzw. „zielonych ludzików”. Bartkiewicz opisał dokładny mechanizm potencjalnego efektu takiego scenariusza: dla zachodnich społeczeństw byłby to sygnał, że Rosja jest gotowa na wszystko, co mogłoby przynieść skutek odwrotny do zamierzonego z punktu widzenia jedności Zachodu — część opinii publicznej mogłaby zacząć postrzegać Rosjan jako „szaleńców”, z którymi lepiej pójść na ustępstwa, niż ryzykować eskalację aż do, jak to ujął Bartkiewicz, „końca świata”.
Jednocześnie Bartkiewicz ocenił, że scenariusz dużej, konwencjonalnej konfrontacji militarnej z NATO w krótkiej perspektywie jest mało prawdopodobny — nie dlatego, że Rosja nie miałaby do niej zdolności, ale dlatego, że przygotowania do takiej ofensywy, wymagającej zgromadzenia co najmniej 150–200 tysięcy żołnierzy, byłyby dziś niemożliwe do ukrycia dzięki rozpoznaniu satelitarnemu. Jako argument przywołał konkretny precedens sprzed pełnoskalowej inwazji na Ukrainę: już od października i listopada 2021 roku Rosja gromadziła nie tylko wojska, ale też szpitale polowe oraz zapasy krwi do transfuzji — a więc dokładnie ten rodzaj przygotowań, którego dziś, przy obecnych możliwościach obserwacji satelitarnej, po prostu nie da się ukryć, w przeciwieństwie do sytuacji sprzed wybuchu II wojny światowej, gdy takich narzędzi rozpoznania jeszcze nie było.
Zaznaczył jednak, że w perspektywie 5–10 lat sytuacja może wyglądać inaczej, ponieważ Rosja przestawiła całą gospodarkę na tory wojenne i najprawdopodobniej nie zamierza z tej ścieżki zejść nawet po zakończeniu wojny na Ukrainie — w przeciwieństwie do zachodnich społeczeństw demokratycznych, które, jego zdaniem, mają dużo mniejszą tolerancję na przedłużające się wydatki zbrojeniowe.
Bartkiewicz przywołał też wypowiedź prezydenta Finlandii Aleksandra Stubba dla niemieckiego dziennika „Bild”, w której Stubb ocenił, że nie wierzy, by Rosja kiedykolwiek chciała zaatakować NATO, zastrzegając jednocześnie konieczność przygotowania sojuszu na każdy scenariusz. Bartkiewicz podkreślił, że ocena Finlandii — kraju graniczącego z Rosją na odcinku ponad 1350 kilometrów — jest wiarygodna właśnie ze względu na bliską obserwację sytuacji po drugiej stronie granicy.
Rozmowa w rocznicę wybuchu II wojny światowej
Rozmowa odbyła się dokładnie w rocznicę wybuchu II wojny światowej — 1 września — co oboje rozmówcy świadomie podkreślili, zamykając spotkanie wspólną refleksją. Bartkiewicz zauważył, że II wojna światowa miała być tą, po której nie miało być już żadnych kolejnych wojen, warto jednak pamiętać, że mimo to może przyjść trzecia — i obowiązkiem dziennikarskim jest ostrzegać przed takim scenariuszem oraz robić wszystko, by nigdy do niego nie doszło.
Rozmowę przeprowadziła Marzena Tabor-Olszewska. Materiał ukazał się w ramach cyklu „Rzecz w tym” na kanale YouTube Rzeczpospolita (109 tys. subskrybentów), opublikowany 1 września 2026 roku.