Lachowski w Newsroomie WP: Ukraina liczy, że pożary za oknami Rosjan w końcu zachwieją reżimem Putina

Nowe

Zmiany na szczytach ukraińskiego dowództwa wojskowego, trudna sytuacja pod Konstantynówką, seria ukraińskich uderzeń w głąb terytorium Rosji oraz ryzyko rosyjskich prowokacji na granicy z NATO — to główne tematy rozmowy Pawła Pawłowskiego z Mateuszem Lachowskim, korespondentem wojennym, w programie „Newsroom” Wirtualnej Polski.

Kryzys polityczny, który powtarza się co roku

Pawłowski otworzył rozmowę pytaniem o zmiany na szczytach ukraińskiej władzy wojskowej — nominację generała Mychajła Drapatego w miejsce Ołeksandra Syrskiego. Lachowski przywołał rozmowę z doradcą prezydenta Zełenskiego, Mychajłem Podolakiem, który wprost przyznał, że Ukraina mierzy się obecnie z kryzysem politycznym, zastrzegając jednocześnie, że kryzys w warunkach demokracji jest zjawiskiem normalnym, którego Rosja — jako państwo niedemokratyczne — po prostu nie jest w stanie zrozumieć. Lachowski zauważył, że tego rodzaju kryzysy stały się już swoistą coroczną tradycją. Przypomniał, że obecny kryzys trwa od odwołania ministra obrony Mychajła Fedorowa, co wywołało falę protestów społecznych — zawieszonych na kilka dni, ale mających zostać wznowionymi, gdyby nie doszło do odwołania generała Syrskiego, co było jednym z głównych postulatów protestujących.

Pawłowski dopytał o drugi postulat protestujących — przywrócenie ministra obrony. Lachowski zaznaczył, że nie wiadomo jeszcze, czy do tego dojdzie, oceniając całą sytuację jako rodzaj politycznego wybiegu prezydenta: odwołanie Syrskiego i powołanie Drapatego, który choć w Polsce jest praktycznie nieznany, na Ukrainie cieszy się rozpoznawalnością medialną i szacunkiem, mając za sobą bogaty szlak bojowy. Lachowski określił go wprost jako bohatera wojennego, posiadającego — poza tytułem Bohatera Ukrainy — niemal wszystkie możliwe do zdobycia przez oficera odznaczenia. Przypomniał, że Drapatyj rozpoczynał swoją służbę jako wyższy oficer, dowódca batalionu, już w 2014 roku, na samym początku wojny, a krążące dziś w internecie nagranie pokazuje, jak dowodzony przez niego bojowy wóz piechoty w tamtym roku przebił się przez blokadę drogową z takim impetem, że na chwilę oderwał się od ziemi.

Lachowski zaznaczył, że Drapatyj to typ dowódcy blisko związanego ze swoimi żołnierzami i popularnego w armii, a jego wybór spośród jedenastu sprawdzanych przez prezydenta kandydatów wskazuje, że Zełenski wychodzi naprzeciw oczekiwaniom społecznym — tym bardziej że Drapatyj był popierany także przez samego Fedorowa. Zaznaczył jednak, że kluczowe pozostaje pytanie, czy prezydent zdecyduje się również na przywrócenie Fedorowa na stanowisko ministra obrony, ponieważ dopiero to pokazałoby, czy cała sytuacja dotyczy wyłącznie nacisku społecznego, czy również obawy Zełenskiego przed rosnącą popularnością byłego ministra.

Fedorow jako zagrożenie dla Zełenskiego

Pawłowski zapytał wprost, czy Zełenski obawia się kolejnej osoby mogącej zagrozić jego pozycji politycznej. Lachowski odpowiedział, że to sam prezydent, odwołując Fedorowa, doprowadził do sytuacji, w której w najnowszym sondażu dotyczącym hipotetycznych wyborów prezydenckich Fedorow zajmuje trzecie miejsce z poparciem na poziomie 13-15 procent, w zależności od sformułowania pytania — podczas gdy sam Zełenski ma nieco ponad 20 procent, a drugie miejsce zajmuje generał Walerij Załużny. Lachowski zwrócił uwagę, że relacje między Załużnym a Fedorowem mogą być stosunkowo dobre, ponieważ obu łączy powiązanie ze środowiskiem wojskowym oraz — w przypadku Fedorowa — realny żal wobec prezydenta za odwołanie go ze stanowiska. Ocenił, że sama ta sytuacja świadczy o niezbyt trafnej z punktu widzenia politycznego decyzji Zełenskiego, mogącej mieć niekorzystne konsekwencje w ewentualnej przyszłej rywalizacji wyborczej, gdyby doszło do niej za rok czy dwa lata — nikt bowiem nie wie, kiedy dojdzie do zawieszenia broni.

Zmiana dowództwa w środku letniej ofensywy Rosji

Pawłowski zwrócił uwagę na opinie wojskowych, według których zmian na szczytach dowództwa nie przeprowadza się w momencie, gdy Rosja intensywnie napiera na froncie. Lachowski przywołał w tym kontekście pułkownika Piotra Lewandowskiego, gościa poprzedniego odcinka programu, z którym — jak zaznaczył — łączy go bliska, prywatna znajomość. Lewandowski zwracał uwagę, że lato, w którym Rosjanie mocno naciskają na froncie, to zdecydowanie nie jest dobry moment na wymianę dowództwa — a mówimy nie o zmianie jednej osoby, lecz o zarządzaniu niemal milionową armią, liczącą obecnie około 800 tysięcy żołnierzy, na froncie o długości ponad 1300 kilometrów.

Lachowski dodał, że wraz z odwołaniem Syrskiego zmieniono również jego szefa sztabu — na miejsce nowego szefa sztabu Drapatyj poprosił o konkretną, wskazaną przez siebie osobę. Podkreślił, że to już druga taka zmiana w trakcie trwającej wojny — obecny dowódca jest trzecim głównodowodzącym armii ukraińskiej od jej rozpoczęcia. Mimo niesprzyjającego momentu tej zmiany, Lachowski ocenił, że pod względem morale armii i społecznego poparcia decyzja może przynieść pozytywny efekt — w mediach społecznościowych, zarówno wśród oficerów, jak i patriotycznie zaangażowanych cywilów, pojawiały się wcześniej głosy osób odmawiających służby pod dowództwem Syrskiego, określających go mianem „rzeźnika” wysyłającego ludzi na śmierć. Lachowski zastrzegł, że nie sposób ocenić, na ile te wypowiedzi były szczere, a na ile stanowiły jedynie pretekst dla osób niechętnych do służby wojskowej w ogóle — zaznaczył jednak, że sama krytyka Syrskiego stała się w pewnym momencie źródłem realnego wzrostu poparcia społecznego.

Sytuacja pod Konstantynówką

Pawłowski zapytał o aktualną sytuację na froncie, wymieniając Słowiańsk, Kramatorsk i Konstantynówkę. Lachowski przyznał wprost, że Konstantynówka w praktyce upadła, choć Pawłowski zauważył, że w mieście wciąż pojawiają się ukraińskie grupy szturmowe. Lachowski doprecyzował, że bardziej trafne byłoby mówienie o pewnym, choć jeszcze nie do końca dokonanym, upadku miasta — Rosjanie kontrolują kluczowe punkty i prawdopodobnie większość centrum, choć wciąż działają tam pojedyncze ukraińskie grupy.

Wyjaśnił, że obecny sposób prowadzenia walki, oparty w dużej mierze na masowym użyciu dronów, sprawia, że do zdobywania miast angażowane są relatywnie niewielkie siły — większe zgrupowania byłyby bowiem masakrowane przez drony. To dlatego linia frontu w Konstantynówce przesuwa się powoli, ale konsekwentnie, a Rosjanie zaszli już na tyle daleko, że odwrócenie sytuacji wymagałoby kontrataku trudnego dziś do wyobrażenia — zwłaszcza że to Ukraińcom, a nie Rosjanom, bardziej brakuje żołnierzy, choć mają ich wystarczająco do prowadzenia skutecznej obrony gdzie indziej. Lachowski ocenił, że Ukraińcy najpewniej nie zdecydują się teraz na angażowanie swoich strategicznych rezerw w odzyskiwanie miasta, które w dużej mierze zamieniło się już w gruzy — mimo to zastrzegł, z pełnym szacunkiem dla nieprzewidywalności wojny, że mówienie o czymkolwiek ze stuprocentową pewnością byłoby nieodpowiedzialne. Ocenił jednak z dużym prawdopodobieństwem, że miasto jest już stracone.

Uderzenia w głąb Rosji — realny efekt czy symboliczny gest

Pawłowski zwrócił uwagę na powtarzające się w internecie nagrania pożarów wywoływanych przez ukraińskie roje dronów uderzające w rosyjskie magazyny i rafinerie, pytając, czy te ataki mają jakikolwiek realny wpływ na sytuację na froncie, skoro Rosja mimo wszystko wciąż posuwa się naprzód.

Lachowski przyznał, że rzeczywiście uderzenia w głąb Rosji nie przynoszą na samym froncie aż tak dużych efektów, jak można by się spodziewać — zaznaczył jednak, że podobnie ograniczony efekt na froncie mają rosyjskie ataki na ukraińskie miasta, a mimo to obie strony konsekwentnie prowadzą tego typu działania. Wyjaśnił to, odwołując się do niemieckiego pojęcia z okresu wojennego — Schwerpunkt, czyli punktu ciężkości, punktu bólu przeciwnika, którego trafienie może doprowadzić do jego załamania. Po stronie rosyjskiej, jak ocenił, dominuje przekonanie, że kluczowy nie jest sam front, lecz zaplecze — złamanie woli walki Ukraińców oraz ich zdolności mobilizacyjnych.

Pawłowski zauważył, że po stronie ukraińskiej punktem ciężkości wydaje się nie tyle konkretny magazyn ropy, ile sama mentalna siła rosyjskiego reżimu. Lachowski przyznał mu rację, przywołując ponownie rozmowę z Mychajłem Podolakiem, przygotowywaną dla Wirtualnej Polski — Podolak, jeden z najbliższych współpracowników prezydenta od sześciu lat, zwracał uwagę, że Ukraina od kilku lat konsekwentnie realizuje jeden, niezmienny plan, który w ocenie ukraińskiej strony jest jedynym możliwym sposobem na zmuszenie Rosji do zawieszenia broni. Lachowski podkreślił, że nie chodzi tu o same magazyny czy ropę, ani nawet o spektakularne, widoczne z kosmosu pożary — jak ten w magazynie Wildberries — lecz o to, by Rosjanie widzieli za oknami efekty wojny, czuli jej realny koszt, tracili zaufanie do Putina, a sam Putin, obawiając się reakcji własnego społeczeństwa, w pewnym momencie zdecydował się na ustępstwa.

Ryzyko eskalacji wobec NATO

Pawłowski dopytał, czy taka presja na Putina mogłaby doprowadzić do eskalacji wojny w kierunku państw NATO, polecając w tym kontekście tekst Zbigniewa Parafianowicza dotyczący możliwych rosyjskich prowokacji planowanych na koniec lata lub początek jesieni — wskazujący na przesmyk suwalski, granicę białorusko-łotewską oraz Bałtyk jako potencjalne newralgiczne punkty, a także przywołujący niedawny lot rosyjskiego bombowca w okolice Gotlandii, wykonującego manewr symulujący atak rakietowy na terytorium NATO.

Lachowski odpowiedział, że Władimir Putin, stając przed wyborem między wycofaniem się a eskalacją, konsekwentnie wybiera eskalację — co potwierdzają, jego zdaniem, zarówno psychologowie, jak i eksperci wywiadowczy analizujący jego konstrukcję psychiczną. Jako drugi argument wskazał rosnącą liczbę wycieków informacji wywiadowczych, w tym z Wielkiej Brytanii, potwierdzających istnienie takiego zagrożenia — podobne ostrzeżenia od kilku miesięcy formułują też polskie służby, o czym mówił m.in. premier Donald Tusk, a także wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz oraz minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Lachowski podkreślił, że nie są to twierdzenia wzięte znikąd, lecz oparte na konkretnych danych.

Wskazał również na kontekst białoruski — ewentualna prowokacja z terytorium Białorusi mogłaby zaburzyć prowadzone w tle negocjacje między Białorusią a Stanami Zjednoczonymi, dotyczące zwiększenia niezależności Mińska od Moskwy, na czym zależy Alaksandrowi Łukaszence. Odnosząc się do samych ukraińskich ataków w głąb Rosji, Lachowski zaznaczył, że nie wynikają one z kalkulacji politycznej, lecz z konieczności walki o przetrwanie — paradoksalnie atakując, Ukraińcy się bronią. Wyraził przekonanie, że Ukraińcy liczą raczej na to, że Putin w pewnym momencie się wycofa lub zdecyduje na kompromis, jednak, znając Kreml, należy się spodziewać maksymalnej możliwej eskalacji, zanim do tego dojdzie.

Lachowski przypomniał, że Ukraina broni się przed Rosją skutecznie od niemal 12 lat, licząc od wydarzeń na Donbasie, a od pełnoskalowej inwazji minie wkrótce 4,5 roku — w Dzień Niepodległości Ukrainy, 24 sierpnia. Jeszcze 4,5 roku temu, jak zaznaczył, nikt nie wyobrażał sobie płonących obiektów pod Moskwą czy w samej stolicy Rosji. Zwrócił jednak uwagę, że kluczowym elementem rosyjskiej strategii pozostaje uderzenie nie w front, lecz w zaplecze — zdolności mobilizacyjne, gospodarkę oraz europejskie wsparcie, kluczowe dla przetrwania Ukrainy. Eskalacja wobec NATO może, jego zdaniem, osłabić gotowość państw członkowskich do dalszego wspierania Ukrainy, a presja wywierana na Sojusz mogłaby przełożyć się na presję wywieraną następnie na samą Ukrainę, by przyjęła narzucane jej warunki — Rosja i Kreml, jego zdaniem, będą chciały to sprawdzić, wpisując się tym samym w dotychczasową, dobrze rozpoznawalną strategię.

Grupa Rubikon znika z frontu

Lachowski przywołał także niepotwierdzoną jeszcze informację, o której pisał również Zbigniew Parafianowicz — rosyjscy blogerzy wojskowi informują, że elitarna grupa dronowa Rubikon oficjalnie wycofuje się z frontu, by chronić obiekty atakowane przez ukraińskie drony. Wyjaśnił, że Rubikon to wyspecjalizowana, najlepiej zaopatrzona i wyszkolona rosyjska jednostka dronowa, funkcjonująca formalnie w ramach armii, ale podlegająca bezpośrednio Ministerstwu Obrony. Podczas swoich wizyt na froncie ukraińscy operatorzy dronów wielokrotnie mówili mu, że wyczuwają obecność Rubikonu, ponieważ zanim otrzymują odpowiednie informacje wywiadowcze, ginie po ich stronie więcej żołnierzy — jednostka ta bowiem aktywnie poluje na ukraińskich droniarzy, choć, jak zaznaczył Lachowski, podobne wyspecjalizowane grupy funkcjonują też po stronie ukraińskiej. Wycofanie części lub całości Rubikonu z frontu, jego zdaniem, może być powiązane z szerszą sytuacją, o której mówili wcześniej — i nie są to dobre wieści dla wschodniej flanki NATO.

Zaskakująca deeskalacja wobec Polski

Na zakończenie Pawłowski przywołał niedawny okres napięcia w relacjach polsko-ukraińskich, związany z nazwaniem ukraińskiej jednostki wojskowej imieniem bohaterów UPA oraz decyzją Polski o odebraniu Zełenskiemu orderu, po czym zapytał o nagły zwrot — piątkowy wpis prezydenta Ukrainy dotyczący ekshumacji i udostępnienia archiwów w sprawie zbrodni wołyńskiej, który wywołał w mediach falę pilnych informacji. Zapytał, czy to autentyczna próba deeskalacji, czy raczej wykalkulowany ruch polityczny.

Lachowski ocenił, że to na pewno próba deeskalacji — powołując się na rozmowę z doradcą prezydenta Mychajłem Podolakiem, który stwierdził, że Polska pozostaje strategicznym partnerem Ukrainy i niezależnie od bieżących sporów, Kijów dąży do rzeczywistej współpracy, rozumiejąc przy tym wrażliwość Polski na tę tematykę. Zastrzegł jednak, że warto poczekać na konkretne działania — Ukraina mierzy się obecnie równolegle z kryzysem politycznym, największymi od początku wojny protestami społecznymi oraz zmianami w armii, co samo w sobie ma istotne znaczenie dla tempa realizacji zapowiedzi.

Lachowski zaznaczył, że nie podziela sceptycyzmu części ekspertów twierdzących, że pełny dostęp do archiwów Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) już istnieje i nic nowego się w tej sprawie nie wydarzy — prezydent zapowiedział bowiem również otwarcie archiwów Służby Wywiadu Zagranicznego, co oznaczałoby dostęp do materiałów po dawnym wywiadzie zagranicznym NKWD, a później KGB — potencjalnie bardzo interesujących z historycznego punktu widzenia. Wskazał też na zapowiedź zwiększenia liczby zgód na ekshumacje, co określił jako kwestię kluczową z perspektywy strony polskiej.

Lachowski ocenił jednak, że Zełenski, biorąc pod uwagę nieoficjalne rozmowy prowadzone w kuluarach z ukraińskimi politykami, nie może sobie pozwolić na faktyczne wycofanie się z decyzji o nazwaniu jednostki imieniem bohaterów UPA, ponieważ odbiłoby się to negatywnie na jego notowaniach wewnętrznych — mimo to prezydent najwyraźniej szuka jakiejś formy deeskalacji, ponieważ konflikt rozlał się szerzej, niż Ukraińcy się spodziewali. Lachowski zaznaczył, że strona ukraińska nie przewidziała reakcji Parlamentu Europejskiego w formie rezolucji — z polskiej perspektywy być może nieistotnej, jednak zaczynającej realnie, choćby symbolicznie, wpływać na relacje Ukrainy z Unią Europejską, co ostatecznie skłoniło Kijów do zmiany kursu. Wskazał również na wcześniejsze spotkanie prezydentów w Ankarze, które miało mieć konstruktywny charakter. Podsumowując, ocenił obecny gest Zełenskiego jako próbę deeskalacji bez faktycznego wycofania się z pierwotnej decyzji, która wywołała cały spór — zaznaczając jednocześnie, że biorąc pod uwagę punkt wyjścia całej sytuacji, sam ten gest ma dla wzajemnych relacji realną wartość.


Rozmowę przeprowadził Paweł Pawłowski z Mateuszem Lachowskim, korespondentem wojennym. Materiał „Jedyny plan na zmuszenie Rosji”. Lachowski: Chcą, żeby Rosjanie widzieli za oknami pożary” dostępny na kanale Wirtualna Polska News na YouTube, liczącym 216 tys. subskrybentów. Opublikowany 23 lipca 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *