Od czasów PRL przemilczana, w latach 90. pielęgnowana wyłącznie przez rodziny pomordowanych — zbrodnia wołyńska do dziś pozostaje jednym z najbardziej bolesnych i nierozwiązanych problemów w relacjach polsko-ukraińskich. Kanał Zero przedstawia 35-letnią historię tego sporu z perspektywy historycznej i politycznej.
Przemilczenie w PRL
Latem 1943 roku oddziały ukraińskich nacjonalistów rozpoczęły skoordynowane mordy Polaków na okupowanych przez Niemcy terenach II Rzeczpospolitej. W ciągu kolejnych miesięcy zginęło ponad 100 tysięcy mieszkańców Wołynia i Galicji Wschodniej. Zbrodnia była w czasach PRL przemilczana — nie było publikacji, nie mówiono o tym, co działo się za Bugiem. Powód był prosty: nie chciano przypominać Polakom, że na terenie Związku Sowieckiego żyli Polacy. O UPA mówiono jedynie w kontekście walk w Bieszczadach, na terytorium współczesnej Polski.
Lata 90. — państwo polskie bez zainteresowania
Po 1991 roku, gdy Ukraina stała się niepodległym państwem, temat zbrodni wołyńskiej nie zaistniał w polskiej przestrzeni publicznej. Powstawały stowarzyszenia kresowe, które z własnej inicjatywy zbierały relacje i wspomnienia, ale państwo polskie nie było zainteresowane. Polska — jak oceniają eksperci — zajęła się tym tematem za późno. Nawet gdyby systematycznie prowadzono poszukiwania, odnalezienie wszystkich miejsc pochówku zajęłoby co najmniej 20–30 lat, bo zbrodnia wołyńska różni się od katyńskiej tym, że jest rozproszona w terenie — w kilku tysiącach miejsc, w studniach, na polach, w lasach, w miejscowościach, które już nie istnieją. Bardzo wiele ofiar nigdy nie zostało pochowanych — zginęły w spalonych domostwach.
Pierwsza ekshumacja i blokada
Pierwsza ekshumacja odbyła się w 1992 roku w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej, w powiecie lubomelskim. Doszło do niej dzięki heroicznej walce doktora Leona Popka z Lublina, którego przodkowie zostali tam zamordowani. Wrażenie, jakie wywołało odsłonięcie masowego grobu, spowodowało, że strona ukraińska doszła do wniosku, że nie opłaca jej się wydobywać tych spraw na światło dzienne. Kolejnych zgód przez lata nie wydawano — każda ekshumacja była wynikiem ogromnych wysiłków polskich urzędników, przy bardzo dużym oporze wszystkich szczebli administracji ukraińskiej.
2003 rok — spotkanie Kwaśniewski-Kuczma
Dopiero w 2003 roku, w 60. rocznicę zbrodni, prezydenci Aleksander Kwaśniewski i Leonid Kuczma spotkali się w Porycku (obecnie Pawliwka) — miejscu, gdzie ukraińscy nacjonaliści napadli na Polaków podczas mszy świętej, zdetonowali pocisk artyleryjski, dobili rannych i podpalili kościół. Władze Ukrainy po raz pierwszy wydały wtedy zgodę na pomnik polskich ofiar zbrodni wołyńskiej. Uroczystość odbywała się jednak w napiętej atmosferze — polskich uczestników otaczał kordon wrogich demonstrantów, podczas przemówień obu prezydentów dochodziły wrogie okrzyki. Kuczma wyraził żal, lecz — jak oceniają uczestnicy — nie były to przeprosiny. Nigdy zresztą do nich nie doszło.
Gloryfikacja UPA — konsekwentna polityka historyczna
Już od lat 90. trwał na Ukrainie proces uznawania OUN i UPA za organizacje kombatanckie i narodowowyzwoleńcze. W 2007 roku we Lwowie odsłonięto pierwszy pomnik Stepana Bandery. Jego imieniem i imieniem Romana Szuchewycza — bezpośredniego wykonawcy czystek etnicznych na Wołyniu — zaczęto nazywać ulice. Na zachodniej Ukrainie powstawały muzea UPA, organizacja trafiała na sztandary. W 2010 roku prezydent Wiktor Juszczenko nadał — unieważniony potem przez sąd — tytuł bohatera Ukrainy Banderze. W 2015 roku, kilka godzin po przemówieniu prezydenta Bronisława Komorowskiego w Radzie Najwyższej Ukrainy, w którym apelował o historyczne pojednanie, ukraiński parlament przyjął ustawę uznającą członków OUN i UPA za bojowników o wolność Ukrainy. Wydarzenie to kosztowało Komorowskiego — zdaniem ekspertów — porażkę w wyborach.
Profesor Grzegorz Motyka, najlepszy znawca relacji polsko-ukraińskich w kontekście II wojny światowej, ocenia, że gloryfikacja UPA to nie chwilowy kaprys, lecz element konsekwentnej, wieloletniej polityki historycznej Ukrainy.
Mechanizm zbrodni
Eksperci podkreślają, że zbrodnia wołyńska nie była spontanicznym buntem ludowym — to teza lansowana przez część ukraińskich historyków, niemająca oparcia w dokumentach. Mordy były zaplanowane i zorganizowane odgórnie przez frakcję banderowską OUN i UPA, według planu powszechnego powstania, którego celem było fizyczne usunięcie wszystkich Polaków z Wołynia i Galicji Wschodniej. Rozkazy na Wołyniu mówiły wprost o unicestwieniu Polaków. Słynna Krwawa Niedziela — 11 lipca 1943 roku — to dzień, w którym zaatakowano 99 miejscowości jednocześnie, co dowodzi wysokiego stopnia organizacji. Szczególnie wstrząsający jest fakt, że duchowni ukraińscy — dobrowolnie lub pod przymusem — święcili narzędzia zbrodni: kosy, siekiery, topory, tłuczki do zabijania zwierząt. Brutalność była celowa — miała wywoływać skojarzenia z kozacczyzną i buntem ludowym, co ułatwiało ukrycie tożsamości sprawców.
Według polskich szacunków w wyniku antypolskiej akcji OUN i UPA w latach 1943–1945 zginęło od 80 do 120 tysięcy ofiar. W wyniku polskich akcji zemsty zginęło kilkanaście tysięcy cywilnych Ukraińców — jednak były to działania lokalnych komendantów AK, łamiące zalecenia dowództwa, nie odgórny rozkaz.
Osobiste świadectwa
Jedna z rozmówczyń opowiada, jak jako dziecko słyszała między dorosłymi relacje z masakry w Ugłach z 12 maja 1943 roku, gdzie zginęło około 100 Polaków, w tym 18 członków jej rodziny. „Słyszałam, jak dziecko osiemnastomiesięczne zostało rozerwane na dwie części. Na oczach brata. Że jego matka została zadźgana bagnetem” — wspomina. W Ugłach dowódcą sotni był Wasylij Lewkowicz, który zmarł w 2013 roku. Rok temu ulica pod Lwowem o pozytywnej nazwie nawiązującej do pojednania została przemianowana na jego imię. Dziś można kupić na Ukrainie znaczek pocztowy z wizerunkiem człowieka, który wymordował jej rodzinę.
Impas trwa
W czerwcu 2015 roku w monasterze na Podkarpaciu zniszczona została tablica upamiętniająca członków UPA. Kijów w odpowiedzi niemal na 10 lat wstrzymał i tak nieliczne ekshumacje. Łącznie zniszczono wówczas około 18 pomników i krzyży na mogiłach. W 2025 roku Kijów ponownie zaczął wydawać pojedyncze zgody na poszukiwania i ekshumacje.
Procedury są skomplikowane: każdy wniosek rozpatrywany jest oddzielnie, zezwolenia ważne są przez rok. Prace muszą prowadzić podmioty ukraińskie. Zespół badawczy obejmuje kryminalistyków, antropologów, medyków sądowych, genetyków, mikrobiologów i archeologów — bo celem nie jest tylko przeniesienie szczątków, lecz pełna dokumentacja mechanizmu zbrodni i ustalenie przyczyn śmierci.
Perspektywa ukraińska i granice możliwego
Ambasador Ukrainy w Polsce Wasyl Bodnar — który w studiu Kanału Zero w styczniu 2026 roku przekonywał, że „banderyzm” jako ideologia nie istnieje w ukraińskiej polityce — kilka miesięcy później musiał zmierzyć się z faktem, że prezydent Zełenski nadał jednostce specjalnej imię „bohaterów UPA” i wziął udział w honorowym pogrzebie Andrija Melnyka w Kijowie. Ukraińskie władze rozważają też sprowadzenie prochów Stepana Bandery — zabitego przez agenta KGB w Monachium — i złożenie ich w panteonie wybitnych Ukraińców.
Eksperci zwracają uwagę, że kult UPA na zachodniej Ukrainie ma głębokie korzenie — po 1945 roku walka OUN z sowiecką władzą trwała jeszcze 15 lat. 150 tysięcy zachodnich Ukraińców w tej walce zginęło, 350 tysięcy trafiło do więzień i łagrów. Co dziesiąty Ukrainiec w tym regionie doznał represji. Dla tych ludzi i ich potomków Bandera i UPA są naturalnie bohaterami walki o niepodległość.
Polscy eksperci oceniają, że zmiana tego nastawienia przez polską politykę jest nieosiągalna. Czego Polska jednak nie może się zrzec — to prawa do mówienia, że ciemną kartą w historii ukraińskich bohaterów są zbrodnie na Polakach, oraz prawa do upominania się o godny pochówek ofiar i gesty szacunku ze strony ukraińskich władz państwowych — takie jak wystąpienie spikera Rady Najwyższej Rusłana Stefańczuka w polskim parlamencie, gdzie oddał hołd polskim ofiarom.