Strefa śmierci — polski medyk z Ukrainy: „Na froncie życie ratuje ewakuacja, nie procedura medyczna”

W 13. odcinku War Gang Debriefing Damian Duda — medyk pola walki, prezes Fundacji „W międzyczasie”, kapitan rezerwy i nauczyciel akademicki — opowiada o realiach medycyny pola walki na ukraińskim froncie. To rozmowa z człowieka, który pracuje w podziemnym punkcie stabilizacyjnym kilkanaście kilometrów od linii zero.

Koniec klasycznego frontu

Nie ma klasycznej linii frontu — są punkty oporu rozmieszczone w sieci, uszczelniane minami, artylerią i dronami. Strefa śmierci sięga 30 kilometrów w głąb. W tym pasie działa artyleria, bomby lotnicze i drony — broń strzelecka praktycznie straciła na znaczeniu. Wjazd do strefy poniżej 15 kilometrów od linii to obszar ekstremalnego ryzyka. Ostatnie 2–3 kilometry żołnierz często pokonuje przez 24 godziny — pełzając lub czekając na odpowiednie warunki meteorologiczne.

72 godziny zamiast 24 — ewakuacja jako największy problem

Jeszcze rok temu najszybsze czasy ewakuacji wynosiły 24 godziny. Dziś minimum to 72 godziny — i to jest uważane za bardzo szybko. Dedykowane ewakuacje transportem sanitarnym praktycznie przestały istnieć, bo każdy pojazd wjeżdżający po rannego jest natychmiast namierzany przez drony. W ciągu 7 minut ukraińscy droniarze byli w stanie wykryć dwóch żołnierzy przeciwnika, zrzucić ładunki i dobić ich dronami FPV. Ta sama zasada działa w drugą stronę.

Duda opisuje sytuację sprzed roku: wyjechali po rannego 12 kilometrów od linii. Musiał zostawić poszkodowanego w krzakach i uciekać przed dronem. Wrócili dopiero po potwierdzeniu czystego nieba. „Jak worki ziemniaków zapakowaliśmy ich na pakę i jak najszybciej wyjechaliśmy.”

Dziś do ewakuacji używa się głównie robotów naziemnych — kołowych lub gąsienicowych, z sarkofagiem lub bez. Roboty kołowe okazały się bardziej niezawodne, bo uszkodzenie jednego koła nie unieruchamia pojazdu jak zerwana gąsienica. Dopiero gdy ranny zostaje przewieziony robotem na 15 kilometrów od linii, wyjeżdża po niego dedykowany transport.

Podziemne szpitale — 16 pomieszczeń, 4 sale operacyjne

Punkty stabilizacyjne przeniesiono z bezpiecznej strefy 30 kilometrów pod ziemię, bezpośrednio w strefę walk — około 15 kilometrów od linii. Duda opisuje obiekt, w którym pracował: 16 pomieszczeń połączonych szerokim korytarzem, 4 sale operacyjne, sale dla pacjentów z TBI, pełne zaplecze sanitarne, pełna autonomia energetyczna. Przy budowie nie ruszono ani jednego drzewa od góry. Efekt tego przesunięcia jest wymierny: śmiertelność na punkcie stabilizacyjnym spadła z 40 procent do kilku procent.

Drony — od obserwacji do logistyki

Ewolucja dronów przebiegała etapami: zrzuty z dronów obserwacyjnych, FPV uderzające bezpośrednio w cel, drony na światłowodzie niemożliwe do zagłuszenia. Teraz Rosjanie ograniczyli drony światłowodowe, bo koszt światłowodu wzrósł na skutek globalnego zapotrzebowania — wracają do dronów radiowych, łatwiejszych do wykrycia i neutralizacji. Wyścig trwa: jedna strona wymyśla miecz, druga tarczę.

Duże drony typu Wampir czy Baba Jaga służą już nie tylko do zrzucania amunicji, lecz także do logistyki medycznej — zrzucają całe worki z zaopatrzeniem, lekarstwami, prowiantem. To jedyny sposób, żeby dostarczyć cokolwiek na punkty oporu bez narażania załogi pojazdu.

Wirtualna karta TC3 i system Delta

Brygada, z którą pracuje Duda, używa aplikacji będącej wirtualną kartą TC3. Bojowy medyk na linii frontu wystawia kartę w czasie rzeczywistym — przez internet satelitarny — i informacja jedzie z rannym przez cały łańcuch ewakuacji. Każdy kolejny punkt nadpisuje swoje czynności. Karta służy też jako dokumentacja do wystawienia meldunku zgonu i informowania rodziny. System Delta buduje świadomość sytuacyjną i daje sygnał „go” lub „no go” na podstawie danych o czystości nieba

Cztery opaski uciskowe — absolutne minimum

Cztery opaski uciskowe to niezbędne minimum dla żołnierza idącego na pozycję. Powody: brak pewności co do skuteczności jednej opaski przy masywnym krwotoku, konieczność użycia drugiej przy aproksymacji, wielokrotne amputacje — podwójne, potrójne, poczwórne — i konieczność pomocy rannemu koledze, który może swoje zgubić lub uszkodzić. Niektórzy żołnierze zabierają ich siedem. W Polsce, w ramach operacji Szpej, wciąż trwają dyskusje o tym, czy żołnierz powinien mieć więcej niż jedną.

Chińskie apteczki i efekt placebo

Biedniejsze jednostki bazują na tym, co dostarczą wolontariusze — często są to chińskie zamienniki. Problem nie polega tylko na jakości, lecz na braku powtarzalności produkcji: każda partia może być inna. Duda porównał to do efektu placebo — żołnierz myśli, że ma coś, co go uratuje, i nie szuka sprawdzonych rozwiązań. Medyk bojowy pełni rolę „firewalla” — powinien sprawdzać apteczki żołnierzy i eliminować nierekomendowany sprzęt. On sam pracował kiedyś na apteczkach zdjętych z rannych i trupów — wybierał na szybko to, co wyglądało na sprawne.

Rosyjska apteczka — bandaż z 1966 roku

Duda pokazuje rosyjski IPMED pozyskany podczas działań rozpoznawczych. Pozytywne zaskoczenie: lepsza zapinka niż w polskich IPMED-ach — jednym szarpnięciem można otworzyć. W środku: mieszanina starego parcianych bandaży, zwykłych bandaży dzianych — w tym jeden z 1966 roku — i rosyjskich hemostatyków, czyli rosyjskiego odpowiednika Combat Gazy. Są też gumowe żguty znane jeszcze z Afganistanu i Iraku. Guma parciejąca w wysokiej temperaturze i wilgoci traci właściwości rozciągliwe. Ukraińcy dawno od nich odeszli. Rosjanie nadal je produkują — choć nowsze.

Ewakuacja u Rosjan — ranny nie jest priorytetem

Dla Rosjan ewakuacja rannych nie jest priorytetem — mają nieograniczony dostęp do „surowca ludzkiego”. Ukraińcy zbudowali rozbudowany system zabezpieczenia medycznego, bo po pierwsze nie mają takiego zasobu ludzkiego, a po drugie dobrze wiedzą, że jednostki z dobrym zabezpieczeniem medycznym mają wyższe morale i łatwiej je uzupełniać doświadczonymi żołnierzami. Mimo to Rosjanie zaczynają produkować własne roboty ewakuacyjne i organizować punkty stabilizacyjne — nie stoją w miejscu.

Straty niebojowe — temat przemilczany

Jadąc z rannymi do szpitala, Duda wielokrotnie zbierał po drodze ofiary wypadków drogowych — na nieoświetlonych blokpostach, przy betonowych blokadach, w zderzeniach między pojazdami. Dochodzą wypadki na strzelnicy, na poligonie, przy uzbrajaniu dronów. Opisuje przypadek żołnierza niesionego na noszach podczas ćwiczenia ewakuacji, który dostał serią od własnego kolegi — broń nie była zabezpieczona. Reanimowany trzykrotnie w drodze do szpitala, po tygodniu zmarł na sepsę.

Rany od dronów — wielonarządowość i kombinowana balistyka

Przez dwa tygodnie pracy na punkcie stabilizacyjnym przy 20–80 pacjentach dziennie Duda odnotował tylko dwa postrzały z broni strzeleckiej. Reszta to drony, bomby, miny. Rany od dronów to wielonarządowe uszkodzenia — ciało usiane drobnymi odłamkami, z których każdy może być krytyczny. Ukraińcy odpowiedzieli kombinowaną balistyką: twarda płyta przód i tył, miękka balistyka na ramiona, szyję, uda i krocze. Coraz większym problemem stają się miny zrzucane przez drony pod drogi ewakuacji — zgodnie z rosyjskimi instrukcjami dla pilotów dronów.

Trzy rzeczy, które blokują polską armię

Duda wymienia trzy czynniki hamujące implementację wniosków z Ukrainy w polskim wojsku. Pierwszy — stara wiedza kadry dowódczej, odporna na nowe wnioski. Drugi — lobby przemysłu zbrojeniowego, który sprzedaje te same produkty od 20 lat. Trzeci — służby, które blokują powrót polskich ochotników z Ukrainy i możliwość korzystania z ich wiedzy, minimalizując ryzyko, za które odpowiadają, zamiast mieć odwagę cywilną, by tę wiedzę wchłonąć.

Fundacja „W międzyczasie” prowadzi rekrutacje wolontariuszy do pracy na Ukrainie i w kraju. Szczegóły na miedzy czasie.org i profilach fundacji w mediach społecznościowych.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *