Kanał „Wymazane Kresy i Wojenne Archiwa” przeanalizował, w oparciu o zachowane dokumenty sztabowe UPA oraz relacje świadków, jak w ciągu zaledwie trzech dni lipca 1943 roku zmieniał się oficjalny opis zagłady polskiej wsi Dominopol na Wołyniu — od obietnicy sojuszu, przez suchy zapis wojskowy, po propagandową odezwę do ocalałej ludności polskiej.
Fałszywy sojusz przeciwko Niemcom
W połowie lipca 1943 roku Danyło Szumuk, Ukrainiec służący w UPA, przejeżdżał przez opustoszały Dominopol — drzwi i okna domów stały otwarte, ale nie było w nich żywej duszy. Kilka kilometrów dalej, w sztabie oddziału Sicz w Wołczaku, dowiedział się od jednego z podoficerów, że wieś została „zlikwidowana” trzy dni wcześniej — a wraz z nią „zlikwidowani” zostali jej mieszkańcy.
Dwa miesiące wcześniej sytuacja wyglądała jednak zupełnie inaczej. Według relacji świadków po okolicznych polskich wsiach — Dominopolu, Turii, Marszałkówce i Mikołajówce — zaczęli chodzić ukraińscy werbownicy z Wołczaka, głoszący istnienie polsko-ukraińskiego porozumienia o wspólnej walce z Niemcami. Warunkiem przystąpienia do oddziału było wniesienie własnej broni palnej lub większej liczby granatów. Według relacji Mieczysława Leśkiewicza w ten sposób zwerbowano do 90 młodych Polaków, głównie w wieku 15–20 lat, otrzymujących na znak przymierza okrągłą odznakę podzieloną na część biało-czerwoną z orzełkiem i niebiesko-żółtą z tryzubem.
Szybko jednak okazało się, że warunki tego rzekomego sojuszu były jednostronne — nocną wartę pełnili wyłącznie Ukraińcy, a Polacy musieli co wieczór oddawać broń do magazynu, również pilnowanego tylko przez ukraińską stronę. Niezależnie tę samą obietnicę usłyszał świadek Jan Remiszewski, który jednak — jak sam wspominał — wyczuł zdradę i nie dołączył do oddziału.
Część zwerbowanych, w tym Mieczysław Leśkiewicz wraz ze stryjem, uznała całą sytuację za podejrzaną i próbowała namówić innych do dezercji, spotykając się jednak z gwałtownym sprzeciwem — Grzegorz Błędowski, najstarszy z grupy, oskarżył ich o defetyzm i zagroził zgłoszeniem sprawy do sztabu, wierząc, że lada dzień przyjadą z Kowla polscy oficerowie, by poprowadzić szkolenie. Napiętą rozmowę ostatecznie załagodziła dopiero wspólna butelka bimbru, a propozycję dezercji uznano za niebyłą — ostrzeżenie trafiło jednak przynajmniej do jednego z nich: Stanisław Łachowski zdecydował się odejść.
Ostrzeżenia padały też ze strony ukraińskiej — w pobliskim Fundum Ukrainiec Sergiej Kościuk miał ostrzec Józefa Szweda, że cała rzekoma partyzantka jest podstępem mającym na celu odebranie Polakom broni i wymordowanie mężczyzn. Nie było więc jednego, jednolitego ukraińskiego głosu — istniał wybór, w którą wersję zdarzeń uwierzyć.
Noc zagłady
Grzegorz Błędowski, ten, który uwierzył w sojusz i pozostał w Dominopolu, zginął w nocy, której dokładnej daty materiał źródłowy nie jest w stanie jednoznacznie ustalić — z 10 na 11, a może z 11 na 12 lipca 1943 roku; przebieg tej nocy znany jest jedynie z fragmentów, z tego, co zdołali zobaczyć ocaleni i co odnotowali sami sprawcy. Zgodnie z ustaleniami Instytutu Pamięci Narodowej polski oddział został wyprowadzony pod las pod pretekstem rzekomo ukrytego tam karabinu maszynowego, gdzie wszyscy zginęli — karta IPN wymienia co najmniej 30 zabitych z samego oddziału, z czego 19 udało się zidentyfikować z nazwiska.
Bronisław Kraszewski, mieszkaniec Dominopola, którego relację przekazał Leśkiewicz, wracając tamtej nocy do domu i unikając ukraińskiej warty na moście, ukrył się w krzakach nad rzeką Turią. O świcie widział, jak upowcy otaczają polskie domy, wdzierając się do nich przez okna, słyszał krzyki mordowanych i uderzenia. Gdy wzeszło słońce, na trawie widoczne były ślady stóp uciekających ludzi, odciśnięte w rosie — napastnicy na koniach podążali tymi śladami, przeszukując zboże i zarośla z okrzykiem „Lachy tut” (Polacy są tutaj).
W poniedziałek 12 lipca do Dominopola wjechał wozem Bronisław Nieczyporowski wraz z dwunastoletnim bratem Tadeuszem — po zatrzymaniu przez wartę UPA na moście wpadli w zasadzkę we wsi. Bronisław usłyszał rozkaz wykopania dołu dla „paru Żydów do zakopania”, pilnowany przez sześciu uzbrojonych mężczyzn, podczas gdy jego brat płakał, prosząc o puszczenie do matki. Gdy dół sięgał mu po pierś, otrzymał rozkaz wyjścia i zdjęcia butów. W trakcie zdejmowania obuwia zdołał uciec, przeskakując między strażnikami — wcześniej, stojąc nad wykopywanym dla siebie dołem, zdążył jeszcze pomyśleć, że w oficerskich butach, które miał na sobie, chyba go nie zabiją. Mimo ostrzału z broni maszynowej i pościgu konnego, ostatecznie przedostał się przez ponad dwuipółmetrowy płot i rzekę. Jego brat Tadeusz zginął w Dominopolu.
Żadne dwa źródła nie podają tej samej liczby ofiar — karta IPN mówi o co najmniej 30 zabitych z samego oddziału, Leśkiewicz wspomina o około 90 zwerbowanych i niemal 400 mieszkańcach wsi, a inne źródła szacują łączny bilans ofiar na ponad 200 lub około 300 osób, przy czym liczby te nie opisują dokładnie tej samej grupy.
Pierwsza wersja: wina Niemców
Rankiem po masakrze, kilkanaście kilometrów dalej, w Gnojnie widoczne były nad lasem ogromne słupy czarnego dymu. Miejscowy Ukrainiec wyjaśnił zebranym, że w nocy na Dominopol napadli Niemcy — ta wersja została przyjęta przez zebranych za wiarygodną i uspokoiła ludzi, którzy rozeszli się do domów. Tak brzmiał pierwszy opis mordu, jaki rozniósł się po okolicy.
Relacja ze sztabu: „chłopcy ze służby bezpieczeństwa”
Po przybyciu do Wołczaka Danyło Szumuk zobaczył na podwórzu sztabu adiutanta Worona, wesoło rozmawiającego z dwoma cywilnie ubranymi mężczyznami z pistoletami za pasem, przedstawionymi mu następnie jako pracownicy służby bezpieczeństwa OUN, którzy — jak pochwalił ich Woron — najlepiej „kliocali” Polaków (słowo to, jak zaznacza autor materiału, nie daje się dokładnie przetłumaczyć). Jeden z nich, krępy brunet, miał utopić 27 osób.
W swoim pamiętniku Szumuk przytoczył relację Worona: Dominopol otoczono kołem około północy, dowódca wraz z Woronem podeszli do domu polskiego sztabu, gdzie otwierający drzwi porucznik zginął od kuli Worona na progu, a wystrzelona rakieta dała sygnał do ataku — do rana, jak relacjonował Woron, „nie został ani jeden żywy lach”. Szumuk, będący instruktorem politycznym, nie podzielał tej wesołości, otwarcie oświadczając, że brzydzi się takimi czynami i przeciwstawiając mordowanie śpiących ludzi honorowej walce. Odpowiedziano mu logiką odwetu za zbrodnie na Ukraińcach za Bugiem, na co odparł, że zbrodniami nie wymaże się zbrodni, a złem nie zwycięży się zła — rozmowę uciął sam Woron, mówiąc, że Szumuk nie powinien o tym mówić.
Później przełożony Szumuka, Kryłacz, wprost zakazał mu dalszego głośnego wyrażania oburzenia — tłumaczył to nie ogólnikowo, lecz wprost końcem epoki „klasyczno-rycerskiej” walki, mówiąc, że z bolszewikami trzeba walczyć metodami bolszewickimi, a z Polakami metodami polskimi. Materiał podkreśla, że wśród Ukraińców obok siebie istniały więc trzy postawy: uczestnik chwalący się mordem, ten, kto otwarcie protestował, oraz przełożony nakazujący milczenie i uzasadniający metodę jako świadomą doktrynę walki.
Druga wersja: rejestr bojowy bez emocji
W archiwum zachował się niepodpisany dokument datowany na 14 lipca 1943 roku, będący odpisem zestawienia działań oddziału Sicz — suchy rejestr kolejnych pozycji, bez jakichkolwiek emocji. Pod datą 11 lipca odnotowano wysłanie 30 ludzi do Biskupicz „w celu likwidacji seksotów” (tajnych współpracowników rekrutowanych głównie spośród ludności polskiej), a pod datą 13 lipca — wysłanie drużyny do wsi Rewuszki w tym samym celu, z podaną liczbą zabitych w obu przypadkach.
Pomiędzy tymi dwoma wpisami, pod datą 12 lipca, znajduje się Dominopol: „150 strzelców wysłanych w celu likwidacji polskiego sztabu i polskich seksotów”, z podaną liczbą około 300 zniszczonych osób. Kolejna pozycja, datowana na 14 lipca, dotyczy już zupełnie innej sprawy — oddziału wracającego z akcji, który w potyczce z Niemcami zdobył taksówkę i ciężarówkę. W dokumencie ten wpis figuruje jako po prostu następny, osobny punkt rejestru — dokładnie w tym samym, beznamiętnym tonie co wcześniejszy zapis o niemal trzystu ofiarach w Dominopolu. To zestawienie masowego mordu z banalną wzmianką o zdobytym pojeździe w jednym, jednolitym rejestrze bojowym jest, jak podkreśla materiał, jednym z najbardziej wymownych świadectw tego, jak zbrodnia została sprowadzona do rutynowej pozycji administracyjnej. W tym dokumencie Polacy z Dominopola nie są już sojusznikami ani nawet cywilami — są „polskim sztabem” i „polskimi seksotami”.
Trzecia wersja: usprawiedliwienie i odezwa do ocalałych
Dzień później, 15 lipca, sztab oddziału Sicz wydał komunikat opatrzony już podpisem instytucjonalnym — jedyny dokument potwierdzający wprost to, o czym wcześniej mówili polscy świadkowie: że rozmowy dotyczyły faktycznie organizacji przy UPA polskich oddziałów partyzanckich do wspólnej walki z Niemcami i bolszewikami. Komunikat jednocześnie oskarżał polski sztab o podstęp, rozpoznanie i próbę ataku na sztab Siczy, dlatego dowództwo miało „postanowić ukarać polski sztab”, przy czym — jak zaznaczono — „ucierpiała ludność polska”. Masowy mord stał się na papierze likwidacją zagrożenia.
Dwa dni po tym komunikacie, 17 lipca 1943 roku, sztab wydał kolejny dokument — tym razem odezwę skierowaną „do polskowo-naselenia” (do ludności polskiej), wprowadzającą zupełnie nową kategorię opisu Polaków. Sztab pisał o „polskich gromadach”, które rzekomo zwracają się do UPA z deklaracjami lojalności i gotowości współpracy, gwarantując pełne bezpieczeństwo tej części ludności polskiej, która pomoże UPA w walce z Niemcami i „polskimi prowokatorami”, wzywając ją do pozostania w swoich osiedlach, spokojnej pracy w gospodarstwach i zwrócenia broni przeciwko wspólnemu wrogowi.
O podobnych pismach krążących po okolicy wspominał też świadek Bolesław Dolecki — partyzantka w nich przyznawała się do uderzenia na Dominopol, jednocześnie grożąc karą tym, którzy uciekali do Włodzimierza. Materiał nie znajduje jednak potwierdzenia, czy sama sztabowa odezwa z 17 lipca dotarła bezpośrednio do Dominopola lub Fundum.
Trzy dni, trzy kategorie, ani jednego nazwiska
Jak podsumowuje materiał, w ciągu trzech dni dokumenty związane ze sztabem Sicz opisywały Polaków z Dominopola w trzech zupełnie różnych kategoriach: 14 lipca w rejestrze bojowym byli „polskim sztabem i polskimi seksotami”, 15 lipca w komunikacie sztabowym — „polskimi oddziałami partyzanckimi” do wspólnej walki, a 17 lipca w odezwie — „lojalną ludnością polską”. W ustnych rozmowach opis Polaków rozciągał się od sojuszników, przez ostrzeżenia przed pułapką, po „lachów do bicia”. Na papierze zależał wyłącznie od adresata. Jedynym miejscem, gdzie zachowały się nazwiska ofiar, pozostaje karta Instytutu Pamięci Narodowej.
Materiał opracowany na podstawie źródeł: Danyło Szumuk, „Za schidnym obrijem”; Mieczysław Leśkiewicz, „Podstęp” [w:] „Świadkowie mówią”; Ihor Bihun, „Działalność OUN i UPA na Wołyniu w latach 1943–1944” (2024); Władysław Filar, „Tragedia w Kustyczach i Dominopolu”; „Litopys UPA. Nowa seria”, t. 14: „UPA i zapillia na PZUZ 1943–1945”; Zdzisław Dolecki, „Wspomnienia Zdzisława Doleckiego” (list Bolesława Doleckiego, 1944); Jan Remiszewski, relacja [w:] „Ocaleni z ludobójstwa. Wspomnienia Polaków z Wołynia”; Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko, „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945”; Instytut Pamięci Narodowej, Karta zbrodni w m. Dominopol (10/11 lipca 1943 r.); Tomasz Bereza, „Lipiec 1943 roku na Wołyniu”, IPN Przystanek Historia; Romuald Niedzielko (red.), „Kresowa księga sprawiedliwych 1939–1945”, IPN.
Materiał opublikowany na kanale „Wymazane Kresy i Wojenne Archiwa” na YouTube (2,5 tys. subskrybentów), 24 sierpnia 2026.