Polska przygotowuje kolejny pakiet pomocy wojskowej dla Ukrainy, obejmujący między innymi pociski do systemu Patriot — ustaliła nieoficjalnie Rzeczpospolita. To broń, której Polska ma niewiele, a która chroni polskie niebo przed rosyjskimi rakietami balistycznymi, mimo to, jak przyznają wojskowi, przekazanie kilku sztuk Ukrainie leży w interesie bezpieczeństwa Polski. Ministerstwo Obrony Narodowej oficjalnie nie potwierdza szczegółów, powołując się na tajemnicę wojskową, ale nie zaprzecza tym ustaleniom. O tym, ile Polska może sobie pozwolić oddać, czego oczekuje w zamian i jak daleko sięga solidarność sojusznicza, w podcaście „Rzecz w tym” rozmawia Marzena Tabor-Olszewska z Arturem Bartkiewiczem, szefem wydawców strony głównej rp.pl.
Ile pocisków może trafić do Ukrainy
Bartkiewicz wyjaśnia, że mowa o pociskach PAC-3, skutecznie zwalczających rosyjskie rakiety balistyczne — obecnie największy problem Ukrainy, obok coraz groźniejszych dronów odrzutowych osiągających prędkość nawet 600 kilometrów na godzinę, trudniejszych do zwalczenia klasycznymi środkami obrony przeciwlotniczej. Pociski Patriot są przeznaczone przede wszystkim do zwalczania rakiet balistycznych, które wznoszą się na bardzo duży pułap, a następnie spadają z ogromną prędkością, przez co trudno je strącić innymi zestawami. Bartkiewicz zaznacza, że dokładną liczbę możliwych do przekazania pocisków zna tylko Sztab Generalny, jednak z wywiadu dowódcy operacyjnego generała Ireneusza Nowaka wynika, że Polska deklaruje pewną pulę zdolności pomocowych dla Ukrainy. Przypomina, że przy pierwszej takiej donacji, wiosną lub na początku lata tego roku, przekazano pięć pocisków Patriot, co wywołało wówczas polityczną awanturę, ponieważ informacja ujawniła się już po wybuchu konfliktu dyplomatycznego z Ukrainą w sprawie nadania jednostce wojskowej imienia bohaterów UPA przez Wołodymyra Zełenskiego. Zdaniem Bartkiewicza obecna donacja może dotyczyć zbliżonej liczby — raczej kilku niż kilkunastu sztuk, ponieważ Polska sama nie posiada dużych zapasów tych pocisków, podobnie zresztą jak Stany Zjednoczone, których zasoby uszczupliła dodatkowo wojna na Bliskim Wschodzie. Produkcja pocisków PAC-3 sięga obecnie zaledwie kilkuset sztuk rocznie, co czyni każdą donację znaczącą — zarówno w wymiarze praktycznym, jako potencjalne ocalenie życia w razie przechwycenia rosyjskiej rakiety, jak i symboliczno-dyplomatycznym, jako sygnał solidarności sojuszniczej wysyłany Rosji.
Dlaczego wojskowi uspokajają nastroje
Bartkiewicz komentuje wypowiedź generała Nowaka, że nie ma mowy o masowych donacjach, oceniając, że wynika ona raczej z logiki wojskowej niż politycznej. Przypomina konferencję wicepremiera i ministra obrony Władysława Kosiniaka-Kamysza, z której wynikało, że łączna wartość polskich donacji dla Ukrainy sięgnęła około 15 miliardów złotych, z czego zdecydowana większość przypadła na okres rządów Prawa i Sprawiedliwości, gdy przekazywano czołgi, śmigłowce i myśliwce MiG-29 z zasobów poradzieckich. Zdaniem Bartkiewicza obecne komunikaty mają sygnalizować Rosji, że Polska się nie rozbraja, a jednocześnie uspokajać żołnierzy, którzy — jako obywatele niekoniecznie patrzący na sprawę w kategoriach strategicznych — mogą się niepokoić osłabieniem zdolności obronnych kraju. Zaznacza jednak, że problem z pociskami do systemów Patriot jest realny — produkcja jest bardzo mała, a chętnych wielu. Polska ma zamówionych około dwustu pocisków PAC-3 i zamawia kolejne, ale kolejka oczekujących jest długa. W tym kontekście Unia Europejska podejmuje współpracę z Ukrainą nad alternatywnymi systemami, w tym ukraińskim systemem FREJA, a także nad tańszym, mniej zaawansowanym technicznie, lecz podobno równie skutecznym wariantem pocisku PAC-3, o czym pisał na łamach rp.pl Marek Kutarba — sugerując, że Polska mogłaby starać się o produkcję właśnie takiej wersji, ponieważ bardziej zaawansowaną technologię pilnie strzegą Stany Zjednoczone, a jedynym poza nimi producentem pozostaje Japonia, również w niewielkiej skali. Bartkiewicz podkreśla, że Polska w najbliższej perspektywie raczej nie będzie musiała używać własnych pocisków Patriot, ponieważ nie spodziewa się ataków pociskami balistycznymi, a każdy egzemplarz przekazany Ukrainie i wykorzystany do strącenia rosyjskiej rakiety przedłuża opór Ukrainy i zwiększa jej szanse na wyjście z wojny w możliwie najlepszy sposób — nikt bowiem nie spodziewa się już militarnego zwycięstwa Ukrainy w sensie odzyskania utraconych terytoriów, a jedynie uniknięcia klęski, która oznaczałaby poprawę pozycji Rosji i realne zagrożenie dla Europy Zachodniej, a dla Polski potencjalnie zagrożenie egzystencjalne.
Co Polska mogłaby otrzymać w zamian
Zapytany, czy w zamian za donacje Polska mogłaby liczyć na coś od Ukrainy, zwłaszcza w zakresie technologii dronowych, Bartkiewicz przyznaje, że takie rozmowy były prowadzone, choć bardziej niż o samą technologię — ta bowiem bardzo szybko się dezaktualizuje, jak pokazuje ewolucja od dronów światłowodowych, odpornych na zakłócenia radioelektroniczne, po obecne zagrożenie ze strony dronów odrzutowych i rozwijane drony autonomiczne — chodziłoby raczej o know-how dotyczące organizacji produkcji wojennej i najskuteczniejszych strategii wykorzystania dronów na froncie. Część ukraińskich dronów jest już produkowana w Polsce, dokąd Ukraińcy przenieśli część produkcji ze względu na rosyjskie ataki na ukraińskie zakłady. Bartkiewicz zaznacza jednak, że konflikt dyplomatyczny wywołany nadaniem jednostce imienia bohaterów UPA znacząco zamroził te rozmowy — wciąż nierozstrzygnięta pozostaje kwestia przekazania Ukrainie pozostałych myśliwców MiG-29, które Polska wycofuje na rzecz nadchodzących F-35, a warunkiem tego przekazania miała być właśnie satysfakcjonująca współpraca w zakresie dronów, której obecnie brakuje.
Drugim elementem potencjalnej wymiany jest doświadczenie bojowe — dziś to raczej ukraińscy żołnierze, jak sami zresztą sugerują, mogliby szkolić żołnierzy zachodnich, nieposiadających doświadczenia z realnej wojny z Rosją. Trzecim, być może najważniejszym elementem pozostaje sam fakt posiadania Ukrainy jako sojusznika — silnej, sprawdzonej w boju armii zatrzymującej Rosjan w Donbasie i na stepach zaporoskich, której kilkaset tysięcy żołnierzy Zachód może doliczać do własnego potencjału obronnego. Bartkiewicz zwraca uwagę na rzadko poruszane ryzyko — gdyby Ukraina poniosła spektakularną porażkę i doszło do zmiany władzy w Kijowie na rzecz reżimu sprzyjającego Rosji, ta ogromna, doświadczona armia mogłaby znaleźć się, wbrew swojej woli, po stronie przeciwników Zachodu.
Trudne relacje polsko-ukraińskie
Tabor-Olszewska zauważa, że utknięcie rozmów o wymianie technologii i doświadczeń na poziomie politycznym wygląda na przeszkadzanie żołnierzom w ich pracy. Bartkiewicz częściowo się z tym zgadza, ale przypomina, że relacje między sąsiadami z tak trudną wspólną historią jak Polska i Ukraina są z natury skomplikowane. Zwraca uwagę, że w pierwszych, najbardziej krytycznych miesiącach pełnoskalowej wojny nikt w Polsce nie podnosił kwestii rzezi wołyńskiej, a strona ukraińska nie poruszała historycznych zaszłości — obie strony grały wówczas w jednej drużynie. Wraz z przedłużaniem się wojny i swoistą normalizacją sytuacji — Polacy w praktyce doświadczają jej skutków w niewielkim stopniu, mimo zwiększonego zagrożenia — do głosu wróciła polityka prowadzona po staremu, czemu towarzyszył wzrost nastrojów antyukraińskich związanych z napływem uchodźców oraz pogorszeniem sytuacji gospodarczej. Na tej fali punkty polityczne zaczęła zdobywać Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna, a antyukraińską retorykę podchwyciło również Prawo i Sprawiedliwość, a nawet obóz rządzący, ograniczający świadczenie 800 plus dla obywateli Ukrainy. Bartkiewicz zauważa, że skutkiem tego jest również to, iż Ukraina przestała postrzegać Polskę jako bezwarunkowego sojusznika, mając łatwiejszy dialog z pozbawionymi podobnych historycznych obciążeń mocarstwami zachodnioeuropejskimi, takimi jak Wielka Brytania, Francja czy Niemcy, podczas gdy Polska bywa postrzegana raczej jako średnie mocarstwo regionalne, z którym Ukraina mogłaby nawet w przyszłości rywalizować o wpływy w Europie.
Scenariusze rosyjskiej eskalacji
Bartkiewicz ocenia, że sytuacja zbliża się do jakiegoś przełomu w wojnie, wskazując na rosnącą częstotliwość rosyjskich prowokacji — niemal codzienne podrywanie polskich myśliwców w związku z atakami dronów w pobliżu granicy, co jeszcze niedawno nie było normą. Zwraca uwagę na ryzyko związane z wyborami do Dumy w najbliższych dniach, po których może dojść w Rosji do mobilizacji i ostatecznej próby przełamania ukraińskiej obrony w Donbasie, co stanowiłoby rosyjskie minimum celów wojennych, otwierając jednocześnie drogę do ewentualnego wznowienia wojny w przyszłości lub testowania determinacji Zachodu na przykład w państwach bałtyckich.
Odnosząc się do pytania, na ile decyzja o przekazaniu pocisków Patriot jest autonomiczną decyzją Polski, a na ile wynikiem nacisków NATO i Stanów Zjednoczonych, Bartkiewicz zaznacza, że autonomiczną decyzją Polski jest samo członkostwo w sojuszu, które wiąże się z rozkładaniem obciążeń pomiędzy państwa członkowskie — przypomina, że Niemcy zapowiedziały już przekazanie Ukrainie starszych pocisków PAC-2, a przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen w orędziu o stanie Unii wzywała do wzmocnienia pomocy dla Ukrainy. Podkreśla jednak, że sojusz nie może zmusić Polski do żadnej decyzji — gdyby rząd w Warszawie nie chciał przekazać pocisków, mógłby po prostu odmówić, tak jak zrobiła to Hiszpania w sprawie zwiększenia wydatków obronnych do pięciu procent PKB, wywołując tym samym gniew Donalda Trumpa. Bartkiewicz ocenia przekazanie pocisków Patriot jako inwestycję w bezpieczeństwo Polski, mającą na celu nie tylko ratowanie życia ukraińskich cywilów, ale też wysłanie Rosji sygnału, że Zachód wciąż jest obecny i gotów reagować na eskalację — jedyną drogą do skłonienia Władimira Putina do ustępstw jest bowiem przekonanie go, że koszty kontynuowania wojny przewyższają koszty ewentualnego pokoju.
Strategia zastraszania społeczeństw
Zapytany o to, czego Polska może się spodziewać w nadchodzących miesiącach, Bartkiewicz przewiduje dalsze formy eskalacji ze strony Rosji — od bardziej zmasowanych naruszeń przestrzeni powietrznej przez drony, potencjalnie działające pod fałszywą flagą i przedstawiane jako ukraińskie (zwłaszcza że minister Kosiniak-Kamysz wspominał o przejmowaniu przez Rosjan pewnej liczby ukraińskich dronów), przez naruszenia przestrzeni powietrznej przez rosyjskie myśliwce, po możliwe akty sabotażu o coraz poważniejszych skutkach. Przypomina, że podobny „nalot” dronów miał już miejsce we wrześniu 2025 roku. Bartkiewicz podsumowuje, że celem tych wszystkich prowokacji jest odwrócona strategia tej, którą Zachód stosuje wobec Rosji — podczas gdy sojusznicy Ukrainy starają się przekonać Kreml, że kontynuowanie wojny jest dla niego zbyt kosztowne, Rosja poprzez eskalację próbuje przekonać zachodnie społeczeństwa, a nie rządy, że wspieranie Ukrainy nie jest warte ryzyka i poświęceń. Zdaniem Bartkiewicza, o ile rządy europejskie pozostają w tej kwestii stosunkowo odporne na rosyjską presję, o tyle Władimirowi Putinowi wystarczy przekonać wyborców w demokratycznych krajach zachodnich, by ci zaczęli wywierać presję na własne władze — obawiające się utraty poparcia lub wzrostu poparcia dla sił radykalnych, opowiadających się za zerwaniem wsparcia dla Ukrainy — co pośrednio przełożyłoby się na presję na Ukrainę, by poszła na ustępstwa. Każdy przypadek podrywanych myśliwców, naruszenia przestrzeni powietrznej przez drony czy ich zestrzeliwania, jak ostatnio nad Litwą, należy zatem odczytywać właśnie w tym kontekście — jako próbę zasiania strachu i przekonania, że dla świętego spokoju lepiej byłoby Ukrainę poświęcić, czemu, jak podkreśla Bartkiewicz, Zachód nie powinien ulegać, ponieważ takie rozwiązanie nie leży w jego interesie.
Materiał „Rosja chce, byśmy wierzyli, że wspieranie Ukrainy jest zbyt kosztowne i ryzykowne” ukazał się w ramach podcastu Rzeczpospolitej „Rzecz w tym” na kanale Rzeczpospolita (110 tys. subskrybentów) 16 września 2026 roku. Rozmawiali Marzena Tabor-Olszewska i Artur Bartkiewicz.