Domańska i Lebiediew w OSW: rosyjska tożsamość zbudowana jest na imperium, nie na obywatelstwie

Nowe

Skąd bierze się rosyjskie przywiązanie do wielkich przestrzeni, dlaczego Rosja nie potrafi spojrzeć na własną historię oczami swoich sąsiadów i dlaczego źródła dzisiejszej polityki Kremla są znacznie starsze niż sam Władimir Putin — o tym mówili Siergiej Lebiediew, rosyjski pisarz i jeden z najważniejszych współczesnych autorów zajmujących się pamięcią historyczną i rosyjskim imperializmem, oraz Maria Domańska, ekspertka Ośrodka Studiów Wschodnich i była kierowniczka Wydziału Politycznego Ambasady RP w Moskwie, w materiale przygotowanym przez OSW.

Imperium zamiast wspólnoty obywatelskiej

Domańska wyjaśniła, że Rosja nigdy nie zbudowała swojej tożsamości narodowej wokół idei obywatelstwa czy przynależności etnicznej, lecz wokół imperialnej władzy i ekspansji terytorialnej — dlatego utrata terytoriów po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 roku była dla wielu Rosjan prawdziwym szokiem. Zaznaczyła, że rosyjskie imperium było zawsze imperium kontynentalnym, bez wyraźnych granic geograficznych między metropolią a koloniami, co powodowało swoiste rozmycie tożsamości i ułatwiało władzy przekonywanie obywateli, że ekspansja terytorialna jest wartością samą w sobie, a granice Rosji nigdzie się nie kończą.

Domańska zwróciła uwagę na paradoks: te ogromne, silnie zmitologizowane w rosyjskiej wyobraźni przestrzenie są w dużej mierze niefunkcjonalne i słabo zagospodarowane — znaczna część kraju, zwłaszcza w strefie arktycznej, pozostaje niezamieszkana, a około trzy czwarte ludności Rosji zamieszkuje jedynie jedną czwartą jej terytorium, głównie część europejską. Opisała też logikę imperialnej organizacji państwa jako koło ze szprychami, ale bez obręczy — kontakty i współpraca między regionami były zawsze możliwe wyłącznie za pośrednictwem centrum władzy w Moskwie czy Petersburgu, ponieważ władze celowo uniemożliwiały budowanie bezpośrednich, horyzontalnych relacji między terytoriami, dodatkowo utrudnianych przez trudne warunki geograficzne. Domańska podsumowała, że skoro w Rosji nie ma realnych wyborów — są one regularnie fałszowane, a głos obywateli nie ma dla władzy znaczenia — materialnym wyrazem podmiotowości Rosjanina staje się mapa pokazująca ogromny, dominujący nad częścią świata kraj. To swoista rekompensata, pozwalająca poczuć się częścią czegoś ważnego i wielkiego, gdy brakuje realnej sprawczości.

Lebiediew potwierdził tę obserwację osobistym wspomnieniem z dzieciństwa — pamięcią mapy Związku Radzieckiego wiszącej na ścianie, rozciągającej się od lewej do prawej krawędzi, budzącej bezkrytyczny zachwyt. Ocenił, że dorastanie jako Rosjanin oznacza przede wszystkim wyobrażanie sobie bycia częścią czegoś bardzo dużego — czegoś, czego nie można ani ograniczyć, ani zniszczyć, czegoś potężnego i lepszego — bez zrozumienia, co znaczy być częścią małego narodu.

Kult „wielkiej kultury rosyjskiej” jako narzędzie polityczne

Domańska wyjaśniła, że w rosyjskiej samoidentyfikacji funkcjonuje pojęcie nie po prostu kultury rosyjskiej — jak istnieje kultura polska, francuska czy niemiecka — lecz „wielkiej kultury rosyjskiej”, w której wszystko, co rosyjskie, jest z definicji wielkie, podobnie jak sam obszar państwa. Podkreśliła, że to nie tylko kategoria artystyczna czy literacka, ale realny czynnik polityczny, wykorzystywany przez władzę zarówno wewnątrz kraju, jak i za granicą — argument uzasadniający rosyjski supremacjonizm, ideę, że Rosja jest cywilizacyjnie lepsza, większa i wyższa niż wiele sąsiednich narodów, co z kolei uzasadnia kolonializm, imperializm i podboje.

Wyjaśniła mechanizm rosyjskiego mitu „misji cywilizacyjnej” — podbijane narody przedstawia się w rosyjskiej historiografii jako stojące niżej na drabinie cywilizacyjnej, a dopiero Rosja miała przynieść im kulturę i włączyć je do rodziny narodów cywilizowanych. Czasem dochodzi tu do absurdów, gdy podbite ziemie przedstawia się jako niczyje, na których historia zaczęła się dopiero z przyjściem Rosji — dotyczy to zarówno narodów graniczących dziś z Rosją, jak i mniejszości etnicznych zamieszkujących samą Federację Rosyjską. Domańska zaznaczyła, że przekonanie o wielkiej kulturze rosyjskiej funkcjonuje też jako narzędzie miękkiej siły — ma budzić za granicą fascynację Rosją, osłabiać opór wobec jej agresywnej polityki zagranicznej, a niekiedy służy wręcz jako instrument agenturalnej infiltracji zachodnich środowisk opiniotwórczych i decyzyjnych.

Jednocześnie, jak podkreśliła, reżim putinowski niszczy wartościową, niezależną, antywojenną kulturę rosyjską — nasila się cenzura, wycofuje się z bibliotek i księgarń niewygodne książki, cenzuruje się internet, wszczyna sprawy karne na podstawie przepisów cenzuralnych. W efekcie oficjalna „wielka kultura rosyjska” na usługach władzy staje się coraz bardziej zdegenerowana i coraz mniej wartościowa, podczas gdy rośnie rozdźwięk między nią a wysoką wartością kultury prześladowanej, antyreżimowej.

Ukradzione imperium i podświadoma niepewność

Lebiediew wskazał na podświadomą, głęboką niepewność wynikającą z faktu, że Rosja jest w rzeczywistości konglomeratem narodów i grup etnicznych podbitych oraz podporządkowanych w toku kilkusetletniej ekspansji imperialnej — niepewność człowieka, który czuje, że to wszystko nie do końca jest jego, ponieważ nie był to proces dobrowolny, lecz coś ukradzionego.

Rosja jako konglomerat, nie wspólnota

Domańska podkreśliła, że w zachodniej debacie Rosję postrzega się najczęściej jako jedną, spójną wspólnotę automatycznie utożsamianą z Moskwą i Kremlem — tymczasem obywatele Federacji Rosyjskiej w jej ocenie w ogóle nie stanowią jednej wspólnoty, lecz raczej konglomerat różnych zbiorowości i grup, którym władze systematycznie odmawiają samodzielności, tłumią ich tożsamości grupowe, dyskryminują języki i zakazują kultywowania pamięci historycznej odmiennej od oficjalnej narracji — zwłaszcza pamięci o terrorze państwowym i represjach wobec mniejszości etnicznych i religijnych. Kreml, jak zaznaczyła, sprowadza nierosyjskie kultury do poziomu niegroźnego politycznie folkloru — strojów i muzyki ludowej — symulując przy tym troskę o wielokulturowość państwa.

Domańska podkreśliła, że Federacja Rosyjska jest federacją jedynie z nazwy — w rzeczywistości to silnie scentralizowane państwo unitarne, dążące do maksymalnego ujednolicenia społeczeństwa i budowy neototalitarnego projektu, w którym istnieje przywódca oraz bezkształtna masa jednoczona wyłącznie przynależnością państwową i ideami serwowanymi przez władzę. Lebiediew uzupełnił, że aby uniknąć tej wewnętrznej niepewności, Rosja musi nieustannie na nowo potwierdzać swoje prawo do bycia dominującym, starszym bratem, gospodarzem i panem w tej rodzinie narodów.

Rosja nie rozumie swoich sąsiadów

Materiał podkreślił, że mimo wielowiekowego sąsiedztwa z czternastoma państwami oraz bliskich związków z licznymi narodami Europy Wschodniej, Kaukazu i Azji Centralnej, Rosja nie postrzega swoich sąsiadów tak, jak oni postrzegają Rosję — i nie chodzi tu o Putina ani nawet o współczesność, lecz o głęboko zakorzeniony sposób patrzenia na świat. Lebiediew ocenił to jako rezultat kultury silnie hierarchicznej, wręcz obsesyjnie skupionej na hierarchii nawet w swoich najbardziej liberalnych odmianach, i przez to wewnętrznie niewolnej.

Wyjaśnił, że w tej wizji świata nie wszyscy partnerzy są równie ważni — istnieją narody wielkie i narody mniejsze, a rosyjskie „zbiorowe my” prowadzi dialog wyłącznie z innymi wielkimi kulturami: Francją, Niemcami, Stanami Zjednoczonymi. Kraje, które miały pecha być sąsiadami Rosji — od Armenii po Estonię, od Finlandii po Mongolię — pozostają w tej hierarchii gdzieś pomiędzy, niezasługujące na realne zainteresowanie mimo bliskości i wspólnej historii.

Domańska dodała, że w rosyjskiej tradycji politycznej silnie zakorzenione jest przekonanie, że o losach świata decydują wyłącznie wielkie mocarstwa — co samo w sobie jest częściowo prawdziwe, ale w rosyjskim wydaniu prowadzi do uzasadniania prawa do agresywnej wojny czy podeptania prawa międzynarodowego, w tym Karty Narodów Zjednoczonych, na którą Rosja tak chętnie się powołuje.

Historia jak przedziały okrętu podwodnego

Lebiediew posłużył się metaforą, opisując rosyjską historię jako przypominającą przedziały okrętu podwodnego — pozbawioną wewnętrznej ciągłości. Tematyka imperialna z XIX i początku XX wieku nie łączy się w powszechnej świadomości ze współczesnością, w efekcie czego długa, dramatyczna historia relacji polsko-rosyjskich, w tym fakt, że ponad sto lat temu Polska była okupowana przez Imperium Rosyjskie, pozostaje dla większości Rosjan po prostu nieznana — XIX wiek w jego ocenie praktycznie nie istnieje w rosyjskiej świadomości społecznej, przez co Rosjanie nie rozumieją, dlaczego Polacy ich nie lubią.

Zaznaczył jednocześnie, że nie ma tu miejsca na poważną analizę tego zjawiska, ponieważ w rosyjskim społeczeństwie nie istnieją żadne trwałe przekonania na ten temat — jest to system bardzo zmiennych postaw, wysoce podatnych na bieżącą polityczną koniunkturę. Jako przykład wskazał, że aprobata dla postaci Lenina i Stalina na początku lat dwutysięcznych była znikoma, po czym systematycznie rosła, oraz że na początku lat 90. nikt nie postrzegał Stanów Zjednoczonych jako wroga. Ocenił, że podobne wahania obserwowalibyśmy, biorąc na warsztat zamiast Polski na przykład Gruzję. Podkreślił, że wyobrażenia przeciętnego Rosjanina o Polsce pochodzą raczej z filmów czy twórczości Henryka Sienkiewicza niż z realnej wiedzy historycznej — są to rozmyte obrazy bez związku ze współczesnością, a samo miejsce polskiej kultury w rosyjskiej hierarchii „wielkich kultur” pozostaje niejasne — gdzieś pomiędzy Rosją a Niemcami.

Brak dekolonialnej krytyki

Materiał podkreślił kolejny problem zidentyfikowany przez Lebiediewa: Rosja przez dekady nie nauczyła się patrzeć na własną historię oczami sąsiadów. Lebiediew ocenił, że kultura rosyjska jest ostatnią kulturą imperialną, która nie przeszła żadnej dekolonialnej krytyki — stoi niczym muzealny eksponat, a ten dziwny stan rzeczy niemal nikomu nie wydaje się wart zadania pytania, dlaczego tak się stało. To właśnie to, jego zdaniem — imperialne tendencje i zwykły kompleks wyższości — obciąża Rosję i realnie uniemożliwia jej normalne funkcjonowanie.

Domańska porównała to do sytuacji byłych imperiów kolonialnych, jak Wielka Brytania czy Francja, gdzie debata o kolonializmie toczy się od dekad, z różną dynamiką i skutkami — w Rosji taka debata zawsze pozostawała marginalna, a obecne władze uznają ją wręcz za nielegalną, traktując jako próbę podważania porządku konstytucyjnego i formę ekstremizmu, za którą grożą represje i więzienie. To, co nierosyjskie narody Rosji uznają za terror państwowy, podboje i opresję, w oficjalnej narracji przedstawiane jest jako powód do dumy i jedyna droga do wielkości i przetrwania państwa. Domańska zwróciła uwagę na wyraźny regres względem lat 90. i późnej pierestrojki, gdy pewne tematy zaczęto omawiać otwarcie, zdemontowano niektóre tabu i otwarto archiwa — już w połowie lat 90. zaczęto je jednak z powrotem zamykać, a pod rządami Putina sytuacja systematycznie się pogarszała, prowadząc do dzisiejszej neototalitarnej ambicji zamknięcia ust wszystkim, którzy nie propagują jedynej słusznej, kremlowskiej narracji.

Okupacja krajów bałtyckich, której nikt nie uważa za okupację

Materiał przywołał badanie Centrum Lewady z 2012 roku, w którym zapytano Rosjan, czy radzieckie rządy na Litwie, Łotwie i w Estonii były okupacją. Lebiediew zaznaczył, że jednoznaczną odpowiedź „tak, bez wątpienia, to była okupacja” wybrało jedynie dwa do trzech procent respondentów — margines błędu statystycznego. Ocenił, że oczywistej okupacji po prostu nikt w Rosji nie uważa za okupację, podobnie jak nikt nie uznaje za taką okupacji Europy Środkowej i Wschodniej — jednej z największych i najstraszniejszych zbrodni ZSRR.

Wyjaśnił mechanizm stojący za tym postrzeganiem — funkcjonuje w Rosji łatwo przyswajalna opowieść o radzieckim żołnierzu-wyzwolicielu, który przyniósł wolność, w związku z czym wszyscy są Rosji moralnie coś winni; gdy państwa odchodzą i wybierają własną drogę rozwoju, mówiąc, że to Rosja ponosi wobec nich winę i odpowiedzialność, jest to dla rosyjskiej świadomości sytuacja niezwykle trudna do przepracowania, rodząca kontrdyskurs o niewdzięczności i zdradzie. Zaznaczył, że o ile zbrodnie stalinowskie popełnione wewnątrz kraju zostały przynajmniej częściowo nazwane — były represje, byli sprawcy, byłe ofiary, i przynajmniej w latach 90. znacząca część społeczeństwa to uznawała — o tyle ta sama grupa nigdy nie była skłonna mówić o zbrodniach popełnianych przez państwo radzieckie na zewnątrz.

Kult zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej jako uzasadnienie agresji

Domańska wskazała na centralne miejsce zwycięstwa w drugiej wojnie światowej — nazywanej w Rosji Wielką Wojną Ojczyźnianą, rozpoczętą w 1941 roku — jako absolutny rdzeń rosyjskiej tożsamości i jedyne wydarzenie historyczne rzeczywiście jednoczące przeważającą większość Rosjan, zarówno dzięki dziesięcioleciom świadomego kultywowania tego tematu przez władze, jak i jego obecności w pamięci międzypokoleniowej. Zaznaczyła, że dziś to zwycięstwo nad, jak to nazywają Rosjanie, „brunatną dżumą nazizmu” służy jako uzasadnienie wojny przeciwko Ukrainie i liberalnemu Zachodowi — w narracji reżimu putinowskiego Rosja toczy dziś nową, kontynuowaną wielką wojnę ojczyźnianą, walcząc ze współczesnym nazizmem, choć między wierszami można wyczytać, że tym nowym „nazizmem” jest w istocie liberalna demokracja, traktowana jako największe ideowe i kognitywne zagrożenie dla Rosji.

Domańska podsumowała, że mit zwycięstwa, kultywowany przez pewien czas z autentycznej potrzeby społecznej, został ostatecznie zawłaszczony przez państwo rosyjskie i służy dziś uzasadnieniu idei mesjanistycznej — przekonania, że Rosja ma do spełnienia szczególną misję zbawienia świata od absolutnego zła po raz kolejny, jako główna obrończyni tak zwanych tradycyjnych wartości.

Dyskurs kolonialny: „ucywilizowaliśmy was”

Lebiediew wskazał na funkcjonujący obok narracji „wyzwoliliśmy was” równoległy dyskurs „ucywilizowaliśmy was, jesteście nam coś winni” — trudny do zastosowania wobec Litwy (choć i tam pojawiają się argumenty w stylu „zbudowaliśmy wam fabryki, a wy jesteście niewdzięczni”), ale w pełni czytelny i kolonialny wobec krajów takich jak Kazachstan czy Turkmenistan, gdzie funkcjonuje narracja: przyszliśmy, zbudowaliśmy wam nowoczesne społeczeństwo, a wy nawet nie powiedzieliście nam dziękuję. Materiał podsumował to jako język dobrze znany z historii wielu imperiów — imperium nigdy nie przedstawia siebie jako zdobywcy, lecz jako nauczyciela.

Lebiediew dodał, że bycie Rosjaninem oznacza też niezrozumienie realnej sytuacji innych narodów zamieszkujących Rosję — niewidzenie ich podległej kondycji, trzymanie tego stale w martwym polu widzenia i głębokie zdziwienie, gdy ktoś zgłasza z tego powodu pretensje. Zauważył, że mieszkając w Moskwie — czy to radzieckiej, czy współczesnej — nigdy nie sposób zrozumieć, że jest to stolica niezwykle wielonarodowego państwa, ponieważ poza może restauracjami z egzotyczną kuchnią nie ma tam żadnego śladu tej wielonarodowości.

Rozliczenie tylko połowiczne: pamięć bez odpowiedzialności

Materiał postawił kluczowe pytanie: skoro Rosja nie rozumie swoich sąsiadów, czy rozumie samą siebie? Każde społeczeństwo musi odpowiedzieć sobie na pytania, co zrobić z własnymi zbrodniami, jak pamiętać o ofiarach i jak postąpić ze sprawcami. Lebiediew ocenił, że w Rosji przebyto tylko połowę tej drogi — zgodzono się na pamięć o ofiarach i umożliwiono jej istnienie, jednak nigdy nie zadano pytania o odpowiedzialność i karę dla sprawców; wszystko to rozmyto różnymi humanitarnie brzmiącymi formułami, z obawy przed realnym konfliktem z państwem.

Domańska uzupełniła to kontekstem historycznym — w latach 90. częściowo otwarto w Rosji archiwa, niezależni historycy mogli badać wcześniej przemilczane karty historii, w tym terror państwowy okresu sowieckiego, zaczęto mówić o represjach stalinowskich i upamiętniać ich ofiary, co miało swój początek jeszcze za czasów pierwszej pierestrojki Michaiła Gorbaczowa. Nigdy jednak nie rozliczono sprawców — co, jak oceniła, było bardzo świadomym zabiegiem propagandowym: pamięta się o ofiarach, buduje im pomniki, ale nigdy nie doszło w Rosji do procesu politycznego porównywalnego z tym, jaki przeprowadzono w postnazistowskich Niemczech — nigdy nie było rosyjskiej czy sowieckiej Norymbergi.

Materiał podkreślił, że po upadku Związku Radzieckiego Rosja zmieniła system, ale nigdy nie odpowiedziała jednoznacznie na pytanie, czym właściwie był ZSRR. Domańska zaznaczyła, że rosyjski aparat represji z dumą i otwarcie uznaje się dziś za spadkobiercę aparatu sowieckiego — Czeki, NKWD, KGB — coraz mocniej czcząc takie postaci jak Feliks Dzierżyński. Z tego, jej zdaniem, można wysnuć wniosek, że tak samo jak nigdy nie rozliczono sprawców terroru stalinowskiego i późniejszego terroru państwowego, tak niemożność rozliczenia sprawców dzisiejszych zbrodni — czy to w Ukrainie, czy wobec obywateli samej Federacji Rosyjskiej — utrwali podobne praktyki w przyszłości i uniemożliwi zaszczepienie Rosjan przed ich powrotem, nawet po upadku reżimu Putina.

Niska wartość ludzkiego życia jako „waluta” Putina

Lebiediew ocenił, że jedną z najstraszniejszych, a jednocześnie najcenniejszych „walut” Putina jest przerażająco niska wartość ludzkiego życia w Rosji — to dzięki niej reżim może werbować tak zwanych ochotników lub po prostu płacić za udział w wojnie, dysponując nadwyżką tanich istnień, które można rzucać na front. Poza samą wojną powoduje to, jego zdaniem, erozję krajobrazu politycznego całej Europy. Ocenił, że pojęcia wartości ludzkiego życia nie da się odbudować samą pamięcią o ofiarach — można je odbudować wyłącznie poprzez ukaranie sprawców i przywrócenie zasady nadrzędności prawa, a ponieważ tego nie zrobiono, a wręcz świadomie unikano patrzenia w tym kierunku, zadanie to zostało przekazane kolejnym pokoleniom, które będą musiały się z nim zmierzyć w znacznie trudniejszych i bardziej przerażających okolicznościach — po ponad dziesięciu latach wojny (licząc od 2014 roku) i ponad czterech latach od pełnoskalowej inwazji społeczeństwo rosyjskie jest dziś, jego zdaniem, połączone wspólną winą za popełnione czyny, którą będzie wypierać z całych sił.

Putin nie pojawił się w próżni

Materiał przywołał popularne twierdzenie, że to Putin „przyszedł i zepsuł” Rosję, wprowadzając rządy dawnego czekisty. Lebiediew zakwestionował to, przypominając, że sam Putin był w momencie odejścia z KGB jedynie podpułkownikiem, zanim później objął stanowisko szefa FSB. Dla kontrastu przywołał postać Jewhena Marczuka, premiera Ukrainy w latach 1995–1996 — oficera KGB o randze, o jakiej Putin nawet nie mógł wówczas marzyć: szefa V Zarządu KGB Ukrainy, generała lejtnanta, zajmującego się rozpracowywaniem ukraińskiego ruchu narodowego i dysydentów, a więc kogoś kilka szczebli wyżej w hierarchii i znacznie bardziej wpływowego. Mimo to, jak zauważył Lebiediew, żadnego „czekistowskiego rewanżu” na Ukrainie nie było — Marczuk był premierem zaledwie dwa lata i odszedł, ponieważ na Ukrainie brakowało podatnego gruntu społecznego dla takiego scenariusza.

Domańska oceniła to jako bardzo istotną obserwację — Putin niewątpliwie ponosi odpowiedzialność jako główny sprawca, jednak sam, nawet z garstką podobnych sobie ludzi, nie byłby w stanie zbudować takiego systemu bez specyficznego społecznego podglebia. Rządy Putina, jej zdaniem, w dużej mierze stanowiły odpowiedź na szczególne przekonania, lęki i oczekiwania rosyjskiego społeczeństwa, przeoranego trudną historią XX wieku — represjami, wojnami, zrywaniem więzi międzypokoleniowych — które potrzebowało punktu odniesienia i poczucia stania na twardym gruncie. Domańska dodała, że tym, co szczególnie odróżnia rosyjskiego człowieka, jest to, iż nie rozumie on, że ten podatny grunt w ogóle istnieje — oddycha nim, stoi na nim, ale nie dostrzega jego istnienia.

Toksyczna relacja z państwem

Materiał podsumował, że Putin nie pojawił się w politycznej próżni, lecz trafił na społeczeństwo żyjące od dekad w cieniu nierozliczonej historii i imperialnych wyobrażeń. Domańska wskazała na jeszcze jeden istotny mechanizm — samo istnienie państwa gwarantuje Rosjaninowi poczucie uprzywilejowanej, nadrzędnej pozycji; zniszczenie tego państwa oznaczałoby stanie się jednym z wielu, równym pośród innych. To właśnie tu, jej zdaniem, tkwi źródło dziwnego, ambiwalentnego „romansu” między rosyjskojęzyczną inteligencją a państwem, którego ona jednocześnie nienawidzi, wchodzi z nim w konflikty, ale nigdy nie jest gotowa na ostateczne, definiujące wszystko na nowo zerwanie.

Domańska rozwinęła tę myśl, zauważając, że wielu Rosjan jednocześnie boi się własnego państwa, nie ufa mu, a zarazem uważa je za niezbędny punkt odniesienia, spoiwo zbiorowości i ostatnią linię obrony przed bliżej niezdefiniowanymi zagrożeniami. Przywołała diagnozę usłyszaną od znajomej Rosjanki, porównującej relację obywatela Federacji Rosyjskiej z własnym państwem do relacji dziecka z toksycznym rodzicem — nienawidzę, ale jednocześnie kocham, nie ufam, boję się, chcę się odciąć, ale jednocześnie chcę zasłużyć na miłość i podtrzymać tę więź, bo nie mam żadnej innej. To mieszanka chęci uwolnienia się i silnego współuzależnienia.

Nie każdy musi popierać władzę, by reżim trwał

Domańska podsumowała, że kluczowe pytanie nie brzmi, na ile Rosjanie naprawdę wierzą w oficjalną narrację, lecz na ile ta wiara zabija w nich potencjał oporu, wpływa na zdolność reagowania i przesuwa w stronę konformizmu. Jej zdaniem główny potencjał, na którym opiera się państwo Putina, wynika z tego, że wciąż istnieją w nim dość duże obszary prywatnej inicjatywy oraz wiele stopni konformizmu i dystansu, jakie można zachować wobec państwa, pod warunkiem spełniania pewnych narzuconych wymagań — nie jest to więc społeczeństwo totalnej mobilizacji ideologicznej. Podkreśliła krótko: nie każdy musi popierać władzę, żeby reżim mógł trwać — wystarczy, że skutecznie stłumiona zostanie wola oporu.

Domańska zamknęła materiał obserwacją dotyczącą obecnego momentu: rośnie nieufność do władzy, maleje poparcie zarówno dla wojny, jak i dla samej władzy, a jednocześnie władza robi coraz więcej, by zniechęcić obywateli do jakiejkolwiek aktywności — traktując brak sprzeciwu i protestu jako najskuteczniejszy mechanizm zarządzania państwem w sposób opresyjny.


Rozmowę poprowadził narrator programu z udziałem Siergieja Lebiediewa, rosyjskiego pisarza, oraz Marii Domańskiej, ekspertki Ośrodka Studiów Wschodnich. Materiał „Jak myślą Rosjanie?” dostępny na kanale OSW – Ośrodek Studiów Wschodnich na YouTube, liczącym 270 tys. subskrybentów. Opublikowany 23 lipca 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *