W 200. odcinku podcastu „Przez Świat na Fazie” popularny polski podróżnik i youtuber odwiedził jedną z najbardziej niezwykłych atrakcji na Ukrainie — podziemną radziecką bazę atomową w Pobużku, mieszczącą niegdyś wyrzutnie międzykontynentalnych rakiet balistycznych. Obiekt zachowany niemal w oryginalnym stanie prowadzi dziś jako muzeum były oficer, który przez lata służył w tej właśnie instalacji.
Trzecia potęga nuklearna świata
Po rozpadzie Związku Sowieckiego Ukraina odziedziczyła ogromny arsenał nuklearny, stając się trzecią co do wielkości siłą atomową na świecie. W 1994 roku, na mocy Memorandum Budapesztańskiego, przekazała całą broń Rosji w zamian za gwarancje bezpieczeństwa i nienaruszalności granic — podpisane przez Rosję, Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię. Jak dobrze wiemy, gwarancje te okazały się bezwartościowe.
Rakieta wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa
Sercem bazy były wyrzutnie rakiet balistycznych klasy ciężkiej — największych, jakie kiedykolwiek zbudowano. Startowa masa jednej rakiety wynosiła 211 ton. Mogła przenosić 10 głowic jądrowych o łącznej mocy ponad 0,8 megatony każda, plus do 40 fałszywych celów, które na ekranach radarów wyglądały identycznie jak głowice bojowe. Do zniszczenia jednej takiej rakiety potrzeba było 50 rakiet przechwytujących — co w praktyce czyniło ją niezniszczalną. Obiekt trafił do Księgi Rekordów Guinnessa. Potencjał rażenia jednej rakiety odpowiadał 200 bombom zrzuconym na Hiroszimę.
Zejście pod ziemię
Centrum dowodzenia znajdowało się kilkanaście metrów pod powierzchnią. Winda — kapsuła o średnicy 3,5 metra i wadze 125 ton — zjeżdżała na głębokość odpowiadającą 12 piętrom. Na dole znajdował się kompletny, samowystarczalny kompleks: pomieszczenia operatorów, centrum chłodzenia, system wentylacji, zapasowe wyjścia ewakuacyjne i korytarze prowadzące do wyrzutni.
Dyżury trwały tydzień — od piątku do piątku. Załoga była dowożona z zaopatrzeniem i przez cały ten czas nie miała prawa opuszczać bazy. Gotowała samodzielnie, czytała książki. Telewizji ani radia nie było. Zarobki były jednak znacznie wyższe niż w zwykłym wojsku, a warunki — jak na standardy radzieckie — luksusowe.
Procedura odpalenia
Były oficer na miejscu zademonstrował procedurę odpalenia rakiety. Stanowiska operatorów były rozmieszczone w pewnej odległości od siebie — celowo, aby żadna jedna osoba nie mogła samodzielnie wystrzelić rakiety. System wymagał jednoczesnego działania dwóch operatorów. Klucze, przyciski, sekwencja komend — wszystko zgodnie z protokołem. Rozkaz przychodził z Generalnego Sztabu w postaci zaszyfrowanego komunikatu wskazującego rejon i cel. Co to za cel, gdzie dokładnie — tego operatorzy nie wiedzieli. Wykonywali rozkaz.
System ochrony
Baza zajmowała około 14 hektarów i była otoczona kilkoma rzędami ogrodzeń pod napięciem od 1700 do 3000 voltów. W latach 80. zainstalowano zautomatyzowany system ochrony — kamery, czujniki sejsmiczne, ultradźwiękowe i czujniki ruchu — dzięki czemu wystarczyło tylko dwóch ludzi do nadzorowania całego terenu. Centrum dowodzenia ochroną dysponowało tablicą synoptyczną całej bazy z lampkami sygnalizacyjnymi. W przypadku nieautoryzowanego wejścia procedura przewidywała trzy etapy reakcji: ostrzeżenie, strzał ostrzegawczy w powietrze, a w ostateczności — strzał.
Muzeum unikalne na skalę światową
Rakiety zostały zniszczone, wyrzutnie — wysadzone i zalane betonem — zgodnie z zobowiązaniami wynikającymi z traktatów rozbrojeniowych. Jedna baza dowodzenia została jednak zachowana w oryginalnym stanie i udostępniona jako muzeum. Faza nie kryje zachwytu: „Że im się udało zachować to miejsce, to jest szok i cud. Takiego muzeum nie znajdziecie nigdzie na świecie.”
Baza leży na drodze między Odessą a Kijowem. Po zakończeniu wojny Faza gorąco poleca ją jako obowiązkowy punkt na mapie każdego podróżnika zainteresowanego historią zimnej wojny i ukraińskim dziedzictwem. Kolejny odcinek serii kręcony jest prosto z Czarnobyla.