Tracz w „Pokoju Przesłuchań”: „Kto wygrał? Putin, Zełenski i Nawrocki. Kto przegrał? Polska i Ukraina”

Igor Tracz, wolontariusz od ponad czterech lat organizujący konwoje humanitarne dla Ukrainy i wielokrotny mistrz świata w wyścigach psich zaprzęgów, był gościem adwokata Bartosza Grubego, założyciela Kancelarii GRUBE, w podcaście „Pokój Przesłuchań”. Rozmowa dotyczyła zmieniającego się oblicza wojny na Ukrainie, technologii dronowej i laserowej, logistyki pomocy humanitarnej, psychiki żołnierzy i wolontariuszy, a także napięć wokół afery ze zwrotem odznaczeń między prezydentami Polski i Ukrainy.

Kim jest Igor Tracz

Prowadzący poprosił gościa o krótkie przedstawienie się. Tracz określił się przede wszystkim jako miłośnik psów — od ponad 25 lat profesjonalnie zajmuje się wyścigami psich zaprzęgów, obecnie posiada 12 psów wyścigowych, ściga się w zaprzęgach śnieżnych i bezśnieżnych, trenuje zawodników i psy. Zaznaczył z autoironią, że wygrywał Mistrzostwa Świata dziesięciokrotnie, choć startował w nich znacznie więcej razy — a pamięć, jak to ujął, ma wybiórczą i pamięta głównie zwycięstwa. Dodał, że od ponad czterech lat systematycznie pomaga walczącym żołnierzom na wojnie w Ukrainie.

Konwoje humanitarne i logistyka wojny

Tracz opowiedział, że od ostatniej rozmowy w podcaście liczba zorganizowanych przez niego konwojów wzrosła z około 80-90 do 104. Podkreślił, że mimo napięć politycznych i dyplomatycznych między Polską a Ukrainą jego zespół nie rezygnuje z pomocy, bo nadrzędnym celem jest bezpieczeństwo Polski, które rośnie wraz z osłabianiem Rosji i utrzymywaniem wojny jak najdalej od polskiej granicy — a to zadanie w tej chwili realizuje za Polskę Ukraina. Zaznaczył, że mimo swojego polskiego patriotyzmu, w zespole działają też obcokrajowcy: Amerykanie, Brytyjczyk, Szwed i Niemiec.

Wyjaśnił, że konwoje nie są wielkimi dostawami — to jeden, dwa busy lub pickupy, które „łatają dziury” zaopatrzeniowe na danym odcinku frontu. Opisał mechanizm, dlaczego duże dostawy państwowe nie zawsze skutecznie docierają do pojedynczego żołnierza: gdy np. Warszawa wysyła do Kijowa dużą, wielomilionową dostawę, ląduje ona w jednym punkcie i tam jest rozdzielana przez wewnętrzne instytucje i logistykę wojskową — ale nie ma pewności, czy trafi do konkretnego żołnierza walczącego np. w małej wsi na Donbasie, któremu brakuje EcoFlow czy Starlinka. Podkreślił wprost, że nie brakuje podstawowych rzeczy jak skarpetki, t-shirty czy hełmy — leżą w magazynach — ale wojna powoduje chaos logistyczny, przez który żołnierz dostanie zaopatrzenie za miesiąc lub dwa zamiast natychmiast. Jego zespół, dzięki rozbudowanej przez cztery lata siatce kontaktów na różnych szczeblach armii ukraińskiej, jest w stanie dowieźć pomoc „już jutro” zamiast czekać na oficjalny łańcuch dostaw.

Dodatkowo wyjaśnił, że większość spośród kilkuset tysięcy żołnierzy walczących po stronie ukraińskiej została powołana już w trakcie wojny, więc nie istnieją ustalone, sprawdzone systemy logistyczne — sytuacja na wojnie cały czas się zmienia, co wymusiło rozproszenie dowodzenia na małe, oddolnie działające grupy i bataliony zamiast dużych, scentralizowanych struktur. To zapewnia przetrwanie armii jako całości i pozwala jej, jego zdaniem, nieźle sobie radzić, ale generuje lokalne problemy z zaopatrzeniem i sprzętem.

Na pytanie, co zmieniło się w rodzaju dostarczanego sprzętu od poprzedniej rozmowy (dotyczącej wówczas transportu dużego agregatu), Tracz wskazał na rosnące znaczenie sprzętu elektronicznego — wojna stała się, jak to ujął, „totalnie nowoczesna i elektroniczna”, zbliżająca się do realiów rodem ze Star Wars, z laserami wchodzącymi już do powszechnego użycia. Starlinki, EcoFlow, laptopy i tablety to dziś, jego zdaniem, sprzęt równie kluczowy dla przetrwania żołnierza jak dawniej kompas, folia NRC, zapałki i nóż w kursach survivalowych — bo dostęp do informacji i źródła zasilania zapewnia świadomość sytuacyjną na polu walki.

Strefa śmierci zamiast linii frontu

Tracz opisał, że dawne pojęcie linii frontu zastąpiło określenie „strefa śmierci”, rozciągająca się dziś na 25-30 kilometrów ze względu na zasięg współczesnej wojny elektronicznej — to obszar, w który jego zespół od roku w ogóle nie wjeżdża, uznając ryzyko za nieuzasadnione wobec charakteru pracy wolontariuszy. W tej strefie wciąż pozostają nieliczni cywile — część z sympatii do Rosji (określani potocznie jako „żduny”, czekający na rosyjski „mir”), część z braku możliwości wyjazdu lub z przyczyn patriotycznych — a żołnierze obu stron działają w małych, kilku­osobowych grupach, często bez wyraźnej ciągłej linii podziału: bardziej na zachód stacjonują Ukraińcy, tuż za nimi mogą znajdować się pojedyncze grupy rosyjskie prowadzące rozpoznanie.

Jako przykład podał sytuację sprzed dwóch miesięcy na odcinku pokrowskim, około 20 km od strefy najbardziej niebezpiecznej — teoretycznie bezpiecznym miejscu. Podczas prezentacji ataku dronami-bomberami przez ukraińskich żołnierzy jego kilkunastoosobowa grupa, ukryta w niewielkim zagajniku między polami, mimo braku szczególnego kamuflażu została po około godzinie namierzona przez rosyjskiego drona rozpoznawczego. Obrona przeciwlotnicza strąciła go na ich oczach — okazał się tanim modelem Gerbera, drogą łączącą maksymalnie dwa metry rozpiętości, służącą m.in. jako wabik wyczerpujący obronę powietrzną przed atakiem droższych, uzbrojonych dronów Shahed. Mimo zestrzelenia drona zdążył on jednak przekazać informację o lokalizacji grupy, w związku z czym natychmiast musieli opuścić miejsce, gdy w ich stronę poleciały kolejne, nieznane drony.

Rola wabików

Zapytany o funkcję dronów-wabików, Tracz wyjaśnił mechanikę rosyjskich nalotów masowych: wśród dronów typu Shahed (zwanych też Geraniami), zdolnych przenosić ładunek do 90 kg, latają też mniejsze Gerbery o podobnym echu radarowym, ale mniejszej rzeczywistej sile rażenia (do 10 kg, rzadko wykorzystywanej ze względu na koszt). Mogą pełnić funkcję translatorów sygnału w klastrze dronów albo po prostu wyczerpywać zapasy obrony przeciwlotniczej — najpierw strzela się do tanich, nieuzbrojonych wabików, potem do droższych Shahedów, a na końcu przeciwnik puszcza trudne do przechwycenia rakiety balistyczne i hipersoniczne. Przywołał wrześniowy incydent nad Polską, gdy — jak ocenił po obejrzeniu z bliska takiego drona — wystrzelono drogie rakiety Sidewinder z F-16 w kierunku prymitywnie skonstruowanej Gerbery zrobionej ze styropianu, taniego aluminium i zbiornika paliwa w postaci foliowego woreczka. Ocenił, że mimo dysproporcji kosztów była to jedyna dostępna wówczas reakcja wobec braku innych środków obrony przed tego typu zagrożeniem.

Ukraińska produkcja dronów

Tracz opisał, że ze względu na masową skalę rosyjskiego zagrożenia — nawet setki dronów nadlatujących kilka razy w tygodniu — Ukraina rozwinęła własną, dynamicznie rosnącą produkcję sprzętu, częściowo opartą już w stu procentach na elektronice krajowej (droższej niż chińska, do której dostęp utrudnia nałożone embargo, obchodzone wcześniej przez firmy-krzaki zakładane w Europie). Opowiedział o spotkaniu z byłym wiceministrem spraw wewnętrznych Ukrainy, który oprowadził go po podległych mu fabrykach zarządzanych — jak to ujął — przez „cholernie młodych ludzi” po dwudziestce, tworzących nowoczesną technologię, na którą państwo zaczęło przeznaczać zarówno pieniądze publiczne, jak i środki oligarchów. Podkreślił, że dzięki uproszczonym w warunkach wojennych procedurom nowy sprzęt trafia z fabryki na pole walki w ciągu dni lub tygodni i jest tam natychmiast testowany — co skontrastował z sytuacją w Polsce, gdzie polski żołnierz do dziś nie ma dostępu do żadnego osobistego detektora dronów, podczas gdy każdy wolontariusz zespołu Tracza wyposażony jest w urządzenia do przechwytywania sygnału radiowego i obrazu wideo z dronów.

Na pytanie o dynamikę tych zmian w czasie Tracz odpowiedział, że pierwszy rok wojny był jeszcze „wojną klasyczną”, a w drugim roku nastąpił mentalny przełom wśród ukraińskich decydentów — zrozumienie, że możliwości produkcyjne i innowacyjne trzeba oddać młodym ludziom. Ocenił, że dziś Ukraina przewyższa Rosję innowacyjnością, choć nie dorówna jej masowością — Rosja wciąż jest w stanie wysłać nawet 70 małych dronów na jeden czołg. Zwrócił uwagę na fundamentalną zmianę roli czołgów: cztery lata temu prowadziły natarcie, dziś stoją zamaskowane na drugiej linii i pełnią funkcję artylerii, chronione przez własne drony.

Opisał też drony interceptory — latające z prędkością 300-500 km/h, kosztujące około tysiąca dolarów, zdolne zniszczyć wolniejszego (ok. 200 km/h) Shaheda nawet po nieudanym pierwszym podejściu, dzięki wykorzystaniu taniej technologii do neutralizacji równie taniego zagrożenia.

Polskie radary w obronie ukraińskiego nieba

Tracz podkreślił rolę polskich radarów w ukraińskiej obronie powietrznej, oceniając ich liczbę na Ukrainie jako trzycyfrową — w przeciwieństwie do, jego zdaniem, jednocyfrowej liczby radarów tego typu w samej Polsce. Wyjaśnił, że mimo mniejszego zasięgu (ok. 20 km, wobec 100 km w przypadku radarów amerykańskich czy izraelskich) polskie radary oferują wysoką precyzję rozróżniania obiektów — ptaka, Mavica, Shaheda czy samolotu — i integrują się z pilotami dronów interceptorów, którzy dzięki temu nie muszą wizualnie przeszukiwać nieba, tylko naprowadzają się na wskazany cel „jak po sznurku”.

Laser i sztuczna inteligencja na polu walki

Tracz opisał zaawansowaną, testowaną obecnie technologię laserową, montowaną na pickupie z 300-kilogramową baterią wystarczającą na 700 jednosekundowych strzałów. Laser, pozbawiony ograniczeń balistycznych typowych dla pocisków, trafia centralnie w zbiornik paliwa drona z prędkością światła, przepalając go na wylot w ciągu sekundy, przy skutecznym zasięgu do 1200 metrów (maksymalnym do 2000 metrów). Ocenił, że technologia ta może wejść do produkcji w najbliższych miesiącach, a podobne laboratoria działają nie tylko w Ukrainie, ale i w Europie oraz na świecie.

Zapytany o wykorzystanie sztucznej inteligencji na polu walki, Tracz potwierdził rosnącą skalę tego zjawiska. Opisał zaprezentowany mu na jednym z poligonów zautomatyzowany łańcuch ataku: dron rozpoznawczy wysokiego pułapu obserwujący pole walki z pięciu kilometrów przez kilkadziesiąt godzin, robot naziemny o udźwigu 500 kg przewożący w głąb terenu przeciwnika „drona matkę”, z którego po kolejnych 10 kilometrach lotu wylatuje kilkanaście małych dronów FPV niosących niewielkie bomby szybujące, naprowadzane na cel dzięki sprzężeniu kamery drona ze źródłem światła w ogonie bomby. Wspomniał też o dronach morskich o zasięgu do 2000 km, zdolnych hibernować w wodzie bez GPS (odpornych na rosyjskie zagłuszanie z Kaliningradu) i przenosić głowice o wadze nawet tony, a także dodatkowe drony powietrzne, umożliwiające jednoczesny atak z morza i powietrza. Zaznaczył, że mimo formalnego wymogu konwencji genewskiej, by decyzję o detonacji podejmował człowiek, presja przetrwania wymusza przyspieszanie tych procedur po obu stronach konfliktu.

Nastroje na froncie: obawa przed nadmiernym optymizmem

Zapytany o nastroje wśród żołnierzy, Tracz opisał zjawisko „zarażania się” morale danej jednostki — trafienie do zdemoralizowanego zespołu obniża własną motywację, a do zdeterminowanego ją podnosi. Przyznał, że paradoksalnie niepokoi go rosnący optymizm po ukraińskiej stronie, wynikający z ostatnich sukcesów na froncie oraz ze skutecznych nalotów na rosyjskie rafinerie, składy paliw i amunicji, które ocenił jako najskuteczniejsze sankcje wymierzone w Rosję od początku wojny — skuteczniejsze, jego zdaniem, niż działania administracji Trumpa, i osiągnięte własnym kosztem, dzięki technologii wypracowanej w Ukrainie. Wyraził obawę, że nieobliczalna Rosja może w odpowiedzi na te sukcesy ogłosić sfingowane zwycięstwo propagandowe, przejąć inicjatywę poprzez eskalację wojny hybrydowej z Zachodem albo dokonać prowokacji pod fałszywą flagą, np. wobec Łotwy i tamtejszej mniejszości rosyjskiej.

Na pytanie, czy zdarzył się moment skrajnie niskiego morale wśród osób, z którymi się zetknął, Tracz odpowiedział przecząco — pojedyncze głosy zwątpienia się zdarzały, ale nie utkwiły mu w pamięci jako coś konkretnego, co przypisał częściowo temu, że jego zespół otacza się ludźmi zdeterminowanymi do współpracy.

Historia Bartka

Prowadzący poprosił o przypomnienie i aktualizację losów Bartka — polskiego ochotnika, o którym Tracz opowiadał w poprzednim odcinku, a którego historia wywołała szeroki odzew w komentarzach. Tracz przypomniał, że Bartek, żołnierz służący na Ukrainie od trzech lat, podczas patrolu w zabudowanym, mocno zrujnowanym terenie wszedł jako pierwszy z czterech kolegów na minę. Zastrzegł, że nie jest w stanie ocenić popełnionych wówczas błędów, choć rozmawiał z dowódcą jednostki na ten temat. Jeden z żołnierzy zginął na miejscu, drugi wykrwawił się w nocy tuż obok wciąż przytomnego Bartka, z którym jeszcze rozmawiał około północy.

Sam Bartek, ranny odłamkami — ze złamanymi nogami i odłamkiem, który przeszedł pod pachą i zatrzymał się w żołądku — spędził cztery dni w wannie, która chroniła go przed krążącymi nad nim dronami FPV, otrzymując codzienne zrzuty żywności, wody i antybiotyków od swojej jednostki za pomocą drona. Po czterech dniach koledzy przenieśli go do piwnicy, gdzie spędził kolejne siedem dni — łącznie 11 dni oczekiwania na ewakuację, możliwą dopiero dzięki pogorszeniu pogody (mgła, deszcz, wiatr), które utrudniło działanie rosyjskich dronów. Ewakuował go zespół, w którym uczestniczyła Polka pracująca jako wolontariuszka-medyczka po stronie ukraińskiej. Bartek trafił do szpitala, wyzdrowiał bez powikłań (antybiotyki uchroniły go przed sepsą), po dwóch miesiącach wrócił do jednostki i walczył w Zaporożu. Około dwóch tygodni przed nagraniem podcastu Tracz pomógł mu przewieźć rzeczy z powrotem do Polski — 23-letni dziś mężczyzna, który na wojnę trafił w wieku 20 lat, szuka teraz pracy po trzech latach służby. Tracz ocenił krótko, że to twardy chłopak, który sobie poradzi.

Cztery momenty realnego zagrożenia

Prowadzący zapytał wprost o sytuacje, w których Tracz poczuł bezpośrednie zagrożenie życia — temat, którego gość wcześniej niechętnie dotykał w odpowiedziach na komentarze widzów. Tracz przywołał cztery epizody.

Pierwszy miał miejsce tuż po wyzwoleniu Chersonia, na przełomie 2022 i 2023 roku: mimo jazdy opancerzonym Land Cruiserem z ukraińskim operatorem sił specjalnych, jego grupa znalazła się pod ostrzałem artyleryjskim (gradowym lub moździerzowym) prowadzonym „na ślepo” na miasto, z eksplozjami w odległości 100-200 metrów, w sytuacji gdy pozycje rosyjskie za Dnieprem dzieliło od nich 800 metrów. Opisał to jako mieszankę strachu i ekscytacji, ze skupieniem na zwiększaniu bezpieczeństwa poprzez ciągły ruch i wyłączoną łączność.

Drugi epizod dotyczył odcinka pod Wołczańskiem, na północny wschód od Charkowa, gdzie jego grupa spędziła dwie godziny w ziemiance z powodu krążącego nad nimi rosyjskiego drona obserwacyjnego SuperCam, w odległości zaledwie 800 metrów od pozycji rosyjskich, ukrytej za lasem. Podczas wyjazdu z tego miejsca detektor dwukrotnie zasygnalizował obecność pobliskiego drona FPV, co za każdym razem wymusiło natychmiastową ucieczkę samochodem w głąb lasu w celu zerwania sygnału.

Trzeci epizod rozegrał się w styczniu 2025 roku na odcinku zaporoskim, pod miejscowością Orichiw. Podczas oczekiwania na żołnierzy odbierających dostawę hełmów i kamizelek, mimo widocznego nad grupą rosyjskiego drona rozpoznawczego Orlan, uznanego za rutynowe, niegroźne zjawisko, Tracz — kierując się tym, że towarzyszący mu żołnierze nie założyli sprzętu ochronnego — sam również go nie założył. W tym momencie zapikał detektor sygnalizujący obecność drona FPV, po czym usłyszał charakterystyczny dźwięk przelotu i ciszę: dwumetrowy dron-skrzydło z ładunkiem wybuchowym spadł 20-30 metrów od grupy, nie eksplodując — prawdopodobnie z powodu utraty sygnału. Rozbrojony dron Tracz zachował jako pamiątkę. Podsumowując skalę zmian zagrożenia na przestrzeni lat, zauważył, że dziś czułby się bezpieczniej w okopie 800 metrów od wroga sprzed dwóch lat niż obecnie w odległości 10 kilometrów, ponieważ zasięg dronów wciąż rośnie.

Czwarty epizod dotyczył nocnego pobytu w 74. Brygadzie, dwa lub trzy lata wcześniej, w opuszczonej wiejskiej szkole pełniącej funkcję bazy. Dwa tygodnie po wizycie jego grupy, tuż przed atakiem rakietami balistycznymi, żołnierze zdążyli opuścić budynek, który następnie został zrównany z ziemią. Tracz przyznał, że przez chwilę obawiał się, iż to jego grupa mogła nieświadomie „wwieźć ogon” (namierzający sygnał) w to miejsce — później okazało się, że informację o lokalizacji przekazał Rosjanom przekupiony lokalny żołnierz.

„Po co mi to” i codzienność wolontariusza

Na pytanie, czy po powrocie z takich wyjazdów pojawia się myśl „po co mi to”, Tracz przyznał, że owszem, ale szybko odpowiada sobie, że to kwestia instynktu i konieczności pomocy walczącym o wolność, którzy jednocześnie zwiększają bezpieczeństwo Polski. Podkreślił bliskość geograficzną i emocjonalną tego konfliktu w porównaniu np. z pomocą humanitarną odległym regionom świata.

Opuszczone tereny i cywile, którzy zostają

Odnosząc się do materiałów wideo publikowanych przez Tracza na Instagramie, prowadzący zapytał o realia miejscowości pokazywanych jako częściowo zniszczone i opuszczone. Tracz opisał zróżnicowaną sytuację: Konstantyniwka, gdzie działają już tylko małe grupy wojskowe; Bachmut, który — jak to ujął — praktycznie nie istnieje; oraz Orichiw, gdzie wciąż tli się życie cywilne. Opowiedział o dostarczaniu pomocy mieszkańcom zimującym w piwnicach zniszczonych, czteropiętrowych bloków tuż przed ostatnią linią obrony, blisko miejscowości leżącej tuż przed Robotyne — mieszkańcy odesłali dzieci do Zaporoża, sami deklarując, że nie oddadzą swojej ziemi.

Zapytany, czy próbował zrozumieć motywacje osób pozostających w takich warunkach mimo braku możliwości obrony, Tracz wskazał na wachlarz powodów: postawy prorosyjskie (tzw. „żduny”), ale też wśród osób proukraińskich — brak funduszy, brak rodziny, do której można by uciec, psychiczne wyczerpanie połączone z przywiązaniem do własnego miejsca („jest źle, jest tragicznie, ale to jest moje”), a czasem czysty patriotyzm typu „mojej ziemi nie oddam”. Zaznaczył, że czasem sami ukraińscy żołnierze bywają poirytowani obecnością cywilów utrudniających operacje bojowe.

Trauma cywilów

Prowadzący zapytał o historie skrajnego cierpienia cywilów, przywołując znane mu relacje o dzieciach siwiejących ze stresu w piwnicach. Tracz przywołał historię kobiety (Swietłany) ewakuowanej z Chersonia w pierwszym roku wojny wraz z córką, która opowiedziała mu — jak to ujął, „z pierwszej ręki” — o zamordowaniu sąsiadki przez grupę rosyjskich żołnierzy na jej oczach i oczach córki, po czym doszło też do gwałtu na niej samej, co przekazała mu w niemal tej samej, beznamiętnej kolejności zdarzeń. Wspomniał też o autobusie około czterdzieściorga dzieci z Donbasu ewakuowanych do ośrodka rehabilitacyjno-terapeutycznego w Białymstoku, świadków zabójstwa własnych rodziców, część z nich dodatkowo skrzywdzonych seksualnie przez Rosjan, w wieku nastoletnim lub młodszym. Zaznaczył, że reakcje takich osób bywają skrajnie różne — od potrzeby natychmiastowego opowiedzenia wszystkiego, przez całkowite zamknięcie się, po niemal fizyczne „lgnięcie” do rozmówcy.

Zapytany, co czuje wewnętrznie w obliczu bezradności wobec takiego cierpienia, Tracz odpowiedział, że kluczowe jest podejście zadaniowe — koncentracja na konkretnej, możliwej do zrealizowania pomocy, bez nadmiernego analizowania sytuacji, bo to grozi załamaniem psychicznym.

Czarny humor jako mechanizm obronny

Tracz opisał szeroko rozpowszechniony wśród ukraińskich żołnierzy czarny humor jako sposób radzenia sobie z okrucieństwem wojny. Przyznał, że w pierwszym roku wojny go to przerażało — przywołał scenę z okresu tuż po wyzwoleniu Buczy i Irpienia, gdy żołnierz z Wojsk Obrony Terytorialnej żartobliwie pokazywał mu ludzkie kręgosłupy powieszone na sznurkach na drzewach (szczątki osób odpowiedzialnych za zbrodnie) oraz odkopane z ziemi żebra ludzkie, komentując to żartem o „grillowanych żeberkach”.

Opisał też wizytę w tzw. ofisie — podziemnym punkcie dowodzenia z dostępem do monitorów pokazujących obraz z dronów własnych i przechwyconych rosyjskich na żywo — gdzie 22-letnia pilotka dronów o pseudonimie Trinity, była studentka prawa, skomentowała fakt zabicia tego dnia 14 przeciwników słowami o „zajebistym dniu” i zapytała, komu zrobić kawę. Wspomniał też o nagraniu, na którym rosyjski żołnierz trafiony dronem FPV, płonąc, bez odruchu samoobronnego odpalał papierosa od własnego ciała — scenę, którą część jego kolegów z zespołu odbierała jako nie do zniesienia, mimo twardego charakteru. Opisał też sytuację, w której obserwował z drona atak swojego ukraińskiego przyjaciela na trzech rannych, ale wciąż żywych rosyjskich żołnierzy — jeńców, jak wyjaśnił, brano tylko wtedy, gdy istniał wyraźny rozkaz z góry, w przeciwnym razie ich nie oszczędzano. Ocenił, że ta wojna, podobnie jak II wojna światowa, wygeneruje z czasem własny, trwały zasób czarnego humoru.

Życie na dwóch frontach

Zapytany, czy te doświadczenia zmieniają go jako człowieka, Tracz odpowiedział, że jako obserwator, a nie bezpośredni uczestnik walk, ma z tym relatywnie łatwiej i traumatyczne obrazy do niego nie wracają. Przywołał rozmowę ze znajomym również zaangażowanym w pomoc Ukrainie, który zapytał go, co robi po powrocie z wyjazdu — Tracz przyznał, że mentalnie przygotowuje się od razu do kolejnego wyjazdu, utrzymując stały kontakt z ludźmi na miejscu, ale jednocześnie ma „drugie życie” w Polsce — treningi, psy — które daje mu odskocznię i pozwala na psychiczne odreagowanie.

Największe zaskoczenie

Na pytanie o największe zaskoczenie związane z realiami wojny, Tracz wskazał na odkrycie, że dostęp do informacji pozwala skutecznie minimalizować ryzyko nawet w bliskim sąsiedztwie zagrożenia — wcześniej sądził, że wejście w strefę działań wojennych oznacza praktycznie nieuchronną śmierć. Podkreślił, że jego zespół nie jest grupą „bohaterów” szukających bezpośredniej konfrontacji, lecz stara się konsekwentnie unikać i minimalizować zagrożenie, będąc jednocześnie bardzo blisko niego.

Turystyka wojenna i weryfikacja zespołu

Zapytany o zjawisko tzw. turystyki wojennej z początków konfliktu, Tracz przyznał, że sam zabierał na konwoje celebrytów szukających efektownych zdjęć „bohaterów pomagających Ukrainie” — ocenił z perspektywy czasu, że częściej chodziło o ego i narcyzm niż realną chęć pomocy. Zastrzegł, że jego zespół również publikuje część swojej pracy w mediach społecznościowych — nie dla rozgłosu, lecz dla transparentności wobec darczyńców, by mieli pewność, że przekazana pomoc (nawet drobna wpłata) rzeczywiście dotarła na miejsce, co wymaga też proszenia obdarowanych żołnierzy o nagranie podziękowań.

Na pytanie o dzisiejszą trudność budowania zespołu wolontariuszy, Tracz odpowiedział, że dziś zespół jest mniejszy, ale znacznie lepiej zweryfikowany. W pierwszym roku wojny chętnych było bardzo wielu i weryfikacja praktycznie nie istniała, co prowadziło do przykrych doświadczeń z „wojennymi biznesmenami”, turystami, celebrytami czy osobami niezrównoważonymi psychicznie. Opisał, że dziś każda nowa osoba, w tym potencjalni ukraińscy kontakty proszący o pomoc, musi zostać zweryfikowana przez co najmniej dwa niezależne źródła (np. zdjęcie paszportu, nazwa jednostki, potwierdzenie od zaufanych osób), inaczej zgłoszenie jest ignorowane — również ze względu na ryzyko celowej dezinformacji mającej zdyskredytować działalność zespołu.

Przywołał też incydent, gdy jeden z uczestników konwoju bez pytania sfotografował telefonem ukraińską aplikację taktyczną Kropywa (pokazującą ruchy wojsk na żywo) i natychmiast opublikował zdjęcie na Instagram Stories — materiał szybko usunięto, ale sytuacja uświadomiła Traczowi ryzyko nieświadomego „wwiezienia ogona” (namiaru elektronicznego) w newralgiczne miejsca, do których dostęp mają dzięki zaufaniu ukraińskich żołnierzy.

Medycyna pola walki

Tracz ocenił, że mimo ogromnego, praktycznego doświadczenia bojowego Ukraińców w dziedzinie medycyny pola walki — doświadczenia, którym, jego zdaniem, mogliby szkolić całą Europę — wciąż brakuje wystarczającej liczby instruktorów zdolnych przekazywać tę wiedzę dalej, zwłaszcza żołnierzom będącym w służbie dopiero trzeci czy czwarty miesiąc. Jego zespół podczas konwojów prowadzi własne szkolenia z podstaw ratownictwa taktycznego, korzystając z instruktorów w swoich szeregach, a także organizuje okresowe zajęcia dla cywilów w Polsce.

Afera ze zwrotem odznaczeń

Zapytany o kontrowersje wokół decyzji prezydenta Karola Nawrockiego o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego, Tracz — sam odznaczony dwoma ukraińskimi medalami, których nie zamierza zwracać, uznając całą sprawę za nieadekwatną do jego roli — ocenił incydent jako pozbawioną sensu rywalizację, w której zyskali wyłącznie sami politycy: „Kto wygrał? Indywidualnie. Czyli Putin, Żeleński i Nawrocki. A kto przegrał? Jako państwo? Polska i Ukraina.”

Ocenił decyzję Nawrockiego jako błąd — polska głowa państwa dysponowała, jego zdaniem, wieloma niepublicznymi kanałami wpływu na Ukrainę, a wybór publicznego gestu skarcenia Zełenskiego doprowadził jedynie do wzrostu notowań politycznych (70 proc. Polaków, jak zaznaczył, poparło tę decyzję), bez realnego wzmocnienia bezpieczeństwa Polski, a być może wręcz z ryzykiem osłabienia wymiany informacji na płaszczyźnie służb wywiadowczych i wojskowej. Podkreślił, że kluczowe pytanie nie dotyczy wzajemnych sympatii między narodami — sam deklarował, że zna Ukraińców, których lubi, i takich, których unika — lecz czystego, egoistycznego interesu bezpieczeństwa: Ukraina walcząca z Rosją odciąga zagrożenie od polskiej granicy, i to z tego wynika konieczność pomocy, a nie z empatii. Ocenił też, że odebranie orderu nie zwiększyło pamięci o zbrodni wołyńskiej w sposób, który realnie wpłynąłby pozytywnie na przyszłość relacji polsko-ukraińskich — jego zdaniem historię należy zostawić historykom, a nie wykorzystywać do bieżących rozgrywek politycznych.

Zaznaczył, że napięcia polityczne nie przekładają się na razie bezpośrednio na nastroje na samym froncie, ale ostrzegł, że przy dłuższym trwaniu takiej narracji mogłyby zacząć wpływać negatywnie, ponieważ rosyjska propaganda systematycznie dąży do skłócenia obu narodów. Opowiedział, że regularnie, praktycznie co tydzień, otrzymuje pogróżki i wyzwiska przez SMS i komunikatory, w tym niedawny telefon od anonimowego mężczyzny przedstawiającego się jako „obrońca Mentzena”, pełen wyzwisk. Podkreślił, że hejt ten uznaje za mało istotny, ale zaznaczył przy tej okazji, że jest bratankiem Adama Bienia, skazanego w tzw. Procesie Szesnastu i również odznaczonego Orderem Orła Białego (na początku lat 90.), co czyni zarzuty o jego rzekomym „antypolskości” dla niego szczególnie absurdalnymi. Przyznał, że mimo świadomości, iż powinien pozostawać obojętny na hejt anonimowych osób oceniających wojnę wyłącznie zza ekranu, trudno mu się powstrzymać od emocjonalnych reakcji, gdy ktoś bez własnego doświadczenia na miejscu poucza go o realiach konfliktu.

Plany sportowe

Na koniec Tracz opowiedział o planach startu w Mistrzostwach Świata w Bikejöringu (kolarz i pies) w listopadzie w Poznaniu, gdzie spodziewanych jest ponad tysiąc zawodników z całego świata, mistrzostwach w zaprzęgach alpejskich w Szwecji w październiku oraz mistrzostwach świata w lutym w Finlandii. Wyjaśnił, że nadchodzący sezon jesienny jest dla niego trudny przejściowo, ponieważ jego młode, obiecujące psy osiągną sportową pełnoletność (wymagane przepisami 18 miesięcy życia) dopiero w styczniu 2027 roku, więc jesienią wystartuje ze starszymi, mniej szybkimi psami bez nastawienia na wynik — realną szansę na medal wiąże dopiero z lutowymi mistrzostwami.

Jak pomóc

Tracz wskazał, że jego zespół otrzymuje większość wsparcia sprzętowego od brytyjskiego Ministerstwa Obrony, a w Polsce zbiera dodatkowo medycynę taktyczną, śpiwory, żywność dla zwierząt (fundacja wspiera też porzucone zwierzęta) oraz — od niedawna — rowerki dla dzieci z domów dziecka. Wsparcie finansowe na naprawy pojazdów czy paliwo można przekazywać przez zrzutka.pl na Fundację Igora Tracza, a kontakt jest możliwy przez Instagram i Facebook oraz WhatsApp wskazany na stronie internetowej fundacji.


Igor Tracz był gościem adwokata Bartosza Grubego, założyciela Kancelarii GRUBE, w podcaście „Pokój Przesłuchań” (37,8 tys. subskrybentów). Odcinek opublikowano 5 lipca 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *