Podcast „W mroku historii” poświęcił swój 58. odcinek Krwawej Niedzieli — najtragiczniejszemu dniowi zbrodni wołyńskiej, która rozegrała się 11 lipca 1943 roku. Tekst i realizację przygotował Łukasz Włodarski, a materiał czytał Hubert Pawlak.
Narastające napięcie na przedwojennym Wołyniu
Wiosną 1943 roku Wołyń nie był już spokojnym miejscem, choć przez pierwsze lata II wojny światowej codzienne współżycie sąsiedzkie między Polakami a Ukraińcami pozostawało względnie spokojne. Sytuacja zmieniła się po wkroczeniu Niemców, gdy do utworzonej przez okupanta Ukraińskiej Policji Pomocniczej wstąpiło wielu miejscowych nacjonalistów, zdobywając przeszkolenie wojskowe, doświadczenie organizacyjne i broń. Na sile przybrała antypolska agitacja prowadzona przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), której działacze otwarcie nawoływali do budowy niepodległej Ukrainy wolnej od innych narodowości — w praktyce oznaczało to dążenie do usunięcia z Wołynia ludności polskiej, początkowo poprzez zastraszanie i wypędzanie, później poprzez fizyczną eksterminację.
Za symboliczny początek zbrodni wołyńskiej historycy uznają wydarzenia z 9 lutego 1943 roku, gdy sotnia Ukraińskiej Powstańczej Armii pod dowództwem sierżanta Hryhorija Perechijniaka, pseudonim Dowbeszka-Korobka, napadła podstępem na polską kolonię Parośla w powiecie sarneńskim. Upowcy, podając się za sowieckich partyzantów, nakłonili mieszkańców, by ci dla własnego bezpieczeństwa pozwolili się związać, po czym dokonali rzezi — zginęło ponad 170 Polaków, a atak przeżyło zaledwie 13 osób, głównie dzieci. Półtora tygodnia później odbyła się trzecia konferencja OUN Stepana Bandery, po której depolonizacja Wołynia przybrała charakter planowy i masowy. Jak ustalili badacze Instytutu Pamięci Narodowej, do końca czerwca 1943 roku na Wołyniu zginęło ponad 9 tysięcy Polaków.
Tajna dyrektywa i przygotowania do lipcowego uderzenia
Bezpośrednim inicjatorem i głównym kierującym lipcowym uderzeniem był 32-letni pułkownik Dmytro Klaczkiwski, pseudonim Kłym Sawur, dowódca UPA na Wołyniu, któremu polscy historycy przypisują tajną dyrektywę z czerwca 1943 roku nakazującą całkowitą likwidację polskiej ludności na kontrolowanych przez UPA terenach. Plan zakładał jednoczesne uderzenie w jak największej liczbie miejsc tego samego dnia, tak by mieszkańcy jednej wsi nie zdążyli ostrzec sąsiadów. W tym celu w lasach wołyńskich, między innymi na zachód od Włodzimierza, zawczasu skoncentrowano sotnie UPA, do których dołączano uzbrojonych w narzędzia gospodarskie ukraińskich chłopów, tworzących tak zwaną czerń — jej rolą było dobijanie ofiar, grabież mienia i podpalanie zabudowań. Prowadzono też działania propagandowe: na Wołyń przybywali banderowscy agitatorzy z Małopolski Wschodniej, a kilka dni przed masakrą rozprowadzono wśród Polaków ulotki nawołujące do wspólnej walki z Niemcami i Sowietami, mające na celu uśpienie czujności i zniechęcenie do ucieczki do miast.
Polskie podziemie od miesięcy próbowało powstrzymać narastającą falę zbrodni, najpierw poprzez rozmowy i apele, a ostatecznie decydując się na bezpośrednie rokowania z dowództwem UPA. Wstępne rozmowy z komendantem Służby Bezpieczeństwa OUN Fedorem Szabaturą odbyły się 7 lipca, a kolejne spotkanie wyznaczono na następny dzień we wsi Kustycze. Polska delegacja — pełnomocnik Okręgowej Delegatury porucznik Zygmunt Rummel, przedstawiciel Okręgu Wołyńskiej Armii Krajowej podporucznik Ryszard Markiewicz oraz ich woźnica Witold Dobrowolski — przybyła tam bez broni, w geście dobrej woli. 8 lipca 1943 roku wszyscy trzej zostali bestialsko zamordowani, prawdopodobnie przez rozerwanie końmi, co przekreśliło ostatnią szansę na powstrzymanie rzezi. Rzeź zaplanowano na niedzielę, by zaskoczyć jak najwięcej Polaków zebranych w domach i kościołach — wielu Ukraińców zostało wcześniej uprzedzonych o dacie ataku, tak jak ukraiński sołtys kolonii Nowiny, który dzień wcześniej w tajemnicy wywiózł swoją rodzinę.
Przebieg Krwawej Niedzieli
Atak rozpoczął się jeszcze przed świtem 11 lipca 1943 roku. Banderowcy działali w wyspecjalizowanych grupach, uderzając najpierw w największe skupiska ludności polskiej, a następnie niszcząc mniejsze okoliczne osiedla. Na obszar każdej wybranej gminy kierowano co najmniej jedną sotnię UPA, wzmocnioną miejscową bojówką i naprędce zmobilizowanym chłopstwem — jedne pododdziały otaczały wieś kordonem, inne ją zajmowały i gromadziły ofiary w jednym miejscu, gdzie dokonywano masakry, a oczyszczaniem terenu i grabieżą zajmowali się głównie ukraińscy chłopi.
Dominopol w powiecie włodzimierskim był jedną z pierwszych zaatakowanych wsi tej nocy. Znajdował się tam polski oddział partyzancki dowodzony przez kapitana Stanisława Dąbrowskiego, powstały z inicjatywy dowództwa UPA jako rzekomo wspólna formacja do walki z Niemcami. Jeszcze przed zajęciem wsi banderowcy pod pretekstem ćwiczeń bez broni wyprowadzili do lasu trzydziestu nieuzbrojonych partyzantów i rozstrzelali ich, po czym wrócili do wsi i mordowali śpiących mieszkańców siekierami i nożami. Zginęli wszyscy mieszkańcy — historycy oszacowali liczbę ofiar na co najmniej 220 osób.
Około wpół do trzeciej w nocy sotnia UPA zajęła kolonię Górów w gminie Grzybowica, zamieszkaną przez blisko 500 Polaków w 52 gospodarstwach. Mimo istnienia grupy samoobrony, która od 5 lipca ukrywała się w zaroślach i polach, spodziewając się ataku wymierzonego w mężczyzn, UPA zamierzała zgładzić całą osadę. Każdy dom otoczyło po kilkudziesięciu ukraińskich chłopów z narzędziami gospodarskimi oraz dwóch uzbrojonych upowców, wyważających drzwi i wrzucających do środka granaty, po czym mordujących mieszkańców siekierami i kłutowidłami, a do uciekających strzelano z karabinów maszynowych. Według różnych szacunków w Górowie mogło zginąć nawet ponad 400 Polaków, a z rzezi ocalało jedynie 70 osób, z których większość uciekła do sąsiedniej wsi Wygranka. Mimo ostrzeżeń wielu mieszkańców Wygranki pozostało w domach — upowcy zjawili się tam godzinę później, zabijając 150 osób i doszczętnie paląc kolonię.
W Zamliczach, gdzie Polacy stanowili mniejszość, około godziny piątej rano ukraiński oddział, wspomagany wcześniej przygotowanymi mapami i miejscowymi Ukraińcami wskazującymi polskie zagrody, mordował mieszkańców widłami, kosami, siekierami, sierpami i młotkami pod pretekstem rewizji w poszukiwaniu broni. Zachowana relacja opisuje zagrodę rodziny Kolędów, gdzie zamordowano jedenaścioro mieszkańców, a ciała wrzucono do dołu z obornikiem — trzem osobom udało się później wydostać na zewnątrz, a według ich relacji zabijaniu ludzi towarzyszyły wulgarne żarty Ukraińców z wyglądu masakrowanych przez nich kobiet. Zachowała się też relacja o gospodarstwie rodziny Radomskich — weteran wojny polsko-bolszewickiej Bolesław Radomski został zastrzelony podczas próby ucieczki z własnego schronu, a jego zwłoki obniesiono po wsi na drabinie przy śpiewie polskiego hymnu. Rodzinę Uzarskich, sześciu synów oraz rodziców, zabito ciosami siekiery. Łącznie w Zamliczach zginęło 118 osób.
Podobny przebieg miały napady na kolonię Nowiny (80 ofiar spośród około 90 mieszkających tam Polaków, w mordach pomagali miejscowi Ukraińcy), kolonię Stasin (105 ofiar zgromadzonych pod pretekstem sporządzania list na roboty przymusowe i rozstrzelanych w dwóch stodołach, z rzezi ocalało 10 osób) oraz wieś Gucin, zamieszkaną przez 170 Polaków, gdzie mieszkańców spędzono do kilku miejsc kaźni, w tym do kuźni, którą podpalono mimo prowadzonej masakry — łącznie zginęło tam co najmniej 140 osób. Podczas ataku na Gucin kilku Ukraińców próbowało ratować polskich sąsiadów — starzec Petro Muzyka ukrył ocaloną Apolonię Traczykiewicz i za odmowę jej wydania został zastrzelony przez upowców na miejscu.
Masakry w kościołach
Kościoły wypełnione wiernymi na niedzielnych mszach stanowiły największe możliwe skupisko ludności w jednym miejscu, co uczyniło je główną częścią planu ukraińskich oprawców. W Chrynowie banderowcy zawracali do świątyni Polaków wychodzących z mszy o godzinie dziewiątej, jednocześnie wpuszczając tych przychodzących na nabożeństwo o jedenastej, gromadząc w ten sposób około 200 osób. Po ustawieniu przed wejściem karabinu maszynowego otworzono ogień do ludzi stłoczonych między ławkami, jednocześnie wrzucając granaty przez okna — zginęło około 150 osób, w tym proboszcz ksiądz Jan Kotwicki.
Podobny przebieg miał atak na XVIII-wieczny kościół w Porycku, gdzie 20-osobowa sotnia UPA dowodzona przez Wasyla Lewoczkę, pseudonim Dowbórz, ostrzelała modlących się wiernych z broni maszynowej i granatami, po czym zdetonowała w świątyni pocisk artyleryjski oraz próbowała ją spalić — kościół ocalał jedynie dzięki nagłemu deszczowi. Zginęło co najmniej 220 Polaków, w tym proboszcz ksiądz Bolesław Szawłowski oraz trzech ministrantów. O przebiegu tej zbrodni wiadomo między innymi z zeznań złożonych blisko 40 lat później przed sądem radzieckim przez jednego ze sprawców, Mykołę Kwitkowskiego, który przyznał, że rzezi dokonano w niespełna 30 minut, po czym oddział ruszył w stronę pobliskich wsi, zabijając tam ponad 200 kolejnych Polaków.
Dobiegające z Porycka odgłosy strzałów posłużyły jako sygnał do rozpoczęcia eksterminacji mieszkańców Orzeszyna. Na początku upowcy wyznaczyli grupę piętnastu mężczyzn odbywających wcześniej służbę wojskową i poprowadzili ich do lasu, gdzie po przejściu kilku kilometrów próbowali ich rozstrzelać — w momencie otwarcia ognia Polacy rozbiegli się, a zginął tylko jeden z nich, reszcie udało się uciec. Po nieudanej egzekucji upowcy wrócili do wsi, otoczyli ją i czekali na umówiony sygnał, którym stały się właśnie odgłosy strzałów i wybuchów granatów dobiegające z Porycka. Tuż po godzinie jedenastej mieszkańców wyciągnięto z domów na środek wsi i rozstrzelano, a rannych dobijano bagnetami. Spośród 340 mieszkańców masakrę przeżyło zaledwie około 30 osób.
Najbardziej dramatyczny przebieg miał atak na barokowy kościół Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny w Kisielinie, gdzie po rozpoczęciu strzelaniny do wychodzących z mszy wiernych część z nich zdołała schronić się na piętrze plebanii i zabarykadować, decydując się na stawienie oporu przy użyciu cegieł z remontowanych ścian, elementów zdemontowanego pieca oraz narzędzi budowlanych. Obroną kierował miejscowy nauczyciel Włodzimierz Sławożdemski, zaangażowany w konspirację Armii Krajowej, ranny w trakcie walki w nogę — pocisk rozerwał mu tętnicę. Wśród rannych znalazł się też proboszcz ksiądz Witold Kowalski, postrzelony w twarz — kula przebiła mu kość policzkową i wyszła tuż przy uchu. Gdy banderowcom nie udało się sforsować drzwi, podpalili parter budynku — uwięzieni Polacy, pozbawieni dostępu do wody, próbowali gasić ogień własnym moczem, a ostatecznie pożar ugasił nagły deszcz. Oblężenie trwało blisko 11 godzin, po czym po zmroku upowcy się wycofali, a mieszkający w Kisielinie Ukraińcy pomogli obrońcom wydostać się z plebanii. Ci, którzy wcześniej dobrowolnie poddali się pod kościołem, zostali rozstrzelani — zginęło ponad 80 osób, natomiast spośród obrońców plebanii zginęły cztery osoby, a sześć zostało rannych.
Wśród ocalałych znalazł się Włodzimierz Dębski, ranny w nogę, uratowany dzięki natychmiastowej pomocy Anieli Sławińskiej, która założyła mu opaskę uciskową. Przez kolejne dwa dni ukrywał się w stodole u ukraińskiej rodziny Parfeniuków oraz Paraskewy Padlewskiej — w 2023 roku polskie państwo pośmiertnie uhonorowało jego ukraińskich wybawców medalem Virtus et Fraternitas. Dębski trafił do szpitala, gdzie amputowano mu nogę, a mimo kalectwa wstąpił do 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej jako oficer informacyjny. W 2008 roku prezydent Lech Kaczyński odznaczył go pośmiertnie Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, a w 2009 roku odbyła się premiera filmu „Było sobie miasteczko”, nakręconego na podstawie napisanej przez niego książki pod tym samym tytułem, do którego muzykę skomponował jego syn Krzesimir Dębski.
Kolejne dni rzezi i bilans ofiar
Nadejście nocy nie oznaczało końca eksterminacji — 12 lipca banderowcy zaatakowali około 50 kolejnych miejscowości, zabijając ponad 2 tysiące osób, nie oszczędzając przy tym rodaków niosących pomoc Polakom. Według Instytutu Pamięci Narodowej, w samym województwie wołyńskim spośród blisko 800 Ukraińców pomagających Polakom, około 200 straciło życie z rąk UPA. Banderowców nie powstrzymał nawet fakt, że 12 lipca przypadało popularne wśród Ukraińców prawosławne święto Świętych Apostołów Piotra i Pawła — sama religijność była od miesięcy wplatana w przygotowania do zbrodni, a w cerkwiach święcono narzędzia przyszłej rzezi z udziałem miejscowych duchownych prawosławnych. 13 lipca banderowcy zaatakowali pogranicze powiatów włodzimierskiego i sokalskiego, dokonując rzezi mieszkańców Konotopu i Stanisławówki, a jednocześnie powracali na wcześniej napadnięte tereny, tropiąc i zabijając osoby, które przeżyły wcześniejsze pogromy.
Według aktualnych szacunków opartych na badaniach Ewy Siemaszko, w samym lipcu 1943 roku napadnięto na co najmniej 633 polskie wsie, kolonie i majątki, w których zginęło co najmniej 11,5 tysiąca Polaków — to właśnie z tych wyliczeń wywodzi się liczba ofiar błędnie przypisywana samej Krwawej Niedzieli, choć w rzeczywistości dotyczy całego miesiąca. Najnowsze ustalenia Ewy Siemaszko i doktora Tomasza Berezy wskazują, że tego jednego dnia, 11 lipca, oddziały UPA zaatakowały 97 wsi i kolonii oraz 13 majątków, zabijając co najmniej 3102 osoby narodowości polskiej — badacze zaznaczają jednak, że liczba ta nie jest ostateczna, ponieważ wiele ofiar pozostaje nieustalonych. Zdaniem profesora Grzegorza Motyki, Krwawa Niedziela była jednym z najtragiczniejszych dla Polaków dni całej II wojny światowej.
Pamięć wciąż niekompletna
Przez długie powojenne dziesięciolecia temat zbrodni wołyńskiej był w czasach PRL-u przemilczany jako politycznie niewygodny, a szeroko zakrojone badania i ekshumacje stały się możliwe dopiero znacznie później — w Porycku pierwszej ekshumacji dokonano w latach 80., a dokładniejsze prace przeprowadzono dopiero na początku XXI wieku. Obowiązujące od 2017 roku ukraińskie moratorium na ekshumacje zniesiono dopiero pod koniec 2024 roku, a rozpoczęte niedługo później prace wciąż obejmują jedynie ułamek miejsc, w których mogą spoczywać szczątki nawet 60 tysięcy polskich ofiar zamordowanych przez banderowców na Wołyniu — co najmniej drugie tyle ofiar pochłonęły zbrodnie w Małopolsce Wschodniej, na Polesiu i Lubelszczyźnie. W miejscach dawnych polskich wsi, z których wiele nie istnieje już na żadnej mapie, z czasem zaczęły stawać krzyże i pomniki.
4 czerwca 2025 roku Sejm przyjął ustawę ustanawiającą 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci o Polakach, ofiarach ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej Polskiej — data nie była przypadkowa, symbolizując całą zbrodnię wołyńską poprzez dzień, który stał się znany jako Krwawa Niedziela.
Materiał „Krwawa niedziela — apogeum rzezi wołyńskiej” ukazał się jako 58. odcinek podcastu „W mroku historii” (41,3 tys. subskrybentów) 13 września 2026 roku. Tekst i realizację przygotował Łukasz Włodarski, czytał Hubert Pawlak. Wśród źródeł materiału znalazły się między innymi prace Grzegorza Motyki, Władysława i Ewy Siemaszków, Witolda Szabłowskiego oraz Instytutu Pamięci Narodowej.