Siudak w Akademii Geopolityki: doktryna Giedroycia w polskiej debacie została zastąpiona myśleniem Doncowa
Mit polsko-ukraińskiego Międzymorza, historia ukraińskiej myśli geopolitycznej, mechanizm rozprzestrzeniania się na całą Ukrainę pamięci historycznej o UPA oraz rzeczywisty, mocno zniekształcony dziś w Polsce sens doktryny Jerzego Giedroycia — to główne wątki pierwszej części rozmowy Leszka Sykulskiego z dr. Michałem Siudakiem, ukrainoznawcą, tłumaczem przysięgłym języka ukraińskiego i wieloletnim wykładowcą akademickim, w programie Akademia Geopolityki. Druga część rozmowy, poświęcona bieżącej polityce ukraińskiej i relacjom polsko-ukraińskim, ukaże się na osobnym kanale — podcaście geopolitycznym.
Przedstawiając gościa, Sykulski przypomniał, że dr Siudak jest tłumaczem przysięgłym języka ukraińskiego od 2000 roku, absolwentem filologii ukraińskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, przez 17 lat pracował jako adiunkt w Katedrze Ukrainoznawstwa UJ, a przez ponad 13 lat wykładał również na Uniwersytecie Śląskim. Jest redaktorem specjalistycznych słowników języka ukraińskiego, tłumaczem tekstów naukowych z ekonomii, prawa, socjologii i historii oraz autorem publikacji o stosunkach polsko-ukraińskich i ukraińskiej myśli politycznej. Sykulski wymienił jego najważniejsze prace: antologię „Ukraińska geopolityka. Wybór tekstów źródłowych”, „Między eugeniką i swastyką. Ukraiński nacjonalizm w tekstach źródłowych”, książkę o doktrynie Giedroycia w środowisku paryskiej „Kultury” w latach 1947–1991 oraz przekład traktatu „Dwa królestwa” błogosławionego biskupa Hryhorija Chomyszyna — grekokatolickiego biskupa stanisławowskiego, który potępiał zbrodnię wołyńską i ukraińskie ludobójstwo na Polakach.
Ukraińska myśl geopolityczna a realna polityka Kijowa
Sykulski zapytał, które z klasycznych koncepcji ukraińskiej myśli geopolitycznej, opisanych przez Siudaka w antologii z 2017 roku, realnie oddziałują dziś na intelektualne kręgi w Kijowie, a które odeszły już do lamusa historii, oraz czy druga faza wojny od 2022 roku potwierdziła tę myśl, czy ją sfalsyfikowała.
Siudak zastrzegł na wstępie, że byłby bardzo ostrożny w przecenianiu wpływu myśli geopolitycznej na współczesnych ukraińskich polityków — jako przykład podał Andrija Jermaka, który w obliczu problemu natury politycznej miał udać się po poradę do wróżki, jeśli wierzyć doniesieniom dziennikarza Tarasjuka. Zaznaczył, że ukraińska polityka funkcjonuje inaczej niż polska: to przede wszystkim ludzie biznesu traktujący Ukrainę bardziej jako przedsiębiorstwo niż państwo w rozumieniu niemieckim, francuskim czy polskim.
Jeśli chodzi o same trendy intelektualne, Siudak wskazał na koncepcje Jurija Łypy i Stepana Rudnickiego, rozwinięte później przez Stepana Banderę, a także na mało znanego w Polsce publicystę i geopolityka Romana Rachmannego — twórcę tak zwanej doktryny czarnomorskiej, bywającej też określaną jako forma ukraińskiego imperializmu. Jej rdzeniem jest przekonanie, że Ukraina broni Europy i cywilizacji zachodniej przed Rosją, należącą do zupełnie obcego, innego świata — korzenie tego przekonania sięgają XIX-wiecznego Bractwa Cyrylo-Metodiańskiego, a rozwijane były pod wpływem polskich koncepcji mesjanistycznych. Siudak ocenił, że fakt, iż Ukraina broniła się i broni do dziś, daje Ukraińcom poczucie siły — jego zdaniem pozorne — oraz chęć odgrywania ważnej roli w Europie Środkowo-Wschodniej, co przekłada się na stosunek do Polski, którą, jak to ujął, Ukraińcy odstawili na boczny tor.
Ukraińskie koncepcje geopolityczne nie przewidywały miejsca dla Polski
Sykulski uzupełnił, że Rudnicki, do dziś traktowany przez Ukraińców jako wybitny geograf, mówił o etnicznym obszarze ukraińskim liczącym około 850 tysięcy kilometrów kwadratowych. Zaznaczył, że łączącą cechą doktryny czarnomorskiej — bałtycko-czarnomorskiej — Rudnickiego i Łypy było to, że w żadnej wersji swojej federacji czy konfederacji nie przewidywali w niej Polski jako równorzędnego partnera, w odróżnieniu od polskiej koncepcji Międzymorza, w której zwolennicy chcieli widzieć Polskę jako lidera bloku bałtycko-czarnomorskiego z udziałem Ukrainy.
Siudak potwierdził to bez zastrzeżeń, przypominając biografię Rudnickiego — urodzony w Przemyślu, tworzył swoje koncepcje geopolityczne, po czym wyjechał do sowieckiej Ukrainy, co skończyło się dla niego tragicznie, co samo w sobie o czymś świadczy. Zaznaczył, że ani u Łypy, ani u Rudnickiego Polska nie odgrywała istotnej roli — w koncepcjach geopolitycznych Łypy granica ukraińskich ziem etnicznych przebiegała w okolicach Krakowa, sięgała niemal Warszawy, obejmowała tereny między Katowicami a Lublinem (do miejscowości określanej jako Rów Szlachecka), a nawet fragmenty terytorium dzisiejszej Słowacji aż po Popard, co budziło niezadowolenie także Słowaków. Podkreślił, że w tych koncepcjach Polaków po prostu nie było.
Sykulski zwrócił przy tym uwagę na nietypową biografię samego Jurija Łypy — z zawodu lekarza, urodzonego jako Polak o nazwisku Jerzy Lipa, który z własnego wyboru stał się Ukraińcem i, jak zaznaczył Sykulski, przejawiał przy tym postawy określane jako szowinizm ukraiński.
Wyjątkiem był, jak wskazał Siudak, publicysta Bohdan Osadczuk, który próbował budować ideę Międzymorza wspólnie z Polską — dziś jednak, jak zaznaczył, mało który współczesny Ukrainiec w ogóle go rozpozna. Przywołał przy tym anegdotyczny, choć autentyczny cytat z korespondencji Jerzego Giedroycia, który miał napisać, że ma zaufanie do Osadczuka, „o ile w ogóle można mieć zaufanie do Ukraińców” — co, jak zaznaczył Siudak, rzuca dodatkowe światło na samego Giedroycia jako rzekomego ukrainofila.
Zapomniany plan Krawczuka
Siudak przypomniał jeszcze jedną historyczną próbę zbliżenia — koncepcję prezydenta Łeonida Krawczuka z początku lat 90., znaną jako plan Krawczuka, zakładającą utworzenie strefy bezpieczeństwa czy quasi-sojuszu obejmującego Polskę, Białoruś, Ukrainę, państwa bałtyckie oraz ewentualnie Czechy, Słowację i Węgry. Plan ten, jak zaznaczył, ostatecznie spełzł na niczym — Polska wraz z sąsiadami z Grupy Wyszehradzkiej zdecydowała się wówczas jednoznacznie na integrację europejską, uznając ją za drogę do dobrobytu i bezpieczeństwa, niekoniecznie chcąc angażować się w sojusze z Białorusią czy Ukrainą, obawiając się przy tym zdominowania przez liczebnie i przemysłowo silniejszy wówczas żywioł ukraiński i białoruski.
Sykulski zauważył, że Ukraina rzeczywiście była wtedy znacznie mocniejsza demograficznie i przemysłowo, jednak już od czasów prezydentury Łeonida Kuczmy, nie mówiąc o kolejnych prezydentach, ukraińskie elity odeszły od tej koncepcji zbliżenia z Polską. Nawiązał również do wątku ziem etnicznych, przywołując współczesne wypowiedzi Ołeksandra Alfiorowa, obecnego szefa ukraińskiego IPN-u, w których wciąż pobrzmiewa podobna retoryka, oraz przypomniał postać Iryny Faryon, która twierdziła, że Polska „okupuje” 19,5 tysiąca kilometrów kwadratowych ukraińskich ziem etnicznych — miejsce pamięci poświęcone Faryon odsłonił zresztą mer Lwowa Andrij Sadowyj.
Doncow i systematyczne rozprzestrzenianie pamięci o UPA
Sykulski przeszedł do tematu Dmytra Doncowa i doktryny nacjonalizmu integralnego, historycznej ideologii OUN obowiązującej od 1929 roku, pytając o granicę między pamięcią kombatancką a państwową ideologizacją oraz o realną siłę środowisk odwołujących się dziś do myśli Doncowa — nie tylko ruchu azowskiego, Andrija Biłeckiego czy obecnego Trzeciego Korpusu Armijnego (wcześniej Trzeciej Brygady Szturmowej, jeszcze wcześniej pułku, a następnie batalionu Azow).
Siudak, zastrzegając złożoność tematu, zaczął od własnych obserwacji z lat 90., gdy podczas pierwszych wyjazdów na zachodnią Ukrainę, głównie do Lwowa, widywał na straganach mnóstwo książek — pisanych często przez emigrację ukraińską — poświęconych Ukraińskiej Powstańczej Armii i Stepanowi Banderze. Zaznaczył, że w latach 90. ta pamięć była zjawiskiem wyraźnie regionalnym, charakterystycznym dla zachodniej Ukrainy, ze Lwowem jako centrum — podobnie jak pamięć o Armii Krajowej czy Batalionach Chłopskich jest szczególnie silna na ziemi świętokrzyskiej. Po rozpadzie Związku Sowieckiego środowiska te, wspierane przez diasporę ukraińską z Kanady, dla której Lwów stał się swoistym przyczółkiem czy piemontem tej tradycji, zaczęły systematycznie, poprzez uniwersytety i wykłady, przenosić tę pamięć historyczną z Galicji na resztę Ukrainy — proces ten, zdaniem Siudaka, nasilił się już wcześniej niż powszechnie wskazywany koniec prezydentury Wiktora Juszczenki, choć to właśnie nadanie przez Juszczenkę Stepanowi Banderze tytułu Bohatera Ukrainy odbiło się w Polsce najszerszym echem.
Siudak ocenił, że ta polityka pamięci stała się głównym wektorem oficjalnej polityki historycznej Ukrainy po drugim, spontanicznym i oddolnym Majdanie. Wyjaśnił mechanizm tego wyboru: jeśli Ukraina chce wyzwolić się z rosyjskiej strefy wpływów kulturowych, musi w polityce pamięci sięgnąć po jakieś zaplecze intelektualne — nie może jednak sięgnąć po Mychajła Hruszewskiego, który rozważał sojusz z demokratyczną Rosją, ani po Mychajła Drahomanowa, uważającego, że język rosyjski powinien pełnić funkcję ogólnosłowiańską. Sięga więc po Doncowa, Banderę i wspomnianego Rachmannego, ponieważ ci twierdzili, że kultura, mentalność i tożsamość ukraińska są czymś zupełnie odrębnym od rosyjskiej — Doncow pisał wprost, że Rosja jest „królestwem szatana na ziemi”, a całe zło bierze się nie tylko z komunizmu, ale z samej Rosji; Bandera akcentował bardziej element sowiecki tego przekonania.
Siudak podsumował ten mechanizm jako swoistą pętlę: im bardziej Ukraina zwraca się na zachód, tym mocniej w polityce pamięci sięga po tradycję OUN i walki z sowietami; im mocniej sięga po tę tradycję, tym większy budzi to opór w Polsce; im większy jest ten opór, tym gorsze stają się stosunki polsko-ukraińskie. Zaznaczył, że Polska już to przerabiała pod koniec prezydentury Petra Poroszenki, gdy relacje wcale nie były lepsze niż obecnie — przypomniał, że ktoś z ówczesnej kancelarii prezydenckiej mówił nawet o rzekomej dyskryminacji polskiej mniejszości narodowej na Ukrainie, a on sam słyszał znacznie ostrzejsze sformułowania. Ocenił, że dziś powtarza się dokładnie ten sam schemat, a Ukraińcom nie można odmówić skuteczności w rozprzestrzenianiu tej polityki pamięci ze Lwowa dalej na wschód — proces ten trwa nieprzerwanie, prowadzony między innymi przez działaczy ukraińskiego IPN-u, publikujących kolejne książki i organizujących wykłady w szkołach. Ocenił, że nie widzi żadnych sygnałów, by ta sytuacja miała się w najbliższym czasie zmienić.
Sykulski uzupełnił ten wątek, przypominając rolę środowisk, które szczególnie mocno uaktywniły się po Euromajdanie — w tym Prawego Sektora jako nowego ruchu odwołującego się do Doncowa, w opozycji do starszego, założonego w 1992 roku przez Sławę Stećko Kongresu Ukraińskich Nacjonalistów.
Model narodowy czy obywatelski — który zwycięży
Sykulski zapytał o ocenę wewnętrznego zróżnicowania Ukrainy w okresie 2022–2026: czy derusyfikacja przestrzeni symbolicznej, migracje wewnętrzne oraz — pytanie, czy głębokie, czy jedynie powierzchowne — przechodzenie na język ukraiński domykają proces budowy narodu ukraińskiego, czy raczej zamrażają lub wręcz pogłębiają podziały regionalne, oraz który model ukraińskości ostatecznie zwycięży: galicyjsko-nacjonalistyczny, odwołujący się do Doncowa, Bandery i Szuchewycza, czy obywatelsko-państwowy.
Siudak zastrzegł, że w warunkach wojennych rzetelne badania naukowe na ten temat są praktycznie niemożliwe do przeprowadzenia, a jego odpowiedź opiera się raczej na doświadczeniu zawodowym niż naukowym. Zakwestionował powszechne w Polsce przekonanie, że na naszych oczach kształtuje się jednolity, zjednoczony jak nigdy dotąd nowoczesny naród ukraiński — jego zdaniem proces narzucenia wspólnej tożsamości, także językowej, wymaga dziesięcioleci pracy, prawdopodobnie trzydziestu, czterdziestu, a może i więcej lat. Ocenił, że realne podziały wewnętrzne ujawnią się dopiero po zakończeniu wojny, gdy Ukraińcy będą musieli rozliczyć się z pytaniem, na ile poniesione koszty były warte efektu.
Podzielił się obserwacją, że ten, kto już wcześniej czuł się Ukraińcem, dziś czuje się nim jeszcze mocniej, natomiast ci, których tożsamość była mniej jednoznaczna — bywali różnie, czasem niezbyt uprzejmie, określani przez samych Ukraińców — sprawy toczą się swoim własnym tokiem, ponieważ język jest sprawą bardzo intymną. Zaznaczył, że zdecydowana większość Ukraińców, z którymi ma zawodowo do czynienia, to osoby rosyjskojęzyczne — nawet gdy mówią po ukraińsku, w sytuacjach stresowych automatycznie przełączają się na rosyjski, choć sami rzadko się do tego przyznają. Wskazał na realny problem pokoleniowy: rodzice wychowani w języku rosyjskim mają dziś dzieci, które uczą się języka ukraińskiego, którego same nie znają — a takich rodzin na Ukrainie jest, jego zdaniem, bardzo dużo.
Ocenił, że Ukraina przyjęła, jego zdaniem, błędny model państwowości — model narodowy zamiast obywatelsko-państwowego, a obecny konflikt zbrojny jest w pewnej mierze pokłosiem tego wieloletniego „przeciągania” kraju w jednym kierunku tożsamościowym. Zaznaczył, że dziesięć czy piętnaście lat to zbyt krótki okres, by mówić o całkowitym zniknięciu wcześniejszych różnic regionalnych — takie procesy trwają dekadami. Przywołał także skrajne przypadki ze swojego doświadczenia, dotyczące choćby imigrantów z Donbasu, których reakcja na język ukraiński bywała chłodna, z wyraźnym dystansem. Podkreślił, że Ukraińcy nie chcą o tym mówić i przyjęli — co, jak zaznaczył, po części rozumie — oficjalną narrację pełnej jedności narodowej, jednak prawdziwe rozliczenie nastąpi dopiero po wojnie, gdy okaże się, czy Ukraina w ogóle przetrwa w obecnych granicach.
Sykulski przyznał, że nie sposób dziś przewidzieć ani przyszłego kształtu terytorialnego Ukrainy, ani tego, czy przetrwa ona jako jednolity organizm państwowy, przypominając przy tym dawną wypowiedź Viktora Orbána, jeszcze jako premiera Węgier, sugerującą możliwość podziału lub dezintegracji Ukrainy.
Bilans doktryny Giedroycia: Polska zamieniła Giedroycia na Doncowa
Sykulski przeszedł do centralnego wątku rozmowy — bilansu doktryny Giedroycia, powołując się na własną pracę naukową Siudaka opartą na korespondencji między Jerzym Giedroyciem a Juliuszem Mieroszewskim. Zaznaczył, że doktryna ta została w III Rzeczpospolitej mocno, jego zdaniem, zwulgaryzowana, i zapytał, czy obecny kryzys w relacjach polsko-ukraińskich — którego początek trudno jednoznacznie datować, ale można umownie wyznaczyć jesienią 2023 roku, wystąpieniem Zełenskiego na forum ONZ, kryzysem zbożowym i transportowym, a którego najbardziej jaskrawym przejawem stało się w 2026 roku nadanie Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” imienia tak zwanych bohaterów UPA, z udziałem Kyryła Budanowa — świadczy o klęsce bezrefleksyjnej próby aplikowania doktryny Giedroycia do polskiej polityki wschodniej. Zapytał również, co Giedroyc i Mieroszewski powiedzieliby dziś o kwestii warunkowania wsparcia dla Ukrainy sprawami pamięci historycznej.
Siudak przyznał, że trudno mu jednoznacznie odpowiedzieć, zaznaczając jednak, że sam Giedroyc korespondował z kręgami bliskimi Doncowowi, w tym z pewną Skobełycz, i obawiał się odrodzenia tradycji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, współpracując w tej kwestii z Borysem Łewyckim — jednym z ważniejszych emigracyjnych krytyków ukraińskiego nacjonalizmu.
Zakwestionował jednak samo założenie pytania, twierdząc dobitnie, że przez ostatnie dziesięć, może piętnaście lat Polska w ogóle nie próbowała implementować doktryny Giedroycia — do samej doktryny, jak to ujął, nawet się nie zbliżono. Jedynym okresem, w którym można mówić o realnej próbie jej zastosowania, były lata 90., gdy polski minister spraw zagranicznych regularnie jeździł zarówno do Kijowa, jak i do Mińska, i do Moskwy. Wyjaśnił, że w Polsce Giedroyc funkcjonuje jako ukrainofil i został wzięty na sztandary przez środowiska określające się mianem ukrainofilskich, jednak z naukowego punktu widzenia — co polskiej nauce jest dobrze znane — Giedroyc był w rzeczywistości większym rusofilem niż ukrainofilem. Argumentował to liczbą publikowanych artykułów o Rosji, współpracą z rosyjskimi poetami oraz faktem, że ideą fiks Giedroycia była europeizacja Rosji.
Ocenił, że doktrynę Giedroycia w Polsce faktycznie „wykastrowano”, sprowadzając ją wyłącznie do formuły Ukraina-Litwa-Białoruś — formuły, która zresztą nigdy nie była stała przez cały okres istnienia paryskiej „Kultury” ani jednakowo rozumiana. W oryginalnej doktrynie Giedroycia najważniejszym kierunkiem i państwem, z którym należało unormować stosunki, była Rosja — to ona była celem numer jeden, natomiast Ukraina, Białoruś i Litwa stanowiły drogę do tego celu, a nie cel sam w sobie. Siudak zaznaczył, że sam polemizowałby tu z Giedroyciem, i przywołał słynną formułę Mieroszewskiego, mówiącą, że im więcej będzie znaczył polski ambasador w Kijowie, tym więcej będzie znaczył w Moskwie — proponując jej odwrócenie: im więcej znaczyłby polski ambasador w Moskwie, tym więcej znaczyłby w Kijowie.
Wskazał również na powszechne w Polsce błędne przypisywanie Giedroyciowi słynnego hasła „nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy” — takich słów Giedroyc nigdy nie wypowiedział, autorstwo tego sformułowania przypisał politykowi określonemu jako Krawczyński. Podkreślił, że dla Giedroycia najważniejszym zagadnieniem było umiejscowienie Polski między Rosją a Niemcami, a Ukraina przyjazna Polsce w jego rozumieniu w żadnym razie nie oznaczała Ukrainy banderowskiej w dzisiejszym tego słowa znaczeniu.
Podsumowując ten wątek, Siudak sformułował mocną, jak sam zaznaczył, ale w pełni przez siebie podtrzymywaną tezę: w ostatnich latach polska debata o polityce wschodniej zamieniła mówienie językiem Giedroycia na mówienie językiem Doncowa — Polacy patrzą dziś na Ukrainę, Rosję i Białoruś dokładnie tak, jak patrzył na nie Doncow i ukraiński nacjonalizm, co jest całkowicie sprzeczne z pierwotną intencją samego Giedroycia, notabene żonatego z Rosjanką i będącego, jak podsumował Siudak, w istocie rusofilem.
Sykulski gorąco zarekomendował w tym miejscu widzom naukowy artykuł Siudaka z 2021 roku, opublikowany w czasopiśmie „Politeja” pod tytułem „Miejsce Rosji w doktrynie Giedroycia między partnerstwem a rywalizacją” — dwudziestopięciostronicowy tekst demitologizujący rzeczywiste poglądy Giedroycia wobec Rosji.
Kondycja polskiego ukrainoznawstwa: eksperci czy adwokaci Ukrainy
Na zakończenie pierwszej części rozmowy Sykulski zapytał o stan polskiego ukrainoznawstwa jako dyscypliny akademickiej, przypominając, że teksty Siudaka wielokrotnie stawały się przedmiotem ataków środowiskowych — jako przykład wskazał głośny tekst „Ukraina, gorzkie słowa prawdy”, przedrukowany na blogu śp. ks. Isakiewicza-Zalewskiego, który po krytycznym podsumowaniu rządów ukraińskiego oligarchatu, w tym prezydentury Poroszenki, ściągnął na autora personalne ataki. Sykulski przywołał również kontrowersje wokół publicznych wypowiedzi dr. Kazimierza Wójcickiego, porównującego w telewizji oddziały UPA do żołnierzy Armii Krajowej, oraz niekonsekwencję prof. Grzegorza Motyki, który z jednej strony mówi o ludobójstwie Ukraińców na Polakach, a z drugiej opisuje operację Wisła językiem zbliżonym, jego zdaniem, do ukraińskiej propagandy. Zapytał wprost, czy ukrainoznawstwo jako dyscyplina pełni dziś funkcję ekspercką dla polskiego państwa, czy raczej funkcję adwokacką wobec Ukrainy.
Siudak ocenił, że polskie ukrainoznawstwo przeżywa od dawna kryzys i utknęło w martwym punkcie — ośrodków zajmujących się tą tematyką jest dziś wyraźnie mniej niż dawniej. Ocenił, że cała polska debata o polityce wschodniej jest nacechowana infantylizmem, emocjami i pewną formą myślenia zideologizowanego. Wskazał na dwa skrajne, w jego ocenie równie nieproduktywne podejścia: z jednej strony środowiska głoszące, że o Ukrainie można mówić wyłącznie dobrze albo wcale — co, jak przyznał, w pewnym sensie rozumie, bo to zwyczajnie element ukraińskiej polityki miękkiej siły w czasie wojny — a z drugiej strony polskie społeczeństwo jako całość, mające, jego zdaniem, dokładnie odwrotny problem: przekonanie, że im gorzej mówi się o Ukrainie, tym lepiej. Ocenił, że żadne z tych podejść niczego realnie nie rozwiązuje, ponieważ kwestia patrzenia na wschód pozostanie dla Polski kluczowa przez najbliższe lata — to Ukraina, jego zdaniem, będzie w decydujący sposób wpływać na polskie bezpieczeństwo narodowe i publiczne.
Podkreślił, że Polska potrzebuje nie ideologii ani lukrowania rzeczywistości, lecz rzetelnej debaty i nazywania rzeczy po imieniu — bez tego niemożliwe jest w ogóle zrozumienie zachodzących procesów. Wyraził ostrożną nadzieję, że dobrym skutkiem obecnej awantury dyplomatycznej może być, jak ujął to wcześniej cytowany przez niego Zbigniew Parafianowicz, pewne urealnienie polsko-ukraińskich stosunków — otrzeźwienie Polaków i spojrzenie na Ukrainę taką, jaką rzeczywiście jest: nie tylko jako na heroicznego obrońcę Europy i cywilizacji zachodniej, lecz jako na kraj, w którym zachodzą poważne, złożone procesy wewnętrzne, mające po zakończeniu wojny bardzo istotnie wpłynąć na to, co będzie się działo w samej Polsce.
Kończąc pierwszą część rozmowy, Sykulski podziękował gościowi i zaprosił widzów do obejrzenia drugiej części na podcaście geopolitycznym, a także do zapoznania się z linkami do tekstów naukowych i publicystycznych dr. Siudaka zamieszczonymi w opisie materiału.
Rozmowę przeprowadził Leszek Sykulski z dr. Michałem Siudakiem, ukrainoznawcą i tłumaczem przysięgłym języka ukraińskiego. Materiał „Mit Międzymorza polsko-ukraińskiego. Wywiad z dr. Michałem Siudakiem” (część pierwsza) dostępny na kanale Akademia Geopolityki Leszka Sykulskiego na YouTube, liczącym 9,08 tys. subskrybentów. Opublikowany 23 lipca 2026.










