Ukraińscy lekarze w Polsce: liczba wzrosła pięciokrotnie, ale tylko co dziesiąty zdaje kluczowy egzamin

Ukraiński lekarz stał się cennym zasobem dla polskiej prowincji i jednocześnie kartą przetargową dla lokalnych polityków. Zamiast stabilizacji tysiące ukraińskich specjalistów stanęło w obliczu surowych wymogów językowych, które mogą zakłócić funkcjonowanie poszczególnych oddziałów w powiatowych szpitalach – pisze ukraiński portal ZN.UA w analizie autorstwa Petra Katerynycza.

Ilu ich naprawdę jest i gdzie pracują

Według raportu Głównego Urzędu Statystycznego Polski (GUS) „Zdrowie i ochrona zdrowia 2024″, na koniec 2024 roku prawo wykonywania zawodu lekarza w Polsce posiadało 2715 obywateli Ukrainy (bez dentystów, rejestrowanych osobno), a 2586 z nich pracowało bezpośrednio z pacjentami.

Dla porównania: łącznie prawo wykonywania zawodu w kraju posiadało 166 515 lekarzy, z czego 141 193 pracowało z pacjentami. Jeszcze w 2020 roku odpowiednie liczby dla obywateli Ukrainy wynosiły zaledwie 514 i 439. Oznacza to, że w ciągu czterech lat liczba ukraińskich specjalistów wzrosła ponad pięciokrotnie.

Podobnie wygląda dynamika w przypadku pielęgniarek: w 2020 roku było ich 153, w 2024 roku – już 1288. Ukraińcy stanowią więc obecnie około 1,8 procent wszystkich lekarzy pracujących z pacjentami w Polsce oraz 0,6 procent pielęgniarek. Odsetek wydaje się niewielki, jednak jego rzeczywiste znaczenie wynika nie z liczby, lecz z miejsca, w którym ci lekarze są skoncentrowani.

Znamienne jest, że autorzy raportu wyodrębnili obywateli Ukrainy jako osobną kategorię analityczną – co stanowi potwierdzenie, że napływ lekarzy zza wschodniej granicy stał się trwałym elementem bilansu kadrowego polskiej medycyny.

Polskie media, opierając się na oficjalnych statystykach oraz rozmowach z dyrektorami szpitali, zwracają uwagę, że ukraińscy lekarze odgrywają kluczową rolę nie tylko w dużych miastach, ale przede wszystkim w mniejszych miejscowościach i szpitalach powiatowych. To właśnie tam często pomagają zamknąć najtrudniejsze luki kadrowe i utrzymać całodobowe funkcjonowanie kluczowych oddziałów.

Dlaczego polska prowincja jest uzależniona od ukraińskich lekarzy

Dyrektor Samodzielnego Publicznego Zespołu Opieki Zdrowotnej w Sanoku Grzegorz Panek wymienia oddziały, które obecnie powierzone są Ukraińcom: choroby zakaźne, choroby wewnętrzne, neurologia z oddziałem udarowym, chirurgia ogólna i naczyniowa, kardiologia, intensywna terapia oraz oddział ratunkowy.

W jego placówce obsadzonych jest zaledwie 10 z 40 akredytowanych stanowisk specjalizacyjnych; na chirurgii ogólnej z czterech miejsc obsadzone są tylko dwa, a oddziały chorób zakaźnych, anestezjologii, medycyny ratunkowej i neurologii pozostają puste.

Według prognoz GUS udział osób w wieku 65 lat i więcej w Polsce wzrośnie z obecnej około jednej piątej populacji do ponad 22 procent w 2030 roku i niemal 30 procent w połowie stulecia. Jeśli uwzględnić szerszą grupę wiekową 60+, jej udział wyniesie już 28 procent populacji w 2030 roku i 37 procent w 2050 roku. Oznacza to gwałtowny wzrost obciążenia systemu opieki zdrowotnej i długoterminowej – już w 2024 roku 62 procent Polaków w wieku 60+ zgłaszało przewlekłe lub długotrwałe problemy zdrowotne. Tymczasem już dziś występuje krytyczny niedobór geriatrów, pielęgniarek i miejsc w placówkach opiekuńczych.

W sprawie niedoboru geriatrów Najwyższa Izba Kontroli pisała już w 2022 roku, że kluczowym problemem polskiej geriatrii jest niewielka liczba specjalistów: w krajach UE przypada od 16 do 50 geriatrów na milion mieszkańców, w Polsce – 12,8.

Narodowy Bank Gospodarki poinformował w 2026 roku, że Polsce obecnie brakuje 33 tysięcy miejsc w placówkach opieki długoterminowej, a do 2040 roku, w związku ze starzeniem się społeczeństwa, konieczne będzie utworzenie kolejnych 124 tysięcy miejsc.

Jedna z najczęściej powtarzanych populistycznych tez – jakoby Ukraińcy „przejadali” środki Narodowego Funduszu Zdrowia – nie znajduje potwierdzenia w statystykach. W 2024 roku z opieki szpitalnej skorzystało 40 795 obywateli Ukrainy, z ambulatoryjnej opieki specjalistycznej – 186 962, a z podstawowej opieki zdrowotnej – 256 182. W skali całego kraju stanowi to zaledwie około 0,5 procent wszystkich hospitalizacji. Jednocześnie w latach 2023–2024 liczba pracujących z pacjentami ukraińskich lekarzy wzrosła o około 23 procent (niemal 500 osób).

Cena zagadnienia: dlaczego ukraiński lekarz to korzyść ekonomiczna

Według Polskiej Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT) 73 procent polskich lekarzy specjalistów pracuje na zasadzie kontraktów, a mediana miesięcznego wynagrodzenia z takich kontraktów wynosi 25 595 złotych brutto. Ponad 20 procent lekarzy specjalistów pracujących na kontraktach otrzymuje od 10 do 15 tysięcy złotych brutto miesięcznie, a 1,2 procent – ponad 100 tysięcy złotych.

W praktyce oznacza to, że polska medycyna funkcjonuje w trybie wewnętrznej aukcji kadrowej. Lekarze deficytowych specjalizacji mogą pracować równocześnie w kilku placówkach, wybierać bardziej dochodowe dyżury i dyktować warunki tam, gdzie oddział po prostu nie jest w stanie zamknąć grafiku bez ich udziału. AOTMiT liczy jednak kontrakty i płatności z ich tytułu, nie zawsze całkowity dochód konkretnej osoby.

Polskie Ministerstwo Zdrowia proponuje obecnie ustanowienie maksymalnego wynagrodzenia do 240 złotych (2800 hrywien) brutto za godzinę pracy pracownika medycznego, ograniczenie udziału wydatków na wynagrodzenia lekarzy w budżetach szpitali oraz walkę z tzw. lekarzami-walizkowymi – specjalistami pracującymi jednocześnie w kilku placówkach. Inne propozycje obejmują obowiązkową pracę na co najmniej pół etatu w jednym szpitalu bazowym oraz konieczność uzyskania zgody głównego pracodawcy na dodatkową pracę w innych placówkach.

Nie ma dokładnych statystyk dotyczących wynagrodzeń ukraińskich lekarzy, jednak według rekruterów branżowych w mniejszych ośrodkach ich stawka często znajduje się na dolnym poziomie „widełek kontraktowych” – znacząco poniżej polskiej mediany 25,6 tysiąca złotych, a część z nich zatrudniana jest za pośrednictwem firm pośredniczących, co dodatkowo obniża ich zarobki.

Bariera językowa, weto prezydenckie i „partyzantka”

Polska rozpoczęła systematyczne wygaszanie uproszczonego trybu, który pozwalał ukraińskim lekarzom pracować bez pełnej nostryfikacji dyplomu. Osoby, które otrzymały pozwolenie w trybie uproszczonym do 24 października 2024 roku, musiały złożyć w okręgowej izbie lekarskiej zaświadczenie o znajomości języka polskiego na poziomie co najmniej B1 do 1 maja 2026 roku. W przeciwnym razie grozi im całkowita utrata prawa wykonywania zawodu. Według Naczelnej Izby Lekarskiej (NIL) wymóg ten dotyczył 2321 lekarzy rodzinnych i innych specjalistów oraz 1024 dentystów z Ukrainy.

Ministerstwo Zdrowia próbowało złagodzić ten cios i przesunąć termin o kolejny rok. Odpowiednia nowelizacja została uchwalona przez Sejm i zatwierdzona przez Senat. Jednak 11 czerwca 2026 roku prezydent Karol Nawrocki zawetował tę ustawę.

„Każdy Polak ma prawo oczekiwać, że będzie mógł bez przeszkód porozumieć się ze swoim lekarzem” – argumentował swoją decyzję. W rezultacie do połowy czerwca 2026 roku prawo wykonywania zawodu straciło już około 440 lekarzy spoza Unii Europejskiej, a w sumie zagrożonych jest do 800 lekarzy. Przewodniczący Naczelnej Rady Lekarskiej Łukasz Jankowski oświadczył, że obecnie w Polsce pracuje około 3 tysięcy ukraińskich lekarzy, z czego mniej więcej tysiąc wciąż nie złożył certyfikatu językowego.

Według Jankowskiego w kraju wykształcił się „system partyzancki”, w którym „osoby, które nigdy nie powinny być jego filarem, stały się nim” w małych miastach i pojedynczych przychodniach. Argument środowiska zawodowego brzmi następująco: poziom B1 to poziom „turystyczny”, niewystarczający do bezpiecznej praktyki medycznej (choć według międzynarodowej klasyfikacji B1 to poziom średnio zaawansowany). Istnieją jednak podstawy do niepokoju: zdawalność Lekarskiego Egzaminu Weryfikacyjnego (LEW) wśród Ukraińców wynosi 8,5–8,8 procent.

Dyrektor departamentu rozwoju kadr medycznych w polskim Ministerstwie Zdrowia Mariusz Klencki przyznał w komentarzu dla Money.pl, że utrata uprawnień przez kilkaset osób z Ukrainy nie stanie się problemem systemowym na tle 140 tysięcy lekarzy w całym kraju. Może jednak stać się problemem lokalnym tam, gdzie dzięki tym lekarzom udawało się utworzyć sieć dyżurową.

Co traci Ukraina

Dyskusja w Polsce niemal zawsze pomija proste, lecz fundamentalne pytanie: skąd właściwie wzięli się ci wykwalifikowani lekarze i ile ich brak kosztuje system, który zostali zmuszeni opuścić.

Ukraiński system opieki zdrowotnej przeżywa własny kryzys kadrowy. Według badaczy opierających się na danych Centrum Zdrowia Publicznego, w latach pandemii i pełnoskalowej wojny łączna liczba lekarzy na Ukrainie zmniejszyła się o 19,4 tysiąca (10,8 procent) – do 160,2 tysiąca, a liczba młodszego personelu medycznego spadła jeszcze bardziej znacząco: o 51,2 tysiąca.

Same oceny eksperckie ostrzegają jednak przed alarmizmem: lekarze i pielęgniarki wyjeżdżali w przybliżeniu proporcjonalnie do odsetka ludności, która opuściła kraj, więc w przeliczeniu na pacjenta stosunek ten niemal się nie zmienił. Mimo to minister zdrowia Wiktor Laszko wciąż prognozuje globalny niedobór personelu medycznego do 2030 roku.

Przyczyny odpływu są lustrzanym odbiciem polskich atutów. Średnie wynagrodzenie lekarza na Ukrainie na początku 2026 roku wynosiło, według Narodowego Funduszu Ubezpieczenia Zdrowotnego, około 23 tysięcy hrywien. Dopiero od 2026 roku państwo zaczęło gwarantować pracownikom podstawowej opieki zdrowotnej i pomocy doraźnej podstawowe wynagrodzenie brutto w wysokości 35 tysięcy hrywien za pełny wymiar pracy – i już w styczniu 2026 roku średnie wynagrodzenie lekarza medycyny ratunkowej wzrosło do 38 tysięcy hrywien. Mimo to ukraiński pediatra czy internista w polskiej prowincji zarabia od czterech do pięciu razy więcej przy standardowej liczbie dyżurów.

Do czynnika finansowego nieuchronnie dochodzą korupcja, słaba ochrona praw zawodowych oraz sowiecki „egalitaryzm”. W efekcie młodzi specjaliści i studenci medycyny coraz częściej dochodzą do wniosku, że bardziej opłaca się studiować i budować karierę za granicą od samego początku.

Gorzki paradoks polega na tym, że oba systemy państwowe znajdują się w ostrej konkurencji o ten sam zasób. Badanie organizacji humanitarnej Zdorovi wykazało, że niemal 40 procent ukraińskich placówek medycznych doświadcza znacznego niedoboru kadr, a na terenach deokupowanych i przyfrontowych niedobór ten stał się egzystencjalny.

Ukraina będzie musiała poważnie zastanowić się nie tylko nad tym, jak zatrzymać lekarzy już teraz, ale też nad skutecznymi mechanizmami ich powrotu po zakończeniu wojny: automatycznym uznawaniem doświadczenia zdobytego za granicą, godziwym wynagrodzeniem, ubezpieczeniem zawodowym oraz silną ochroną prawną lekarzy. Polska z kolei powinna zastanowić się nad czymś innym: wypychanie już skutecznie zintegrowanych ukraińskich specjalistów poprzez nieelastyczne zaostrzanie wymogów językowych, w środku własnego kryzysu demograficznego, może okazać się krótkowzroczne.

Ukraińscy lekarze nie „zabierają” polskich miejsc pracy – te stanowiska pozostawały puste od lat. Nie „przejadają” polskiego systemu medycznego – ich praktyczny wkład znacząco przewyższa finansowe obciążenie związane z leczeniem ukraińskich uchodźców. Nie są potrzebni „tylko dla swoich” – wręcz przeciwnie, ułatwiają dostęp do medycyny całym polskim społecznościom.

Jednak dopóki Warszawa i Kijów próbują rozwiązywać swoje równania kadrowe osobno, lekarz znajdujący się pośrodku coraz bardziej staje się kartą przetargową między dwoma narodowymi kryzysami.


Źródło:  za ZN.UA. Autor: Petro Katerynycz, doktor filozofii w dziedzinie dziennikarstwa, członek Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy i ECREA, wykładowca Instytutu Dziennikarstwa Kijowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Tarasa Szewczenki. Opublikowano 14 lipca 2026.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *